sobota, 20 czerwca 2026

 

Zastrzel psa!

Dyplomacja na zakręcie. Czy amerykański kompas moralny jeszcze działa?

Dyplomaci posługują się terminami takimi jak „realpolitik”, „idealpolitik” i „interes narodowy”. Nie jestem dyplomatą, ale poznałem te i inne koncepcje, czytając dzieła wybitnych praktyków tej sztuki, w tym klasyczną książkę Henry’ego Kissingera pod tytułem „Dyplomacja”. Całe życie poświęciłem wdrażaniu w życie praktycznych konsekwencji dyplomacji, w szczególności porozumień o kontroli zbrojeń, rzekomo mających na celu uczynienie świata bezpieczniejszym miejscem do życia. Zaczynałem od traktatu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu (INF), a później, działając na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych, kierowałem zespołami inspekcji uzbrojenia w Iraku. Dla mnie porozumienia o kontroli zbrojeń stanowią najwyższy wyraz ludzkiej racjonalności, łącząc intelektualną zdolność rozumienia i doceniania inherentnej wartości życia z moralnym kompasem, który zobowiązuje do działania zgodnie z tym zrozumieniem.

Traktat INF był dla mnie kwintesencją kontroli zbrojeń – złotym standardem łączącym „idealpolitik” ery Ronalda Reagana, europejską „realpolitik” i radziecki „interes narodowy” w jedną spójną całość. Po raz pierwszy w erze nuklearnej ustanowiono porozumienie, które nie miało na celu jedynie ograniczenia wzrostu arsenałów nuklearnych poszczególnych stron zaangażowanych w konflikt, ale ich faktyczne wyeliminowanie. Był to logiczny wniosek ze wspólnego przekonania, że wojen nuklearnych nie da się wygrać, a zatem nigdy nie powinno się ich toczyć, co automatycznie eliminowało potrzebę utrzymywania tej śmiercionośnej broni. Traktat INF odniósł sukces, ponieważ leżało to we wspólnym interesie Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. Nie było to porozumienie narzucone jednej stronie przez drugą, lecz raczej wymuszone wzajemnym zrozumieniem, że warunki umowy są niezbędne dla podtrzymania samego życia. Z punktu widzenia dyplomacji prewencyjnej traktat INF stanowił racjonalny przejaw unikania ryzyka, w którym strony rozumiały, że dotychczasowe ścieżki rozwoju i rozmieszczania systemów uzbrojenia nieuchronnie doprowadzą do konfliktu, który może zakończyć się jedynie nuklearnym Armagedonem. W związku z tym mocarstwa nie miały innego wyboru, jak tylko podjąć surowe, ale konieczne kroki w celu wyeliminowania tej broni na warunkach akceptowalnych dla obu stron.

Rozbrojenie Iraku miało rzekomo naśladować model traktatu INF, jako porozumienia opartego na deklaracjach dotyczących materiałów podlegających rozbrojeniu, które następnie podlegałyby weryfikacji zgodności w droze inspekcji. Tym, co odróżniało doświadczenia Iraku od wcześniejszych traktatów, był fakt, że odzwierciedlało ono zbiorową wolę świata wyrażoną w formie wiążącej rezolucji Rady Bezpieczeństwa, narzuconej państwu członkowskiemu w wyniku działań zbrojnych. Rozbrojenie nie było wynikiem sprawiedliwej dyplomacji prewencyjnej, lecz dyplomacji popartej nieodłączną groźbą użycia siły. Doświadczenia Organizacji Narodów Zjednoczonych w Iraku powinny być początkiem ewolucyjnego procesu rozbrojenia, wielostronnego porozumienia wynikającego ze wspólnego zrozumienia, że broń masowego rażenia stanowi zagrożenie dla całej ludzkości – zwłaszcza gdy znajduje się w rękach strony, która wykazała chęć jej użycia. Jako taka, musi zostać usunięta, zniszczona lub unieszkodliwiona.

W przypadku Iraku jednak ten szlachetny ideał został podważony przez działania jednej strony. Stany Zjednoczone wykorzystały proces przymusowej kontroli zbrojeń nie dla dobra całej ludzkości, lecz w celu realizacji narodowych celów zmiany reżimu w Iraku, co znacznie wykraczało poza ramy rozbrojeniowe uzgodnione przez Radę Bezpieczeństwa. Doświadczenia z Iraku powinny stanowić fundament, na którym zbudowano przyszłość kontroli zbrojeń – zbiorowe przekonanie, że broń masowego rażenia stanowi nieodłączne zagrożenie dla całej ludzkości i powinna zostać wyeliminowana w oparciu o wspólne rozumienie rodziny narodów. Zamiast tego, cała operacja skończyła się jako ostateczny wyraz hegemonii Ameryki, gdzie interesy jednego narodu zostały postawione ponad dobrem wspólnym. Krótko mówiąc, doświadczenie rozbrojenia w Iraku stanowi ostateczny wyraz wypaczenia dyplomacji prewencyjnej, w której rządy prawa zostały zastąpione rządami jednego podmiotu.

Przenieśmy się do czasów obecnych. Amerykańskiemu hegemonowi udało się stworzyć świat pozbawiony kontroli zbrojeń. Iracki model jednostronności położył kres idei obopólnie korzystnych porozumień, a zamiast tego stworzył środowisko, w którym Stany Zjednoczone wykorzystywały kontrolę zbrojeń jako narzędzie do zdobywania i utrzymywania strategicznej przewagi nad Rosją. A gdy dane porozumienie stawało się niewygodne, Waszyngton po prostu się z niego wycofywał, czego najlepszym dowodem są traktaty o pociskach przeciwbalistycznych (ABM) oraz wspomniany traktat INF. Podczas gdy Ameryka dążyła do utrzymania swojej dominującej pozycji, nalegając, by reszta świata przestrzegała ram dobrowolnego podporządkowania, znanych jako porządek międzynarodowy oparty na regułach, reszta świata przekształciła się w nową, wielostronną rzeczywistość, skrajnie niechętną do uczestniczenia w tej grze. W rezultacie Stany Zjednoczone uwolniły się od jakiejkolwiek idei rządów prawa, funkcjonując jako państwo zbójeckie, dążące do utrzymania dominacji za pomocą brutalnej siły. Polityka spod znaku „America First” stała się w praktyce wyrazem doktryny „America only”. Kontrola zbrojeń jako taka nie ma już w oczach Waszyngtonu sensu, ponieważ w tej amerykanocentrycznej konstrukcji jedyne wartościowe życie to życie obywateli Ameryki. Krótko mówiąc, amerykański kompas moralny przestał działać.

Sytuację dodatkowo komplikuje pojawienie się Europy jako konstruktu, który przestał funkcjonować wyłącznie pod bezpośrednim nadzorem Stanów Zjednoczonych. Od zakończenia II wojny światowej Europa Zachodnia funkcjonowała jako niewiele więcej niż zbiór osłabionych, pokonanych narodów, których przetrwanie i znaczenie zależały od ich relacji gospodarczych i bezpieczeństwa z Ameryką. Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) stanowiła bezpośrednie przedłużenie amerykańskiego aparatu bezpieczeństwa narodowego. Wraz z upadkiem Związku Radzieckiego Europa wkroczyła w nowy, wspaniały świat, w którym dążyła do przekształcenia jedności militarnej osiągniętej dzięki NATO w nową jedność polityczną znaną jako Unia Europejska. Jednak ten nowy byt jedynie uczynił z Europy zbiór nicości. Tożsamość narodowa, która niegdyś definiowała kontynent europejski, została wymazana i zastąpiona nową konstrukcją, pozbawioną jakichkolwiek stabilnych fundamentów, jeśli chodzi o zasady definiujące i zazwyczaj jednoczące narody. W rezultacie dzisiejsza Europa to niewiele więcej niż zbiór narodów, które zapomniały, kim są, a które zjednoczyły się, by stworzyć fikcyjną unię, która nigdy nie istniała i nigdy nie będzie istnieć. Europa dosłownie nic nie znaczy.

A teraz ten niebyt został wyrwany z orbity swojego dawnego pana i pozostawiony sam sobie. W panice, wynikająca z tego walka o znaczenie zmusza rozproszone byty narodowe tworzące Europę do desperackiej próby reidentyfikacji. Biorąc pod uwagę fakt, że utraciły wszelki pretekst do autentycznej ekspresji narodowej opartej na ich obecnej konstrukcji, narody te zmuszone są spojrzeć wstecz, do czasów, gdy posiadały autentyczną tożsamość narodową. Rezultat jest jeszcze groźniejszy niż ten, który wywołało pojawienie się zbuntowanego amerykańskiego hegemona. Stany Zjednoczone, w przeciwieństwie do Europy, posiadają tożsamość narodową opartą na jasno określonych zasadach i wartościach zapisanych w Konstytucji. Ostatecznie Ameryka, funkcjonując jako republika konstytucyjna, odzyska równowagę, jej kompas moralny zostanie zresetowany i ponownie podejmie działania w ramach dyplomacji prewencyjnej, reprezentowanej przez kontrolę zbrojeń i rozbrojenie.

Europa jednak nie ma takiego fundamentu w postaci zbiorowych zasad. Zamiast tego Wielka Brytania i Francja dążą do odrodzenia się jako mocarstwa zimnej wojny, podczas gdy Niemcy cofają się jeszcze bardziej w czasie, wskrzeszając geopolityczne konstrukcje polityki nazistowskiej przeszłości. Jedyne, co jednoczy dziś Europę, to duchy dawnych konfliktów, w których Rosja była głównym wrogiem. To myślenie pogłębia fakt, że nowy europejski militaryzm nie jest ograniczony żadną ideą kontroli zbrojeń. Francja i Wielka Brytania połączyły siły, aby stworzyć zjednoczoną postawę nuklearną, skoncentrowaną wyłącznie na Rosji, i rozciągają swój nowo utworzony parasol atomowy nad Polską i Niemcami. Francja dąży do rozmieszczenia samolotów uzbrojonych w broń jądrową na terytorium Finlandii, zagrażając drugiemu co do wielkości miastu Rosji, Sankt Petersburgowi, i strategicznemu Półwyspowi Kolskiemu, podczas gdy Niemcy głośno mówią o potrzebie rozwoju własnego, niezależnego odstraszania nuklearnego.

To szaleństwo na punkcie postawy nuklearnej jest dodatkowo podsycane przez konstrukcję polityki zbudowaną wokół rzekomej nieuchronności wojny z Rosją. Niemcy wyznaczyły szacunkową datę tej wojny na 2029 rok, podczas gdy Wielka Brytania przygotowuje się do takiego konfliktu do 2030 roku. Sekretarz generalny NATO publicznie powiedział społeczeństwu europejskiemu, że musi przygotować się na wojnę, jaką przeżyli ich dziadowie, co jest bezpośrednim nawiązaniem do wojny światowej. A wszystko to dzieje się w kontekście trwającego konfliktu między Rosją a Ukrainą, który przerodził się w wojnę zastępczą między zbiorowością Zachodu, na czele z Europą, a Moskwą. Europa finansuje i zapewnia środki na wojnę, w której broń, którą buduje, jest używana przeciwko Rosji bez żadnych konsekwencji poza śmiercią Ukraińców, którymi Europa wcale się nie przejmuje.

Co powinna zrobić Rosja w obliczu takich wydarzeń? Rosyjska dyplomacja zawsze była pragmatyczna i nie ulegała napadom reakcyjnego gniewu. To podejście może odnieść sukces – i miejmy nadzieję, że tak się stanie – w przypadku Stanów Zjednoczonych. Istnieją wszelkie powody, by sądzić, że Ameryka może odzyskać i odzyska swoją pozycję racjonalnego podmiotu opierającego się na wartościach moralnych, posiadającego taki kompas moralny, który umożliwia zawieranie korzystnych dla obu stron porozumień o kontroli zbrojeń. Europa to zupełnie inna sprawa. Pozostawiona sama sobie, stała się niczym więcej niż wylęgarnią nihilizmu, kipiącą masą autodestrukcyjnych tendencji, których nie da się opanować od wewnątrz. Krótko mówiąc, Europa stała się wściekłym psem, zagrażającym wszystkiemu, co spotka na swojej drodze.

W tym miejscu chciałbym przytoczyć przykład Rosji podany w klasycznej amerykańskiej powieści „Zabić drozda”. Atticus Finch, bohater opowieści, jest prawnikiem, dla którego najwyższą wartością jest prawo i rządy prawa. Jest również weteranem I wojny światowej i uchodził za najlepszego strzelca w swojej jednostce. Kiedy wściekły pies zagraża lokalnej społeczności, ludzie zwracają się o ochronę do Atticusa Fincha. Nie robią tego z powodu jego zasadniczych poglądów prawnych, ale dlatego, że potrafi strzelać. Prawo nie uratuje jego społeczności przed wściekłym psem – zrobi to tylko kula. A teraz wróćmy do Europy. Prawo nie uratuje Rosji przed tym wściekłym psem. Co więc ma zrobić Rosja? Zastrzel psa.

Znajdą się jednak tacy, którzy potraktują to stwierdzenie dosłownie i zaczną odwoływać się do apokaliptycznych obrazów doktryny Siergieja Karaganowa, zgodnie z którą Rosja prewencyjnie atakuje Europę, używając broni konwencjonalnej, takiej jak rakieta średniego zasięgu Oresznik. Zwolennicy tej teorii zakładają, że jeśli to nie ostudzi zapału Europy do wojny z Rosją, Kreml przeprowadzi ograniczony atak nuklearny. Jednakże ten wpis nie ma na celu promowania konfliktu nuklearnego, a wręcz przeciwnie – ma na celu znalezienie ścieżki, która przeniesie nas z powrotem do czasów, gdy porozumienia o kontroli zbrojeń uważano za najwyższy wyraz ludzkiej racjonalności, a narody posiadały moralny kompas, który pozwalał im działać zgodnie z tym zrozumieniem.

Europejski pies może zostać wyeliminowany po prostu poprzez odmowę uznania go za podmiot godny jakiegokolwiek zaangażowania dyplomatycznego. Fikcja europejskiej jedności jest spoiwem, które spaja fantazję o europejskim znaczeniu militarnym. Rzeczywistość jest taka, że Niemcy nie są w stanie sfinansować swoich militarystycznych fantazji. Ani Wielka Brytania, ani Francja również tego nie potrafią. Zamiast podejmować działania, które mogłyby stać się iskrą jednoczącą Europę lub – co gorsza – przywracającą ją pod parasol bezpieczeństwa wspieranego przez Amerykę, Rosja powinna po prostu zachęcać do rozwiązania NATO, wycofania się Amerykanów z Europy i nieuchronnego upadku samej Unii Europejskiej.

Rosja w dużej mierze uodporniła się na konieczność zaangażowania Europy, częściowo dzięki samoizolacyjnym sankcjom gospodarczym nałożonym na nią przez samych Europejczyków. W związku z tym Moskwa może być wybiórcza w swoim podejściu do zaangażowania europejskiego, decydując się na współpracę z poszczególnymi państwami, a nie z Europą jako całością. Elity polityczne i gospodarcze, które rządzą dziś Europą, są problemem, a nie rozwiązaniem. Wielu z największych winowajców – Friedrich Merz z Niemiec, Emmanuel Macron z Francji, Keir Starmer z Wielkiej Brytanii – widzi, jak ich polityczne znaczenie dobiega końca. Rosja nie musi robić nic innego, jak tylko pozwolić Europie gotować się w kotle własnej konstrukcji, gotując wszystko, do czego miała nadzieję i aspirowała, aż pozostanie tylko pusta komora parującej nicości.

W pewnym momencie poszczególne narody okupujące kontynent europejski uświadomią sobie, że europejski gulasz to nic innego jak przepis na ich wspólną zagładę, i zrezygnują z tego szaleństwa. Wtedy ta sztuczna konstrukcja znana jako Europa ostatecznie umrze. Słowa „Zastrzel psa” nie należy więc traktować dosłownie. Jest to metafora agresywnego stosowania dyplomacji prewencyjnej, rozumianej jako broń. I oby rosyjski Atticus Finch władał nią równie sprawnie, jak jego literacki imiennik.

Autorstwo: Scott Ritter
Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz
Źródło zagraniczne: ScottRitter.Substack.comsubstack.com
Źródło polskie: WolneMedia.net

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

              ELITY - DRUGI GARNITUR                                           Władysław Serafin       (ur. 24 lipca 1950 w Piasecznie) – po...