czwartek, 9 października 2025

 

Prawo do edukacji domowej tylko na papierze?

Co by było, gdyby żadna szkoła nie chciała przyjąć dziecka do edukacji domowej?

Kiedy przyszła ostatnia odpowiedź, już wiedzieli. Nie będzie szkoły. Nie tym razem. Nie w tym województwie. „Z przykrością informujemy, że nie możemy przyjąć Państwa dziecka do edukacji domowej” – to zdanie znała już na pamięć.

Anna przestała nawet czytać dalej. To była szósta odmowa w ciągu trzech tygodni. Szósta, licząc od dnia, gdy razem z Michałem postanowili, że ich syn, Janek, od nowego roku będzie się uczył w domu. Legalnie. Zgodnie z przepisami. Tak jak przez lata robili inni rodzice w Polsce. Ale w tym roku coś pękło.

Początek w dobrej wierze

Anna i Michał nie byli ideologicznymi buntownikami. Oboje pracowali zdalnie, prowadzili spokojne życie na pograniczu dwóch województw. Janek – dwunastolatek z głową pełną pomysłów – po kilku trudnych latach w szkole marzył tylko o jednym: żeby móc uczyć się bez hałasu, presji, stresu, strachu przed przemocą rówieśniczą i w zgodzie z rodzinnymi przekonaniami.

Rodzice zgodzili się, ponieważ chcieli pomóc dziecku oraz mieć pod kontrolą program nauczania, który ostatnimi czasy staje się coraz bardziej zindoktrynowany. Nie uciec od szkoły, lecz od chaosu i systemowego prania mózgu. Złożyli więc wniosek o edukację domową. Mieli komplet dokumentów: opinię poradni, program nauki, wszystko zgodnie z art. 37 Prawa oświatowego. Potrzebowali tylko jednego – szkoły, która przyjmie Janka jako ucznia i będzie przeprowadzać egzaminy.

Wcześniej to nie był problem. W poprzednich latach szkoły publiczne chętnie współpracowały z rodzicami edukującymi dzieci w domu. Ale rok 2024 przyniósł nowe zasady.

Mur, którego nie widać

Ministerstwo Edukacji Narodowej obniżyło subwencję na uczniów w edukacji domowej. Z pozoru – drobna korekta w systemie finansowania. W praktyce – trzęsienie ziemi.

Szkoły publiczne przestały przyjmować uczniów w edukacji domowej, bo zwyczajnie im się to „nie opłacało”. Mniej pieniędzy, więcej obowiązków, brak wsparcia kuratoriów. Szkoły niepubliczne z kolei zaczęły pobierać opłaty – od kilkuset do nawet tysiąca złotych miesięcznie.

Dla rodziny Anny i Michała to oznaczało jedno: mur. Nieformalny, niezapisany w ustawie. Mur z biurokracji, interpretacji i strachu dyrekcji szkół przed MEN.

Dzwonili wszędzie. Do szkół w ich województwie, potem do tych w sąsiednim. Wszędzie to samo: „nie możemy przyjąć ucznia spoza regionu”, „nie mamy miejsc”, „kuratorium nie zaleca”, ale nikt nie potrafił wskazać przepisu prawa. Dlaczego? Ponieważ żaden przepis nie zabrania przyjmowania uczniów z innych województw! Ale od czasu zmian w 2024 roku kuratoria zaczęły nieoficjalnie „odradzać” takie praktyki. Szkoły wolą więc nie ryzykować.

Wolność w klatce

W teorii wszystko działa. Konstytucja w art. 48 gwarantuje rodzicom prawo do wychowywania dzieci zgodnie z przekonaniami. Prawo oświatowe dopuszcza edukację domową. Ministerstwo zapewnia, że nie zakazuje. W praktyce – nie ma dokąd pójść.

Anna i Michał znaleźli się w sytuacji, której nie przewidziało żadne rozporządzenie. Nie mogą zapisać Janka do szkoły publicznej – bo te nie przyjmują uczniów w edukacji domowej. Nie mogą zapisać go do szkoły prywatnej – bo nie stać ich na comiesięczne opłaty. Nie mogą też odwołać się od żadnej decyzji – bo żadna decyzja formalnie nie zapadła.

To jak w thrillerze biurokratycznym: system mówi „tak”, ale każde jego ogniwo odpowiada „nie”. Prawo staje się atrapą, a wolność – papierową fikcją. Anna i Michał nie chcą łamać prawa, nie chcą być bohaterami-męczennikami w walce z systemem. Chcą tylko uczyć ich dziecko zgodnie z prawem.

Edukacja jako towar

Najbardziej bolesne w tym wszystkim jest to, że edukacja – konstytucyjnie darmowa – zaczyna kosztować. Nie w sensie metaforycznym — dosłownie.

Szkoły prywatne, które dotąd chętnie przyjmowały uczniów w edukacji domowej, wprowadziły wysokie opłaty. W oficjalnych komunikatach tłumaczą to obniżeniem subwencji z budżetu państwa. „Państwo zabrało pieniądze, więc musimy przerzucić koszty na rodziców” – tłumaczą.

To prosta matematyka, ale fatalna w skutkach. Bo prawo do nauki – gwarantowane każdemu dziecku – staje się przywilejem dla tych, których na nie stać.

Czeski film w Polsce

Anna i Michał wysyłają jeszcze jeden wniosek. Potem kolejny. I kolejny. Nikt nie odpowiada. Mijają tygodnie, a ich syn formalnie nie ma szkoły. Nie dlatego, że rodzice nie dopełnili formalności. Dlatego, że system nie przewidział, że prawo może być niemożliwe do zrealizowania.

Wreszcie Anna siada przy biurku i pisze list. Nie do szkoły, nie do kuratorium – do samego Ministerstwa. Prosi o wskazanie przepisu, który zabrania przyjęcia ucznia spoza województwa. Odpowiedź? Link do ogólnego rozporządzenia o finansowaniu szkół. Bez konkretu. Bez odpowiedzialności. To już nie edukacja. To koszmar rodem z czeskiego filmu, gdy wszyscy wszystko wiedzą, ale nikt nic nie wie.

Anna trzyma w dłoni plik odmów. Michał sprawdza skrzynkę mailową po raz setny. Janek czeka. Czas płynie. A system milczy.

Komentarz

Historia Anny i Michała jest hipotetyczna, ale coraz mniej abstrakcyjna. Teoretycznie w Polsce edukacja domowa wciąż istnieje. Rodzice mają prawo. Dzieci mają prawo. Tylko że prawo bez możliwości jego realizacji jest jak drzwi, których nie można otworzyć, ponieważ nikt nie chce wydać klucza.

Decyzja Ministerstwa Edukacji Narodowej o obniżeniu subwencji dla uczniów w edukacji domowej miała „uporządkować system” i ograniczyć fikcyjne zapisy. Zamiast tego stworzyła mechanizm, w którym legalna, konstytucyjna forma nauki staje się faktycznie niedostępna dla tysięcy rodzin.

Szkoły publiczne nie mają obowiązku przyjmowania uczniów w edukacji domowej, a prywatne – zmuszone do utrzymania się bez wsparcia państwa – wprowadzają opłaty.

Efekt? Edukacja, która miała być wolnością wyboru, zamienia się w przywilej ekonomiczny. Państwo nie zakazało edukacji domowej. Po prostu ją zablokowało – administracyjnie, finansowo i psychologicznie. I to jest najgroźniejszy rodzaj ograniczenia: taki, którego nie widać w „Dzienniku Ustaw”, ale który skutecznie odbiera ludziom prawo, z którego teoretycznie mogą korzystać.

W Polsce, jak się okazuje, edukacja domowa teoretycznie wciąż jest legalna, ale w praktyce staje się coraz mniej dostępna. Wygląda to na systemową walkę rządu z edukacją domową, przypominającą grę w „Głupiego Jasia”.

Autorstwo: Maurycy Hawranek
Ilustracje: WolneMedia.net (CC0)
Źródło: WolneMedia.net

 

MTK będzie ścigał Giorgię Meloni za wspieranie Izraela?


https://www.youtube.com/watch?v=k4EgvNTjGkk
https://www.youtube.com/watch?v=q2dolwy-QDc

Jak donosi „Hindustan Times”, Giorgia Meloni – premier Włoch – publicznie oznajmiła, że za poparcie polityki Benjamina Netanjahu została zgłoszona wnioskiem o ściganie złożonym do Międzynarodowego Trybunału Karnego. Stwierdziła, że oskarżenie obejmuje cały gabinet rządowy. W treści oskarżenia pojawiają się nazwiska ministra obrony – Guido Crosetto, ministra spraw zagranicznych – Antonio Tajaniego. We wniosku wymieniono również Leonarda Cingolaniego – dyrektora Europejskiej Korporacji Obrony i Bezpieczeństwa (producenta w branży zbrojeniowej).

Premier Meloni poinformowała o sprawie w telewizyjnym programie „Talk | Show”. Krytycznie odniosła się zarówno do samego faktu złożenia oskarżenia, jak i do jego treści. Zauważyła przy tym, że nie spotkało to żadnego innego przywódcy, a jeśli chodzi o dostawy broni dla Izraela, to od 7 października 2023 roku żaden transport broni nie wyjechał z Włoch. Podtrzymała też w swoim oświadczeniu, że nie popierała działań wojskowych w Gazie po ataku dokonanym przez Hamas.

Fakty przeczą tym zapewnieniom – Włochy, podobnie jak Stany Zjednoczone i Niemcy, zaopatrywały Izrael w broń. Dostawy te (potwierdzone przez Sztokholmski Instytut Badań nad Pokojem) wspierały działania IDF przeciwko mieszkańcom Gazy.

Rzeczywistość wskazuje, że początkowo rząd włoski popierał izraelskie działania w Gazie, choć później krytycznie odnosił się do kontynuacji operacji. Władze włoskie ograniczyły się do oceny sytuacji jako „nieproporcjonalnej” względem przyczyn, nigdy jednak nie zerwały kontaktów z Izraelem ani nie uznały państwowości Palestyny – jak uczyniły to inne państwa. Według pani premier, Włochy – związane umowami – dostarczały broń Izraelowi przez cały 2024 rok.

Masowe protesty propalestyńskie ogarnęły wiele krajów, co zaczyna sprzyjać narastaniu fali antysemityzmu. Od początku działań wojskowych Izraela w Gazie zginęło 66 000 osób, głównie kobiet i dzieci. We wrześniu 2025 roku raport komisji ONZ potwierdził odpowiedzialność Izraela za akty ludobójstwa – największej zbrodni w dziejach ludzkości. W raporcie ujęto szczegóły dowodzące zasadności takiej kwalifikacji czynów w okresie od października 2023 do 2025 roku. W tych okolicznościach MTK zajmuje się rozpatrzeniem wniesionego oskarżenia.Nad Giorgią Meloni zawisło oskarżenie i dochodzenie o współudział w zbrodniach wojennych dokonywanych w Gazie. Wniosek o ściganie został złożony w Haskim Trybunale Karnym i podpisany przez 50 osób – wśród nich profesorów prawa, prawników, osoby publiczne. Popierając starania Palestyńczyków, sygnatariusze domagają się wszczęcia formalnego śledztwa w sprawie zarzucanych poważnych przestępstw o charakterze zbrodni przeciwko ludzkości.

Opinia publiczna od dawna zarzucała rządowi włoskiemu bezczynność wobec oczywistości dramatu milionów mieszkańców Gazy i raportów ONZ.

Mocno podzieleni Włosi wyrażają swoje opinie w mediach społecznościowych. Krytycy Meloni pytają, dlaczego tylko ona – skoro to samo stanowisko od początku prezentują Macron, Merz, Scholz, Sunak, Baerbock, Biden i Trump. Broniąc się, Meloni przytacza pomoc, jaką Włochy udzieliły Flotylli Sumud. Upiera się, że wszystkie podejmowane przez nią kroki były zgodne z interesem Włoch.

Masowość protestów, paraliż państwa strajkami we Włoszech, Hiszpanii i Francji wskazują na nadejście czasu rozrachunku.

Eksperci są zgodni – śledztwo potrwa zapewne długie miesiące.

Opracowanie: Jola
Źródło: WolneMedia.net



 

800+ trafi również do emerytów?



Dzisiaj Komisja do Spraw Petycji (PET) rozpocznie rozpatrywanie kontrowersyjnej petycji dotyczącej przyznania emerytom dodatku za wychowanie dzieci. Petycja ta wnosi o przyznanie 800 zł miesięcznie dla rodziców-emerytów, którzy wychowali co najmniej dwoje dzieci. Według autorów propozycji, 800+ miałoby trafić do seniorów, których dzieci „pracują i płacą podatki w Polsce”. Osoby wychowujące jedno dziecko miałyby otrzymać połowę tej kwoty, czyli 400 zł.

Zgodnie z argumentacją autorów petycji, emeryci, którzy wychowywali dzieci w czasach, gdy państwo nie przyznawało im żadnych dodatków rodzinnych, powinni teraz otrzymać rekompensatę. Autorzy petycji wskazują, że ich rodzice byli poszkodowani, ponieważ w okresie wychowywania dzieci nie korzystali z żadnych form wsparcia państwowego, a obecnie to dzieci tych osób, płacąc podatki, „pomnażają dochody państwa”.

Autorzy twierdzą, że władze ustawodawcze powinny zadośćuczynić emerytom, ponieważ „obecni rodzice dzieci, które teraz pracują, mają niskie emerytury i są zawsze pomijani w przyznawaniu wszelkich świadczeń”. Wskazują również, że emeryci „żyją w nędzy”, podczas gdy młodsze pokolenia korzystają z licznych przywilejów państwowych, w tym m.in. z 800+ na każde dziecko. Dodatkowo sugerują, że skoro państwo potrafi wydawać pieniądze na pomoc wojskową dla Ukrainy, to powinno również przeznaczyć fundusze na emerytów.

Choć propozycja brzmi kusząco, eksperci wskazują na szereg problemów związanych z jej realizacją. Biuro Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji podkreśla, że petycja nie odpowiada celowi ustawy, do której odnosi się pomysł. Zgodnie z ustawą o pomocy państwa w wychowywaniu dzieci, celem świadczenia wychowawczego jest częściowe pokrycie kosztów wychowania dzieci, w tym zapewnienia opieki i zaspokajania ich potrzeb życiowych. Tego typu cele, jak wskazują eksperci, nie odnoszą się do kwestii emerytur czy rekompensat dla osób, które wychowały dzieci w przeszłości.

Zdaniem ekspertów, petycja ma trudną drogę do spełnienia. Wskazują na wątpliwości dotyczące zakresu podmiotowego, czyli tego, kto mógłby otrzymać taki dodatek. Propozycja ogranicza uprawnienia jedynie do emerytów, co może wykluczyć inne grupy, które również poniosły koszty wychowania dzieci, takie jak renciści czy osoby nieposiadające żadnych świadczeń emerytalnych. Dodatkowo pomysł ten może wiązać się z trudnościami w weryfikowaniu warunków, które musiałyby spełniać dorosłe już dzieci emerytów, co może stanowić problem administracyjny i obciążyć system.

Na dzień dzisiejszy Biuro Ekspertyz zarekomendowało nieuwzględnienie petycji przez Komisję. Zatem, choć pomysł przyznania 800+ emerytom na razie stoi pod dużym znakiem zapytania, z pewnością rozgorzeje dalsza debata na temat potrzeb i sprawiedliwości w polityce socjalnej wobec seniorów.

Pomimo tego, że propozycja przyznania dodatku dla emerytów za wychowanie dzieci budzi emocje i jest popierana przez część opinii publicznej, wnioski ekspertów sugerują, że inicjatywa może nie znaleźć swojej realizacji w obecnej formie. Kolejne miesiące będą kluczowe dla dalszego rozwoju tej kwestii, a debata na temat sprawiedliwości społecznej wobec emerytów i polityki prorodzinnej w Polsce z pewnością będzie kontynuowana.

Autorstwo: Aurelia
Na podstawie: Sejm.gov.pl
Źródło: WolneMedia.net

                                                                  Polska, a nie Polin   


https://www.facebook.com/photo/?fbid=1881695226049841&set=a.343798439839535

Od trzech lat w mediach słyszymy, że Rosja zaatakowała Ukrainę bez powodu, a my – Polacy – musimy wspierać Kijów, bo to „nasza wojna”. Jednak rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Wojna na Ukrainie nie zaczęła się w 2022 roku, lecz była konsekwencją działań Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej, które systematycznie prowokowały Rosję, używając Ukrainy jako pionka w geopolitycznej rozgrywce.
Przede wszystkim trzeba pamiętać, że pucz na Majdanie w 2014 roku nie był spontanicznym zrywem Ukraińców, lecz efektem finansowanej przez USA operacji destabilizacyjnej, czyli tzw. „demokratyzacji” Ukrainy. Stany Zjednoczone przeznaczyły miliardy dolarów na zmianę władzy w Kijowie, a nagrania rozmów amerykańskich dyplomatów (m.in. Victorii Nuland) pokazują, że to oni decydowali, kto stanie na czele rządu po obaleniu legalnie wybranego prezydenta Wiktora Janukowycza. Po tych wydarzeniach Ukraina rozpadła się na dwie części – prozachodnią i prorosyjską, a w Donbasie wybuchła wojna domowa. Przez kolejne osiem lat ukraińskie wojsko, wspierane przez skrajnie nacjonalistyczne oddziały, takie jak Azow i Prawy Sektor, prowadziło operacje militarne przeciwko separatystom, co doprowadziło do około 15 tysięcy ofiar śmiertelnych, według danych ONZ. Media milczały na ten temat, bo nie pasowało to do ich narracji.
W odpowiedzi na te wydarzenia, w marcu 2014 roku, Rosja przeprowadziła operację wojskową na Krymie, która doprowadziła do aneksji półwyspu. W referendum, które odbyło się 16 marca 2014 roku, 96,77% głosujących opowiedziało się za przyłączeniem Krymu do Rosji, przy frekwencji wynoszącej 83,1%. Choć organizacje międzynarodowe uznały to referendum za nielegalne, faktem jest, że decyzja ta miała szerokie poparcie mieszkańców Krymu. Dodatkowo ukraińskie władze wcześniej próbowały ograniczyć używanie języka rosyjskiego – w 2014 roku Rada Najwyższa Ukrainy podjęła próbę uchylenia ustawy o językach regionalnych, co wywołało niepokój rosyjskojęzycznej ludności.
Kolejną przyczyną konfliktu była kwestia NATO. Rosja od lat ostrzegała, że nie pozwoli na wciągnięcie Ukrainy do Sojuszu, traktując to jako bezpośrednie zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa. Porównanie do Kryzysu Kubańskiego z 1962 roku jest oczywiste – gdy ZSRR próbował rozmieścić rakiety na Kubie, USA groziły wojną. Wtedy ostatecznie statki z sowieckimi rakietami zawróciły, a Moskwa wycofała się pod presją Waszyngtonu. Dlaczego więc Moskwa miałaby pozwolić, aby NATO ulokowało swoje bazy tuż przy jej granicach?
Waszyngton i Bruksela nie tylko ignorowały rosyjskie ostrzeżenia, ale też świadomie eskalowały sytuację. Do 2021 roku Ukraina była intensywnie dozbrajana, a na jej modernizację przeznaczono miliardy dolarów. Rosja uznała to za zagrożenie i zareagowała. Co ciekawe, wojna mogła zakończyć się już w kwietniu 2022 roku – w Stambule prowadzono rozmowy pokojowe, a Ukraina była gotowa na kompromis. To jednak Kijów zerwał negocjacje po naciskach USA i Wielkiej Brytanii. Wojna była Zachodowi na rękę, ponieważ stała się najlepszym wytłumaczeniem fatalnych decyzji gospodarczych i inflacji w czasie COVID-19. W obliczu rosnącego niezadowolenia społecznego w wielu krajach wojna stała się idealnym pretekstem do dalszych wydatków publicznych i tłumaczenia kryzysu gospodarczego „putinflacją".
Nie można też pominąć kwestii ideologicznej. Rosja od początku mówiła o „denazyfikacji” Ukrainy oraz czci dla Stepana Bandery i UPA, organizowaniu marszy ku ich czci, a prezydent Zełenski chętnie fotografuje się na tle czerwono-czarnej flagi, symbolu UPA. Dla Polski ten aspekt jest szczególnie ważny, ponieważ UPA była odpowiedzialna za Rzeź Wołyńską – ludobójstwo dokonane na dziesiątkach tysięcy Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943–1945. To nie jest „rosyjska propaganda”, lecz rzeczywistość, którą polskie elity polityczne celowo ignorują.
Dziś politycy i dziennikarze przekonują nas, że „Putin chce odbudować ZSRR” i „zaatakuje Polskę”. To narracja tych, którzy dążą do dalszej eskalacji konfliktu i próbują doprowadzić do upokorzenia Rosji – co w obecnej sytuacji jest nierealne. Ukraina przegrała tę wojnę i musi liczyć się z jej konsekwencjami. Europejscy politycy nie byli jednak przygotowani na taki scenariusz, a jego skutki okazały się dla nich poważnym problemem. Narracja o nieuchronnym zwycięstwie Kijowa zaczęła się rozpadać, zwłaszcza po zwycięstwie Donalda Trumpa, który otwarcie powiedział prawdę o tej wojnie. Jego stanowisko podważyło dotychczasowy przekaz, a elity europejskie, które zainwestowały w ten konflikt zarówno politycznie, jak i finansowo, znalazły się w sytuacji, której nie przewidywały.
W obliczu tej sytuacji Polska powinna kierować się własnym interesem narodowym. Militarne zaangażowanie w konflikt, który nie jest naszą wojną, może przynieść katastrofalne skutki dla Polski i jej obywateli.
Udostępnij i nie pozwól na wciągnięcie Polski w tę wojnę. 


           

                          TUZY ELITY                                   Marek Tadeusz Kuchciński                                             ...