Zmiana rządu – ta sama pozycja klęcząca
Zmieniły się nazwiska, zmieniły się hasła, zmieniła się dekoracja konferencji prasowych — pozycja państwa pozostała ta sama. Jeśli rządy PiS uprawiały klękanie selektywne, to rządząca dziś Koalicja Obywatelska postawiła na klękanie systemowe, najlepiej widoczne w relacjach z Unią Europejską. Tu nie ma awantur, tu nie ma emocji, tu nie ma retoryki suwerenności. Jest za to entuzjastyczny powrót do roli prymusa, który z ulgą odkrywa, że wystarczy być grzecznym, by znów być chwalonym.

Koalicja Obywatelska nie tyle prowadzi politykę europejską, co odtwarza rytuał rehabilitacyjny: szybkie zgody, szybkie korekty, szybkie zapewnienia, że „tym razem już naprawdę rozumiemy”. Suwerenność w tym wydaniu nie jest wartością do negocjacji — jest problemem wizerunkowym, który należy jak najszybciej rozbroić, najlepiej jeszcze zanim ktoś zdąży zapytać o szczegóły. Bruksela mówi „standardy”, Warszawa odpowiada „oczywiście”. Bez przypisów. Bez zastrzeżeń. Bez własnego zdania, które mogłoby opóźnić przelew.
Jeśli PiS demonstrował swoją uległość wobec silniejszych w sposób nerwowy i kompensacyjny, to KO robi to spokojnie, technokratycznie i z uśmiechem. To serwilizm w wersji light — bez krzyku, bez ideologii, za to z pełnym przekonaniem, że dobra reputacja zastępuje realną sprawczość. Państwo ma być „przewidywalne”, czyli takie, które nie stawia pytań i nie sprawia kłopotów. Partnerstwo zostaje zastąpione zarządzaniem reputacją.
Problem polega na tym, że ten model rządzenia jest politycznie kruchy. Opiera się na założeniu, że społeczeństwo zmęczone konfliktem zaakceptuje każdą cenę za „święty spokój” i unijne pieniądze. Tymczasem rzeczywistość nie daje rządowi komfortu długiego oddechu: kryzysy, wojna, inflacja, zmęczenie wyborców i coraz wyraźniejsze pęknięcia wewnątrz samej koalicji sprawiają, że widmo przedterminowych wyborów przestaje być publicystyczną fantazją, a zaczyna być realnym scenariuszem.
I tu zaczyna się paradoks. Koalicja Obywatelska rządzi tak, jakby miała przed sobą długą, stabilną kadencję, a PiS — jakby był już w kampanii powrotnej. Jedni inwestują w aprobatę Brukseli, drudzy w gniew elektoratu. Jedni wierzą, że wystarczy być „europejskim”, drudzy — że wystarczy być „antysystemowym”. A państwo, jak zwykle, zostaje pomiędzy: bez własnej narracji, bez własnej podmiotowości, za to z dwiema wersjami tej samej zależności.
Ten tekst nie jest więc tylko krytyką PiS ani tylko kpiną z obecnej władzy. Jest próbą opisania ciągłości serwilizmu, który zmienia adresata, język i opakowanie, ale nigdy nie znika. Bo w Polsce władza się zmienia — pozycja negocjacyjna państwa już niekoniecznie.
Rzekome „wstawanie z kolan” w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwość okazuje się w praktyce starannie wyćwiczonym klękaniem selektywnym: dumnym wobec Brukseli, uniżonym wobec Waszyngtonu i Tel Awiwu. Suwerenność – owszem – ale tylko wtedy, gdy nie przeszkadza patronowi.
Wstawanie z kolan, ale nie przez wszystkich
Polska dyplomacja w wersji PiS przypomina boksera, który z impetem rusza na sędziego, ale na widok sponsora natychmiast przechodzi w pozycję embrionalną.
„Wstawanie z kolan” miało być momentem godnościowym III RP. Symbolicznym zerwaniem z kompleksem peryferii, z rolą grzecznego ucznia Europy, z mentalnością petenta. Tak przynajmniej opowiadało to Prawo i Sprawiedliwość. Problem polega na tym, że w praktyce to „wstawanie” przypomina raczej rehabilitację po wybiórczym paraliżu — nogi działają tylko wtedy, gdy trzeba kopnąć Unię Europejską.
Bo oto państwo, które z Brukselą potrafi się awanturować o przecinek w traktacie, o „narzucanie wartości”, o „ingerencję w wewnętrzne sprawy” (potem i tak wszystko po cichu podpisuje), nagle odkrywa w sobie niezwykły talent do pokory, ciszy i dyscypliny, gdy rozmówca siedzi w Waszyngtonie albo Tel Awiwie. Tam już nie ma buńczuczności. Tam jest ton ministranta, który boi się, że źle zadzwoni dzwonkiem.
Suwerenność w wersji PiS to suwerenność asymetryczna. Twarda wobec słabszych, miękka wobec silniejszych. Krzykliwa tam, gdzie można krzyczeć bez konsekwencji, i niemal medytacyjnie wyciszona tam, gdzie konsekwencje mogłyby być realne. To nie jest polityka podmiotowa — to jest geopolityczny teatr dla elektoratu, w którym groźne miny robi się wyłącznie przed lustrem.
Rząd, który z dumą ogłasza, że „nie będzie nikomu ulegał”, w praktyce stworzył nową kategorię dyplomatyczną: uległość prewencyjną. Nie trzeba naciskać, nie trzeba grozić, nie trzeba nawet prosić — wystarczy samo istnienie silniejszego partnera, a polska duma narodowa sama składa się w kostkę i chowa do kieszeni.
Ironia polega na tym, że im głośniej PiS mówi o honorze i podmiotowości, tym bardziej przypomina kogoś, kto krzyczy o niezależności z bezpiecznej odległości, a gdy tylko znajdzie się w realnej relacji sił — natychmiast przechodzi w tryb „to nie jest dobry moment na asertywność”.
„Wstawanie z kolan” okazało się więc nie aktem emancypacji, lecz zmianą adresata ukłonu. Nie ma tu zerwania z mentalnością wasala — jest tylko zmiana feudała. A suwerenność, zamiast stać się zasadą, została sprowadzona do rekwizytu propagandowego, wyciąganego wtedy, gdy pasuje do narracji dnia.
Państwo naprawdę suwerenne potrafi powiedzieć „nie” również tym, którzy rozdają karty. Państwo PiS potrafi powiedzieć „nie” głównie tym, którzy nie mogą odpowiedzieć. Reszta to już tylko retoryka — głośna, dumna i bezpiecznie bezobjawowa.
Serwilizm atlantycki – sojusz czy wasalstwo?
Polska w relacji z USA nie prowadzi polityki zagranicznej — ona składa meldunki.
W oficjalnej narracji to „strategiczne partnerstwo”. W wersji propagandowej — „gwarancja bezpieczeństwa”. W rzeczywistości jednak relacja rządu PiS z Stanami Zjednoczonymi coraz mniej przypominała sojusz, a coraz bardziej instruktaż obsługi państwa satelickiego. Instruktaż prosty: nie zadawać pytań, nie negocjować, nie stawiać warunków. Podpisywać. Płacić. Dziękować.
Polityka atlantycka PiS opiera się na założeniu, że lojalność zastępuje podmiotowość. Im więcej wydamy, im szybciej kupimy, im głośniej powiemy „tak, oczywiście”, tym bardziej Ameryka nas pokocha. To już nie jest realizm polityczny — to jest wiara cargo, w której samoloty z bezpieczeństwem mają lądować dlatego, że tubylcy starannie odgrywają rytuał.
Zakupy zbrojeniowe stały się tu symbolem. Nie dlatego, że armia nie potrzebuje modernizacji — potrzebuje. Ale dlatego, że skala, tempo i brak debaty przypominają raczej gorączkę zakupową klienta, który boi się, że sprzedawca za chwilę zamknie sklep. Bez offsetu, bez realnych negocjacji, bez pytania „co my z tego mamy poza rachunkiem?”. Suwerenność kończy się tam, gdzie zaczyna się faktura.
PiS uwielbia opowiadać o „twardych negocjacjach” z Unią Europejską, ale w relacjach z Waszyngtonem nagle odkrywa urok dyplomacji klęczącej. Tam nie ma mowy o asertywności. Tam jest wdzięczność za uwagę, za uścisk dłoni, za zdjęcie w korytarzu. Symbolika zastępuje treść, a prestiż — interes.
W tej relacji Polska nie jest partnerem, tylko entuzjastycznym petentem, który myli obecność wojskową z automatyczną gwarancją szacunku. A przecież historia zna aż nadto przykładów państw, które były „niezastąpionymi sojusznikami” — do momentu, gdy przestały być potrzebne. Suwerenność oparta wyłącznie na cudzej armii to nie suwerenność. To leasing bezpieczeństwa, z ratą płatną politycznym posłuszeństwem.
Najbardziej groteskowe jest to, że PiS — partia tak uczulona na „obce wpływy” — nie widzi nic uwłaczającego w sytuacji, w której kluczowe decyzje strategiczne zapadają bez realnej kontroli parlamentarnej, bez społecznej dyskusji, za to z nabożnym spoglądaniem za ocean. Jakby samo słowo „USA” zwalniało z myślenia.
To nie jest polityka wielowektorowa. To nie jest nawet polityka jednoznaczna. To jest polityka jednokierunkowa, w której strumień decyzji płynie z Polski na Zachód, a strumień oczekiwań — w drugą stronę. Równowaga? Partnerskość? Wzajemność? To pojęcia, które w tym modelu uznano za niebezpiecznie europejskie.
I tak oto „wstawanie z kolan” kończy się w pozycji półleżącej — wygodnej dla silniejszego. Bo prawdziwy sojusz opiera się na negocjacji interesów, a nie na demonstracyjnym zachwycie. A państwo, które boi się powiedzieć „sprawdźmy warunki”, nie jest lojalne. Jest tylko łatwe w obsłudze.
Izrael – dyplomacja na palcach
Jeśli w relacjach z Brukselą PiS krzyczy, a w relacjach z Waszyngtonem mówi półgłosem, to wobec Izrael polska dyplomacja przechodzi na szept i ściąga buty, żeby przypadkiem nie skrzypnęła podłoga. To już nie jest ostrożność. To jest dyplomacja na palcach, prowadzona w stanie permanentnego napięcia mięśniowego.
Oficjalnie chodzi o „wrażliwość historyczną” i „odpowiedzialność za słowo”. W praktyce wygląda to tak, jakby każda próba artykulacji własnego stanowiska była traktowana jako potencjalny incydent międzynarodowy. Polska może się mylić, Polska może się wycofywać, Polska może przepraszać — byle tylko nie próbowała mieć zdania, które nie zostało wcześniej skonsultowane i zatwierdzone.
Kulminacją tego podejścia była gotowość PiS do błyskawicznego cofania się z własnych ustaw, narracji i deklaracji, gdy tylko pojawił się dyplomatyczny zgrzyt. Tempo tych odwrotów było imponujące — szybsze niż w relacjach z Trybunałem Konstytucyjnym i bardziej zdecydowane niż w sprawach krajowych. Tam latami trwa „reforma”, tu wystarczy jeden komunikat i suwerenność odkłada się sama.
Narracja historyczna, z której PiS uczynił niemal religię państwową, w tym jednym obszarze okazuje się zaskakująco elastyczna. Pamięć narodowa, duma, „wstawanie z kolan” — wszystko to nagle przestaje być nienegocjowalne. Historia staje się czymś, co można korygować w trybie pilnym, byle tylko nie narazić się na międzynarodowy dyskomfort.
Nie chodzi nawet o to, kto ma rację. Chodzi o brak symetrii. Państwo, które poucza własnych obywateli o patriotyzmie, nagle traci głos, gdy rozmowa dotyczy spraw trudnych, złożonych i niewygodnych. Zamiast dialogu — panika. Zamiast argumentów — cisza. Zamiast dyplomacji — zarządzanie kryzysem wizerunkowym.
Najbardziej uderzające jest to, że PiS nie widzi w tym żadnej sprzeczności. Partia, która wszędzie indziej tropi „obce wpływy” i „dyktat narracyjny”, tutaj akceptuje sytuację, w której granice debaty wyznacza ktoś inny. Jakby istniały dwa rodzaje suwerenności: prawdziwa, dla użytku wewnętrznego, i zawieszona — do stosowania w relacjach wrażliwych.
W efekcie Polska nie prowadzi z Izraelem polityki partnerskiej, lecz politykę unikania. Unikania konfliktu, unikania słów, unikania tematów. To strategia, która może dawać chwilowy spokój, ale długofalowo produkuje jedno: wizerunek państwa, które boi się własnego głosu.
A państwo, które boi się mówić, nie jest odpowiedzialne. Jest tylko ostrożne do granic paraliżu. I znów — nie mamy tu do czynienia z realizmem, tylko z lękiem przebranym za dojrzałość. Suwerenność nie polega bowiem na tym, że się nie odzywasz. Polega na tym, że potrafisz mówić — także wtedy, gdy rozmówca nie będzie zadowolony.
Płynnie więc przejdźmy dalej — bo kiedy zestawi się asertywność selektywną, atlantycki ukłon i dyplomację na palcach, obraz zaczyna się sam domykać.
„Słudzy Ukrainy” i ciągłość uległości
Dopełnieniem tego obrazu jest jeszcze jeden wymiar serwilizmu, o którym w Polsce mówi się albo histerycznie, albo wcale: stosunek do Ukrainy. Tu bowiem zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Koalicja Obywatelska wykazują się zadziwiającą ciągłością myślenia, różniąc się jedynie stylem uzasadnienia własnej uległości.
PiS, który w kraju uwielbiał rolę suwerennego szeryfa, w relacjach z Kijowem przyjął postawę, którą jego własny elektorat coraz częściej określa bez eufemizmów: „słudzy Ukrainy”. Tak zresztą z dumą powiedział wiceminister w rządzie PiS niejaki Jasina. Pomoc — konieczna. Solidarność — zrozumiała. Ale granica między solidarnością a rezygnacją z własnego interesu została przekroczona z rozmachem. Bez warunków. Bez symetrii. Bez planu wyjścia.
Polityka wobec Ukrainy została przez PiS oparta na moralnym szantażu: skoro pomagamy „na pierwszej linii cywilizacji”, to nie wolno pytać o koszty, o konsekwencje dla polskich rolników, pracowników, infrastruktury, ani o kwestie historyczne. Każde pytanie uznawano za podejrzane, każde zastrzeżenie — za „granie na Kreml”. Racja stanu została zawieszona w imię emocjonalnego obowiązku, którego nikt nie zdefiniował i którego końca nikt nie odważył się nazwać.
Co zrobiła Koalicja Obywatelska, gdy przejęła władzę? Zasadniczo — to samo, tylko ciszej i bardziej „europejsko”. Tam, gdzie PiS klękał demonstracyjnie, KO klęka technokratycznie. Tam, gdzie PiS krzyczał o braterstwie, KO mówi o „odpowiedzialności międzynarodowej”. Sens jednak pozostaje identyczny: brak asertywności, brak warunków brzegowych, brak jasnego komunikatu, że Polska nie jest zapleczem logistycznym bez prawa do własnych interesów.
W tej narracji Ukraina przestała być państwem, z którym prowadzi się trudną, partnerską politykę, a stała się projektem moralnym, wobec którego Polska ma wyłącznie obowiązki, a żadnych praw. Historia? „Nie teraz”. Gospodarka? „Później”. Interesy społeczne? „Po wojnie”. To nie jest realizm. To jest abdykacja z polityki.
Najbardziej destrukcyjne jest jednak to, że zarówno PiS, jak i KO wpisali relacje z Ukrainą w cudzą logikę strategiczną — przede wszystkim amerykańską. Polska nie występuje tu jako podmiot regionalny, lecz jako wykonawca linii, który ma być wystarczająco gorliwy, by nie zostać oskarżonym o brak zaangażowania. W efekcie stosunki polsko-ukraińskie nie są budowane na dwustronnym interesie, lecz na lęku przed oceną z zewnątrz.
To szczególnie groźne w perspektywie długoterminowej. Bo wojny się kończą, a sąsiedztwo zostaje. Państwo, które dziś nie potrafi powiedzieć Ukrainie „tak, ale…”, jutro nie będzie potrafiło powiedzieć „dość”. A normalizacja relacji — gospodarcza, polityczna, historyczna — stanie się niemożliwa, bo przez lata nie uczono się rozmowy, tylko deklaracji.
Polska racja stanu nie polega na byciu najgorliwszym uczniem ani najofiarniejszym sojusznikiem. Polega na zachowaniu podmiotowości — także wobec Ukrainy. Pomoc nie wyklucza warunków. Solidarność nie unieważnia interesu narodowego. A partnerstwo nie polega na tym, że jedna strona daje wszystko, a druga nie musi nic.
Tymczasem zarówno PiS, jak i KO zdają się wierzyć, że serwilizm da się sprzedać jako moralną wyższość. Nie da się. Daje się sprzedać tylko krótkoterminowo. Długofalowo produkuje frustrację, radykalizację i polityczną próżnię. I to właśnie ta próżnia może się okazać najdroższym skutkiem polityki „sług Ukrainy” — prowadzonej w dwóch wersjach, ale z tym samym skutkiem: osłabieniem polskiej racji stanu w imię cudzych narracji.
„Kundlizm” jako strategia państwowa
To nie są już pojedyncze decyzje, wpadki czy „niefortunne okoliczności”. To spójny styl. Metoda. Mentalność. To moment, w którym polityka zagraniczna przestaje być zbiorem działań, a zaczyna być postawą psychiczną państwa. Można ją nazwać wprost: kundlizmem.
Kundlizm w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości nie polega na braku sojuszy — polega na braku godności w ich ramach. To przekonanie, że bezpieczeństwo i znaczenie międzynarodowe nie wynikają z interesów, negocjacji i siły argumentów, lecz z odpowiednio gorliwego okazywania lojalności. Im bardziej bezwarunkowej, tym lepiej. Ta sama postawa kundlizmu politycznego charakteryzuje rządzącą Koalicję, z tą różnicą, że wektory kundlizmu skierowane są w stronę Brukseli i Berlina.
W tym modelu państwo nie pyta: co możemy wspólnie zrobić? Państwo pyta: jak bardzo mamy się starać, żeby nas nie skarcono?
Kundlizm nie wymaga rozkazów — on działa sam. Antycypuje oczekiwania silniejszych, wycofuje się zanim padnie żądanie, milknie zanim pojawi się krytyka. To polityka zagraniczna oparta na wyczuwaniu nastroju pana, a nie na artykulacji własnego interesu. I co najważniejsze: jest sprzedawana jako cnota.
Propaganda PiS ubrała tę postawę w słowa takie jak „odpowiedzialność”, „realizm” i „dojrzałość”. W rzeczywistości mamy do czynienia z emocjonalną zależnością, w której państwo czerpie poczucie wartości z pochwał z zewnątrz. Zdjęcie, uścisk dłoni, poklepanie po plecach, wzmianka w przemówieniu — oto waluta sukcesu.
Najbardziej perwersyjne w kundlizmie jest to, że wymaga on agresji wobec słabszych, by móc uchodzić za „twardego”. Skoro nie wolno postawić się silniejszym, trzeba odreagować na kimś innym: Unii, opozycji, mniejszościach, „elitach”. Suwerenność staje się wtedy teatrem kompensacyjnym — im mniej realnej sprawczości na zewnątrz, tym więcej krzyku do środka.
Państwo kundlicze myli lojalność z bezrefleksyjnością. Myli sojusz z hierarchią. Myli bezpieczeństwo z aprobatą. A potem dziwi się, że mimo całej tej gorliwości nikt nie traktuje go jak partnera — tylko jak przewidywalny dodatek, który zawsze zagłosuje, podpisze i zapłaci.
To nie jest strategia na chwilę. To jest mentalność długiego trwania, która produkuje elitę polityczną niezdolną do myślenia w kategoriach równowagi, interesu i konfliktu. Elitę, która panicznie boi się jednego słowa: „nie”.
A państwo, które nie potrafi powiedzieć „nie”, może mówić o suwerenności bez końca. Tyle że będzie to suwerenność wyłącznie deklaratywna — głośna, nadęta i zawsze gotowa, by na widok silniejszego… znów uklęknąć.
Rusofobia urzędowa i ślepy zaułek racji stanu
Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym mówi się niechętnie, półgębkiem albo wcale — oficjalna rusofobia, podniesiona w Polsce do rangi doktryny państwowej. I tu paradoks polega na tym, że zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Koalicja Obywatelska znalazły się w tej samej pułapce, choć doszły do niej różnymi drogami.
Antyrosyjskość PiS była i jest emocjonalna, historyczna, mesjanistyczna — Rosja jako metafizyczne zło, odwieczny wróg, niemal byt ontologicznie sprzeczny z polskością. Antyrosyjskość KO jest chłodniejsza, proceduralna, „zachodnia” — Rosja jako problem systemowy, naruszenie ładu międzynarodowego, coś, z czym „cywilizowany świat nie rozmawia”. Efekt jednak jest identyczny: zamrożenie myślenia strategicznego.
Problem polega na tym, że świat nie stoi w miejscu. Stany Zjednoczone, niezależnie od retoryki, zawsze prowadzą politykę interesu, nie emocji. Jeśli interesem Waszyngtonu stanie się redefinicja relacji z Rosja — a historia uczy, że takie zwroty są nie tylko możliwe, ale wręcz regularne — Polska zostanie z ręką w nocniku własnej doktryny moralnej. Doktryny, która nie przewiduje trybu „resetu”, „odwilży” ani nawet minimalnej normalizacji.
W tym sensie rusofobia stała się dla polskich elit wygodnym alibi. Zwalnia z myślenia, z kalkulacji, z trudnych pytań. Pozwala udawać, że polityka zagraniczna to kwestia deklaracji, a nie interesów. Tyle że państwo, które buduje swoją strategię wyłącznie na negacji jednego sąsiada, skazuje się na permanentną zależność od decyzji innych.
Najgroźniejsze jest to, że zarówno PiS, jak i KO spaliły mosty, których w przyszłości może zabraknąć. Nie chodzi o sympatię, naiwną wiarę czy „zaufanie” — chodzi o kanały komunikacji, zdolność do rozmowy, minimalny realizm. Normalizacja stosunków polsko-rosyjskich — jakkolwiek trudna, ograniczona i obciążona historią — nie jest zdradą, lecz elementarną racją stanu państwa leżącego między Wschodem a Zachodem.
Racja stanu nie polega na tym, że kocha się jednych, a nienawidzi drugich. Racja stanu polega na maksymalizowaniu pola manewru. Tymczasem Polska wybrała strategię samookaleczenia dyplomatycznego: pełna identyfikacja z jedną linią polityczną Zachodu, bez żadnej polisy bezpieczeństwa na wypadek jej zmiany. A przecież Unia Europejska, USA i Rosja to nie byty moralne — to aktorzy interesu.
Symetria nie oznacza równej miłości ani równej bliskości. Oznacza równe prawo do asertywności. Oznacza możliwość powiedzenia „tak” wtedy, gdy to się opłaca, i „nie” — gdy cena jest zbyt wysoka. Oznacza prowadzenie polityki wobec USA, UE i Rosji nie przez emocje, resentymenty i ideologiczne rytuały, lecz przez chłodną kalkulację: co z tego ma Polska?
Dziś ani PiS, ani KO nie są w stanie takiej polityki zaproponować. Jedni spalili relacje z UE i Rosją, drudzy — gotowi są spalić resztki podmiotowości w imię „powrotu do Zachodu”. Obie strategie są lustrzanym odbiciem tej samej słabości: braku wiary, że Polska może być czymś więcej niż przedmiotem cudzych decyzji.
A państwo, które nie myśli o normalizacji relacji z sąsiadami w perspektywie dekad, tylko kadencji, nie prowadzi polityki zagranicznej. Prowadzi politykę nastroju. I właśnie dlatego pytanie o symetryczne, interesowne relacje z USA, Rosją i UE nie jest dziś pytaniem kontrowersyjnym. Jest pytaniem o elementarną dojrzałość państwową — tę, której w polskiej debacie wciąż dramatycznie brakuje.
Puenta – przyszłość na kolanach w nowym rozdaniu
Wszystko więc wskazuje na to, że Prawo i Sprawiedliwość jeszcze wróci. Nie jako wypadek przy pracy demokracji, lecz jako konsekwencja własnej mitologii: mitu oblężonej twierdzy, zdradzonej suwerenności i wiecznie czyhających wrogów. PiS wróci, bo nauczył się jednej rzeczy doskonale — że gniew i lęk są bardziej mobilizujące niż sprawczość, a pamięć wyborców jest krótsza niż lista niespełnionych obietnic.
Ale jeśli PiS wróci, to wróci inny. Bardziej nerwowy. Bardziej reaktywny. Bardziej świadomy, że z prawej strony wyrósł mu konkurent, który mówi to samo, tylko głośniej i bez wstydu.
Tym konkurentem jest Konfederacja Korony Polskiej, firmowana przez Grzegorza Brauna — formacja, która przejmuje elektorat PiS nie tylko dlatego, że oferuje realną alternatywę programową (której PiS nota bene nie ma), lecz dlatego, że demaskuje jego hipokryzję. Tam, gdzie PiS mówi o suwerenności, a potem klęka, Korona klękania nie uznaje. Mówi wprost: żadnych półtonów, żadnych dyplomatycznych wyjaśnień, żadnego „realizmu”.
Odpływ wyborców PiS do Korony nie bierze się z nagłego olśnienia. To frustracja elektoratu, który uwierzył w opowieść o „wstawaniu z kolan”, a zobaczył państwo, które klęka sprawniej niż kiedykolwiek wcześniej — tylko że teraz robi to w patriotycznej oprawie. Korona rośnie, bo dla części wyborców PiS stał się zbyt miękki, zbyt ostrożny, zbyt „systemowy”. Zdradził obietnicę bycia naprawdę asertywnym.
To paradoks, który PiS sam stworzył. Przez lata pompował narrację o zdradzie, zależności i braku suwerenności, aż w końcu ktoś potraktował ją serio. Skoro wszyscy klęczą — mówi Korona — to przynajmniej róbmy to bez udawania, że stoimy. Skoro świat to brutalna hierarchia — dodaje — to nie udawajmy, że obowiązują w nim zasady. Tyle tylko, że Korona Brauna chce Polski asertywnej w stosunkach międzynarodowych a nie Polski na kolanach, przed kimkolwiek.
PiS znalazł się więc w pułapce własnej retoryki. Z jednej strony nie może przestać być „odpowiedzialny”, bo władza tego wymaga. Z drugiej — traci wyborców na rzecz tych, którzy odrzucają „odpowiedzialność” jako słabość. Im bardziej PiS próbuje balansować, tym bardziej wygląda na partię, która krzyczy o suwerenności, ale panicznie boi się jej konsekwencji.
Jeśli PiS wróci do władzy, wróci w świecie mniej cierpliwym, bardziej brutalnym i znacznie mniej skłonnym do udawania. A wtedy kundlizm przestanie wystarczać. Bo elektorat, który nauczył się gardzić „uległością”, nie zadowoli się już samą retoryką. Będzie chciał faktów. Konfliktów. Zerwań. A PiS — przyzwyczajony do klękania selektywnego — może odkryć, że najgroźniejszy nie jest liberalny krytyk, lecz uczeń, który uznał mistrza za zbyt zachowawczego.
Historia lubi takie ironie. Partie, które budują władzę na resentymencie, zwykle przegrywają z tymi, którzy resentymentom nadają czystszą, bardziej bezwzględną formę. A państwo, które przez lata uczyło obywateli, że świat to relacja pan–wasal, nie powinno się dziwić, że w końcu ktoś zapyta: skoro już klęczymy — to przed kim i po co?
I to pytanie może się okazać groźniejsze dla PiS niż cała liberalna krytyka razem wzięta.
Autorstwo: Jarek Ruszkiewicz SL
Źródło: WolneMedia.net