piątek, 13 lutego 2026

                                    AFERZYŚCI ELIT

                                                               Mirosław Milewski


 

Mirosław Milewski (ur. 1 maja 1928 w Lipsku nad Biebrzą, zm. 23 lutego 2008 w Warszawie) – generał dywizji Milicji Obywatelskiej, działacz komunistyczny, stalinowski oprawca.

Pracował w stalinowskim aparacie bezpieczeństwa od 1944 roku. Przeszedł wszystkie szczeble kariery. Zaczynał w Urzędzie Bezpieczeństwa w Augus­to­wie, związany był ze zbrodniczą obławą augustowską.

Od 10 do 25 lipca 1945 regularne oddziały Armii Czerwonej należące do 3 Frontu Białoruskiego i jednostki 62 Dywizji Wojsk Wewnętrznych NKWD (w tym 385 Pułk Strzelecki Wojsk Wewnętrznych NKWD), osłaniane i wspomagane przez UB i 110-osobowy pododdział 1 Praskiego Pułku Piechoty, przeprowadziły szeroko zakrojoną akcję pacyfikacyjną obejmującą tereny Puszczy Augustowskiej i jej okolic. Wśród żołnierzy polskich wspomagających Rosjan szczególnie aktywny udział w pacyfikacji brał późniejszy szef MSW Mirosław Milewski. Oddziały radzieckie otaczały tamtejsze wsie, aresztując ich mieszkańców podejrzanych o kontakty z partyzantką. Zatrzymano ponad 7 tys. osób, które więziono w ponad pięćdziesięciu miejscach. Sowieci utworzyli obozy filtracyjne, gdzie torturowano i przesłuchiwano zatrzymanych, przetrzymując ich skrępowanych drutem kolczastym w dołach zalanych wodą pod gołym niebem. Około 600 osób narodowości polskiej zostało wywiezionych w nieznanym kierunku i wszelki ślad po nich zaginął; aresztowania tych osób dokonały organy Smiersz 3 Frontu Białoruskiego.

Do 1958 r. służył w powiatowych i wojewódzkich ogniwach aparatu bezpieczeństwa. Od początku lat 60. pracował w MSW, początkowo w Wojewódzkim Urzędzie w Białymstoku. W latach 1962- 1971 był wicedyrektorem i dyrektorem I Departamentu MSW, od 1971 wiceministrem spraw wewnętrznych. W latach 1980-1981 minister spraw wewnętrznych PRL.

Generał brygady Milicji Obywatelskiej od 1971 roku. Nominację wręczył przewodniczący Rady Państwa PRL Józef Cyrankiewicz. Generał dywizji Milicji Obywatelskiej od 1979 roku. Nominację wręczył przewodniczący Rada Państwa prof. Henryk Jabłoński.

W latach 1945-1948 był członkiem PPR, a następnie PZPR. W latach 1971-1980 zastępca członka, a od 1980 roku członek Komitetu Centralnego PZPR. Od lipca 1981 roku był członkiem Biura Politycznego i sekretarzem KC PZPR. Od 1981 roku był także przewodniczącym Komisji Prawa i Praworządności KC PZPR. Do połowy lat 80. zaliczany był do bliskich i zaufanych współpracowników gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

Był także członkiem i aktywnym działaczem ZBoWiD. W latach 1974-1985 członek Rady Naczelnej, a w latach 1979-1985 wiceprezes Zarządu Głównego ZBoWiDu.

Jego nazwisko wiązane jest z przedawnioną aferą "Żelazo" oraz zabójstwem księdza Jerzego Popiełuszki. W roku 2004 prof. Andrzej Paczkowski ujawnił dokument ze swego prywatnego archiwum, który obłożony był zastrzeżeniem, że może zostać ujawniony dopiero w 2010 r. Dokument będący notatką z narady, która odbyła się przed południem 25 października 1984 r. w Urzędzie Rady Ministrów, został spisany przez Wiesława Górnickiego, doradcę premiera. Uczestniczyli w niej: premier (gen. Wojciech Jaruzelski), szef URM (gen. Michał Janiszewski) oraz płk Kołodziejczak.

Morderca księdza, Grzegorz Piotrowski, zeznał, że miał poparcie w aparacie władzy, a konkretnie sekretarza KC PZPR, gen. Milewskiego: "Politycznym inspiratorem porwania - niezależnie od indywidualnego fanatyzmu sprawcy - mógł być wyłącznie towarzysz Mirosław Milewski" [...] "Towarzysz premier, podzielając dezaprobatę zebranych dla działalności tow. Milewskiego i nie podając w wątpliwość politycznej, a może i osobistej odpowiedzialności za uprowadzenie, a być może i za morderstwo na osobie ks. Popiełuszki, sprzeciwił się jednocześnie podejmowaniu decyzji personalnych na XVII Plenum KC PZPR, które miało się wkrótce rozpocząć".

W 1985 roku został usunięty ze wszystkich stanowisk w partii i państwie i przeniesiony na emeryturę. W 1990 na krótko aresztowany.

Posiadał m.in. następujące odznaczenia: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Order Krzyża Grunwaldu III klasy, Order Sztandaru Pracy I klasy, Medal 30-lecia Polski Ludowej, Medal 40-lecia Polski Ludowej, Medal "Za udział w walkach w obronie władzy ludowej" i inne.

Pochowany na Cmentarzu Komunalnym na Wólce Węglowej w Warszawie.


 

Protesty w Hiszpanii przeciwko amnestii dla imigrantów

 

 
https://www.youtube.com/watch?v=2ZEka_3zERs
 

 Stolica Hiszpanii tętni oburzeniem wobec decyzji premiera Pedra Sáncheza o amnestii dla 500 000 nielegalnych migrantów. Demonstrację zorganizowali działacze zrzeszeni w organizacji Frente Obrero. Uczestnicy protestu określili gest premiera jako uderzenie w świat pracy. Ich zdaniem szef rządu liczy na to, że migranci staną się jego wdzięcznym elektoratem.

Młodzi uczestnicy manifestacji wskazują na postępujące – w ich ocenie – wynarodowienie państw Europy, które podważa resztki zaufania do rządzących. Pogarda dla demokracji, jak twierdzą, dostrzegalna jest na wszystkich poziomach władzy, włącznie z parlamentem. Masowe przyjmowanie migrantów, od których – zdaniem protestujących – nie wymaga się przestrzegania prawa i norm kulturowych, potęguje poczucie zagrożenia bezpieczeństwa. Wskazują oni również na problem narastającego bezrobocia.

Krytycy polityki rządu podnoszą także kwestię prywatyzacji niektórych sektorów, w tym służby zdrowia, oraz preferencyjnego – jak twierdzą – zatrudniania tańszych pracowników z zagranicy. Zwracają uwagę, że nowo przybyli korzystają z dostępu do świadczeń społecznych. Tak zwana „nowa lewica” reaguje na te zarzuty oburzeniem, określając je jako przejaw rasizmu. Protestujący odpowiadają, że statystyki przestępczości przeczą zasadności bezwarunkowej obrony migrantów.

Podkreślają przy tym, że nie sprzeciwiają się osobom, które uczciwie pracują i przestrzegają prawa. Ich zdaniem problemem jest rosnąca liczba osób pozostających poza skuteczną kontrolą państwa.

Opracowanie: Jola
Źródło: WolneMedia.net

 

Holendrzy przeciwko planom migracyjnym

 

 
https://www.youtube.com/watch?v=4qSu7OXXuKs

 

Rosnące koszty utrzymania w sytuacji kiedy rząd funduje migrantom nowy ośrodek azylancki, stał się powodem gwałtownych demonstracji w niewielkim mieście Nieuw Lekkerland.

Rekordowy brak mieszkań podsunął mieszkańcom pomysł, że zapewne większa rotacja mieszkań dużych miast byłaby lepszym rozwiązaniem dla azylantów. Młode dziewczęta obawiają się o własne bezpieczeństwo na ulicach, podobna obawa dotyczy dzieci chodzących do szkoły.

Zgromadzeni przed gmachem władzy lokalnej ludzie wysyłają czytelny sygnał, że nie godzą się na przyjęte rozwiązanie, by nie utracić prawa do spokojnego życia.

Niezależnie od zdania lokalnych Holendrów, krytykowana jest polityka w skali państwa. Przestało ono dawać poczucie bezpieczeństwa i troski o poziom życia własnych obywateli, przy finansowaniu szerokim gestem cudzoziemców urządzających się w ich sąsiedztwie.

Opracowanie: Jola
Źródło: WolneMedia.net

 

Normalność na kredyt



Esej o państwie, które wreszcie nie przeszkadza.

Po zmianie władzy w Polsce nastąpiło długo wyczekiwane uspokojenie narracyjne. Zniknęły awantury, zniknęły deklaracje o „wstawaniu z kolan”, zniknęła nieprzewidywalność. Wróciła normalność — ta szczególna, europejska normalność, w której państwo nie definiuje swoich interesów, lecz uczy się ich domyślać z tonu komunikatów płynących z Brukseli.

Rząd Koalicji Obywatelskiej nie ukrywa, że jego podstawowym celem nie jest już sprawczość, lecz zgodność. Polska ma być krajem przewidywalnym, czyli takim, który nie stawia pytań, nie komplikuje procesów i nie psuje atmosfery. Państwo ma działać jak dobrze skonfigurowana aplikacja: aktualizacje będą przychodzić z zewnątrz, użytkownik ma je zaakceptować.

W tym sensie obecne rządy nie są zerwaniem z przeszłością, lecz jej estetycznym liftingiem. Tam, gdzie wcześniej klękano nerwowo i głośno, dziś klęka się spokojnie, technokratycznie i z poczuciem moralnej wyższości. Serwilizm przestał być wstydliwy — stał się dowodem dojrzałości.

Energia: drogo, ale słusznie

Najczystszą ilustracją tego nowego paradygmatu są ceny energii. Rachunki przestały być problemem politycznym — stały się argumentem cywilizacyjnym. Energia nie jest droga dlatego, że zawiodły decyzje strategiczne; jest droga, bo taka jest cena bycia „po właściwej stronie historii”.

W tej narracji obywatel nie jest klientem państwa, lecz uczestnikiem transformacji. Ma płacić więcej, zużywać mniej i rozumieć więcej. Zwłaszcza to ostatnie: że bezpieczeństwo energetyczne nie polega na taniej energii, tylko na zgodności z regulacją. Najlepiej, gdyby było drogo, ale stabilnie — wtedy nie trzeba nic zmieniać.

Górnictwo: problem rozwiązany przez eliminację

Podobnie rzecz się ma z górnictwem. Zamiast trudnej rozmowy o tempie, kosztach i konsekwencjach transformacji, zaproponowano rozwiązanie administracyjne: likwidację opakowaną w język empatii. Kopalnie nie są zamykane — są „wygaszane”. Górnicy nie tracą pracy — „przechodzą proces”.

Państwo nie musi już godzić interesów społecznych z energetycznymi. Wystarczy, że zniknie strona sporu, a konflikt rozwiąże się sam. To niezwykle eleganckie podejście do polityki: nie zarządzać sprzecznościami, tylko je usuwać.

Ukraina: solidarność bez bilansu

Jeszcze wyraźniej widać to w polityce wobec Ukrainy. Pomoc została podniesiona do rangi aksjomatu moralnego, co ma tę zaletę, że nie wymaga rachunku zysków i strat. Polska pomaga, bo pomagać musi. Jak długo? Jakim kosztem? Na jakich warunkach? — to pytania źle widziane, bo psują narrację.

W praktyce oznacza to model, w którym Polska finansuje, kredytuje, ponosi koszty — także odsetkowe — a jednocześnie rezygnuje z elementarnej asertywności. Relacje nie są budowane na interesie dwustronnym, lecz na lęku przed oskarżeniem o brak solidarności. Państwo nie negocjuje, tylko liczy, że historia zapamięta intencje, a nie rachunki.

Wołyń: pamięć odroczona bez terminu

Najbardziej symptomatyczna jest jednak kwestia Wołynia. Ekshumacje ofiar pozostają „tematem wrażliwym”, czyli takim, który najlepiej zamrozić w nieskończoność. Państwo pamięta — ale dyskretnie. Upomina się — ale wewnętrznie. Czeka — ale bez daty.

Historia została podporządkowana bieżącej użyteczności politycznej. Pamięć narodowa przestała być elementem racji stanu; stała się potencjalnym problemem wizerunkowym, który należy trzymać pod kontrolą. W imię dobrych relacji można bowiem wiele — nawet nie wydobywać własnych zmarłych, żeby ich godnie pochować.

Racja stanu jako pojęcie kłopotliwe

W tym wszystkim ginie jedno pojęcie, coraz rzadziej używane, bo coraz bardziej niewygodne: polska racja stanu. Zastąpiła ją „europejska odpowiedzialność”, „wspólna linia”, „koordynacja”. Racja stanu wymaga bowiem myślenia w kategoriach konfliktu interesów, a to źle wygląda w prezentacji.

Państwo, które nie potrafi powiedzieć „to się nam nie opłaca”, skazuje się na rolę wiecznego wykonawcy cudzych strategii. Może być chwalone, nagradzane uśmiechem, zapraszane do stołu — ale nie po to, by decydować.

„Tego premiera nikt w Europie nie ogra” czyli wyprawa do Kijowa

W kampanijnej mitologii Donald Tusk jawi się jako człowiek, którego „nikt w Europie nie ogra”. Doświadczony gracz. Mistrz salonów. Polityk, który zna wszystkie korytarze, wszystkie skróty i wszystkie nazwiska zapisane drobnym drukiem pod traktatami. Człowiek, który — jak zapewniano — wraca do Europy nie jako petent, lecz jako insider.

I oto nadchodzi scena, która w innej rzeczywistości byłaby uznana za mem zbyt dosłowny, by mógł być prawdziwy.

Wyprawa do Kijowa. Historyczny moment. Symbol jedności Zachodu. W jednym pociągu jadą przywódcy Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec — rdzeń decyzyjny, państwa wagi ciężkiej, polityczna pierwsza liga. W drugim wagonie — osobnym, dyskretnym, bez zbędnego tłoku — jedzie premier Polski. Sam. Jak VIP, którego formalnie zaproszono, ale logistycznie już niekoniecznie włączono. To jest właśnie ten moment, w którym mit zderza się z rzeczywistością, a rzeczywistość nie czuje potrzeby przepraszania.

Oczywiście, oficjalnie wszystko jest w porządku. To tylko kwestie bezpieczeństwa. Protokół. Logistyka. Przypadek. Zbieg okoliczności. Ale polityka składa się z symboli, a ten symbol jest aż nazbyt czytelny: Polska jest ważna, ale nie centralna. Obecna, ale nie współdecydująca. Zaproszona, ale niekoniecznie do jednego stolika — czy wagonu.

I właśnie tu mem staje się esejem. Bo oto premier, którego „nikt w Europie nie ogra”, jedzie osobno w delegacji, która miała być demonstracją jedności. Premier państwa, które ponosi jedne z największych kosztów wojny — finansowe, społeczne, energetyczne — nie siedzi tam, gdzie zapadają decyzje, lecz tam, gdzie siedzi się wygodnie i bez wpływu.

Nie ma w tym żadnej osobistej kompromitacji. Jest za to systemowa prawda o miejscu Polski w obecnym układzie. Państwo może być najbardziej gorliwe, najbardziej zgodne, najbardziej „przewidywalne” — a i tak zostanie ustawione tam, gdzie pasuje do układanki. Bo prestiż nie wynika z deklaracji ani z biografii. Wynika z realnej siły negocjacyjnej.

Ten mem działa dlatego, że jest boleśnie logiczny. Skoro Polska nie stawia warunków, nie artykułuje interesu, nie komplikuje procesów — to po co miałaby siedzieć w wagonie decyzyjnym? Wagon decyzyjny jest dla tych, którzy mają coś do zaoferowania albo coś do zablokowania. Reszta może dojechać osobno. Wygodnie. Z klasą.

I tak oto dostajemy idealną puentę całej tej „nowej normalności”: premier, którego „nikt nie ogra”, nie został ograny. Został po prostu właściwie sklasyfikowany. A mem, który miał być złośliwą grafiką, okazuje się najuczciwszym komentarzem do stanu polskiej polityki zagranicznej.

Państwowa rusofobia w czasach cudzej odwilży

Na tym tle szczególnie groteskowo wygląda jeszcze jeden element polskiej polityki zagranicznej — państwowa rusofobia, podniesiona do rangi dogmatu, z którego nie wolno się wycofać nawet wtedy, gdy świat zaczyna się przesuwać.

Bo oto sytuacja staje się coraz mniej wygodna. Stany Zjednoczone — państwo, którego linię Polska skrupulatnie i bezrefleksyjnie naśladuje — zaczynają sygnalizować, że konflikt z Rosją nie jest stanem wiecznym, lecz problemem do zarządzania. W amerykańskiej polityce, niezależnie od retoryki, zawsze obowiązywała zasada, że wrogów się nie nienawidzi — z wrogami się negocjuje, gdy przestają być użyteczni jako wrogowie.

Również w Europie — po cichu, nieśmiało, półgębkiem — pojawiają się głosy, że wieczna konfrontacja nie jest strategią, tylko emocją. Liderzy dużych państw, którzy rzeczywiście ponoszą odpowiedzialność za przemysł, energię, bezpieczeństwo i stabilność kontynentu, zaczynają ostrożnie sondować możliwość jakiejś formy przyszłej normalizacji z Rosją. Nie dlatego, że nagle zmienili poglądy moralne, lecz dlatego, że polityka nie jest terapią.

I w tym momencie Polska zostaje sama — ideologicznie okopana, emocjonalnie rozgrzana, doktrynalnie skuta własnymi deklaracjami. Państwowa rusofobia, która miała być dowodem pryncypialności, zaczyna działać jak strategiczna blokada. Nie pozwala bowiem myśleć o przyszłej architekturze bezpieczeństwa, budować kanałów komunikacji, ani nawet wyobrazić sobie scenariusza „po”.

Polska nie tylko zerwała relacje — ona zdelegalizowała samo myślenie o ich odbudowie. Rusofobia przestała być stanowiskiem; stała się testem lojalności. Kto pyta o normalizację, jest podejrzany. Kto mówi o interesie, jest niemoralny. Kto wspomina o geopolityce, „gra na Kreml”.

Problem w tym, że gdy protektor zaczyna zmieniać ton, wasal zostaje z własną gorliwością w ręku. Jeśli Waszyngton uzna, że rozmowy z Moskwą są w jego interesie — rozmowy się rozpoczną. Jeśli Berlin i Paryż dojdą do wniosku, że bez Rosji nie da się stabilizować kontynentu — znajdą język porozumienia. Historia pokazuje, że dzieje się to zawsze szybciej, niż moralne deklaracje zdążą wyblaknąć.

A Polska? Polska zostanie z doktryną, która nie przewiduje wyjścia awaryjnego. To właśnie jest sedno problemu: państwowa rusofobia nie została zaprojektowana jako element strategii, lecz jako substytut strategii. Zastąpiła myślenie, bo myślenie bywa niewygodne. Zastąpiła interes, bo interes wymaga negocjacji. Zastąpiła rację stanu, bo ta zakłada możliwość zmiany kursu.

Tymczasem polska racja stanu nie polega na miłości do Rosji ani na jej potępianiu dla samego potępienia. Polega na tym, by Polska: miała kanały rozmowy, miała opcje, miała wybór.

Państwo, które ideologicznie zamyka sobie jedną trzecią mapy, dobrowolnie ogranicza własną podmiotowość. A państwo, które robi to w imię lojalności wobec sojuszników, którzy sami takich ograniczeń nie uznają, skazuje się na rolę ostatniego sprawiedliwego w pustym pokoju.

Najbardziej ironiczne jest to, że gdy normalizacja w końcu nadejdzie — bo w polityce międzynarodowej zawsze nadchodzi — Polska nie będzie mogła powiedzieć: „to była trudna, ale przemyślana decyzja”. Będzie mogła co najwyżej powiedzieć: „nie mieliśmy wyjścia”. A to zdanie jest zaprzeczeniem racji stanu. Bo racja stanu polega właśnie na tym, by wyjścia zawsze mieć — nawet wtedy, gdy chwilowo nie wypada z nich korzystać.

Puenta

Dzisiejsza Polska jest państwem spokojniejszym, bardziej eleganckim i znacznie mniej kłopotliwym niż jeszcze kilka lat temu. Jest też państwem droższym w utrzymaniu dla własnych obywateli, mniej asertywnym wobec partnerów i coraz bardziej niechętnym do nazywania własnych interesów po imieniu.

To nie jest koniec historii. To jest pauza strategiczna, w której państwo oddycha cudzym rytmem, licząc, że świat się nie zmieni. A jeśli się zmieni — będzie się martwić później. Bo w tej nowej normalności jedno jest pewne: najważniejsze, żeby nikt nie powiedział, że Polska znów sprawia problemy.

I to by było na tyle.

Autorstwo: Jarek Ruszkiewicz SL
Źródło: WolneMedia.net

 

Aport! Polityka zagraniczna Polski

Zmiana rządu – ta sama pozycja klęcząca

Zmieniły się nazwiska, zmieniły się hasła, zmieniła się dekoracja konferencji prasowych — pozycja państwa pozostała ta sama. Jeśli rządy PiS uprawiały klękanie selektywne, to rządząca dziś Koalicja Obywatelska postawiła na klękanie systemowe, najlepiej widoczne w relacjach z Unią Europejską. Tu nie ma awantur, tu nie ma emocji, tu nie ma retoryki suwerenności. Jest za to entuzjastyczny powrót do roli prymusa, który z ulgą odkrywa, że wystarczy być grzecznym, by znów być chwalonym.

Koalicja Obywatelska nie tyle prowadzi politykę europejską, co odtwarza rytuał rehabilitacyjny: szybkie zgody, szybkie korekty, szybkie zapewnienia, że „tym razem już naprawdę rozumiemy”. Suwerenność w tym wydaniu nie jest wartością do negocjacji — jest problemem wizerunkowym, który należy jak najszybciej rozbroić, najlepiej jeszcze zanim ktoś zdąży zapytać o szczegóły. Bruksela mówi „standardy”, Warszawa odpowiada „oczywiście”. Bez przypisów. Bez zastrzeżeń. Bez własnego zdania, które mogłoby opóźnić przelew.

Jeśli PiS demonstrował swoją uległość wobec silniejszych w sposób nerwowy i kompensacyjny, to KO robi to spokojnie, technokratycznie i z uśmiechem. To serwilizm w wersji light — bez krzyku, bez ideologii, za to z pełnym przekonaniem, że dobra reputacja zastępuje realną sprawczość. Państwo ma być „przewidywalne”, czyli takie, które nie stawia pytań i nie sprawia kłopotów. Partnerstwo zostaje zastąpione zarządzaniem reputacją.

Problem polega na tym, że ten model rządzenia jest politycznie kruchy. Opiera się na założeniu, że społeczeństwo zmęczone konfliktem zaakceptuje każdą cenę za „święty spokój” i unijne pieniądze. Tymczasem rzeczywistość nie daje rządowi komfortu długiego oddechu: kryzysy, wojna, inflacja, zmęczenie wyborców i coraz wyraźniejsze pęknięcia wewnątrz samej koalicji sprawiają, że widmo przedterminowych wyborów przestaje być publicystyczną fantazją, a zaczyna być realnym scenariuszem.

I tu zaczyna się paradoks. Koalicja Obywatelska rządzi tak, jakby miała przed sobą długą, stabilną kadencję, a PiS — jakby był już w kampanii powrotnej. Jedni inwestują w aprobatę Brukseli, drudzy w gniew elektoratu. Jedni wierzą, że wystarczy być „europejskim”, drudzy — że wystarczy być „antysystemowym”. A państwo, jak zwykle, zostaje pomiędzy: bez własnej narracji, bez własnej podmiotowości, za to z dwiema wersjami tej samej zależności.

Ten tekst nie jest więc tylko krytyką PiS ani tylko kpiną z obecnej władzy. Jest próbą opisania ciągłości serwilizmu, który zmienia adresata, język i opakowanie, ale nigdy nie znika. Bo w Polsce władza się zmienia — pozycja negocjacyjna państwa już niekoniecznie.

Rzekome „wstawanie z kolan” w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwość okazuje się w praktyce starannie wyćwiczonym klękaniem selektywnym: dumnym wobec Brukseli, uniżonym wobec Waszyngtonu i Tel Awiwu. Suwerenność – owszem – ale tylko wtedy, gdy nie przeszkadza patronowi.

Wstawanie z kolan, ale nie przez wszystkich

Polska dyplomacja w wersji PiS przypomina boksera, który z impetem rusza na sędziego, ale na widok sponsora natychmiast przechodzi w pozycję embrionalną.

„Wstawanie z kolan” miało być momentem godnościowym III RP. Symbolicznym zerwaniem z kompleksem peryferii, z rolą grzecznego ucznia Europy, z mentalnością petenta. Tak przynajmniej opowiadało to Prawo i Sprawiedliwość. Problem polega na tym, że w praktyce to „wstawanie” przypomina raczej rehabilitację po wybiórczym paraliżu — nogi działają tylko wtedy, gdy trzeba kopnąć Unię Europejską.

Bo oto państwo, które z Brukselą potrafi się awanturować o przecinek w traktacie, o „narzucanie wartości”, o „ingerencję w wewnętrzne sprawy” (potem i tak wszystko po cichu podpisuje), nagle odkrywa w sobie niezwykły talent do pokory, ciszy i dyscypliny, gdy rozmówca siedzi w Waszyngtonie albo Tel Awiwie. Tam już nie ma buńczuczności. Tam jest ton ministranta, który boi się, że źle zadzwoni dzwonkiem.

Suwerenność w wersji PiS to suwerenność asymetryczna. Twarda wobec słabszych, miękka wobec silniejszych. Krzykliwa tam, gdzie można krzyczeć bez konsekwencji, i niemal medytacyjnie wyciszona tam, gdzie konsekwencje mogłyby być realne. To nie jest polityka podmiotowa — to jest geopolityczny teatr dla elektoratu, w którym groźne miny robi się wyłącznie przed lustrem.

Rząd, który z dumą ogłasza, że „nie będzie nikomu ulegał”, w praktyce stworzył nową kategorię dyplomatyczną: uległość prewencyjną. Nie trzeba naciskać, nie trzeba grozić, nie trzeba nawet prosić — wystarczy samo istnienie silniejszego partnera, a polska duma narodowa sama składa się w kostkę i chowa do kieszeni.

Ironia polega na tym, że im głośniej PiS mówi o honorze i podmiotowości, tym bardziej przypomina kogoś, kto krzyczy o niezależności z bezpiecznej odległości, a gdy tylko znajdzie się w realnej relacji sił — natychmiast przechodzi w tryb „to nie jest dobry moment na asertywność”.

„Wstawanie z kolan” okazało się więc nie aktem emancypacji, lecz zmianą adresata ukłonu. Nie ma tu zerwania z mentalnością wasala — jest tylko zmiana feudała. A suwerenność, zamiast stać się zasadą, została sprowadzona do rekwizytu propagandowego, wyciąganego wtedy, gdy pasuje do narracji dnia.

Państwo naprawdę suwerenne potrafi powiedzieć „nie” również tym, którzy rozdają karty. Państwo PiS potrafi powiedzieć „nie” głównie tym, którzy nie mogą odpowiedzieć. Reszta to już tylko retoryka — głośna, dumna i bezpiecznie bezobjawowa.

Serwilizm atlantycki – sojusz czy wasalstwo?

Polska w relacji z USA nie prowadzi polityki zagranicznej — ona składa meldunki.

W oficjalnej narracji to „strategiczne partnerstwo”. W wersji propagandowej — „gwarancja bezpieczeństwa”. W rzeczywistości jednak relacja rządu PiS z Stanami Zjednoczonymi coraz mniej przypominała sojusz, a coraz bardziej instruktaż obsługi państwa satelickiego. Instruktaż prosty: nie zadawać pytań, nie negocjować, nie stawiać warunków. Podpisywać. Płacić. Dziękować.

Polityka atlantycka PiS opiera się na założeniu, że lojalność zastępuje podmiotowość. Im więcej wydamy, im szybciej kupimy, im głośniej powiemy „tak, oczywiście”, tym bardziej Ameryka nas pokocha. To już nie jest realizm polityczny — to jest wiara cargo, w której samoloty z bezpieczeństwem mają lądować dlatego, że tubylcy starannie odgrywają rytuał.

Zakupy zbrojeniowe stały się tu symbolem. Nie dlatego, że armia nie potrzebuje modernizacji — potrzebuje. Ale dlatego, że skala, tempo i brak debaty przypominają raczej gorączkę zakupową klienta, który boi się, że sprzedawca za chwilę zamknie sklep. Bez offsetu, bez realnych negocjacji, bez pytania „co my z tego mamy poza rachunkiem?”. Suwerenność kończy się tam, gdzie zaczyna się faktura.

PiS uwielbia opowiadać o „twardych negocjacjach” z Unią Europejską, ale w relacjach z Waszyngtonem nagle odkrywa urok dyplomacji klęczącej. Tam nie ma mowy o asertywności. Tam jest wdzięczność za uwagę, za uścisk dłoni, za zdjęcie w korytarzu. Symbolika zastępuje treść, a prestiż — interes.

W tej relacji Polska nie jest partnerem, tylko entuzjastycznym petentem, który myli obecność wojskową z automatyczną gwarancją szacunku. A przecież historia zna aż nadto przykładów państw, które były „niezastąpionymi sojusznikami” — do momentu, gdy przestały być potrzebne. Suwerenność oparta wyłącznie na cudzej armii to nie suwerenność. To leasing bezpieczeństwa, z ratą płatną politycznym posłuszeństwem.

Najbardziej groteskowe jest to, że PiS — partia tak uczulona na „obce wpływy” — nie widzi nic uwłaczającego w sytuacji, w której kluczowe decyzje strategiczne zapadają bez realnej kontroli parlamentarnej, bez społecznej dyskusji, za to z nabożnym spoglądaniem za ocean. Jakby samo słowo „USA” zwalniało z myślenia.

To nie jest polityka wielowektorowa. To nie jest nawet polityka jednoznaczna. To jest polityka jednokierunkowa, w której strumień decyzji płynie z Polski na Zachód, a strumień oczekiwań — w drugą stronę. Równowaga? Partnerskość? Wzajemność? To pojęcia, które w tym modelu uznano za niebezpiecznie europejskie.

I tak oto „wstawanie z kolan” kończy się w pozycji półleżącej — wygodnej dla silniejszego. Bo prawdziwy sojusz opiera się na negocjacji interesów, a nie na demonstracyjnym zachwycie. A państwo, które boi się powiedzieć „sprawdźmy warunki”, nie jest lojalne. Jest tylko łatwe w obsłudze.

Izrael – dyplomacja na palcach

Jeśli w relacjach z Brukselą PiS krzyczy, a w relacjach z Waszyngtonem mówi półgłosem, to wobec Izrael polska dyplomacja przechodzi na szept i ściąga buty, żeby przypadkiem nie skrzypnęła podłoga. To już nie jest ostrożność. To jest dyplomacja na palcach, prowadzona w stanie permanentnego napięcia mięśniowego.

Oficjalnie chodzi o „wrażliwość historyczną” i „odpowiedzialność za słowo”. W praktyce wygląda to tak, jakby każda próba artykulacji własnego stanowiska była traktowana jako potencjalny incydent międzynarodowy. Polska może się mylić, Polska może się wycofywać, Polska może przepraszać — byle tylko nie próbowała mieć zdania, które nie zostało wcześniej skonsultowane i zatwierdzone.

Kulminacją tego podejścia była gotowość PiS do błyskawicznego cofania się z własnych ustaw, narracji i deklaracji, gdy tylko pojawił się dyplomatyczny zgrzyt. Tempo tych odwrotów było imponujące — szybsze niż w relacjach z Trybunałem Konstytucyjnym i bardziej zdecydowane niż w sprawach krajowych. Tam latami trwa „reforma”, tu wystarczy jeden komunikat i suwerenność odkłada się sama.

Narracja historyczna, z której PiS uczynił niemal religię państwową, w tym jednym obszarze okazuje się zaskakująco elastyczna. Pamięć narodowa, duma, „wstawanie z kolan” — wszystko to nagle przestaje być nienegocjowalne. Historia staje się czymś, co można korygować w trybie pilnym, byle tylko nie narazić się na międzynarodowy dyskomfort.

Nie chodzi nawet o to, kto ma rację. Chodzi o brak symetrii. Państwo, które poucza własnych obywateli o patriotyzmie, nagle traci głos, gdy rozmowa dotyczy spraw trudnych, złożonych i niewygodnych. Zamiast dialogu — panika. Zamiast argumentów — cisza. Zamiast dyplomacji — zarządzanie kryzysem wizerunkowym.

Najbardziej uderzające jest to, że PiS nie widzi w tym żadnej sprzeczności. Partia, która wszędzie indziej tropi „obce wpływy” i „dyktat narracyjny”, tutaj akceptuje sytuację, w której granice debaty wyznacza ktoś inny. Jakby istniały dwa rodzaje suwerenności: prawdziwa, dla użytku wewnętrznego, i zawieszona — do stosowania w relacjach wrażliwych.

W efekcie Polska nie prowadzi z Izraelem polityki partnerskiej, lecz politykę unikania. Unikania konfliktu, unikania słów, unikania tematów. To strategia, która może dawać chwilowy spokój, ale długofalowo produkuje jedno: wizerunek państwa, które boi się własnego głosu.

A państwo, które boi się mówić, nie jest odpowiedzialne. Jest tylko ostrożne do granic paraliżu. I znów — nie mamy tu do czynienia z realizmem, tylko z lękiem przebranym za dojrzałość. Suwerenność nie polega bowiem na tym, że się nie odzywasz. Polega na tym, że potrafisz mówić — także wtedy, gdy rozmówca nie będzie zadowolony.

Płynnie więc przejdźmy dalej — bo kiedy zestawi się asertywność selektywną, atlantycki ukłon i dyplomację na palcach, obraz zaczyna się sam domykać.

„Słudzy Ukrainy” i ciągłość uległości

Dopełnieniem tego obrazu jest jeszcze jeden wymiar serwilizmu, o którym w Polsce mówi się albo histerycznie, albo wcale: stosunek do Ukrainy. Tu bowiem zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Koalicja Obywatelska wykazują się zadziwiającą ciągłością myślenia, różniąc się jedynie stylem uzasadnienia własnej uległości.

PiS, który w kraju uwielbiał rolę suwerennego szeryfa, w relacjach z Kijowem przyjął postawę, którą jego własny elektorat coraz częściej określa bez eufemizmów: „słudzy Ukrainy”. Tak zresztą z dumą powiedział wiceminister w rządzie PiS niejaki Jasina. Pomoc — konieczna. Solidarność — zrozumiała. Ale granica między solidarnością a rezygnacją z własnego interesu została przekroczona z rozmachem. Bez warunków. Bez symetrii. Bez planu wyjścia.

Polityka wobec Ukrainy została przez PiS oparta na moralnym szantażu: skoro pomagamy „na pierwszej linii cywilizacji”, to nie wolno pytać o koszty, o konsekwencje dla polskich rolników, pracowników, infrastruktury, ani o kwestie historyczne. Każde pytanie uznawano za podejrzane, każde zastrzeżenie — za „granie na Kreml”. Racja stanu została zawieszona w imię emocjonalnego obowiązku, którego nikt nie zdefiniował i którego końca nikt nie odważył się nazwać.

Co zrobiła Koalicja Obywatelska, gdy przejęła władzę? Zasadniczo — to samo, tylko ciszej i bardziej „europejsko”. Tam, gdzie PiS klękał demonstracyjnie, KO klęka technokratycznie. Tam, gdzie PiS krzyczał o braterstwie, KO mówi o „odpowiedzialności międzynarodowej”. Sens jednak pozostaje identyczny: brak asertywności, brak warunków brzegowych, brak jasnego komunikatu, że Polska nie jest zapleczem logistycznym bez prawa do własnych interesów.

W tej narracji Ukraina przestała być państwem, z którym prowadzi się trudną, partnerską politykę, a stała się projektem moralnym, wobec którego Polska ma wyłącznie obowiązki, a żadnych praw. Historia? „Nie teraz”. Gospodarka? „Później”. Interesy społeczne? „Po wojnie”. To nie jest realizm. To jest abdykacja z polityki.

Najbardziej destrukcyjne jest jednak to, że zarówno PiS, jak i KO wpisali relacje z Ukrainą w cudzą logikę strategiczną — przede wszystkim amerykańską. Polska nie występuje tu jako podmiot regionalny, lecz jako wykonawca linii, który ma być wystarczająco gorliwy, by nie zostać oskarżonym o brak zaangażowania. W efekcie stosunki polsko-ukraińskie nie są budowane na dwustronnym interesie, lecz na lęku przed oceną z zewnątrz.

To szczególnie groźne w perspektywie długoterminowej. Bo wojny się kończą, a sąsiedztwo zostaje. Państwo, które dziś nie potrafi powiedzieć Ukrainie „tak, ale…”, jutro nie będzie potrafiło powiedzieć „dość”. A normalizacja relacji — gospodarcza, polityczna, historyczna — stanie się niemożliwa, bo przez lata nie uczono się rozmowy, tylko deklaracji.

Polska racja stanu nie polega na byciu najgorliwszym uczniem ani najofiarniejszym sojusznikiem. Polega na zachowaniu podmiotowości — także wobec Ukrainy. Pomoc nie wyklucza warunków. Solidarność nie unieważnia interesu narodowego. A partnerstwo nie polega na tym, że jedna strona daje wszystko, a druga nie musi nic.

Tymczasem zarówno PiS, jak i KO zdają się wierzyć, że serwilizm da się sprzedać jako moralną wyższość. Nie da się. Daje się sprzedać tylko krótkoterminowo. Długofalowo produkuje frustrację, radykalizację i polityczną próżnię. I to właśnie ta próżnia może się okazać najdroższym skutkiem polityki „sług Ukrainy” — prowadzonej w dwóch wersjach, ale z tym samym skutkiem: osłabieniem polskiej racji stanu w imię cudzych narracji.

„Kundlizm” jako strategia państwowa

To nie są już pojedyncze decyzje, wpadki czy „niefortunne okoliczności”. To spójny styl. Metoda. Mentalność. To moment, w którym polityka zagraniczna przestaje być zbiorem działań, a zaczyna być postawą psychiczną państwa. Można ją nazwać wprost: kundlizmem.

Kundlizm w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości nie polega na braku sojuszy — polega na braku godności w ich ramach. To przekonanie, że bezpieczeństwo i znaczenie międzynarodowe nie wynikają z interesów, negocjacji i siły argumentów, lecz z odpowiednio gorliwego okazywania lojalności. Im bardziej bezwarunkowej, tym lepiej. Ta sama postawa kundlizmu politycznego charakteryzuje rządzącą Koalicję, z tą różnicą, że wektory kundlizmu skierowane są w stronę Brukseli i Berlina.

W tym modelu państwo nie pyta: co możemy wspólnie zrobić? Państwo pyta: jak bardzo mamy się starać, żeby nas nie skarcono?

Kundlizm nie wymaga rozkazów — on działa sam. Antycypuje oczekiwania silniejszych, wycofuje się zanim padnie żądanie, milknie zanim pojawi się krytyka. To polityka zagraniczna oparta na wyczuwaniu nastroju pana, a nie na artykulacji własnego interesu. I co najważniejsze: jest sprzedawana jako cnota.

Propaganda PiS ubrała tę postawę w słowa takie jak „odpowiedzialność”, „realizm” i „dojrzałość”. W rzeczywistości mamy do czynienia z emocjonalną zależnością, w której państwo czerpie poczucie wartości z pochwał z zewnątrz. Zdjęcie, uścisk dłoni, poklepanie po plecach, wzmianka w przemówieniu — oto waluta sukcesu.

Najbardziej perwersyjne w kundlizmie jest to, że wymaga on agresji wobec słabszych, by móc uchodzić za „twardego”. Skoro nie wolno postawić się silniejszym, trzeba odreagować na kimś innym: Unii, opozycji, mniejszościach, „elitach”. Suwerenność staje się wtedy teatrem kompensacyjnym — im mniej realnej sprawczości na zewnątrz, tym więcej krzyku do środka.

Państwo kundlicze myli lojalność z bezrefleksyjnością. Myli sojusz z hierarchią. Myli bezpieczeństwo z aprobatą. A potem dziwi się, że mimo całej tej gorliwości nikt nie traktuje go jak partnera — tylko jak przewidywalny dodatek, który zawsze zagłosuje, podpisze i zapłaci.

To nie jest strategia na chwilę. To jest mentalność długiego trwania, która produkuje elitę polityczną niezdolną do myślenia w kategoriach równowagi, interesu i konfliktu. Elitę, która panicznie boi się jednego słowa: „nie”.

A państwo, które nie potrafi powiedzieć „nie”, może mówić o suwerenności bez końca. Tyle że będzie to suwerenność wyłącznie deklaratywna — głośna, nadęta i zawsze gotowa, by na widok silniejszego… znów uklęknąć.

Rusofobia urzędowa i ślepy zaułek racji stanu

Jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym mówi się niechętnie, półgębkiem albo wcale — oficjalna rusofobia, podniesiona w Polsce do rangi doktryny państwowej. I tu paradoks polega na tym, że zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i Koalicja Obywatelska znalazły się w tej samej pułapce, choć doszły do niej różnymi drogami.

Antyrosyjskość PiS była i jest emocjonalna, historyczna, mesjanistyczna — Rosja jako metafizyczne zło, odwieczny wróg, niemal byt ontologicznie sprzeczny z polskością. Antyrosyjskość KO jest chłodniejsza, proceduralna, „zachodnia” — Rosja jako problem systemowy, naruszenie ładu międzynarodowego, coś, z czym „cywilizowany świat nie rozmawia”. Efekt jednak jest identyczny: zamrożenie myślenia strategicznego.

Problem polega na tym, że świat nie stoi w miejscu. Stany Zjednoczone, niezależnie od retoryki, zawsze prowadzą politykę interesu, nie emocji. Jeśli interesem Waszyngtonu stanie się redefinicja relacji z Rosja — a historia uczy, że takie zwroty są nie tylko możliwe, ale wręcz regularne — Polska zostanie z ręką w nocniku własnej doktryny moralnej. Doktryny, która nie przewiduje trybu „resetu”, „odwilży” ani nawet minimalnej normalizacji.

W tym sensie rusofobia stała się dla polskich elit wygodnym alibi. Zwalnia z myślenia, z kalkulacji, z trudnych pytań. Pozwala udawać, że polityka zagraniczna to kwestia deklaracji, a nie interesów. Tyle że państwo, które buduje swoją strategię wyłącznie na negacji jednego sąsiada, skazuje się na permanentną zależność od decyzji innych.

Najgroźniejsze jest to, że zarówno PiS, jak i KO spaliły mosty, których w przyszłości może zabraknąć. Nie chodzi o sympatię, naiwną wiarę czy „zaufanie” — chodzi o kanały komunikacji, zdolność do rozmowy, minimalny realizm. Normalizacja stosunków polsko-rosyjskich — jakkolwiek trudna, ograniczona i obciążona historią — nie jest zdradą, lecz elementarną racją stanu państwa leżącego między Wschodem a Zachodem.

Racja stanu nie polega na tym, że kocha się jednych, a nienawidzi drugich. Racja stanu polega na maksymalizowaniu pola manewru. Tymczasem Polska wybrała strategię samookaleczenia dyplomatycznego: pełna identyfikacja z jedną linią polityczną Zachodu, bez żadnej polisy bezpieczeństwa na wypadek jej zmiany. A przecież Unia Europejska, USA i Rosja to nie byty moralne — to aktorzy interesu.

Symetria nie oznacza równej miłości ani równej bliskości. Oznacza równe prawo do asertywności. Oznacza możliwość powiedzenia „tak” wtedy, gdy to się opłaca, i „nie” — gdy cena jest zbyt wysoka. Oznacza prowadzenie polityki wobec USA, UE i Rosji nie przez emocje, resentymenty i ideologiczne rytuały, lecz przez chłodną kalkulację: co z tego ma Polska?

Dziś ani PiS, ani KO nie są w stanie takiej polityki zaproponować. Jedni spalili relacje z UE i Rosją, drudzy — gotowi są spalić resztki podmiotowości w imię „powrotu do Zachodu”. Obie strategie są lustrzanym odbiciem tej samej słabości: braku wiary, że Polska może być czymś więcej niż przedmiotem cudzych decyzji.

A państwo, które nie myśli o normalizacji relacji z sąsiadami w perspektywie dekad, tylko kadencji, nie prowadzi polityki zagranicznej. Prowadzi politykę nastroju. I właśnie dlatego pytanie o symetryczne, interesowne relacje z USA, Rosją i UE nie jest dziś pytaniem kontrowersyjnym. Jest pytaniem o elementarną dojrzałość państwową — tę, której w polskiej debacie wciąż dramatycznie brakuje.

Puenta – przyszłość na kolanach w nowym rozdaniu

Wszystko więc wskazuje na to, że Prawo i Sprawiedliwość jeszcze wróci. Nie jako wypadek przy pracy demokracji, lecz jako konsekwencja własnej mitologii: mitu oblężonej twierdzy, zdradzonej suwerenności i wiecznie czyhających wrogów. PiS wróci, bo nauczył się jednej rzeczy doskonale — że gniew i lęk są bardziej mobilizujące niż sprawczość, a pamięć wyborców jest krótsza niż lista niespełnionych obietnic.

Ale jeśli PiS wróci, to wróci inny. Bardziej nerwowy. Bardziej reaktywny. Bardziej świadomy, że z prawej strony wyrósł mu konkurent, który mówi to samo, tylko głośniej i bez wstydu.

Tym konkurentem jest Konfederacja Korony Polskiej, firmowana przez Grzegorza Brauna — formacja, która przejmuje elektorat PiS nie tylko dlatego, że oferuje realną alternatywę programową (której PiS nota bene nie ma), lecz dlatego, że demaskuje jego hipokryzję. Tam, gdzie PiS mówi o suwerenności, a potem klęka, Korona klękania nie uznaje. Mówi wprost: żadnych półtonów, żadnych dyplomatycznych wyjaśnień, żadnego „realizmu”.

Odpływ wyborców PiS do Korony nie bierze się z nagłego olśnienia. To frustracja elektoratu, który uwierzył w opowieść o „wstawaniu z kolan”, a zobaczył państwo, które klęka sprawniej niż kiedykolwiek wcześniej — tylko że teraz robi to w patriotycznej oprawie. Korona rośnie, bo dla części wyborców PiS stał się zbyt miękki, zbyt ostrożny, zbyt „systemowy”. Zdradził obietnicę bycia naprawdę asertywnym.

To paradoks, który PiS sam stworzył. Przez lata pompował narrację o zdradzie, zależności i braku suwerenności, aż w końcu ktoś potraktował ją serio. Skoro wszyscy klęczą — mówi Korona — to przynajmniej róbmy to bez udawania, że stoimy. Skoro świat to brutalna hierarchia — dodaje — to nie udawajmy, że obowiązują w nim zasady. Tyle tylko, że Korona Brauna chce Polski asertywnej w stosunkach międzynarodowych a nie Polski na kolanach, przed kimkolwiek.

PiS znalazł się więc w pułapce własnej retoryki. Z jednej strony nie może przestać być „odpowiedzialny”, bo władza tego wymaga. Z drugiej — traci wyborców na rzecz tych, którzy odrzucają „odpowiedzialność” jako słabość. Im bardziej PiS próbuje balansować, tym bardziej wygląda na partię, która krzyczy o suwerenności, ale panicznie boi się jej konsekwencji.

Jeśli PiS wróci do władzy, wróci w świecie mniej cierpliwym, bardziej brutalnym i znacznie mniej skłonnym do udawania. A wtedy kundlizm przestanie wystarczać. Bo elektorat, który nauczył się gardzić „uległością”, nie zadowoli się już samą retoryką. Będzie chciał faktów. Konfliktów. Zerwań. A PiS — przyzwyczajony do klękania selektywnego — może odkryć, że najgroźniejszy nie jest liberalny krytyk, lecz uczeń, który uznał mistrza za zbyt zachowawczego.

Historia lubi takie ironie. Partie, które budują władzę na resentymencie, zwykle przegrywają z tymi, którzy resentymentom nadają czystszą, bardziej bezwzględną formę. A państwo, które przez lata uczyło obywateli, że świat to relacja pan–wasal, nie powinno się dziwić, że w końcu ktoś zapyta: skoro już klęczymy — to przed kim i po co?
I to pytanie może się okazać groźniejsze dla PiS niż cała liberalna krytyka razem wzięta.

Autorstwo: Jarek Ruszkiewicz SL
Źródło: WolneMedia.net

                                     AFERZYŚCI ELIT                                                                 Mirosław Milewski   Miro...