niedziela, 8 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                                  Lech Grobelny


 

Lech Grobelny (ur. 18 czerwca 1949 roku w Warszawie, zm. prawdopodobnie 28 marca 2007 roku w Warszawie) – aferzysta, przedsiębiorca, założyciel Bezpiecznej Kasy Oszczędności.

Ukończył studia na Wydziale Me­cha­nicz­nym, Elektrycznym i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, działał w tym czasie w komunistycznym ZSP. Za czasów PRL był właścicielem studia fotograficznego. Pierwsze wielkie pieniądze zarobił pod koniec lat 70. i na początku lat 80., handlując w całej Polsce obrazkami z fotografią Jana Pawła II. Utworzył następnie zakład obróbki fotograficznej AFT (Art-Foto Projekt) i sieć w całej Polsce.

W 1988 roku założył spółkę Dorchem Sp. z o.o. (był prezesem jednoosobowego zarządu), początkowo handlująca chemikaliami fotograficznymi, a po transformacji ustrojowej będącą właścicielem sieci kantorów wymiany walut. Największy rozgłos przyniosła mu Bezpieczna Kasa Oszczędności - parabank zbierający długoterminowe pożyczki od ludności i oferujący znacznie wyższe oprocentowanie niż lokaty w PKO BP. Grobelny, osobiście reklamujący swoje przedsięwzięcie, stał się wówczas znaną osobą życia publicznego.

Utrzymywał też kon­tak­ty z przes­tęp­czoś­cią zor­ga­ni­zo­wa­ną, zat­rud­nia­jąc gang­ste­rów do ochrony interesów.

O Lechu Grobelnym i jego Bezpiecznej Kasie Oszczędności stało się głośno w drugiej połowie 1990 roku, gdy nadszedł termin spłaty pożyczek. Wyjeżdżając za granicę w czerwcu 1990 roku nie pozostawił nikomu pełnomocnictw do prowadzenia dużego przedsiębiorstwa. W lipcu 1990 roku zaginął bez wieści na wiele miesięcy. Ludzie chcąc odzyskać swoje pieniądze przypuścili szturm na BKO. W tym parabanku ulokowało swoje oszczędności ok. 7,5 tys. Polaków (szacowano je przed denominacją na 32 mld starych złotych). Syndyk masy upadłości Dorchemu Sp. z o.o. wypłacił wierzycielom w sumie ok. 7 mld starych zł nie pokrywając nawet połowy sumy ulokowanych przez nich środków. Poszukiwanego przez Interpol przedsiębiorcę zatrzymano w 1992 roku w Niemczech, a następnie dokonano jego ekstradycji do Polski. W 1996 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał go na 12 lat więzienia za zagarnięcie w latach 1989-1990 ponad 8 mld starych zł (przed denominacją - dzisiejsze 800 tys. zł) z kasy Dorchemu. W 1997 jednakże Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił wyrok i zwrócił sprawę prokuraturze, a przedsiębiorcę zwolnił z aresztu. Prokuratura ostatecznie w 2002 roku umorzyła sprawę w braku wystarczających dowodów.

Lech Grobelny przesiedział w areszcie pięć lat, za co domagał się od Skarbu Państwa miliona złotych zadośćuczynienia oraz 14,93 mln zł odszkodowania za niesłuszne aresztowanie. W październiku 2005 roku Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił jego powództwo.

Po wyjściu na wolność Grobelny założył firmę Odzysk do windykacji długów, lecz działalność nie przynosiła dochodów. Był niewypłacalny, mieszkał w pawilonie handlowym w Warszawie przy ul. Wysockiego, gdzie poprzednio było stoisko Dorchemu.

O Lechu Grobelnym zrobiło się głośno ponownie w styczniu 2007 roku po tym, jak przekazał policji uzyskane od nieżyjącego już gangstera informacje na temat zagrożenia życia premiera Jarosława Kaczyńskiego. Biuro Ochrony Rządu mając na uwadze powyższe informacje wzmocniło ochronę zarówno premiera, jak i prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Według Lecha Grobelnego, na premiera wydano wyrok śmierci, którego wykonawcą miał być gangster o pseudonimie Szczur.

Pod koniec życia Lech Grobelny nadużywał alkoholu, był zewnętrznie zaniedbany, a przez jego mieszkanie przewijało się wiele osób, z którymi spożywał alkohol. 2 kwietnia 2007 roku w pawilonie sklepowym na warszawskim Targówku przy ul. Wysockiego policja znalazła ciało Lecha Grobelnego. Poinformowano, że miał ranę kłutą klatki piersiowej, w okolicy serca. Według ustaleń, Lech Grobelny zmarł pięć dni wcześniej, tj. 28 marca.

Po roku od wszczęcia śledztwa w sprawie okoliczności śmierci Lecha Grobelnego, zostało ono umorzone na skutek niewykrycia sprawców. Ekspertyzy śledcze potwierdziły fakt, że do śmierci byłego przedsiębiorcy przyczyniły się osoby trzecie.

Grobelny był pierwszym z grona aferzystów III RP. Suma, której zagarnięcie mu zarzucono, 800 tys. „dzisiejszych” złotych to niewiele w porównaniu z milionami zagarniętymi przez FOZZ czy Art-Bi. O Grobelnym nie mówiono, że jest zamieszany w handel bronią, że ma niejasne powiązania ze służbami albo esebcką przeszłość. Ale w latach osiemdziesiątych nie dało się zrobić nic wielkiego, nie znając „odpowiednich ludzi.” I Lech Grobelnych takich ludzi znał. Z jego spółką bardzo ścisłe kontakty utrzymywał Andrzej Stuglik (w latach 1975-1980 pracownik kontrwywiadu, od 1982 r. instruktorem ds. propagandy w KW PZPR, od 1988 r. główny specjalista ds. rozliczeń dewizowych w Ministerstwie Finansów, od 1989 r. doradca finansowy Marka Pietkiewicza w Towarzystwie Handlu Międzynarodowego DAL S.A., zastrzelony w 1991 roku). W tym czasie Lech Grobelny przebywał już za granicą. Oficjalnie – uciekł przed odpowiedzialnością za niewypłacalność. Ale biorąc pod uwagę chociażby tę znajomość, jego ucieczka mogła zostać spowodowana także innymi okolicznościami. Wiadomo, że Andrzej Stuglik zajmował się kontaktami handlowymi ze wschodem a jego kontrahentami byli ludzie z rosyjskich spec służb. Stuglik odszedł z „układu” w 1990 roku. Od tego momentu jego życie znalazło się w niebezpieczeństwie. Lech Grobelny mógł o tym wiedzieć. Może data jego zniknięcia z Polski nie była przypadkowa. Śledczy, badający sprawę zabójstwa generała Marka Papały ustalili powiązania Stuglika z międzynarodowym handlem bronią. Wiązali zresztą jego śmierć ze śmiercią gen. Papały. Być może Grobelny był tylko małym, nic nie znaczącym „dodatkiem” do wiedeńskiego tortu, ukręconego przez polskich polityków, aferzystów, gangsterów i rosyjski wywiad. Ale może też zorientował się, że jako mały „dodatek” bez problemu zostanie z tortu usunięty...

Kiedy Lech Grobelny został zatrzymany, media skoncentrowały się na pieniądzach wyprowadzonych z BKO, jednak po osadzeniu go w więzieniu szybko przestały się nim interesować. Nie wzbudziło też większych emocji jego wyjściu na wolność. Nikt nie dociekał wówczas, jakie powiązania łączyły go ze Stuglikiem. Ta sprawa nie ujrzała światła dziennego, poza zdawkowymi wzmiankami przy okazji omawiania tematu „układu wiedeńskiego.” Oczywiście nic nie usprawiedliwia zagarnięcia pieniędzy ludzi, ale Lech Grobelny do końca życia zdawał się być głęboko przekonany, że to on padł ofiarą gigantycznej zmowy. Czyżby czuł się oszukany i opuszczony przez znajomych z „układu”? Zaskakujący jest jeszcze jeden fakt. Grobelny nawet po wyjściu z więzienia wciąż posiadał w Warszawie nieruchomości, choć teoretycznie powinny one zostać zajęte i sprzedane na poczet długów kierowanej przez niego spółki Dorchem. Tymi nieruchomościami były pawilony handlowe, m.in. przy ulicy Ogińskiego na Pradze, czy Wysockiego (tam też mieszkał). Sąsiedzi wspominają, że w ostatnich latach życia utrzymywał się ze zbierania złomu, chodził brudny, niechlujnie ubrany. Zdarzały mu się zachowania co najmniej „dziwne” - potrafił pokazać się na ulicy w szlafroku z psem ubranym w ludzkie ubrania, albo w nocy udawać się na policję ze skargą na sąsiadów. Policja zresztą często bywała u Grobelnego, co nikogo nie dziwiło. Na Bródnie wszyscy znali jego przeszłość. Wszyscy też mówili, że choć zachowywał się dziwnie, znał mnóstwo ludzi i miewał zadziwiającą wiedzę. Informacje przekazywane przez niego były często nieprawdopodobne, ale też... sprawdzały się.

Sąsiedzi wspominają, że na krótko przed śmiercią zmienił się. Zaczął się starannie ubierać, założył firmę „Odzysk.” Wciąż był też właścicielem Dorchemu. I ciągle bywali u niego jacyś ludzie. Sąsiedzi zauważyli też, że Lech Grobelny zaczął się wtedy czegoś bardzo obawiać. Już nie tylko ryglował drzwi natychmiast po wejściu do domu, ale nie wychodził z niego bez trzech wielkich noży, które stale nosił w kieszeni. Być może miało to związek z informacjami, których udzielił policji. Na początku 2007 roku Grobelny poinformował policję o zleceniu na zamordowanie ówczesnego premiera Jarosława Kaczyńskiego. Egzekucję miał wykonać gangster o pseudonimie „Szczur.” BOR wzmocnił ochronę premiera i prezydenta, funkcyjne media przez jakiś czas miały serdeczny ubaw, a policja ogłosiła, ze Szczur nie żyje. Zbiegło się to z oświadczeniem ministra Macieja Łopińskiego, który w styczniu 2007 roku, w audycji „Sygnały dnia” w polskim radiu powiedział, że rząd Jarosława Kaczyńskiego naruszył interesy różnych grup. Jednocześnie minister Łopiński nie powiązał tych informacji z ostrzeżeniami Lecha Grobelnego. W marcu 2007 roku do Kancelarii Premiera dotarła z kolei przesyłka dla Jarosława Kaczyńskiego zawierająca trzy ostre pociski oraz „list” - „Dla kota, dla twojej matki, dla ciebie." Do zamachu na szczęście nie doszło. Jedynym oddźwiękiem ostrzeżeń Grobelnego i listów z kulami, były drwiny z braci Kaczyński ochoczo podjęte przez „salon.” Grobelny znowu został odsunięty na „boczny tor”, choć zastanawiające jest, że po latach „niebytu” w ogóle znał pseudonimy gangsterów. Oczywiście Lechowi Grobelnemu łatwo było zarzucić fantazjowanie – w końcu zapracował na miano oszusta. Nie pomagał mu też fakt, że Szczur zgodnie z opinią policji miał nie żyć. Ale też można założyć, że w sprawie śmierci Szczura policja mogła się mylić. Nie byłby to ani pierwszy, ani jedyny taki przypadek. Wystarczy wspomnieć powiązanego ze Stuglikiem, Mieczysława Zapióra, o którym pisano, że utonął podczas wakacji w Egipcie, podczas gdy w rzeczywistości – zaginął podczas nurkowania. Jego ciała nie znaleziono, więc równie dobrze mógł po prostu... popłynąć do Izraela. Tereny nurkowe znajdują się w Egipcie także tuż przy granicy z Izraelem.

Policja i prokuratura nie mają żadnych wątpliwości – Lech Grobelny został zasztyletowany. Jego ciało leżało co najmniej 5 dni zanim znaleźli je strażnicy miejscy. Leżałoby zapewne dłużej, gdyby nie fakt, że sąsiedzi eks-biznesmana zaniepokoili się o jego kota, który najwyraźniej głodny przez kilka dni siedział w oknie. I choć śledztwo w sprawie morderstwa Grobelnego z braku dowodów zostało umorzone, nikt z mieszkańców jego ulicy nie ma żadnych wątpliwości – zamordował go ktoś, kogo znał. Obsesyjnie chroniący swój dom Grobelny nie wpuściłby do środka nikogo obcego. A gdy policja i straż miejska weszły do mieszkania, nie było ono zamknięte. Czy Grobelny zginął, bo wplątał się w ciemne interesy, czy zemścił się na nim jakiś oszukany człowiek, czy też musiał umrzeć, bo za dużo wiedział i powiedział – tego już się nie dowiemy. Jedno jest pewne. Morderca Lecha Grobelnego pozostał na wolności.

Bibliografia

  • Piotr Pytlakowski: Nasza pierwsza piramida w: Polityka nr 35 (2872) /2012
  • Katarzyna Jaroszyńska: „Ostatnie dni Lecha Grobelnego”, Życie Warszawy 04.04.2007, „Lech Grobelny nie żyje” www.wprost24.pl 02.04.2007

 

Znicz czy piec krematoryjny?

Otwarcie wielkich imprez sportowych od dekad było świętem jedności, humanizmu i czystej rywalizacji. Jednak ostatnie lata przynoszą niepokojącą zmianę kursu. Po skandalach związanych z ceremonią w Paryżu, oczy całego świata zwróciły się na inaugurację Zimowych Igrzysk w Mediolanie. Zamiast pochwały hartu ducha i piękna sportu, widzowie otrzymali mroczne widowisko, w którym dominowały symbole budzące jednoznaczne skojarzenia z okultyzmem. Czy to jeszcze sztuka, czy już celowa prowokacja wymierzona w tradycyjne wartości?

Symboliczne zapalenie krematorium na Igrzyskach?

Podczas ceremonii otwarcia w Mediolanie uwagę milionów widzów przykuły elementy, które trudno wpisać w kanon sportowej radości. Centralnym punktem uroczystości było zapalenie znicza olimpijskiego, które jednak w niczym nie przypominało radosnego święta – dla wielu wyglądało raczej na symboliczne „otwarcie bram piekieł”. Wewnątrz konstrukcji o kształcie odwróconego pentagramu nastąpiło zapalenie ognia w zamkniętym, okrągłym wizjerze, kojarzącym się jednoznacznie z krematorium.

Kiedy przyjrzymy się nagraniom z momentu kulminacyjnego, obraz staje się jeszcze bardziej drastyczny. To nie był strzelający ku niebu płomień nadziei, do jakiego przywykliśmy przez dekady. Moment zapłonu znicza przypominał raczej otwarcie komory pieca. Ogień nie buchnął swobodnie – on „zakipiał” wewnątrz surowej, metalowej konstrukcji, budząc przerażające skojarzenia z procesem spopielania zwłok. Ta przemysłowa, zimna estetyka śmierci, podana w oprawie okultystycznych znaków, sprawia, że trudno tu mówić o pomyłce artystycznej. To wizualny komunikat, który uderza w podświadomość widza, wywołując pierwotny lęk.

                              https://www.youtube.com/watch?v=Q8Cw-HKNAHQ

Przyjrzyjmy się samej symbolice. W tradycji europejskiej kula ognia utożsamiana jest z piekielną pożogą, zniszczeniem i chaosem. Z kolei odwrócony pentagram uznaje się w świecie okultyzmu za znak o najbardziej złowrogiej wymowie. Podczas gdy tradycyjny pięcioramienny znak symbolizuje dominację ducha nad materią, jego odwrócenie stanowi całkowitą negację tego porządku. Dwa wierzchołki skierowane w górę tworzą zarys rogów, co w ikonografii satanistycznej wprost nawiązuje do wizerunku Baphometa.

Obecność tak radykalnego symbolu w sercu sportowego święta budzi uzasadniony opór. Trudno uznać to za „przypadkową kompozycję”, skoro każdy profesjonalny projektant zna konotacje tego znaku. Wykorzystanie go w połączeniu z agresywną, ognistą scenografią nie pozostawia pola do interpretacji – to symbolika, która ze szlachetnym sportem nie ma nic wspólnego.

Łańcuch mrocznych wydarzeń

Analiza ceremonii z ostatnich dwóch dekad dowodzi, że przypadek Mediolanu nie jest odosobniony, lecz stanowi ogniwo w łańcuchu coraz mroczniejszych widowisk.

Już w 2012 roku w Londynie widzów uderzyły surrealistyczne sceny z gigantyczną figurą śmierci, co po latach zyskało miano ponurej przepowiedni.

W 2016 roku, podczas otwarcia tunelu Gotarda, świat obserwował spektakl pełen demonicznych postaci i masek kóz, które w żaden sposób nie korespondowały z inżynieryjnym sukcesem inwestycji.

Szczególny niepokój wzbudził występ Madonny na Eurowizji w 2019 roku. Artystka zaprezentowała rytualny spektakl: postacie w maskach gazowych, mroczna kapłanka z zasłoniętym okiem i tło wojennej pożogi ogarniającej świat. Wielu odczytało to jako masowy rytuał okultystyczny zapowiadający nadchodzące nieszczęścia.

W 2022 roku w Birmingham (Igrzyska Commonwealthu) tancerze oddawali pokłon mechanicznemu bykowi o płonących ślepiach, co przywoływało biblijne obrazy kultu Baala.

Kulminacją stał się Paryż (2024) z jego obrazoburczą estetyką i mrocznym jeźdźcem na bladym koniu.

To wszystko, w połączeniu z odwróconym pentagramem i zapaleniem krematorium w Mediolanie, tworzy spójny obraz celowej ofensywy symboliki mroku. Krytycy zauważają, że ma ona na celu „oswojenie” opinii publicznej z obrazami, które dawniej budziły sprzeciw moralny. Sport stał się jedynie tłem dla spektaklu dekonstrukcji naszej kultury.

To tylko sztuka, czy informacja od elit pociągających za sznurki?

Ludzka intuicja rzadko myli się w ocenie zagrożenia. Trudno uwierzyć, by przy budżetach liczonych w setkach milionów euro jakikolwiek symbol pojawił się przypadkiem. Skoro wybrano pentagram i ogień, zrobiono to z pełną świadomością wywołania określonych skojarzeń. Igrzyska, zamiast być światłem nadziei, coraz częściej zdają się kierować nasz wzrok w stronę otchłani.

Dopełnieniem tej aury stał się incydent z drugiego dnia zawodów. Jak poinformował reporter TVN24, Paweł Łukasik, olimpijski ogień w Mediolanie – ten sam, który zapłonął wewnątrz pentagramu – niespodziewanie zgasł. W tradycji olimpijskiej to fatalny omen, jednak w tym kontekście wielu widzi w tym coś więcej – symboliczną niemoc „ognia”, który zamiast rywalizacji, reprezentował chaos.

Czy to ukryty przekaz wieszczący mroczne plany elit?

Pół roku po występie Madonny wybuchła pandemia, która drastycznie ograniczyła wolność ludzkości. Obecnie wyraźnie czuje się narastające napięcie. Pamiętajmy o ostrzeżeniu z filmu „Szach-mat dla ludzkości” z 2012 roku, którego przesłanie doskonale koreluje z wydarzeniami ostatnich lat. Czy dziś, w dobie destabilizacji świata i napięć po dojściu do władzy Donalda Trumpa – który wywrócił pionki na politycznej szachownicy, aby ustawiać je po swojemu – czeka nas coś gorszego niż w 2020 roku? Wojenne werble biją coraz głośniej, a piewcy pokoju są traktowani jak wrogowie państwa.

Czy symboliczne zapalenie pieca krematoryjnego to ostatnia wiadomość? Czas pokaże…

Autorstwo: Aurelia
Źródło: WolneMedia.net

 

 Reaktywacja piractwa

 
https://www.youtube.com/watch?v=r9oVDS19MKk

 

Wojna o ropę przenosi się śmielej na morskie wody. Już nie jako odosobnione incydenty, bo NATO obiera za cel rosyjskie tankowce. Poprzedzona sabotażem, wojna o paliwa płynne przechodzi w fazę piractwa morskiego.

Po delegalizacji cywilizowanych warunków handlu, stajemy się świadkami realizowanej polityki przemocy. Kiedy sankcje okazały się prostą drogą do zapaści gospodarczej, międzynarodowa organizacja zbrojna gotowa zdobywać ropę po piracku. Doświadczona w tym historycznie Wielka Brytania, postanawia reagować na odczuwalne wahania koniunktury rynków paliwowych. Zbrojne przejęcia tankowców rosyjskich, podsunięto właśnie jako rozwiązanie przez rozdyskutowane kręgi decydentów obronności Wielkiej Brytanii. Obiektem eskalacji ma być rosyjska „flota cieni”. O decyzji donosi „the Guardian”.

Sankcje zamienione piractwem, uderzą w tankowce zaopatrujące Chiny, Indie, Turcję – głównych importerów rosyjskich paliw płynnych. Przedstawiciele tych państw zwracają uwagę, że to praktyka naruszająca prawo międzynarodowe o swobodzie handlu i dostępności szlaków wodnych. Jako środek przestępczy, piractwo wyzwoli reakcję na rabunek.
Wielka Brytania zasłania się chęcią finansowania w ten sposób ukraińskich zmagań wojennych. Marynarka królewska już otrzymała stosowne instrukcje związane z przejmowaniem tankowców.

John Healey – minister obrony Wielkiej Brytanii zasugerował, by skonfiskowany towar był sprzedawany, co rozmyje granice między sankcjami i zaborem przejętego dobra. Minister uzasadnia wykorzystanie nowego narzędzia przejmowania mienia wolą wojny przeciw Rosji i ograniczenia jej dochodów z obrotu paliwami. Uzyskany z tego tytułu fundusz trafiałby na Ukrainę.

Jednoznaczne stanowisko NATO najwyraźniej reorganizuje geopolityczną grę wojenną przenosząc działania z lądu na morskie wody.

Dzienna sprzedaż surowców płynnych Rosji wynosi 5 milionów baryłek. Środki zaradcze na zuchwałe piractwo już zostają podejmowane. Rosja postanawia rozszerzyć własną flotę, by pod własną banderą, bez czarterowania gwarantować terminowe dostawy kontraktowe.

Legalizacja procederu znanego pod nazwą paserstwa, czyni je przestępstwem. W polskim prawie osoba popełniająca taki czyn musi liczyć się z karą od 3 miesięcy do 5 lat więzienia i przepadkiem majątku pochodzącego z tego zajęcia. A jak współmierna może być kara za współsprawstwo, kiedy skala obejmuje aparat państwa, bo jak zwykle usłyszymy o zobowiązaniach sojuszniczych?

Opracowanie: Jola
Na podstawie: YouTube.com
Źródło: WolneMedia.net

 

Bruksela sterowała narracją ws. szczepień na COVID-19

To nie była wyłącznie „walka z dezinformacją” – to była presja polityczna! Taką konkluzję sformułował Komitet Sądownictwa Izby Reprezentantów USA, analizując wewnętrzną korespondencję Komisji Europejskiej z 30 października 2020 r.

W apogeum pandemii — gdy miliony ludzi podlegały lockdownom, obowiązkom i restrykcjom — gabinet wiceprzewodniczącej Komisji UE Věry Jourovej zwrócił się bezpośrednio do kierownictwa Facebooka, Twittera (aktualnie X), Google’a, Microsoftu, ByteDance i Meta. Celem było wywarcie nacisku na platformy społecznościowe, by cenzurowały informacje o COVID-19 i szczepionkach, w tym dziecięcych, zawsze wtedy, gdy podważały oficjalną narrację.

W mailu oznaczonym jako pilny Komisja domagała się od platform szczegółowych danych dotyczących krytycznych narracji, reakcji użytkowników oraz przyszłych trendów — nie po to, by informować opinię publiczną, lecz by stworzyć „ukierunkowany plan” interwencji. Jak zaznaczono w treści, plan ten nie miał zostać ujawniony.

Najbardziej kontrowersyjny fragment dotyczył jednak moderacji treści. Komisja wprost żądała informacji o praktykach „promowania i degradowania” postów związanych ze szczepieniami. Innymi słowy: kto miał zyskać zasięg, kto miał zniknąć z feedów, a kto miał zostać wyciszony bez formalnego usunięcia treści.

Nie była to rekomendacja zdrowotna. Było to żądanie kontroli algorytmów i cenzury.

Z treści maila wynika, że inicjatywa została podjęta za zgodą wiceprzewodniczącej Jourovej i „za wiedzą przewodniczącego” Komisji. Dla amerykańskich republikanów stanowi to dowód, że nie była to inicjatywa techniczna, lecz polityczna decyzja zapadła na najwyższym szczeblu Unii Europejskiej.

Według raportu od tego momentu treści podnoszące wątpliwości dotyczące obowiązku szczepień, bezpieczeństwa dzieci, skutków ubocznych lub po prostu krytykujące oficjalną narrację były systematycznie degradowane lub usuwane — nawet wtedy, gdy nie były fałszywe lub miały charakter opinii.

Źródło zagraniczne: TuttoImola.it
Źródło polskie: WolneMedia.net

                                    AFERZYŚCI ELIT                                                                    Lech Grobelny   Lech G...