sobota, 3 stycznia 2026

                                     AFERY ELIT

                                       Afera rublowa

 


Polegała na procederze transferu walut za granicę przez polskie spółki nomenklaturowe. Sprawa miała miejsce w 1990 roku. Mechanizm prze­stęp­stwa był prosty, lecz możliwy do zastosowania tylko za milczącym przyzwoleniem najwyższych władz państwowych, celnych i fiskalnych. Pro­ce­der polegał na zawieraniu fikcyjnych umów z firmami rosyjskimi na do­sta­wy, za które polska strona płaciła w rublach transferowych.

Płatności te strona rosyjska następnie zamieniała na złote w polskich ban­kach. Ze względu na to, że rubel transferowy był wirtualną walutą, która przestała obowiązywać po 1 stycznia 1991 roku płatności te faktycznie ob­cią­ży­ły polski budżet kwotami szacowanymi na 400 mln USD, do momentu uregulowania wzajemnego zadłużenia z tytułu operacji pomiędzy Polską a dawnym ZSRS.

Według NIK straty Skarbu Państwa to ok. 400 mln dolarów!

Firmy-kantory

Raport NIK podaje wiele przykładów tego typu operacji. I tak np. spółka Ex­pan­der z Gdańska zawarła z firmą radziecką kontrakt na sprzedaż urządzeń elektronicznych wartości 35, 6 mln rbt, rozliczonych przez Bank Handlowy po kursie 1000 zł/rbt. Następnie znalazła w Austrii kontrahenta, który miał kupić zamówiony sprzęt dla odbiorcy radzieckiego, i przekazała do banku w Budapeszcie dolary na ten cel.

Spółka Vaxpol z Sopotu zawarła kontrakt z radziecką firmą Torolla na do­sta­wę ziemniaków wartości 63 mln rbt. Ruble rozliczył Bank Handlowy według kursu 2090 zł/rbt, po czym Vaxpol przekazał szwajcarskiej firmie Komink AG prawie 13, 5 mln dolarów na zakup 185 tys. ton ziemniaków dla radzieckiej Torolli. I wszystko to odbywało się jak najbardziej legalnie!

„W szeregu przypadków firmy polskie spełniały dla firm radzieckich rolę kantorów wymiany walut” – konkluduje raport. „Należy jednak zaznaczyć, że większość firm działała zgodnie z obowiązującymi przepisami, jakkolwiek nie zawsze zgodnie z interesem Skarbu Państwa”.

Ile kosztowała nas afera rublowa, dokładnie nie wiadomo. Według raportu NIK, w latach 1989-1991 płatności z tego tytułu obciążyły polski budżet kwotą ok. 400 mln dolarów!

Inni eksperci dzielą aferę rublową na dwie mniejsze. Transakcje z ZSRR, a po jego rozwiązaniu z Rosją – straty skarbu państwa 8 bln starych złotych. Transakcje z b. NRD – straty 12 bln starych złotych.

Bohaterem bocznego wątku tej historii jest „Dziad” czyli Hen­ryk Nie­wia­dom­ski – legendarny boss mafii wołomińskiej, zmarły w radomskim więzieniu.

Na początku lat 90. „Dziad”, wtedy u szczytu potęgi, zamówił w niemieckiej wytwórni ciężarówkę papieru ze znakami wodnymi, na którym chciał drukować fałszywe banknoty ukraińskie (były to wtedy karbowańce – używana już w ZSRR ukraińska nazwa rubli; hrywnę wprowadził dopiero Juszczenko w roku 1996). Kontrabandę obserwowali policjanci, zdecydowani dotrzeć śladem ciężarówki do przestępczej meliny. Niestety, zagapili się i stracili z oczu śledzony pojazd.

Pracujący wtedy w Komendzie Głównej Policji Adam Rapacki wy­ne­go­cjo­wał z „Dziadem” oddanie ciężarówki z trefnym ładunkiem. Uchronił w ten sposób swoją instytucję – i państwo polskie – przed potężną mię­dzy­na­ro­do­wą kompromitacją. Ruble drukowane w Wołominie – czegoś takiego jeszcze nie było.

Ówczesny szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Antoni Macierewicz, badał pochodzenie majątku biznesmena Ryszarda Krauzego, doszukując się jego powiązań ze służbami specjalnymi PRL. „Jedną z hipotez sprawdzanych przez Macierewicza jest współpraca Krauzego z jedną z firm występujących w tzw. aferze rublowej – Vaxpolem. Jej właścicielem był późniejszy biznesowy partner właściciela Prokomu, obecnie jeden ze 100 najbogatszych Polaków – Maciej Nawrocki” – pisał Radosław Gruca w „Dzienniku”.

Pytany przez „Dziennik”, Macierewicz zapowiadał tajemniczo, że afera rub­lo­wa zostanie wspomniana w raporcie o likwidacji WSI, choć nie będzie jego głównym tematem.

„Nie ma wątpliwości, że afera rublowa była początkiem wielu karier, nawet ludzi, których dziś określa się mianem oligarchów” - mówił Konstanty Miodowicz, zmarły poseł PO, kiedyś szef kontrwywiadu.

W raporcie Macierewicza nie ma jednak ani słowa o aferze rublowej; być może wzmianka na ten temat znalazła się w aneksie do raportu, który decyzją prezydenta Lecha Kaczyńskiego nie został opublikowany.


 www.yelita.pl

 

Extralegal – bezprawne nadzwyczajne uprawnienia UE

 

                        



Sankcje Unii Europejskiej wobec własnych obywateli i mieszkańców wspólnoty stanowią krok w kierunku przyszłości o cechach totalitarnych. Ich pozaprawny – określany jako „extralegal” – charakter nadaje im szczególną siłę. Próbę szerokiej analizy i wyjaśnienia tego zjawiska nadesłał mi autor zaprzyjaźnionego kanału „Neutrality”. Poniżej dzielę się jego tekstem.

Obserwujemy bezprawny system sankcji UE

Dla wielu z nas, przedstawicieli mediów alternatywnych, szokiem było umieszczenie 15 grudnia przez Unię Europejską na liście sankcji wobec Rosji szanowanego analityka, komentatora politycznego i byłego pułkownika armii szwajcarskiej – Jacques’a Bauda. Był on jedną z kilku osób objętych sankcjami, obok m.in. popularnego francuskiego dziennikarza Xaviera Moreau. Baud jest już drugim Szwajcarem, wobec którego UE zastosowała sankcje. W czerwcu 2025 roku Unia ogłosiła bowiem nałożenie sankcji na Nathalie Yamb – szwajcarsko-kameruńską aktywistkę walczącą z neokolonializmem.

Znalezienie się na liście sankcyjnej UE jest dla objętych nią osób wydarzeniem druzgocącym, zwłaszcza jeśli mieszkają w państwie członkowskim lub kraju blisko stowarzyszonym, takim jak Szwajcaria, Norwegia czy Wielka Brytania. Oznacza to zamrożenie kont bankowych, anulowanie kart płatniczych, zakaz zawierania umów z firmami i osobami prywatnymi powiązanymi z UE oraz całkowite odcięcie od współpracy z przedsiębiorstwami działającymi na jej rynku. W praktyce może to uniemożliwiać nawet zakup chleba czy podstawowych artykułów do życia.

Co więcej, wiele międzynarodowych firm prewencyjnie anuluje wszystkie swoje usługi – w tym pocztowe, cyfrowe i związane z mediami społecznościowymi. Nawet banki szwajcarskie zamrażają lub likwidują konta, obawiając się konsekwencji za nieprzestrzeganie przepisów UE. Niedawno przeprowadziłem wywiady z dwiema osobami objętymi sankcjami – Nathalie Yamb i Hüsseyinem Dogru – których relacje są wstrząsające. Równie poruszające jest świadectwo Jacques’a Bauda w jego najnowszym wywiadzie dla kanału „Dialogue Works” prowadzonego przez Nimę Alkhorshida. Nathalie Yamb opublikowała również krótki film z opisujący to traumatyczne doświadczenie.

Czy sankcje wobec obywateli i rezydentów UE są nielegalne?

Na początku stycznia 2025 roku na unijnej liście sankcji wobec Rosji znajdowało się 59 osób prywatnych. Początkowo sankcje te były nakładane wyłącznie na rosyjskich przedsiębiorców i osoby mieszkające w Rosji – co już samo w sobie było problematyczne – jednak od 2024 roku UE zaczęła wykorzystywać sankcje jako narzędzie polityczne do tłumienia różnych form sprzeciwu.

Nathalie Yamb została ukarana przede wszystkim za swój aktywizm przeciwko neokolonialnym praktykom Francji w Afryce, a Hüsseyin Dogru – za działalność dziennikarską związaną ze sprawą palestyńską. Co znamienne, krótkie fragmenty uzasadnień sankcji wspominają również o działaniach niezwiązanych z Rosją.

Wydawałoby się, że w wolnym i liberalnym społeczeństwie opartym na rządach prawa sankcje wobec własnych obywateli i rezydentów muszą być nielegalne. Tymczasem poseł do Parlamentu Europejskiego Michael von der Schulenburg zlecił sporządzenie raportu, którego wnioski są jednoznaczne: sankcje naruszają obowiązujące prawo UE dotyczące wolności jednostki.

Problem polega jednak na tym, że choć sankcje niewątpliwie kolidują z częścią prawa unijnego, inne przepisy umożliwiają Radzie UE podejmowanie takich działań. Z proceduralnego punktu widzenia Unia nie przekracza swoich kompetencji, ponieważ sankcje formalnie nie należą do sfery wewnętrznego porządku prawnego, lecz do polityki zagranicznej.

Polityka zagraniczna w celach krajowych

Nie ma potrzeby analizowania szczegółowych zarzutów wobec osób objętych sankcjami. Nie to jest istotą problemu. Kluczowe jest to, że czyny, za które nałożono sankcje, nie stanowią przestępstw. Ani prawo UE, ani prawo państw członkowskich nie zakazuje działań takich jak aktywizm obywatelski, działalność dziennikarska czy publikowanie analiz geopolitycznych. Wręcz przeciwnie – są to wolności wyraźnie chronione.

I tu tkwi sedno sprawy. Skoro dane działania nie są przestępstwami, sankcje nie są środkami sądowymi. UE sama jasno to komunikuje na swojej stronie internetowej poświęconej sankcjom: „Środki ograniczające, czyli »sankcje«, są istotnym narzędziem Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa UE. Pozwalają Unii reagować na globalne wyzwania i wydarzenia sprzeczne z jej celami i wartościami. Sankcje nie mają charakteru karnego, lecz mają na celu wywołanie zmiany w polityce lub postępowaniu osób objętych sankcjami”.

Formalnie wszystko się zgadza. UE stworzyła system, w którym władza wykonawcza – działając w ramach polityki zagranicznej – może uznać zachowania własnych obywateli za „niepożądane” i zastosować wobec nich najbardziej dotkliwe środki, bez procesu sądowego i wyroku. Wszystkie działania Bauda, Yamb, Dogru i innych były i są w pełni legalne. Mimo to Rada UE ma prawo stosować wobec nich środki przymusu, aby „zachęcić” do zmiany zachowania.

Ponieważ państwa członkowskie są traktatowo zobowiązane do wdrażania sankcji UE, ofiary nie mogą skutecznie odwoływać się do sądów krajowych. Unia ominęła w ten sposób zabezpieczenia chroniące obywateli przed arbitralnymi prześladowaniami politycznymi. Nie jest to nielegalne. Jest to działanie poza prawem.

Sankcje są legalne w sensie czysto formalnym, lecz tworzą system umożliwiający obejście fundamentalnych zasad sprawiedliwości: domniemania niewinności, prawa do obrony i prawa do bycia wysłuchanym. Jedyną ścieżką odwoławczą pozostaje Trybunał Sprawiedliwości UE, który bada wyłącznie formalną spójność decyzji, nie zaś jej proporcjonalność czy zgodność z prawami podstawowymi.

Co gorsza, nawet jeśli TSUE uzna, że uzasadnienie sankcji było wadliwe, Rada może natychmiast ponownie wpisać daną osobę na listę, zmieniając uzasadnienie. Przykładem są Petr Awen i Michaił Fridman, którzy wygrali sprawę w 2024 roku, lecz mimo to nadal pozostają objęci sankcjami.

Odwrócenie broni do wewnątrz

To nie pierwszy raz, gdy zachodnie instytucje stosują pozaprawne środki represji wobec społeczeństwa obywatelskiego. Jak zauważyła Nathalie Yamb, kraje UE i USA od dekad używają sankcji wobec aktywistów i dziennikarzy w Afryce i innych regionach świata. Jest to element utrwalonej, neokolonialnej praktyki.

Podobnie Stany Zjednoczone wykorzystują sankcje do tłumienia legalnych działań, czego przykładem są sankcje wobec personelu Międzynarodowego Trybunału Karnego czy wobec Specjalnej Sprawozdawczyni ONZ Franceski Albanese.

Tak jak „Patriot Act” po 11 września przekształcił narzędzia bezpieczeństwa zewnętrznego w instrumenty kontroli wewnętrznej, tak rozszerzenie sankcji UE na osoby mieszkające w Unii zamienia brutalne narzędzie polityki zagranicznej w narzędzie polityki krajowej. Broń używana na zewnątrz została skierowana do środka.

Eurokratyczna śmierć demokracji

Jedyną nadzieją pozostaje powszechne oburzenie społeczne. Represje polityczne wymagają odpowiedzi politycznych. Tymczasem państwa członkowskie wydają się zadowolone z nowego instrumentu. Wypowiedź przedstawiciela niemieckiego MSZ, udzielona 17 grudnia w Federalnym Klubie Prasowym, była w istocie jawną próbą zastraszenia i zapowiedzią kolejnych przypadków.

Ofiary mogą się odwoływać – owszem – ale do tej samej struktury, która nałożyła sankcje, i do sądu, który bada wyłącznie formalności. Trudno to uznać za realną ochronę prawną.

Tak właśnie umiera demokracja. Po raz kolejny. Nie w huku czołgów, lecz w ciszy dekretów, formalnych procedur i biurokratycznego samozadowolenia.

Brawo, Unio Europejska.

Autorstwo: Pascal Lottaz
Tłumaczenie: Jola
Na podstawie: PascalLottaz.Substack.com
Źródło: WolneMedia.net

 

Rząd będzie ścigał krytykę banderyzmu i Ukraińców?

Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek zapowiedział utworzenie kilku prokuratur, które specjalizować się będą w ściganiu hejtu, w tym mowy rzekomej nienawiści wobec Ukraińców. Z założenia ma to być odpowiedź na rosnącą falę nienawiści w Polsce, pojawiają się poważne wątpliwości co do tego, jak takie działania mogą wpłynąć na wolność słowa w kraju, zwłaszcza w kontekście napięć między Polakami a Ukraińcami i rządowej polityki uległości względem Ukrainy.

Zgodnie z zapowiedzią, specjalne zespoły prokuratury mają działać w miastach takich jak Łomża, Bydgoszcz, Sosnowiec czy Radomsko, a także w wybranych dzielnicach Warszawy. Ich celem będzie ściganie przestępstw związanych z nienawiścią skierowaną przeciwko Ukraińcom, którzy od początku wojny w Ukrainie masowo osiedlają się w Polsce. Choć nie w każdym z wymienionych miast liczba Ukraińców jest wysoka, to wszystkie te miejscowości wykazują znaczący wzrost migracji z Ukrainy w ostatnich latach.

Należy zauważyć, że rosnąca fala nienawiści wobec Ukraińców w Polsce nie wynika wyłącznie z postaw Polaków, ale także z reakcji na działania części Ukraińców wobec Polaków. Niektórzy Ukraińcy demonstrują roszczeniowe podejście i brak wdzięczności za pomoc udzieloną im przez Polaków. Do tego dochodzą coraz częstsze doniesienia o brutalnej przestępczości ukraińskiej w Polsce. W obliczu rosnącego napięcia, pytanie, które zadają sobie krytycy rządu, brzmi: dlaczego polskie władze nie podejmują zdecydowanych działań w celu przeciwdziałania gloryfikowaniu banderyzmu, który jest dziedzictwem nazizmu, oraz nie ścigają szerzenia antypolonizmu wśród Ukraińców? Coraz więcej osób w Polsce dostrzega, że Ukraińcy mają więcej praw niż Polacy (np. w służbie zdrowia), co zwiększa frustrację i niechęć.

Problem staje się jeszcze bardziej złożony, gdy weźmiemy pod uwagę, że niedawno Sejm odrzucił w głosowaniu penalizację banderyzmu. To tylko wzmacnia wrażenie, że rząd, mimo niepokojących zjawisk, nie chce stawiać twardych granic ukraińskiemu nazizmowi, co w oczach wielu Polaków jest sygnałem uległości wobec Kijowa i wzmacnia teorię spiskową o szantażowaniu polskich posłów sekstaśmami z afery podkarpackiej. Przypomnijmy, że kopie nagrań według agenta Janika, którego oskarżono o składanie fałszywych zeznań po tym, jak taśmy „wyparowały” z jego sejfu tuż przed nalotem służb, trafiały w ręce SBU.

Krytyka działań rządu, w tym braku stanowczości wobec antypolonizmu i banderyzmu, może zostać łatwo zakwalifikowana jako „hejt” wobec Ukraińców, nawet jeśli jej celem jest jedynie wskazanie na niewłaściwą politykę migracyjną czy ideologiczną. Działania prokuratur mogą więc przyczynić się do dalszego ograniczenia wolności słowa w Polsce, gdzie granice między krytyką a nienawiścią stają się coraz bardziej rozmyte.

Autorstwo: Aurelia
Na podstawie: WP.pl
Źródło: WolneMedia.net

                            TUZY ELITY                            Paweł Robert Kowal   Paweł Robert Kowal   Paweł Robert Kowal (ur. 22 lipca...