Pamiętam dobrze obóz w Rogozińcu w roku 2019. Było tam dużo rozmów o ziemiach odzyskanych, ale też nie tylko. Część młodzieży interesowała się historią i ekonomią, włączając w to niesocjalistyczne wątki nieortodoksyjne jak na przykład szkoła austriacka. I tak któregoś razu przeszedłem się z grupką młodzieży na pobliskie ruiny. Były to dawne magazyny i składy broni. Zostały one rozebrane i wysadzone w powietrze po rozejmie w Trewirze w 1919 roku. Wówczas zakończyło się powstanie wielkopolskie, ustalono linię demarkacyjną, jaka stała się przed wojną granicą Polski. Po drodze poszliśmy jeszcze nad pobliskie jezioro, żeby ku wielkiemu niezadowoleniu kierowniczki obozu, wykąpać się po inwentaryzacji. A później przyszliśmy na podwieczorek i mówię do jednego z tych chłopaczków. Wiesz, co – popatrzyłem na jabłka – jak tak dalej pójdzie, i ten unijny socjalizm będzie tak ekspandować, to niedługo będziemy mieli taki stosik, ale ananasów. Cała zgromadzona grupka zaczęła się śmiać. Fakt, już wówczas pojawiały się twierdzenia o podpisaniu umowy handlowej między Unią Europejską a krajami Ameryki Łacińskiej zrzeszonymi w układzie Mercosur. Ostatecznie po tym żarcie, stwierdziłem, że możemy wyjść na takim układzie wolnocłowym dobrze.
Po sześciu latach temat postanowił powrócić. I można by tutaj dopisać rozdział do „Dziejów głupoty polskiej” Aleksandra Bocheńskiego; zresztą nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy toczą się takie dyskusje. Pierwszy obóz to jest kompletna bierność i brak myślenia wobec działań UE. Tutaj znajduje się Tusk i cała PZPO. Cokolwiek bowiem planują Niemcy i Francja, jest dobre dla nich, to i musi być dobre dla nas, jak i mieszkańców całego kontynentu. Najlepiej jest brać szmal i siedzieć cicho. Głupotą tego obozu jest brak dostrzegania jakichkolwiek postrzegalnych korzyści z zawarcia takiej umowy, brak jakiegokolwiek myślenia. Po prostu od zawsze Tusk chce wszystko odpuścić Niemcom, najchętniej może całą Polskę by scedował Rzeszy w zamian za bycie dożywotnim premierem marchii wschodniej. Nie robi tego tylko dlatego, że i Niemcy jako naród metodyczny nie są przygotowani, no i też, że Rosja – wbrew pozorom mająca dużo do gadania – nie zgodziłaby się na taki układ. Już kiedyś król Prus Fryderyk Wilhelm i car Piotr Wielki rozmawiali na te tematy, to car musiał zbyć swojego rozmówcę, że to nie jest praktyczne. O potencjalnych korzyściach z zawarcia układu z Mercosur jeszcze sobie powiemy. Drugi obóz natomiast obejmuje kółka rolnicze, przyłączył się tutaj obłudnie Populizm i Socjalizm oraz część środowisk Konfederacji (przede wszystkim związanych z dawnych Ruchem Narodowym). Oni zakładają, że umowa handlowa z Mercosur to samo zło, wykończy ona polskie rolnictwo, no i będą to same problemy. Żeby było jeszcze śmieszniej, najbardziej zdrowy – i zdroworozsądkowy – stosunek do umowy z krajami Ameryki Łacińskiej ma redakcja „Krytyki Politycznej”. Co już zasługuje na udokumentowanie.
O wykańczaniu polskiego rolnictwa to już słyszę od początku lat dwutysięcznych, jeżeli nie czasów wcześniejszych. I jakoś się ono nie stoczyło zupełnie. Zwróćmy uwagę, że w krajach anglosaskich jak Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania rolnictwo jako sektor gospodarki stanowi tylko 2% PKB. W Europie Zachodniej jest to nieco więcej, do 5-6%, z tego też powodu Unia Europejska wprowadziła dopłaty do produkcji rolnej. Inaczej produkcja rolna zjechałaby do tego poziomu 2% jak w krajach anglosaskich. Dopłaty rolne – do tej pory wyższe w krajach tzw. „starej UE” – służą temu, żeby nie buntowały się organizacje i związki zawodowe rolników. Wiadomym jest bowiem, że systemowi politycy chcą mieć wyborców. Z kolei większy sektor rolny, sięgający 10% i więcej, w Europie Środkowo-Wschodniej, to jest jeszcze zaszłość historyczna pamiętająca czasy dawniejsze. To pamięta jeszcze szesnasty wiek i pierwszy większy kryzys inflacyjny w Europie na skutek napłynięcia wielkich ilości złota z nowego świata. Wówczas Stary Kontynent podzielił się wzdłuż linii Łaby – na zachód zaczęły rozwijać się mocniej zręby gospodarki kapitalistycznej, wcześniej istniejącej na terenie Flandrii i północnych Włoch. Z kolei na wschód rozwinęła się gospodarka folwarczno-pańszczyźniana. Później na rozwój gospodarczy naszego regionu złożyły się jeszcze dwie wojny światowe i komunizm, jaki upośledził rozwój tutejszej gospodarki. Zatem udział rolnictwa w gospodarce będzie siłą rzeczy spadać i jest to proces jak najbardziej naturalny, dokonujący się już od dziewiętnastego wieku.
I jakoś rolnictwo nie chce się zwinąć. Pamiętajmy jeszcze, że trzeba ukierunkować również dystrybucję naszej produkcji rolnej, ile jest produkowane w naszym kraju, a ile pójdzie na zewnątrz. Przykładowo można szukać krajów o mniejszym areale ziemi uprawnej jak kraje Bliskiego Wschodu czy Azji Środkowej. No i problem zostaje rozwiązany. Tylko wymaga trochę woli polityków i działania dyplomatycznego. Ba, nawet jak się zakończy wojna ukraińsko-rosyjska, można myśleć o eksporcie płodów rolnych do Rosji. Lecz nasi politycy są leniwi, a organizacje i związki zawodowe rolników nie mają aż takiej siły przebicia.
Istnieją jeszcze inne korzyści z tego układu. Przecież dla wielu przedsiębiorców jest to jeszcze większy rynek. Popatrzmy, dochodzi tutaj jeszcze czterysta milionów ludzi będących potencjalnymi klientami. Stąd chcąc wchodzić na inny rynek niż polski, nie trzeba wcale walczyć z wiatrakami ze ściśle reglamentowanymi rynkami w krajach zachodniej Europy – szczególnie niemieckim, francuskim. Można pomyśleć na przykład o Brazylii czy Argentynie. I to będzie można osiągnąć dzięki umowie EOG-Mercosur. Stanie się to również dużo prostsze na poziomie administracyjnym. Te kraje stanowią olbrzymie rynki i olbrzymie możliwości, na które można ekspandować i które mogą umożliwić przyszłą ekspansję na inne rynki. Sytuacja ta dotyczy takich branż jak sprzedaż detaliczna. Przecież znane były w historii przypadki, kiedy nieduża sieć supermarketów potrafiła się bardzo rozwinąć. Przykładem jest tutaj portugalska firma Geronimo Martins, jaka zrobiła złoty interes na kupnie Biedronki. Zyski umożliwiły w przyszłości ekspansję na kraje Ameryki Łacińskiej. U nas natomiast nie widzę ani nie słyszę o próbach podejmowania takich działań w krajach Mercosur. Przecież Dino czy Lewiatan mogłyby otworzyć filie i mieć gigantyczne zyski. Podobnie jest w innych branżach. Skoro na przykład w Brazylii, Urugwaju czy Argentynie hodują dużo krów lub prosiaków, to może warto otworzyć tam ubojnię. Skoro jest dużo skór, może warto tam otworzyć fabrykę butów. Przed drugą wojną światową taki genialny instynkt miała czeska rodzina Bata, zaczynając od przemysłu skórzanego i obuwniczego, weszli także w energetykę, budownictwo, przemysł chemiczny i wydobywczy. Całe miasta potrafiły powstawać wokół ich fabryk w krajach, jakie dzisiaj nazywamy Trzecim Światem. Pokazuje to, że się da. Tylko u nas jakoś wszyscy lubią sobie marudzić. Jest to kolejny dowód głupoty polskiej. Nawet nasi wielcy prywatni przedsiębiorcy nie dostrzegają korzyści, jakie może przynieść umowa handlowa.
Następna sprawa to jest wielka produkcja przemysłowa. Popatrzmy, jakie tutaj mamy asy w rękawie. Dysponujemy dużymi firmami chemicznymi i petrochemicznymi jak Orlen, Grupa Azoty, a także prywatne Synthos i Grupa Boryszew. One spokojnie mogłyby wejść na rynek Ameryki Łacińskiej, zarówno z wydobyciem ropy, gazu czy fosforytów (przypadek grupy Azoty), jak i rozbudową zakładów zajmujących się Wielką Syntezą Chemiczną. Skoro Europa to blokuje i skoro wszystkie duże koncerny chemiczne robią tak samo, to dlaczego my mamy nie postępować podobnie jak oni. Podobnie też powinien postępować KGHM i resztkowy państwowy przemysł stalowy. Znowu, mamy gwarancję wielkich zysków na eksploatacji miedzy, złota, srebra, metali ziem rzadkich, a także rudy żelaza.
Do tego mówi się o tej produkcji rolnej, jaka ona konkurencyjna w Ameryce Łacińskiej. Od czegoś zrobiliśmy takiego stworka jak Krajowa Spółka Spożywcza. Teoretycznie była to konsolidacja przemysłu cukrowego z resztkami innego przemysłu cukrowego. Państwowe przedsiębiorstwo — w tym wypadku spółka z dużymi udziałami Skarbu Państwa — ostatecznie staje się narzędziem rozgrywki politycznej. Przecież część konkurencji zwyczajnie można wykupić – mowa tutaj o plantacjach trzciny cukrowej, cukrowniach, a nawet plantacjach kakaowca, kawy czy nawet hodowlach bydła i świń, ubojniach i zakładach mięsnych. No i czerpać z tego zyski, że będzie to sobie w ramach kontyngentu jechać bez cła do Europy. (Wbrew propagandzie umowa z Mercosur zakłada istnienie kontyngentów nieobłożonych cłem, powyżej już będą stawki celne). Oczywiście, w Polsce nikt nie myśli, jak zarobić.
A inny moloch to Lasy Państwowe. Tamten dinozaur PRL w ogóle nie jest rozpatrywany jako narzędzie uprawiania polityki. Co przecież wielkie lasy deszczowe, ile to drewna i innych surowców. Na tym można by zarabiać miliardy! Jakoś Weyerhaeuser – właściciel zakładów papierniczych w Kwidzynie – nie widzi z tym problemu. Podobnie też znalazłaby się masa innych zachodnich firm przemysłu drzewnego. Szwedzkie SCA i fińskie UMP potrafią mieć działki wielkości niewielkich państw. A my natomiast nie potrafimy, podobnie nie potrafimy zmodernizować tego typowego dinozaura PRL i sprawić, żeby stał się normalną firmą w branży drzewnej i być może innych – jak chemiczna czy energetyczna – na wzór fińskiego UMP. Również nie widzimy, że to jest narzędzie uprawiania polityki.
Przy tej całej gadce o ekonomii również zapominamy, że nam być może z Latynosami będzie się łatwiej dogadać niż z mieszkańcami Europy Zachodniej. Po pierwsze zarówno oni, jak i my, jesteśmy katolikami, tamci są często protestantami patrzącymi na nich z góry. Po drugie, mamy zbliżone temperamenty narodowe, w przeciwieństwie do chłodnych i powściągliwych zachodnich Europejczyków. Po trzecie, zarówno my, jak i oni, niesiemy pewne brzemię postkolonialne, od którego byśmy się uwolnili. Ten aspekt jest pomijany, że może taki Miguel czy Jesus jest dla nas łatwiejszym partnerem do rozmowy, z racji samej mentalności, niż Werner czy Björn. Za sprawą propagandy medialnej nauczyliśmy się przez ostatnie trzydzieści lat patrzeć na Amerykę Łacińską z góry, zapominając, że ci ludzie stanowią naszych naturalnych partnerów. Bo gdzie i jak mamy budować wielką potęgę gospodarczą, jak nie współpracując z nimi. Pamiętać należy, że oni są interesujący również pod innym względem: mają na przykład bardzo piękne kobiety o różnych typach antropologicznych. Ale to temat na inny tekst.
Trzeba powiedzieć, że sposób toczenia dyskusji wokół Mercosur żywcem przypomina inne działania. Pamiętam, że mniej więcej w Radomiu do 2004 roku na miejskich bazarach na Śląskiej czy na tak zwanej Korei było mnóstwo handlarzy ze wschodu – Rosjan, Ukraińców czy Białorusinów. Pośród nich też się rzadko zdarzali Wietnamczycy. Można było tanio nabyć różne towary. Podobnie też, kiedy się wyprawiało na Jarmark Europa do Warszawy; słynny, największy w Europie bazar, na którym można było kupić dosłownie wszystko. Prawda jest taka, że do czasów wejścia do Unii Europejskiej nie było ceł między nami a Rosją, Białorusią i Ukrainą. Zostało to z początku lat dziewięćdziesiątych i nie było w ogóle korygowane przez kolejne rządy. A później, ze względu na szereg innych wymogów, trzeba było tam cła wprowadzić, a także przepisy wizowe, które wcześniej nie istniały. Unia Europejska od zarania wymuszała na nas niepotrzebne powiększanie biurokracji. Wcześniej nikt się tego nie czepiał, bo warunki traktatu stowarzyszeniowego były wbrew pozorom bardzo dobre. Można było na tym zostać. I obecnie okazuje się, że Serbowie są mądrzejsi, bo podpisali umowę stowarzyszeniową, ale z wolnego handlu z niektórymi krajami nie mają zamiaru się wycofywać.
My popełniliśmy inną głupotę, która nas dużo kosztowała. I jak napisał w „Pieśni o spustoszeniu Podola” Jan Kochanowski, że Polak zarówno przed jak i po szkodzie głupi. Teraz z Mercosur popełniamy podobne głupoty, zostawiając wolne pole do działania wszystkim wokół. Wtedy było podobnie.
Nie trzeba było bowiem zapisywać się do Unii Europejskiej z jej szalejącą biurokracją i podpisać umowę wolnocłową z EOG. I tak największe korzyści ekonomiczne z przynależenia do struktur UE to mamy ze wzrostu wymiany handlowej. Zdaniem Tomasza Cukiernika jest to jedyne pozytywne zjawisko wynikające z akcesu do Unii Europejskiej. Stąd należało pozostać tylko przy takiej umowie. Pozostać natomiast przy bezcłowej wymianie towarowej z Rosją, Białorusią i Ukrainą. Podobnie, jakby oni utworzyli sobie Eurazjatycką Strefę Gospodarczą, to również z nią podpisać odpowiednie dokumenty, gwarantujące wolnocłową wymianę towarów. Co się wówczas dzieje?
Czyni to nas doskonałym krajem tranzytowym. Przecież jeżeli można jechać bez cła, słać towar bez cła, to zaczynamy odnosić wielkie zyski na byciu pośrednikiem. Takie zjawiska są historycznie udokumentowane. W czasach merkantylizmu, w siedemnastym wieku, Aruba i Saint Eustatius – wyspy na Antylach będące własnością Holandii – czerpały wielkie zyski z prowadzenia gospodarki wolnocłowej. Po prostu na samym pośredniczeniu w handlu można było wiele zarobić. Również można by przesyłać bez cła inne towary. W takiej rzeczywistości nikomu nie przyszedłby go głowy Nordstream. Ten potworek to był pomnik ekonomicznej i inżynierskiej gigantomanii. O wiele taniej byłoby położyć rurociąg przez Polskę do Niemiec. Sami moglibyśmy na tym skorzystać, budując jeszcze kilka fabryk nawozów sztucznych, obok tego rurociągu. Inne korzyści to aż ciężko zliczyć. Ale fakt jest taki, Nordstream był owocem i skutkiem naszej dyplomatycznej i gospodarczej głupoty.
Wejście do Unii Europejskiej i brak pragmatycznego stosunku do krajów Europy Zachodniej spowodowało zamknięcie się na rynki wschodnie. O tym już wspominałem, pisząc o tym, ile można by zarobić w Rosji czy krajach byłego ZSRR; i jak głupi są nasi politycy, unosząc się honorem. Zgodzę się tutaj z Ludwigiem von Misesem, choć czynię z wiekiem, to coraz rzadziej, że wolna gospodarka i wolnocłowa wymiana towarów zbudują bardziej pokojowy świat. A przynajmniej w tym przypadku. Po co bowiem ktokolwiek miałby się awanturować, machać szabelką, jak odnosiłby z tego układu korzyści.
Po prostu jesteśmy bliscy popełnienia kolejnej dziejowej głupoty i niewykorzystania szans. Mamy niezaleczony kompleks do krajów zachodnich, które w żaden sposób nas nie szanują. Nawet jak oni podejmują decyzje, na których możemy skorzystać, my nic z tym nie potrafimy zrobić. Tylko gapimy się jak wół na malowane wrota. Wobec tej skali polskiej głupoty należy się zapytać. Quo vadis Polonia? Dokąd zmierzasz Polsko?
Autorstwo: Erno
Źródło: WolneMedia.net