środa, 22 października 2025

 

Politycy z Sejmu boją się dziecięcych dziennikarzy?


 


Decyzja marszałka Sejmu o zakazie wstępu dla dziennikarzy poniżej 18. roku życia wywołała lawinę komentarzy. W tle – sprawa 12-letniej Sary Małeckiej-Trzaskoś, znanej jako „najmłodsza reporterka”, oraz zaskakujące doniesienia o działaniach jej szkoły, które mogą naruszać prawo.

Jak ustaliła „Rzeczpospolita”, marszałek Szymon Hołownia podpisał nowe przepisy porządkowe, które od 8 października 2025 r. uniemożliwiają osobom niepełnoletnim wykonywanie pracy dziennikarskiej na terenie Sejmu. W zarządzeniu wyraźnie wskazano, że karty prasowe i wstępy techniczne będą wydawane wyłącznie osobom pełnoletnim.

Biuro Obsługi Medialnej Kancelarii Sejmu tłumaczy, że to jedynie doprecyzowanie dotychczasowej praktyki. Jednak kontekst zmian wskazuje na bezpośredni związek z działalnością 12-letniej Sary Małeckiej-Trzaskoś, która zdobyła rozpoznawalność, przeprowadzając wywiady z politykami – od Donalda Tuska po Grzegorza Brauna – w ramach projektu „Perspektywa Sary”.

Sara pojawiała się w Sejmie w towarzystwie ojca, który nagrywał jej rozmowy z politykami. Ich działalność wzbudzała skrajne emocje – jedni zachwycali się inicjatywą i błyskotliwością dziewczynki, inni krytykowali rodziców za „upolitycznianie dziecka”.

Z czasem media zaczęły informować, że działalność dziewczynki wywołała również napięcia w jej szkole. W artykule opublikowanym m.in. przez „Gazetę Wyborczą” opisano sytuację, w której szkoła podstawowa w Gdańsku miała złożyć do sądu wniosek o ograniczenie władzy rodzicielskiej wobec rodziców Sary. Powodem miały być liczne konflikty między rodzicami a placówką – m.in. pozwy przeciwko nauczycielom, oskarżenia o prześladowanie dziecka, a także obciążanie Sary aktywnością medialną kosztem nauki i zdrowia psychicznego. Doniesienia mówią nawet o rezygnacjach nauczycielek z pracy.

Cała sytuacja każe też zadać pytanie, czy 12-letnia Sara naprawdę była ofiarą ambicji rodziców – jak sugerują niektóre media – czy może wręcz przeciwnie: świadomie interesuje się polityką i rozwija własne pasje, a jej nietypowa aktywność po prostu nie mieści się w schematach szkolnych oczekiwań.

Wbrew krążącym opiniom nie przedstawiono dotąd wiarygodnych dowodów, że dziecko było zmuszane do wystąpień medialnych czy wywierano na nie presję psychiczną. Wizerunek rodziny jako „projektu medialnego” może być równie dobrze narracją wygodną dla tych, którzy nie akceptują dzieci wychodzących poza przeciętność – zwłaszcza gdy są asertywne, aktywne i gotowe zadawać dorosłym trudne pytania.

Zamiast wspierać rozwój uczennicy, szkoła – jak wynika z relacji – mogła próbować ją zniechęcić, odsunąć i wyciszyć, co prowadziło do eskalacji konfliktu. Czy dziecko, które interesuje się sprawami publicznymi, musi być od razu postrzegane jako problem?

Ojciec dziewczynki, Franciszek Małecki-Trzaskoś, twierdzi, że obecność córki w Sejmie miała charakter terapeutyczny. „To dla niej forma terapii logopedycznej” – powiedział w rozmowie opublikowanej na stronie o2.pl.

Z drugiej strony szkoła oraz część rodziców uczniów tej samej klasy zarzuca Sarze i jej rodzicom, że wywołują chaos i konflikty. Dziewczynka miała – według relacji cytowanych przez media – „wciągać inne dzieci w politykę”, a jej obecność w klasie „destabilizowała proces nauczania”. Mówi się o atmosferze strachu i zmęczeniu kadry nauczycielskiej, czego skutkiem były rezygnacje dwóch nauczycielek. Na tej podstawie szkoła złożyła wniosek do sądu rodzinnego o ograniczenie praw rodzicielskich – jak się wydaje, bez wiedzy lub zgody rodziców na upublicznienie tej informacji.

Mała dygresja — może zwyczajnie nie nadawały się do pracy, skoro nie potrafiły dogadać się z małą aktywistką?

I tu widać poważny problem prawny. Dlaczego media opublikowały tę informację? Nawet jeśli szkoła faktycznie złożyła wniosek o ograniczenie władzy rodzicielskiej, nie ma prawa przekazywać mediom tożsamości dziecka i rodziców, informować o samym fakcie złożenia wniosku ani relacjonować treści tego postępowania. Takie działania mogą naruszać przepisy RODO i „Ustawę o ochronie danych osobowych” – ponieważ dane dotyczące sytuacji rodzinnej dziecka to dane wrażliwe – a także „Kodeks cywilny” (art. 23 i 24) poprzez naruszenie dóbr osobistych dziecka i rodziców: dobrego imienia, prywatności i godności. Do tego dochodzi ustawa „Prawo prasowe” (art. 14 ust. 6), która zakazuje publikowania danych umożliwiających identyfikację dziecka uczestniczącego w postępowaniu sądowym, oraz przepisy dotyczące niejawności postępowań opiekuńczych.

Szkoła, która skarży się na problemy z rodzicami Sary, zamiast tego dolała oliwy do ognia. Rodzice dziewczynki mogą teraz złożyć skargę do UODO, wystąpić z pozwem cywilnym o naruszenie dóbr osobistych, zgłosić sprawę Rzecznikowi Praw Dziecka, a także zwrócić się do Rady Etyki Mediów, jeśli dziennikarze w pogoni za sensacją przekroczyli granice etyki zawodowej, publikując takie dane.

Sprawa Sary stawia wiele pytań. Gdzie kończy się prawo do informacji, a zaczyna prawo dziecka do prywatności? Czy aktywność obywatelska dziecka może być powodem jego izolowania i piętnowania? I najważniejsze – kto w tym wszystkim naprawdę dba o dobro dziecka?

„Wolne Media” nie wzięły się znikąd. Sam byłem szkolnym dziennikarzem – chociaż dopiero w liceum. W pierwszej klasie, z powodu mojej aktywności, próbowano zniechęcić mnie do wydawania miesięcznika. Zamiast się ze mną dogadać, dyrektor oznajmił mi o zamknięciu projektu. Wciskał kit, że gazetka odciąga mnie od nauki, ale od razu wyczytałem z jego twarzy, że chodziło o grubość — numery miały od 16 do 32 stron formatu A4, nakład 100 sztuk i pochłaniały mnóstwo toneru oraz papieru. Wypiąłem się i przeszedłem na prywatyzację, radząc sobie aż do ostatniej klasy. Dlatego nie kupuję tego samego kitu szkoły Sary i myślę, że to tylko wymówka. Trzymam kciuki za nią i jej rodziców, bo wiem, jak to jest, gdy słyszy się „stop”. Dobrze, że są jeszcze dzieci, które nie boją się zadawać trudnych pytań, zamiast bezrefleksyjnie chłonąć wypociny presstytutek.

Autorstwo: Maurycy Hawranek
Źródło: WolneMedia.net

 

Sikorski grozi Putinowi



Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski ostrzegł, że w przypadku, gdyby samolot z prezydentem Władimir Putin chciał przelecieć przez polską przestrzeń powietrzną w drodze na spotkanie z Donald Trump na Węgrzech, Polska nie może zagwarantować, że niezależny sąd nie nakaże jego zatrzymania. Sikorski tłumaczył to tym, że Polska jako stronnik Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) ma obowiązek respektować nakazy aresztowania wydane przez ten trybunał — a wobec Putina istnie taki nakaz za zbrodnie wojenne w Ukrainie.

Wypowiedź wywołała natychmiastową reakcję Kremla. Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow określił ją jako „histeryczną” i oskarżył Polskę o gotowość do prowokacji. Rosyjska strona podkreśla, że nie uznaje jurysdykcji MTK i uznaje takie zapowiedzi za część „rusofobicznej kampanii”.

Choć Polska oficjalnie powołuje się na prawo międzynarodowe, w przestrzeni publicznej pojawiają się zarzuty o dwubiegunowe standardy.

W dniu 30 września 2025 r. Polska zatrzymała obywatela Ukrainy — Volodymyr Z. — na podstawie europejskiego nakazu aresztowania wystawionego przez Niemcy w związku z wybuchami na rurociągach Nord Stream w 2022 r. 17 października 2025 r. sąd w Warszawie zdecydował o odmowie ekstradycji do Niemiec i nakazał zwolnienie podejrzanego. Premier Donald Tusk oświadczył nawet, że ekstradycja, czyli przestrzeganie umów międzynarodowych, „nie leży w interesie Polski”. Krytycy wskazują, że mimo formalnego obowiązku współpracy sądowej Polska nie zdecydowała się na ekstradycję — co według nich może być interpretowane jako wybiórcze stosowanie prawa.

W listopadzie 2024 MTK wydał nakaz aresztowania Netanjahu w związku z działaniami Izraela w Strefie Gazy. 9 stycznia 2025 r. rząd Polski przyjął uchwałę gwarantującą „bezpieczny udział” przedstawicieli Izraela (w tym Netanjahu) w ceremonii 80. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz‑Birkenau, mimo potencjalnego obowiązku zatrzymania wynikającego z nakazu MTK. Fakt ten może być postrzegany jako wyłom w zasadzie równego traktowania nakazów MTK — co podnosi zarzut o hipokryzję.

Polska oficjalnie podkreśla konieczność respektowania międzynarodowego prawa karnego — przykładem jest stanowisko wobec Putina i deklaracja Sikorskiego. Jednocześnie jednak w dwóch głośnych przypadkach — odmowa ekstradycji Ukraińca oraz gwarancje dla izraelskiego przywódcy — Polska wykazuje podejście, które krytycy określają jako wybiórcze stosowanie zobowiązań międzynarodowych. To powoduje, że pytania o spójność polityki zagranicznej i praworządności powracają coraz częściej — zwłaszcza w kontekście rosnącego napięcia pomiędzy prawem a polityką.

Autorstwo: Aurelia
Źródło: WolneMedia.net

 

Karta mobilizacyjna jak wyrok śmierci?

Czy żeby uniknąć przymusowego wcielenia do wojska trzeba popełnić przestępstwo lub… wyjechać z kraju? Brzmi jak ponury żart, ale tak właśnie wynika z oficjalnych dokumentów. W Polsce właśnie weszły w życie przepisy, które de facto ustanawiają przymusowy pobór, przywracając atmosferę rodem z PRL-u, a nawet gorzej – z czasów, gdy ludzkie życie na froncie było tylko „zasobem”.

Zgodnie z nowym Rozporządzeniem Ministra Obrony Narodowej z 22 maja 2024 r. oraz ustawą z 11 marca 2022 r. o obronie Ojczyzny, wojsko może w czasie pokoju przydzielić każdego rezerwistę – czyli osobę z jakimkolwiek przeszkoleniem wojskowym – do jednostki wojskowej na wypadek mobilizacji lub wojny. Taki przydział nadawany jest w formie tzw. karty mobilizacyjnej, która – mówiąc wprost – to bilet do wojska na wypadek konfliktu.

Wydaje się, że z chwilą podpisania takich dokumentów obywatele tracą prawo do decydowania o własnym losie, bo w czasie mobilizacji brak zgłoszenia się do jednostki grozi co najmniej 3 latami więzienia (art. 687 ustawy o obronie Ojczyzny). Państwo rezerwuje sobie prawo do „użycia” obywatela – bez pytania go o zgodę – jako żołnierza, pracownika logistyki, informatyka, lekarza, kierowcy czy urzędnika. Wystarczy mieć „odpowiednie kwalifikacje” i… pecha.

Z dokumentów jasno wynika, że z przydziału mobilizacyjnego zwolnieni są m.in.: osoby skazane prawomocnym wyrokiem bez zawieszenia, osoby mieszkające na stałe za granicą, osoby nieposiadające obywatelstwa polskiego, osoby trwale niezdolne do służby wojskowej (np. ze względu na zdrowie), oraz ci, których małżonek ma już przydział mobilizacyjny i wspólnie opiekują się niepełnosprawnym dzieckiem lub dzieckiem do 18. roku życia.

Czy to oznacza, że przestępca skazany na więzienie ma większe prawo do wolności od uczciwego obywatela z przeszkoleniem wojskowym? Czy osoby, które wyemigrowały i mieszkają za granicą, są jedynymi, które mogą spać spokojnie, podczas gdy reszta obywateli ma być potencjalnym „zasobem ludzkim” gotowym do zmobilizowania?

Z punktu widzenia organizacji i środowisk sprzeciwiających się przymusowemu poborowi, nowy system kart mobilizacyjnych jest niczym innym jak legalizacją niewolnictwa z możliwością kary śmierci – bo w przypadku realnego konfliktu wojennego, taka karta mobilizacyjna oznacza wysłanie na front, gdzie ryzyko utraty życia jest realne i wysokie. To niczym „wyrok śmierci” z „niekreśloną datą egzekucji” z „opcją ułaskawienia”. Nie pytają cię o zgodę. Nie pytają o twoje przekonania, rodzinę, plany życiowe. Państwo daje ci kartę – a ty masz być mięsem armatnim. Za niezgłoszenie się do jednostki – więzienie. Za opór – odium zdrajcy. Za wierność – bilet na front.

Dla wielu młodych ludzi, którym nie po drodze z mundurem i przymusową służbą podczas wojny, pojawia się dziś brutalna alternatywa: wyjechać na stałe z Polski – co zwalnia z przydziału, zostać skazanym na karę więzienia – co również zwalnia z przydziału, liczyć na uznanie za niezdolnego do służby – co nie zawsze jest łatwe do udowodnienia, albo… czekać na wezwanie i ruszyć na front, modląc się wcześniej, by nie wybuchła.

Gdzie kończy się patriotyzm, a zaczyna przymus? Jako obywatele tego kraju musimy zadać sobie poważne pytania. Czy patriotyzm można wymusić kartą mobilizacyjną i groźbą więzienia? Czy państwo ma prawo odbierać obywatelowi jego wolność osobistą pod groźbą kary, jeśli ten nie chce iść na wojnę? Czy sprawiedliwe jest, że skazany przestępca ma więcej praw niż obywatel, który po prostu nie chce zabijać lub być zabitym? To nie są pytania retoryczne. To pytania o wolność – bo dzisiejsza „karta” może być jutro biletem w jedną stronę.

Każdy z nas ma prawo do życia. Politycy nie powinni nas go pozbawiać – zwłaszcza że sami na front nie pójdą. Zabezpieczyli się przed tym w ustawie.

Jeśli jesteś przeciwko przymusowemu poborowi i uważasz, że obywatel nie może być traktowany jak narzędzie państwa, udostępnij ten artykuł.

Autorstw: Aurelia
Źródło: WolneMedia.net

 

Wycięto 100 000 drzew, by zorganizować szczyt klimatyczny COP30

Kto by pomyślał? Walka ze zmianami klimatycznymi najwyraźniej wymaga budowy ośmiomilowej autostrady przez serce Amazonii, aby delegaci zajmujący się ochroną środowiska mogli szybciej przemieszczać się między centrum konferencyjnym a luksusowymi hotelami.

W ramach przygotowań do COP30 – 30. Konferencji Klimatycznej ONZ, zaplanowanej na listopad w Belém w Brazylii – wycięto około 100 000 dojrzałych drzew lasów deszczowych. Nowa, czteropasmowa Avenida Liberdade ma przyspieszyć podróże głów państw, naukowców, organizacji pozarządowych i przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego. Konferencja odbędzie się w dniach 10–21 listopada 2025 r. i, zgodnie z oficjalnymi informacjami, będzie poświęcona „przyszłym globalnym priorytetom klimatycznym”.

Pomysł, by delegaci przejeżdżali przez świeżo wylesione lasy Amazonii, aby wziąć udział w konferencji klimatycznej, nie pozostaje niezauważony. Organizacje ekologiczne ostrzegają przed dalszym wylesianiem i niszczeniem lokalnych siedlisk dzikiej przyrody, a brazylijski rząd określa inwestycję jako „niezbędną infrastrukturę”.

Naukowcy wskazują jednak, że rzeczywistość jest bardziej złożona, niż sugeruje retoryka klimatyczna. Badanie opublikowane w czasopiśmie „Nature Plants” pokazuje, że rosnące stężenie CO₂ w atmosferze faktycznie przyspieszyło wzrost pozostałej części lasów deszczowych. Dojrzałe drzewa rosną o około 6% szybciej na dekadę, a globalna roślinność wzrosła o około 15% w ciągu ostatnich 40 lat, co pozytywnie wpłynęło na plony i doprowadziło do częściowego zaniku obszarów pustynnych.

Wydarzenia te przypominają zeszłoroczną konferencję COP29 w Baku (Azerbejdżan), którą krytycy nazwali „mistyfikacją klimatyczną”. Unia Europejska naciskała tam na globalne wycofywanie paliw kopalnych i żądała, aby kraje rozwinięte poniosły jeszcze większe obciążenia finansowe, podczas gdy Chiny i inne duże państwa uprzemysłowione miały obowiązek wnoszenia wkładu jedynie „dobrowolnie”.

Ironia sytuacji pozostaje jednak aktualna: Amazonia jest wycinana w imię ochrony klimatu – w imię „sprawiedliwości klimatycznej”, o ironio.

Autorstwo: Rebeka Kis
Ilustracja: WolneMedia.net (CC0)
Źródło zagraniczne: EuropeanConservative.com
Źródło polskie: WolneMedia.net

                                                             " Rzeczniepospolita Mafijna"


Czytelniku zapnij pasy, jeśli jedziesz, a jeśli czytasz w innej pozycji niż siedząc…

to usiądź.

Bo zaczynamy ostrą jazdę przez lata 90-te

To nie tak że funkcjonariusze SB stworzyli przestępczość w Polsce....

Ona istniała przecież, jak wszędzie na świecie.

Była długo przed rokiem 1989.

W latach 80., 70. czy 60.

Złodzieje i bandyci byli zawsze i wszędzie na świecie.

Jednak faktem jest, że esbecja – ta czynna, a później jej byli funkcjonariusze położyła łapę

na kryminalnej Polsce, tworząc struktury mafijne przy użyciu lepiej lub gorzej

zorganizowanych grup przestępczych, gangów czy zwykłych band.

Aby założony plan mógł zostać zrealizowany, trzeba było pozyskać ludzi, używając w tym

celu tych już zwerbowanych albo wykreowanych.

I tutaj pojawia się najbardziej znana przez następne 3 dekady pacynka systemu mafijnego, czyli „Masa”.

Można powiedzieć, że „wszystko zaczęło się” u Paradowskiego - na zdjęciu w środku z Masą I Kiełbasą

Biorąc pod uwagę definicje mafii, czy też przestępczości zorganizowanej ,to on powinien być uznany za szefa albo ci, którzy stali za nim.

Kimkolwiek oni byli....

To w jego biurze pracowała Monia "Słowikowa" i to u niego poznał ją Andrzej. To

Paradowski wprowadził w miasto „Masę” i „Kiełbasę”, którzy najpierw byli jego

ochroniarzami.

Andy, człowiek z kontaktami w WSI i dyskoteki, w których „Masa” był strachem na

Wróble z miasta - słupem .

Zupełnie przypadkowo oczywiście policjantem, który kilka lat później miał rzekomo

zwerbować Masę był Wróbel…

Wojciech Paradowski to były poseł Akcji Wyborczej Solidarność. Warszawski biznesmen.

Amator luksusu i pięknych kobiet, organizator wyborów Miss Polski.

Oficjalnie nie został nigdy uznany przez sąd członkiem grupy pruszkowskiej, ale miał się

intensywnie przy niej „kręcić” i sprawiał wrażenie człowieka doklepanego z miastem.

Czy aby na pewno?

Czy może nie było tak, że to czynni lub byli już politycy AWS-u zostali wyzadaniowani do

wprowadzenia agentów w struktury „miasta”?

Wokół „Masy” pojawi się więcej ludzi AWS, ale zacznijmy od początku.

Na początku lat 90. Wojciech Paradowski prowadzi jakieś interesy w Warszawie, ma biuro w którym przyjmuje różnych ludzi.

Jedni chcą coś kupić, inni sprzedać, jeszcze inni – zainwestować albo pożyczyć.

W biurze Paradowskiego pracuje seksowna kokietka, w której zadurza się, odwiedzający

Paradowskiego, miastowy wówczas jeszcze tylko watażka

Andrzej Zieliński zwany "Słowikiem".

Kokietką jest Monia Banasiak, która jak wiemy, szybko została "Słowikową".

Historii tej telenoweli nie będę opowiadał, wszyscy ją znacie.

Istotne jest to, że biuro Paradowskiego było właściwie matecznikiem wielu późniejszych

zdarzeń.

Ochroniarzami Paradowskiego zostają dwaj młodzi znani później jako duet „Masa-

Kiełbasa”, czyli Jarosław Sokołowski i Wojtek Kiełbiński.

Czy "Słowik" został złowiony metodą „na dupę”?

Tego nie wiem....

Ale nie można tego wykluczyć.

I zupełnie niczego nie zmienia tu fakt, że Andrzej i Monika zakochali się w sobie,

pobierając się finalnie. Jedno nie wyklucza drugiego.

Wręcz powiedziałbym – piękna historia kurwa.

Przyjemne z pożytecznym.

Zresztą metoda „na dupę” jest od zawsze najskuteczniejszą w kwestii łowienia czy

werbunku.

Dlatego też, żeby trzymać skutecznie kontrolę nad całą akcją, potrzebne były piękne

kobiety....

Dużo pięknych kobiet.

tak powstała firma „Missland”.

Paradowski oficjalnie nie był jej właścicielem, ani też nawet figurantem swoich kumpli,

mocodawców z AWS-u.

Oficjalnie był jednym z głównych sponsorów.

A ta rola dawała dużo większy prestiż i możliwość wpływów, bo kreowała delikwenta na człowieka z kasą, mogącego decydować, która panna dostanie tytuł.

Z drugiej zaś strony –

który z notabli, czy też wpływowych ludzi, w jakiejkolwiek sferze świata otaczającego,

dostanie tę najpiękniejszą „dupę”.

Missland organizował nie tylko ogólnopolski finał wyborów, ale także imprezy regionalne,

podczas których wyłaniano finalistki

To było olbrzymie przedsięwzięcie, a co za tym idzie – gigantyczna armia kobiet do oceny.

Tak, tak…

-jeździliśmy po naszym pięknym kraju i delektowaliśmy się urodą jego mieszkanek.

Ci, którzy pamiętają modę końca lat 80. i początku 90., wiedzą, jak wyglądały ówczesne

laski wzorujące się na takich gwiazdach jak Sabrina czy Samantha Fox, ewentualnie na

wysztafirowanych aktorkach z hollywoodzkich produkcji.

Tlenione na blond włosy, kurewski makijaż, wielkie dekolty, odsłaniające co trzeba, a

nawet jeszcze więcej, dużo złota na rękach i na szyi, pomalowane dziesięciocentymetrowe

paznokcie, szpilki…

Ciało wysmażone w solarium – musowo. Samym swoim wyglądem laski krzyczały: bierz

mnie, jestem gotowa!

No, może nie wszystkie, ale myśmy się kręcili właśnie przy takich. W

dyskotece innych nie spotkałeś.

No, chyba że na wieczorku tanecznym w sanatorium.

Do wyborów miss też startowały takie piękności.

I tak ludzie tacy jak Wojtek "Kiełbasa" czy na przykład Ryszard Bogucki, poślubili piękności

z oficjalnymi tytułami Miss.

Przypadek?

Nie sądzę....

Początek lat 90. Wybory Miss Polski odbyły się z wielką pompą w sopockiej Operze

Leśnej.

Wśród sponsorów znalazła się firma „Art-B” Bogusława Bagsika i Andrzeja

Gąsiorowskiego oraz, zajmujące się handlem luksusowymi samochodami,

przedsiębiorstwo „High Life”, należące do Ryszarda Boguckiego....

Galę prowadzili była Miss World Aneta Kręglicka oraz lubiany prezenter Zygmunt Chajzer.

Na czele jury stanął… słynny trener piłkarski Kazimierz Górski. Część artystyczna nie

obyła się bez zgrzytu. Otóż wśród zaproszonych artystów (Czerwone Gitary, De Mono)

pojawił się niejaki Donovan.

Publiczność, która tłumnie wypełniła amfiteatr, spodziewała się występu popularnego

wówczas Jasona Donovana, znanego choćby z przeboju „Especially for you”.

Tymczasem widzowie musieli się zadowolić Donovanem – podstarzałym gwiazdorem

brytyjskiego popu, który nie miał nic wspólnego z tym pierwszym.

Jednak prawdziwa rozrywka miała się zacząć dopiero wraz z erudycyjnymi popisami

kandydatek na miss.

Gdy pozostało już tylko dziesięć pań, na scenę wkroczyli kabareciarze Krzysztof

Jaroszyński i Stefan Friedmann.

Mieli oni za zadanie przetestować sytuacyjny refleks ślicznotek. Agnieszka Kotlarska,

która wtedy zwyciężyła, musiała odpowiedzieć na następujące pytanie:

z poligonu A jedzie pociąg na poligon B. Jak się nazywa specjalista od min i ile razy się

myli?

Taki człowiek to saper i myli się tylko raz – odparła rezolutnie pani Agnieszka.

Przed niełatwym zadaniem stanęła też Monika Taciak (Miss Gracji).

Dostała bowiem do rozszyfrowania zagadkę z pogranicza historii sztuki i problematyki

transportu lądowego:

z miasta A jedzie pociąg do Krakowa. Kto wyrzeźbił ołtarz Wita Stwosza?

Sam go wyrzeźbił – odparła zapytana, zresztą zgodnie z prawdą.

Dobrze wypadła także wspomniana Małgorzata M.

Z historycznego miasta jedzie pociąg do następnego historycznego miasta. Co historia

lubi robić? – Usłyszała pytanie.

Powtarzać się – powiedziała, wywołując aplauz na widowni.

To był wyjątkowo piękny wieczór dla pani Małgorzaty.

Zwyciężczyni wyborów, Agnieszka Kotlarska, zginęła w sierpniu 1996 r. z rąk szaleńca.

Dźgnął ją kilkakrotnie nożem na oczach męża i dwuipółletniej córeczki.

Małgośka była ładna, ale żadna Miss Polski, bez przesady...

Ale również „Kiełbasa” – czyli cichy współwłaściciel Misslandu z ramienia Paradowskiego

miał prawo oczekiwać, że jury zagłosuje zgodnie z życzeniem.

Kiełbacha” chciał mieć misskę, a Małgosia marzyła o koronie.

Ale żeby mogła pojawić się na wybiegu, trzeba było ciężkiej pracy całego sztabu stylistek i

makijażystek, bo w wersji sauté przegrywała z większością konkurentek.

W wyborach Miss Polski Centralnej wystąpiła jedynie pro forma, doskonale

wiedząc, że koronę ma w kieszeni. Gdyby ktoś przeciwko tej decyzji podskoczył, to Wojtek

po prostu by go zniszczył.

Gosia pewnie liczyła też na pierwszą nagrodę w ogólnopolskim finale, ale to byłby zbyt

gruby skandal – musiała się więc zadowolić tytułem jednej z wicemiss.

Problem w tym, że ona naprawdę zaczęła uważać się za gwiazdę i odgrywała ją nawet

przed nami, wzbudzając u wielu obserwatorów uśmiech.

Przejdźmy na chwilę z wielkiego świata i konkursów na najwyższym poziomie do imprez regionalnych.

Czuję, że tam też można się było nieźle zabawić…

Wojciech Paradowski faktycznie nie omijał żadnej z imprez i wraz ze sztabem swoich

specjalistów krążył po kraju. Znani już medialnie pruszkowscy gangsterzy coraz rzadziej

mu towarzyszyli, także dlatego, że gdyby dowiedziały się o tym żony i dziewczyny, byłyby kłopoty.

Niby nic strasznego, ale po co komplikować sobie życie?

Jednak czasem udało się gangsterom wyrwać spod kurateli małżonek i pojechać.

Choćby do Wrocławia na wybory Miss Dolnego Śląska.

Oficjalnie jechali na granicę polsko-niemiecką po kradzione fury.

To była bardzo wiarygodna wymówka. Ruszyli mocną ekipą, w której oprócz „Masy” i

Kiełbachy” znaleźli się oczywiście Wojciech Paradowski oraz gangster o pseudonimie

Małolat”.

Gangsterom zależało na tym, by nikt ich nie rozpoznał i aby nie zwracano na nich uwagi –

szczególnie chcieli uniknąć spotkania z telewizyjnymi kamerami.

Dlatego weszli do sali balowej w hotelu Wrocław tuż przed rozpoczęciem imprezy i zajęli zarezerwowany stolik w zaciemnionym rogu.

Wszystko było uzgodnione – kandydatki miały przedefilować obok wyeksponowanych

stolików, przy których siedzieli sponsorzy i tam spodziewano się kamer.

Ale plan się rypnął, dziewczyny ominęły sponsorów i ruszyły w stronę stolika gangsterów.

Prawdopodobnie ktoś puścił farbę, że w sali są szefowie Misslandu i trzeba ich

odpowiednio uhonorować...

Kiedy Pruszkowscy pojawili się tamtego wieczoru w sali i dziewczyny dowiedziały się, kim są – od razu obstąpiły stolik.

Było tajemnicą poliszynela, że to z nimi ustawia się wyniki wyborów.

Czyli: jeśli masz za sobą kogoś z „miasta”, znacznie wzrastają twoje szanse na sukces.

Wojciech Paradowski zmierzył każdą z osobna fachowym wzrokiem i kilka kandydatek na

miss usłyszało cierpkie słowa: „jak ty, kurwa, wyglądasz?

Kto cię malował?

Zrób coś ze sobą, bo w takim stanie nie nadajesz się do konkursu”.

Ta miażdżąca krytyka odniosła skutek, bo dziewczyny zaczęły latać do kibla, żeby

poprawić makijaż, przyczesać się, jakoś ratować nie dość wyeksponowaną urodę.

Śmiechu było co niemiara.

Choć, bądźmy szczerzy, panienki naprawdę były ekstra i ich wygląd nie wymagał żadnych

poprawek.

Większość miała włosy blond, ale trafiały się też brunetki.

Długie nogi, fajne cycki, profesjonalnie nałożony makijaż – czego chcieć więcej?

No, ale Paradowski miał taki styl i trzeba to było zaakceptować.

Niejedna z tych piękności – jeszcze przed wyborami – poszła z gangsterem do pokoju.

Prawdę mówiąc, nikt jej tam zaciągał – bywało wręcz odwrotnie.

Używały pewnego fortelu.

Otóż mówiły najczęściej, że muszą szybko skorzystać z toalety i pytały, czy mogą to zrobić w pokoju, który gangsterzy mieli zarezerwowany.

Zgadzali się oczywiście.

Wychodząc z pokoju, rzucały na łóżko swoją torebkę, zupełnie jakby miały po nią wrócić.

Czyli zaklepały sobie powrót.

Okazuje się, że nie tylko gangsterzy mieli patenty na laski, ale także one wiedziały, jak

pograć z nimi…

-Tak te czasy wspomina „Masa” i akurat w tym temacie trudno mu nie wierzyć.

Do dziś funkcjonowało przekonanie o tym, że w 2000 roku wymiar sprawiedliwości

rozbił polską mafię jak nazwano „gang pruszkowski”, dzięki zwerbowaniu na świadka

koronnego Jarosława S. ps. "Masa"

Jest to prawdopodobnie największy farmazon najnowszej historii Polski.

Osobiście jestem przekonany, że Masa nie miał zadania rozbić pruszkowskiej grupy.

Miał za zadanie stworzyć strukturę, bojówkę, działająca w ramach tej grupy, która istniała

zanim się pojawił na fundamencie „grupy Barabasza”.

A później, gdy już metodą braci Janosz z „akcji żelazo” miliony zarobiono - mocodawcy

zwinęli interes, tak używając „Masy” zwinięto „akcję Pruszków”.

Już o tym mówiłem?

Nie szkodzi....

Powtórzę jeszcze kilka razy.

  • fragment książki " Rzeczniepospolita Mafijna" 

  • Autor : Bloger Odwrócony

https://www.facebook.com/photo?fbid=122181947618546550&set=a.122101372424546550



 

                        WOJNA NA UKRAINIE - FAKTY, O KTÓRYCH SIĘ NIE MÓWI. 



Od trzech lat w mediach słyszymy, że Rosja zaatakowała Ukrainę bez powodu, a my – Polacy – musimy wspierać Kijów, bo to „nasza wojna”. Jednak rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Wojna na Ukrainie nie zaczęła się w 2022 roku, lecz była konsekwencją działań Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej, które systematycznie prowokowały Rosję, używając Ukrainy jako pionka w geopolitycznej rozgrywce.

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że pucz na Majdanie w 2014 roku nie był spontanicznym zrywem Ukraińców, lecz efektem finansowanej przez USA operacji destabilizacyjnej, czyli tzw. „demokratyzacji” Ukrainy. Stany Zjednoczone przeznaczyły miliardy dolarów na zmianę władzy w Kijowie, a nagrania rozmów amerykańskich dyplomatów (m.in. Victorii Nuland) pokazują, że to oni decydowali, kto stanie na czele rządu po obaleniu legalnie wybranego prezydenta Wiktora Janukowycza. Po tych wydarzeniach Ukraina rozpadła się na dwie części – prozachodnią i prorosyjską, a w Donbasie wybuchła wojna domowa. Przez kolejne osiem lat ukraińskie wojsko, wspierane przez skrajnie nacjonalistyczne oddziały, takie jak Azow i Prawy Sektor, prowadziło operacje militarne przeciwko separatystom, co doprowadziło do około 15 tysięcy ofiar śmiertelnych, według danych ONZ. Media milczały na ten temat, bo nie pasowało to do ich narracji.

W odpowiedzi na te wydarzenia, w marcu 2014 roku, Rosja przeprowadziła operację wojskową na Krymie, która doprowadziła do aneksji półwyspu. W referendum, które odbyło się 16 marca 2014 roku, 96,77% głosujących opowiedziało się za przyłączeniem Krymu do Rosji, przy frekwencji wynoszącej 83,1%. Choć organizacje międzynarodowe uznały to referendum za nielegalne, faktem jest, że decyzja ta miała szerokie poparcie mieszkańców Krymu. Dodatkowo ukraińskie władze wcześniej próbowały ograniczyć używanie języka rosyjskiego – w 2014 roku Rada Najwyższa Ukrainy podjęła próbę uchylenia ustawy o językach regionalnych, co wywołało niepokój rosyjskojęzycznej ludności.

Kolejną przyczyną konfliktu była kwestia NATO. Rosja od lat ostrzegała, że nie pozwoli na wciągnięcie Ukrainy do Sojuszu, traktując to jako bezpośrednie zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa. Porównanie do Kryzysu Kubańskiego z 1962 roku jest oczywiste – gdy ZSRR próbował rozmieścić rakiety na Kubie, USA groziły wojną. Wtedy ostatecznie statki z sowieckimi rakietami zawróciły, a Moskwa wycofała się pod presją Waszyngtonu. Dlaczego więc Moskwa miałaby pozwolić, aby NATO ulokowało swoje bazy tuż przy jej granicach?

Waszyngton i Bruksela nie tylko ignorowały rosyjskie ostrzeżenia, ale też świadomie eskalowały sytuację. Do 2021 roku Ukraina była intensywnie dozbrajana, a na jej modernizację przeznaczono miliardy dolarów. Rosja uznała to za zagrożenie i zareagowała. Co ciekawe, wojna mogła zakończyć się już w kwietniu 2022 roku – w Stambule prowadzono rozmowy pokojowe, a Ukraina była gotowa na kompromis. To jednak Kijów zerwał negocjacje po naciskach USA i Wielkiej Brytanii. Według mnie wojna była Zachodowi na rękę, ponieważ stała się najlepszym wytłumaczeniem fatalnych decyzji gospodarczych i inflacji w czasie COVID-19. W obliczu rosnącego niezadowolenia społecznego w wielu krajach wojna stała się idealnym pretekstem do dalszych wydatków publicznych i tłumaczenia kryzysu gospodarczego „putinflacją".

Nie można też pominąć kwestii ideologicznej. Rosja od początku mówiła o „denazyfikacji” Ukrainy i problemie neonazizmu, co początkowo wydawało mi się przesadzone. Jednak fakty są niezaprzeczalne – Ukraina oficjalnie czci Stepana Banderę i UPA, organizuje marsze ku ich czci, a prezydent Zełenski chętnie fotografuje się na tle czerwono-czarnej flagi, symbolu UPA. Dla Polski ten aspekt jest szczególnie ważny, ponieważ UPA była odpowiedzialna za Rzeź Wołyńską – ludobójstwo dokonane na dziesiątkach tysięcy Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943–1945. To nie jest „rosyjska propaganda”, lecz rzeczywistość, którą polskie elity polityczne celowo ignorują.

Dziś politycy i dziennikarze przekonują nas, że „Putin chce odbudować ZSRR” i „zaatakuje Polskę”. To narracja tych, którzy dążą do dalszej eskalacji konfliktu i próbują doprowadzić do upokorzenia Rosji – co w obecnej sytuacji jest nierealne. Ukraina przegrała tę wojnę i musi liczyć się z jej konsekwencjami. Europejscy politycy nie byli jednak przygotowani na taki scenariusz, a jego skutki okazały się dla nich poważnym problemem. Narracja o nieuchronnym zwycięstwie Kijowa zaczęła się rozpadać, zwłaszcza po zwycięstwie Donalda Trumpa, który otwarcie powiedział prawdę o tej wojnie. Jego stanowisko podważyło dotychczasowy przekaz, a elity europejskie, które zainwestowały w ten konflikt zarówno politycznie, jak i finansowo, znalazły się w sytuacji, której nie przewidywały.

W obliczu tej sytuacji Polska powinna kierować się własnym interesem narodowym. Militarne zaangażowanie w konflikt, który nie jest naszą wojną, może przynieść katastrofalne skutki dla Polski i jej obywateli.

Udostępnij i nie pozwól na wciągnięcie Polski w tę wojnę. P.s. jeszcze pomagacie, tym skurwysynom z piekła rodem?

https://www.facebook.com/photo/?fbid=24644022905235267&set=a.262672323796998

                            TUZY ELITY                            Paweł Robert Kowal   Paweł Robert Kowal   Paweł Robert Kowal (ur. 22 lipca...