środa, 13 maja 2026

               ELITA - DRUGI GARNITUR

                                  Aleksandra Jasińska-Kania

 

 

 Aleksandra Jasińska-Kania (ur. 15 czerwca 1932 w Mo­s­kwie) – socjolog. Jest córką Bolesława Bieruta i Małgorzaty Fornalskiej. Zamężna z socjologiem Albinem Kanią (1930–1994), mają razem córkę Joannę Małgorzatę.
Zajmuje się teoriami socjologicznymi, problematyką stereotypów i up­rze­dzeń narodowych oraz badaniami wartości spo­łe­cz­nych. Od roku 1956 wykłada na Uniwersytecie Warszawskim.

Studiowała socjologię na Uniwersytecie Warszawskim w latach 1949­-1954. W latach 60. zaangażowana w rozwijanie postulowanej przez Juliana Hochfelda koncepcji "marksizmu otwartego". W roku 1967 obroniła doktorat "Karol Marks a problemy alienacji we współczesnej socjologii amerykańskiej", którego promotorem był Zygmunt Bauman[ w 1953 r. był on razem z Wiatrem autorem poczwarnej panegirycznej książki ku czci "wielkiego" J.W. Stalina]. W roku 1978 habilitowała się na podstawie rozprawy o charakterze narodowym. W roku 1991 otrzymała tytuł profesora.

W latach 70. prowadziła m.in. badania nad władzą lokalną, w latach 80. – pionierskie badania nad postawami Polaków wobec różnych narodów i grup etnicznych, od lat 90. uczestniczy w międzynarodowych badaniach wartości (European Value Study). Współredaktorka dwóch antologii prezentujących współczesną zachodnią myśl socjologiczną: "Elementy teorii socjologicznych" (1975) i "Współczesne teorie socjologiczne" (2006). Wykładała i prowadziła badania na Uniwersytecie Sztokholmskim, U­ni­we­r­sy­te­cie Stanforda i Uniwersytecie Indiany w Bloomington.

Profesor Jasińska-Kania była do marca 2009 r. wpływową członkinią zarządu Polskiego Towarzystwa Socjologicznego. Jakiś czas temu "wy­ró­ż­ni­ła się" skandalicznym wywiadem, mentorsko pouczającym Polaków, opublikowanym na łamach postkomunistycznego "Przeglądu" z 29 pa­ź­dzie­r­ni­ka 2006 roku. W wywiadzie udzielonym red. Andrzejowi Dryszelowi pt. "Polak to brzmi dumnie?" prof. Jasińska-Kania ostro zaatakowała Polaków jako naród za rzekomą bardzo silną nietolerancję dla mniejszości narodowych i odmiennych od katolików grup religijnych. Według prof. Jasińskiej-Kani: "Polacy są tolerancyjni wobec nietolerancji", a "nasza akceptacja dla grup odmiennych etnicznie i religijnie w ostatnich latach zmalała". Te twierdzenia Jasińskiej-Kani są całkowicie sprzeczne z wy­ni­ka­mi obiektywnych sondaży socjologicznych.

Ewidentnie kłamie, gdy stwierdza, że Polacy dziś lokują się w ścisłej czołówce Europy, jeśli chodzi o podkreślanie dumy narodowej. Rozliczne sondaże pokazują dokładnie coś odwrotnego. Według tych sondaży w ostatnich kilkunastu latach znacząco polepszyły się w Polsce oceny innych narodów, w tym Niemców, Żydów czy Rosjan. Natomiast wyraźnie zaznaczyły się tendencje do katastrofalnie niskiej samooceny Polaków. Według własnych ocen, plasujemy się najniżej w sondażach na temat różnorodnych narodów - jesteśmy w tej tabeli ocen tylko powyżej Cyganów.

W swoim wywiadzie prof. Jasińska-Kania oszczerczo zaatakowała też rząd Jarosława Kaczyńskiego, twierdząc, że "przedstawiciele obecnej władzy mocno stawiają na nacjonalizm i prezentowanie ostentacyjnej religijności". Dla córki zajadłego "internacjonalisty" i targowiczanina, jak widać, program "Patriotyzm jutra", dążenie do odbudowy w Polsce tak zagrożonych w os­ta­t­nich kilkunastu latach tradycji narodowych jest nacjonalizmem!

Jasińskiej-Kani wyraźnie nie podoba się siła przywiązania do rodziny w Polsce. W wywiadzie głosiła: "Uznawane przez Polaków tradycyjne wzory, uświęcone ideałem Świętej Rodziny nie mogą sprostać wy­mo­gom codzienności".
Jasińska-Kania wyraźnie skoncentrowała się na jednoznacznie zde­fo­r­mo­wa­nym pokazywaniu rzekomych zagrożeń dla tolerancji w Polsce, prze­sa­d­nym eksponowaniu problemów dyskryminacji mniejszości narodowych i etnicznych w naszym kraju. Robi to w rozlicznych pracach. Tropicielka rzekomego polskiego nacjonalizmu i ksenofobii jest równocześnie jed­ną z najgorliwszych rzeczniczek upowszechniania marksizmu i zwię­k­sza­nia jego rangi. Na I ogólnopolskiej konferencji naukowej "Aktualność marksizmu" w maju 2005 r. wystąpiła z referatem "Obecność marksizmu we współczesnych teoriach socjologicznych". Była redaktorką około 500-stronicowej pracy zbiorowej "Społeczeństwo", poświęconej staremu partyjnemu politrukowi Jerzemu J. Wiatrowi (przypomnijmy, że w 1953 r. Wiatr był razem z Zygmuntem Baumanem autorem poczwarnej pa­ne­gi­ry­cz­nej książki ku czci "wielkiego" J.W. Stalina). Wydano specjalną ponad 500-stronicową książkę z okazji jubileuszu prof. Jasińskiej-Kani. Zna­mien­ny był zestaw jej autorów. Znalazł się wśród nich m.in. Andrzej Korboński, renegat wśród Polonii, znany z nikczemnych ataków na Polskę i Kościół katolicki w Polsce. Przypomnijmy, że już 16 marca 1979 r. Jan Nowak-Jeziorański w liście do Jerzego Giedroycia potępił "skandaliczne wy­s­tą­pie­nie Andrzeja Korbońskiego, który w materiale skierowanym do Komisji Kongresu proponował, aby USA porozumiało się z Moskwą w sprawie utrwalenia obecnego stanu rzeczy w Europie Wschodniej, u­su­wa­jąc w ten sposób kość niezgody" (por. Jan Nowak-Jeziorański, J.Giedroyc "Listy 1952-1998", Wrocław 2001, s. 487). Jan Nowak-Jeziorański nazwał wy­s­tą­pie­nie A. Korbońskiego "renegackim wy­s­tą­pie­niem, skie­ro­wa­nym prze­ci­w­ko opozycji i liberalizacji w Polsce" (tamże, s. 487). Kor­bo­ń­ski uznał wó­w­czas, "że nie leży w interesie Ameryki udana liberalizacja w Europie Wschodniej, która należy do strefy wpływów ZSRR, ponieważ liberalizacja ta naruszałaby status quo w Europie" (tamże, s. 492).

Wystąpienie Korbońskiego sprowokowało zbiorowy protest przeciw niemu skierowany do naczelnego redaktora paryskiej "Kultury" Jerzego Gie­d­ro­y­cia. Sygnatariusze listu protestacyjnego pisali m.in.: "Postulaty Kor­bo­ń­skie­go wymagały jednak przede wszystkim reakcji moralnej. Wystąpiła ona w postaci jednomyślnego i spontanicznego potępienia go przez polską o­pi­nię publiczną na Zachodzie i jej pisma z 'Kulturą' na czele. Kto występuje przeciwko dążeniom do wolności narodu, który go wydał, zasługuje na określenie, którego wolimy nie używać. Wystarczy stwierdzić, że A. Ko­r­bo­ń­ski wyłączył samego siebie ze zbiorowości ludzi, którzy poczuwają się do związku z narodem polskim i jego aspiracjami do niepodległego bytu" (tamże, s. 536).
Sięgnięcie do takiego zdrajcy i renegata w książce upamiętniającej do­ro­bek Jasińskiej-Kani było szczególnie wymowne! Dodajmy, że wśród a­u­to­rów jubileuszowej księgi ku czci Jasińskiej-Kani figurują również m.in. wspomniany były partyjny politruk Jerzy J. Wiatr, były członek Biura Po­li­ty­cz­ne­go KC PZPR Janusz Reykowski i były pierwszy zastępca dyrektora Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu KC PZPR Włodzimierz Wesołowski. Jak widać, dalej utrzymuje się bardzo silna komitywa między "dinozaurami marksizmu".

Aleksandra Jasińska-Kania opublikowała w 1983 r. w pracy zbiorowej "Godziny zwierzeń" niezwykle panegiryczne wspomnienie o Bierucie i Fornalskiej, wychwalając m.in. ich rzekomą "ogromną skromność" (por. s. 383). Ten panegiryk nie był czymś szczególnie dziwnym w dobie ja­ru­zel­szczy­z­ny kładącej kres polskim nadziejom.

 

Konstytucja, która nie ufa politykom

W gabinecie Uniwersytetu Wirginii na początku lat 1960. dwóch amerykańskich ekonomistów – James M. Buchanan i Gordon Tullock – spojrzało na politykę bez złudzeń. Nie widzieli szlachetnych strażników dobra wspólnego, lecz zwykłych ludzi reagujących na bodźce dokładnie tak samo jak przedsiębiorca, urzędnik czy pracownik fizyczny.

Z tej obserwacji narodziła się Teoria Wyboru Publicznego. Jej podstawowa teza była prosta: polityka nie jest światem altruizmu, lecz systemem interesów. Korzyści zwykle trafiają do dobrze zorganizowanych grup, a koszty rozkładają się na całe społeczeństwo.

Minęło ponad 60 lat. Buchanan otrzymał Nagrodę Nobla w 1986 roku. A polityka w wielu krajach wygląda dziś dokładnie tak, jak przewidywała jego teoria: państwa rosną, zadłużenie narasta, a kolejne grupy interesu walczą o własne przywileje finansowane z publicznych pieniędzy.

Polska od 1997 roku funkcjonuje w ramach konstytucji powstałej w epoce narracji wielkiego optymizmu. Propagowano wiarę, że demokracja, wolny rynek i integracja europejska same stworzą sprawne państwo. Po niemal trzech dekadach widać jednak powtarzalny mechanizm: niezależnie od tego, kto rządzi, aparat państwowy się rozrasta, wydatki rosną, a koszty są przesuwane na przyszłe pokolenia.

Dlatego nowa konstytucja nie powinna opierać się na założeniu, że ludzie u władzy staną się bardziej moralni niż reszta społeczeństwa. Powinna opierać się na realistycznym przekonaniu, że każda władza będzie próbowała rozszerzać swoje wpływy i budować własne zaplecze polityczne. Zadaniem ustroju nie jest tworzenie idealnych ludzi, lecz ograniczanie skutków ludzkich słabości.

Teoria Wyboru Publicznego pokazuje kilka mechanizmów obecnych praktycznie w każdym nowoczesnym państwie.

Zorganizowane grupy interesu

Małe, dobrze zorganizowane środowiska zawodowe, branżowe lub instytucjonalne mają silną motywację do walki o własne korzyści: dopłaty, ulgi, wcześniejsze emerytury, ochronę prawną czy specjalne regulacje. Koszt takich rozwiązań jest rozproszony na miliony obywateli, dlatego opór społeczny pozostaje zwykle słaby.

W efekcie politycznie bardziej opłaca się spełnić oczekiwania dobrze zorganizowanej mniejszości niż chronić interes rozproszonej większości podatników.
Biurokracja ma naturalną tendencję do wzrostu

Każda instytucja publiczna dąży do rozszerzania kompetencji, budżetu i liczby podległych pracowników. Nowe urzędy i agencje powstają łatwo, lecz bardzo rzadko są likwidowane. Z czasem państwo staje się coraz bardziej kosztowne i coraz trudniejsze do kontrolowania przez obywatela.

Partie polityczne konkurują obietnicami

W demokracji partie walczą przede wszystkim o głosy. Naturalną pokusą staje się więc oferowanie nowych świadczeń i programów finansowanych długiem lub przyszłymi podatkami. Korzyść polityczna pojawia się natychmiast, natomiast koszty są rozłożone w czasie i mniej widoczne dla wyborców.
Obywatel ma ograniczoną możliwość kontroli systemu

Przeciętny człowiek nie ma czasu ani motywacji, by analizować tysiące stron ustaw, budżetów i regulacji. Polityka staje się więc obszarem zarządzanym głównie przez wyspecjalizowane grupy interesu, ekspertów i aparat partyjny.

Jakie mechanizmy mogłaby zawierać nowa konstytucja?

Jeżeli potraktować Teorię Wyboru Publicznego poważnie, konstytucja powinna przede wszystkim ograniczać możliwość trwałego uprzywilejowywania grup oraz ukrywania kosztów politycznych decyzji.

1. Ograniczenie trwałości przywilejów. Każdy program socjalny, system dopłat lub szczególna regulacja mogłyby automatycznie wygasać po określonym czasie, chyba że parlament ponownie zatwierdziłby je większością kwalifikowaną. Zmusiłoby to polityków do okresowego publicznego uzasadniania dalszego utrzymywania przywilejów.

2. Jawność kosztów nowych programów. Każda nowa ustawa zwiększająca wydatki powinna zawierać precyzyjne wskazanie źródła finansowania oraz długofalowych skutków budżetowych. Państwo nie powinno mieć możliwości ukrywania realnych kosztów decyzji politycznych.

3. Silniejsze ograniczenia podatkowe. Podwyższanie podatków lub tworzenie nowych danin mogłoby wymagać zgody obywateli wyrażonej w referendum albo większości kwalifikowanej w parlamencie. Celem byłoby utrudnienie finansowania krótkoterminowych obietnic kosztem przyszłych pokoleń.

4. Ograniczenie rozrostu administracji. Konstytucja mogłaby wprowadzać mechanizmy wiążące wzrost administracji publicznej z realną sytuacją gospodarczą i demograficzną państwa. Każde znaczące rozszerzenie aparatu państwowego wymagałoby dodatkowej kontroli obywatelskiej.

5. Wzmocnienie samorządności. Im bliżej obywatela podejmowane są decyzje finansowe, tym łatwiej kontrolować skutki błędów i nadużyć. Silniejsza samorządność ogranicza również koncentrację władzy centralnej.

6. Radykalna przejrzystość finansów publicznych Każdy obywatel powinien mieć łatwy dostęp do informacji: ile państwo pobiera od niego w podatkach, na co wydawane są środki publiczne, jak rośnie zadłużenie państwa. Przejrzystość utrudnia rozwój ukrytych mechanizmów klientelizmu politycznego.

7. Ochrona interesów przyszłych pokoleń. Część nadwyżek budżetowych oraz dochodów z majątku narodowego mogłaby trafiać do specjalnego funduszu zabezpieczonego przed bieżącą walką polityczną. Ograniczałoby to pokusę finansowania popularności politycznej kosztem przyszłości państwa.

8. Niezależna kontrola fiskalna. Potrzebny byłby silny mechanizm kontroli zgodności ustaw z konstytucyjnymi zasadami odpowiedzialności finansowej państwa. Bez takiego mechanizmu nawet najlepsze ograniczenia mogą zostać stopniowo obchodzone.

Jak chronić samą konstytucję?

Największym problemem wielu państw jest łatwość obchodzenia lub politycznego reinterpretowania konstytucji. Dlatego zmiana najważniejszych zasad ustrojowych mogłaby wymagać: wysokiej frekwencji referendalnej, długiego okresu publicznej debaty, zakazu zmian fiskalnych w czasie kampanii wyborczych.

Celem byłoby ograniczenie możliwości krótkoterminowego wykorzystywania państwa do walki o władzę.

Czego żadna konstytucja nie rozwiąże?

Teoria Wyboru Publicznego nie odpowiada na pytanie, czym jest dobro wspólne ani jakie wartości społeczeństwo powinno uznać za najważniejsze. Opisuje przede wszystkim mechanizmy działania władzy i politycznych bodźców.

Nie zastąpi także kultury obywatelskiej, odpowiedzialności społecznej ani zdolności ludzi do solidarności i poświęcenia. Historia pokazuje, że społeczeństwa potrafią czasem działać wbrew logice egoizmu ekonomicznego. Żadna konstytucja nie stworzy idealnego państwa ani idealnego człowieka. Może jednak ograniczyć sytuacje, w których mechanizmy polityczne premiują nieodpowiedzialność, krótkowzroczność i rozrost przywilejów kosztem całego społeczeństwa.

I być może właśnie na tym polega najważniejsze zadanie nowoczesnej konstytucji: nie na budowaniu utopii, lecz na tworzeniu reguł, które utrudniają nadużywanie władzy.

Teoria Wyboru Publicznego przypomina o jednej fundamentalnej rzeczy: władza nie przestaje być ludzka tylko dlatego, że została wybrana demokratycznie. Dlatego rozsądne państwo nie powinno opierać się na zaufaniu do ludzi u steru, lecz na systemie ograniczeń, kontroli i odpowiedzialności.

Autorstwo; Zbigniew Jacniacki
Źródło: WolneMedia.net

 

Czy Unia Europejska wróci do korzeni?

 

 Unia Europejska przekształciła się w biurokratyczne, autorytarne imperium, którym rządzi wąskie grono elit. Od pierwotnych ideałów, zasad demokratycznych i wartości nie pozostało ani śladu.

To już nie jest Unia suwerennych państw, lecz swego rodzaju potwór pożerający resztki demokratycznych praw i wolności, podporządkowujący sobie interesy narodowe państw członkowskich. Wobec tych, którzy próbują podnieść głowę i bronić własnego stanowiska w poszczególnych kwestiach, unijni urzędnicy nie przebierają w słowach, grożąc sankcjami nie tylko politykom nieprzychylnym Brukseli piastującym wysokie stanowiska państwowe w swoich krajach, ale także sankcjami gospodarczymi wobec całych narodów.

Zamiast szukać wyjścia z obecnej sytuacji, zamiast szukać wspólnej płaszczyzny porozumienia i uważnie wysłuchiwać argumentów stron, euro-biurokraci wykorzystują groźby do bezpośredniego wywierania presji na oponentów. Jednocześnie zmniejszenie roli negocjacji prowadzi do utraty kultury komunikacji, do zniszczenia zaufania, utrudnienia rozwiązywania konfliktów w ramach Unii i poza nią.

Niestety, Unia Europejska staje się narzędziem w geopolitycznych rozgrywkach, co budzi rozczarowanie i głębokie zaniepokojenie. Obecnie poziom profesjonalizmu dyplomatów Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych UE jest wyjątkowo niski, a w połączeniu z wojowniczą retoryką przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen oraz nasilającą się militaryzacją Unii stanowi to wybuchową mieszankę ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami.

Język gróźb, ultimatum i sankcji to ewidentna porażka UE. Ideały Unii, zapisane w art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej (poszanowanie godności ludzkiej, wolności, demokracji, równości i praworządności), zostały zdradzone i zdeptane przez euro-biurokratów. Czy w tej sytuacji można mówić o pluralizmie, tolerancji i sprawiedliwości w Europie? Czy Unia Europejska wróci do korzeni? W końcu pierwotny cel jej powstania był ambitny – zapewnienie trwałego pokoju, stabilności i dobrobytu w Europie.

Autorstwo: Sebastian Zugaj
Nadesłano do portalu WolneMedia.net

 

Europa w korupcyjnym bagnie


W tym tygodniu pojawiły się kolejne dowody na endemiczną korupcję banderowskiego reżimu w Kijowie. A mimo to przywódcy Unii Europejskiej ustawiają się w kolejce, by udzielić temu reżimowi ogromnej „pożyczki” w wysokości 90 miliardów euro (105 miliardów dolarów), która stała się synonimem oszustw na skalę przemysłową. Tej „pożyczki” Ukraina oczywiście nigdy nie odda bo ma być ona spłacona z „rosyjskich reparacji” czyli oczywistością jest, że taka okoliczność nie nastąpi nigdy. Historia wojen nie zna przypadków, żeby zwycięzcy płacili reparacje stronie pokonanej. No ale znając poziom intelektualny przedstawicieli unijnej biurokracji można się spodziewać wszystkiego.

Od lutego 2022 r., kiedy nasiliła się wojna zastępcza NATO z Rosją, Unia Europejska przeznaczyła już około 200 mld euro na wsparcie reżimu ukraińskiego.

Większość ostatnich pieniędzy zostanie przeznaczona na pomoc wojskową, aby zainwestować w ukraińskich producentów dronów i pocisków rakietowych. Jedna z najbardziej znanych ukraińskich firm – Fire Point – jest powiązana z tzw. „prezydentem” kijowskiej junty, kokainowym klaunem Zełenskim.

Nagrania z podsłuchów, które wyciekły do ​​ukraińskich mediów, pokazują, że biznesmen Timur Mindich, domniemany właściciel Fire Point, omawiał z byłym ministrem obrony Ukrainy, Rustemem Umarowem, kontrakty warte miliardy euro. Obaj „biznesmeni” są objęci śledztwem ukraińskich organów antykorupcyjnych w sprawie defraudacji.

W zeszłym roku Umarow zrezygnował ze stanowiska ministra obrony po oskarżeniu o oszustwo i wymuszenia. Tymczasem Timur Mindich uciekł przez Warszawę do Izraela w listopadzie ubiegłego roku, tuż przed tym, jak śledczy mieli go postawić przed sądem na przesłuchanie. Jak to dobrze mieć paszport kraiku, który nie wydaje swoich ziomali… Mindich był wcześniej partnerem biznesowym Zełenskiego (też dwupaszportowca) i nadal pozostaje jego bliskim współpracownikiem. Jest żartobliwie nazywany „sakiewką Zełenskiego”. U nas też funkcjonuje jeden „Sakiewka” ale on działa w branży medialnej.

Klaun Zełenski, którego mandat prezydencki wygasł prawie dwa lata temu, ale który sam ogłosił przedłużenie urzędowania, nieustannie podróżuje po całym świecie, apelując o większą pomoc wojskową, jednocześnie promując Fire Point jako opłacalną inwestycję. Wysiłki promocyjne Zełenskiego przyniosły hojne efekty. Kilka państw europejskich nawiązało partnerstwa z Fire Point w ramach umów dwustronnych. Dania, Niemcy, Holandia i Norwegia należą do europejskich inwestorów w tej firmie, a także w wielu innych ukraińskich firmach produkujących sprzęt wojskowy. Arabia Saudyjska i inne arabskie państwa bogate w ropę naftową również zainwestowały duże środki. Tym samym tzw. pożyczka UE w wysokości 90 mld euro, którą UE zamierza przyznać Ukrainie, stanowi dodatek do miliardów euro już przekazanych w ramach umów dwustronnych.

Pomimo skandali, Rustem Umarow, były minister obrony objęty śledztwem korupcyjnym, pozostaje kluczową postacią w bliskim otoczeniu Zełenskiego. Jest sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony oraz głównym negocjatorem w prowadzonych przez USA rozmowach z Rosją, rzekomo mających na celu znalezienie dyplomatycznego rozwiązania trwającego ponad cztery lata konfliktu. Konfliktu, w którym ukraińska armia poniosła miliony ofiar. Rozmowy te nie przyniosły żadnego efektu, a administracja Trumpa w Waszyngtonie obwinia stronę ukraińską o blokowanie postępów.

Najnowszy zwrot akcji w trwającym na Ukrainie skandalu korupcyjnym – uwikłanie głównego negocjatora Umarowa i jego kumpla Zełenskiego w proceder związany z europejskimi finansami – wyjaśnia, dlaczego reżim w Kijowie chce, aby konflikt trwał jak najdłużej. Wojna oznacza kontrakty, oszustwa, łapówki i miliardy euro napływające na zagraniczne konta bankowe. Pokój natomiast oznacza koniec lukratywnych interesów. Krótko mówiąc, w kijowskim reżimie istnieje rażący konflikt interesów, w którym dyplomacja i pokój z Rosją są całkowicie sprzeczne z interesami korupcyjnymi. Wojna musi trwać.

Najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego europejscy przywódcy i rządy zdają się być tak ślepi na rażącą korupcję? Ukraińscy i amerykańscy śledczy niezależnie ujawnili szerzącą się korupcję i kradzieże publicznych pieniędzy, które wzbogaciły klikę pod wodzą Zełenskiego. Jednak przywódcy UE, tacy jak Kaja Kallas (osóbka o móżdżku wyrośniętej ameby), naczelna dyplo-matołka bloku, udawali, że nic nie mówią o niekończących się skandalach wyciekających z Kijowa. Określiła jedynie szkodliwe doniesienia jako „niefortunne”. Jednak UE nieustannie docenia Zełenskiego i jego juntę. Został on zaproszony nawet do udziału w kolejnym szczycie przywódców UE i innych „Europejczyków”, który odbył się w Erywaniu, stolicy Armenii. UE nadal przedstawia Zełenskiego jako „odważnego przywódcę narodu” atakowanego w „niesprowokowanej agresji” przez Rosję, a obywatele Europy mają „moralny obowiązek” wspierać Ukrainę miliardowymi pożyczkami na „obronę reszty Europy”.

Jednym z powodów, dla których europejscy przywódcy tak nieustępliwie trzymają się reżimu Zełenskiego, jest ich głęboko zakorzeniona rusofobia i rewanżyzm. Ci ideolodzy chcą strategicznie pokonać Rosję, aby osiągnąć ogromne, skalkulowane korzyści dla zachodnich interesów kapitalistycznych, realizując politykę neo-Lebensraum, podobną do tej, którą rozpoczęła nazistowska Trzecia Rzesza. Ale stawką są również bezpośrednie interesy ekonomiczne. Niektórzy komentatorzy określają Ukrainę jako „czarną dziurę” korupcji, gdzie miliardy euro i dolarów wpływają i nigdy nie wypływają, chyba że poprzez nielegalne defraudacje.

Pieniądze trafiają na Ukrainę, ale większa ich część wraca też do krajów europejskich w formie kontraktów z europejskimi firmami produkującymi sprzęt wojskowy. Ukraińskie firmy produkujące drony i pociski rakietowe nie są niezależnymi producentami. Są w dużym stopniu zależne od firm z Danii, Holandii, Norwegii, Niemiec, Francji itd. w zakresie kluczowych komponentów inżynieryjnych, takich jak silniki, układy hydrauliczne i elektronika do nawigacji radarowej.

Innymi słowy, miliardy euro funduszy, którymi europejscy politycy finansują Ukrainę (z naszych pieniędzy oczywiście), to nie tyle kwestia wyrzucania dobrych pieniędzy w błoto, co utopienia ich w czarnej dziurze. Wręcz przeciwnie, to masowy proceder wymuszeń, w ramach którego publiczne pieniądze są przelewane z powrotem do prywatnych europejskich firm, które zgarniają ogromne zyski. Ten wzrost europejskiego biznesu korporacyjnego wydaje się korzystny dla gospodarek krajowych i niewątpliwie zapewnia pewne miejsca pracy. Chodzi jednak o to, że obywatele Europy są masowo oszukiwani, aby dotować prywatne spekulacje w imię „obrony Ukrainy przed rosyjską agresją”.

Brytyjski premier Keir Starmer na szczycie w Erywaniu, zaproponował von der Leyen, aby Wielka Brytania również przystąpiła do programu „pożyczek” dla Ukrainy o wartości 90 mld euro. Dlaczego państwo spoza UE miałoby chcieć „przekazywać” fundusze Ukrainie? Rycerska odwaga? Obrona biednej, małej Ukrainy?

Starmerowi wymknęło się, że pożyczanie kapitału będzie dobrą inwestycją dla brytyjskiej gospodarki i „miejsc pracy”. Zapomnijmy o rzekomej trosce o „miejsca pracy”. Tak naprawdę Starmer miał na myśli zyski właścicieli brytyjskich firm produkujących sprzęt wojskowy i ich inwestorów w londyńskim City. Nieprzypadkowo to właśnie głównie dzięki Wielkiej Brytanii konflikt na Ukrainie nie zakończył się w kwietniu 2022 roku. Wszystko już było dogadane, Donbas miał zostać w granicach Ukrainy ale przyjechał rozczochrany pajac z Londynu, ówczesny premier Boris Johnson, i surowo zakazał zawieranie jakichkolwiek porozumień pokojowych. Wojna ma trwać!

Oto podwójnie wkurzająca rzecz. UE twierdzi, że 90 mld euro funduszu wymuszeń zostanie ostatecznie pokryte z zamrożonych rosyjskich aktywów o wartości 200 mld euro, które zostaną skonfiskowane jako „odszkodowania wojenne”. Moskwa wielokrotnie ostrzegała, że ​​takie posunięcie stanowi kradzież na wielką skalę i nie będzie miało miejsca. Wydaje się, że Rosja mogłaby wygrać sprawę sądową nawet w sądach europejskich, aby uniemożliwić UE przejęcie jej aktywów. Ostatecznie oznacza to, że zwykli europejscy pracownicy i obywatele będą musieli zapłacić dług w wysokości 90 miliardów euro. Spłacą ten dług, cierpiąc dekady cięć gospodarczych i cięć w warunkach pracy oraz prawach socjalnych do emerytur, opieki zdrowotnej i edukacji dla swoich dzieci. Zapłacą zubożeniem.

Trzeba szerzej zrozumieć, że to, co się tu dzieje, to masowy proceder przestępczy, narzucany społeczeństwom europejskim przez tak zwanych przywódców w porozumieniu z kijowską mafią. Nie chodzi tu o przymykanie oczu, ale o świadomą kradzież publicznych pieniędzy dla interesów elitarnego kapitalizmu. Poszczególni politycy – decydenci też z pewnością na tym skorzystają.

A swoją drogą ciekawe ile „prowizji” zarobili „nasi” politycy przekazując Ukrainie (czyt. rozbrajając polską armię) broń, paliwa, gotówkę na podstawie dwóch nielegalnych umów zawartych przez rządy „zjednoczonej prawicy” i KO? Nie wierzę, żeby kokainowy klaun się nie podzielił. To dobry chłopak jest…

Autorstwo: Jarek Ruszkiewicz
Źródło: WolneMedia.net

                ELITA - DRUGI GARNITUR                                    Aleksandra Jasińska-Kania       Aleksandra Jasińska-Kania (ur. 15...