czwartek, 22 stycznia 2026

                                      AFERY ELIT

                               „Katia dla Windows" - Pierwsza afera Centrozapu

 

Ideon - Centrozap, czyli śląski "Układ zamknięty"

Operacja „Katia dla Windows” była przygotowana perfekcyjnie – łańcuszek pośredników, spółki założone w „rajach podatkowych” i banki w egzo­tycz­nych krajach. Badali ją funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa. Okazało się, że jednym z ogniw afery były spółki, przez które przepływały – w połowie lat 90. ubiegłego wieku – dyskietki z oprogramowaniem. Firmy Hacosan i Protex Poland z Warszawy kupiły prawa autorskie do produkcji pro­gra­mu „Katia dla Windows”, rosyjskojęzycznej wersji aplikacji dla właścicieli hurtowni.

Mający status zakładu pracy chronionej Hacosan rzeczywiście zajmował się kopiowaniem dyskietek z nieistniejącym programem „Katia dla Win­dows”. Część praw autorskich miano kupić w Liechtensteinie od firmy, która była powiązana z jednym z oskarżonych. Dzięki temu pod pretekstem zobowiązań finansowych dokonywano zagranicznych transferów pieniędzy ze zwrotu VAT.

Śledczy szybko ustalili, że spółka Hacosan wystawiła dla firmy MSP, której prezesem był Sergiusz W., 14 faktur na sprzedaż programu „Katia dla Windows”. Kolejne trzy faktury dla MSP Sp. z o.o. wystawiła firma „MSP – Informatyka bez granic” Sp. z o.o. w Warszawie. Obie spółki miały siedzibę pod tym samym adresem. Zakupione w Hacosan i „MSP – Informatyka bez granic” programy „Katia dla Windows” spółka MSP wyeksportowała do firm: Abantas UAB w Wilnie oraz T.O.O. Grebo w Tuapse i Nowoczerkasku w Rosji. Do Wilna dyskietki trafiały drogą lotniczą od razu z Warszawy, zawsze przez Wiedeń.

Litewskie firmy potwierdzały otrzymanie towaru, a firma Centrozap (grupa hutnicza, która w czasach PRL zajmowała się także nielegalnym handlem bronią) wystawiała fakturę za pośrednictwo. Po dotarciu na miejsce „Katia” była przepakowywana i za znacznie mniejsze pieniądze sprzedawana np. w Singapurze lub Hongkongu albo niszczona.

Centrozap SA był jedynie pośrednikiem przy eksporcie na Litwę dyskietek z programem. W sumie firma MSP wysłała za granicę 11850 sztuk programu wartości ponad 6 mln dol. Z tytułu zwrotu podatku VAT za eksport programu „Katia dla Windows” tylko ta spółka dostała 3,2 mln zł. Jedną z firm, za pośrednictwem której dokonano fikcyjnego eksportu programu „Katia dla Windows”, była właśnie MSP Sp. z o.o. z Warszawy.

Powstała w 1990 roku. Jej właścicielami byli: Sergiusz W., Marek G. i Piotr S. Urząd Kontroli Skarbowej w Warszawie przeprowadził kontrolę w MSP. Stwierdzono, że spółka MSP nie posiada oryginałów dokumentów zakupu programu w okresie od sierpnia do grudnia 1994 r., gdyż zostały zalane kwasem siarkowym i zniszczone.

Tak jak w przypadku innych firm biorących udział w nielegalnej operacji – krążyły jedynie faktury. Dyskietki z programem stanowiły „zasłonę dymną” dla tych operacji finansowych. Nawet jeśli je wysyłano, to kosztowały ułamek zagarniętej kwoty. Podczas śledztwa wielokrotnie natykano się na informacje wskazujące na to, ze była to operacja „zielonych” służb. Jej celem było zarobienie pieniędzy dla nich. Nigdy nie udało się odzyskać milionów dolarów wytransferowanych poprzez Bank Handlowy na zagraniczne konta.

Gra na przedawnienie - To w części wyjaśnia, dlaczego śledztwo dotyczące afery wyłudzenia ponad 25 mln złotych podatku VAT w czasie fikcyjnego eksportu programu komputerowego „Katia dla Windows” do Rosji i Tadżykistanu trwało aż pięć lat. Oprogramowanie było bezwartościowe, ale oficjalnie wartość dostawy wynosiła 45 mln dol. W transakcjach uczestniczył łańcuch firm, m.in. z Wiednia i Liechtensteinu – pieniądze były transferowane np. do Malezji, a prowizje – jak się potem okazało – trafiały do pracowników wojskowych służb zatrudnionych „pod przykryciem” w Centrozapie.

Prokurator oskarżył Mirosława G., Jacka G., Konrada G. i Karola G. o to, że od kwietnia 1994 roku do października 1995 roku dokonali wielu oszustw finansowych w związku z fikcyjnym eksportem „Katia dla Windows”. Dzięki temu mieli otrzymać zwrot podatku VAT. Zdaniem prokuratury narazili Skarb Państwa na straty wysokości ponad 25 mln zł. Razem z nimi na ławie oskarżonych zasiadło troje byłych pracowników Centrozapu, bo spółka ta pośredniczyła w eksporcie programu do krajów byłego ZSRR.

Akt oskarżenia trafił do Sądu Rejonowego w Katowicach we wrześniu 2000 roku. Wszyscy sędziowie jednak zażądali wyłączenia ich z orzekania. Żona Romana D., jednego z oskarżonych pracowników Centrozapu, była w latach 80. przewodniczącą wydziału karnego w tym sądzie, a teraz jest adwokatem. Miesiąc później Sąd Okręgowy przychylił się do wniosku sędziów i skierował sprawę do sądu w Bytomiu. Akta sprawy w momencie przekazania jej z prokuratury do sądu liczyły prawie 200 tomów.

Zaskoczenie wywołał wybór bytomskiego sądu, który miał wtedy duże zaległości w rozpatrywaniu spraw karnych. Jednak sąd ten także nie chciał zajmować się skomplikowaną sprawą „Katii dla Windows” – prezes sądu zwrócił się w listopadzie 2000 r. do Sądu Okręgowego w Katowicach, aby przekazano ją do Sądu Rejonowego w Warszawie. Uzasadniał to tym, że mieszka tam czterech oskarżonych i 23 świadków. Bezskutecznie. Wniosek trafił do Sądu Apelacyjnego w Katowicach i 4 kwietnia 2001 r. został odrzucony. Prokurator Jacek Więckowski, który jest autorem aktu oskarżenia, pisał: „Cała dotychczasowa aktywność sądu I instancji nakierowana jest na to, aby nie rozpocząć rozpatrywania sprawy karnej”.

Proces przed Sądem Rejonowym w Bytomiu przez ponad rok nie mógł się rozpocząć z powodów proceduralnych. Kiedy wreszcie ruszył – trwał 7 lat! W 2005 roku po raz pierwszy zapadł wyrok. Panowie G. zostali skazani na kary więzienia, byli pracownicy Centrozapu – uniewinnieni. Prokuratura wniosła apelację od wyroku i proces ruszył od nowa przed Sądem Okręgowym w Katowicach. Tam w listopadzie 2011 roku zapadł nieprawomocny wyrok. Prokuratura i oskarżeni wnieśli apelację do Sądu Apelacyjnego.

Kluczem do wyjaśnienia tej sprawy okazali się czterej panowie G., a wła­ś­ci­wie ich życiorysy. Od samego początku śledczy byli pewni, że „panowie G.” są powiązani z wojskowymi służbami specjalnymi. – O tym świadczy skala działania, a także to, że afera z „Katią” nie była ich pierwszym sposobem na wyłudzenie pieniędzy z budżetu. Podobna historia odbyła się z ich udziałem w Krakowie i na Wybrzeżu.

Czy nad oskarżonym Romanem D. z Centrozapu został rozłożony pa­ra­sol ochronny? Śledztwo w tej sprawie prowadziła delegatura UOP w Ka­to­wi­cach. Nieoficjalnie wiadomo, że to on poinformował służby o całym pro­ce­de­rze. Na co liczył?

Jesteśmy niemal pewni, że D. przyszedł do nas w 1995 r. po tym, jak zorientował się, jaka jest skala afery i jakie osoby są w nią zamieszane. Najbardziej nas zdziwiło to, że potem bez problemu podobny przekręt odbył się w tej samej spółce z radiometrami, które eksportowano na zachód – powiedziała osoba zorientowana w kulisach ówczesnego śledztwa.

Celowe zatopienie Centrozapu

Czy to agenci wojskowych służb specjalnych doprowadzili do spe­ta­ku­lar­ne­go upadku katowickiego Centrozapu, by ukryć, że wcześniej wy­pro­wa­dzo­no z niego co najmniej 100 milionów złotych? Teza ryzykowna, ale jest pewien trop. W raporcie o likwidacji WSI wyszło na jaw, że w Centrozapie pracowało 19 agentów Wojskowych Służb Informacyjnych, dwa razy więcej niż w Stalexporcie i znacznie więcej niż w Bumarze (12), który działa w branży zbrojeniowej.

Okazało się, że to wojskowe służby specjalne stały za utworzeniem w Düsseldorfie w Niemczech Funduszu Rozwoju Eksportu (FRE), a potem za niezgodnym z prawem korzystaniem z jego pieniędzy. Fundusz był własnością Centrozapu, który nie mógł się później doliczyć prawie miliona euro. Prokuratura wojskowa ustaliła, że 19 agentów WSI, działających w Centrozapie, to jedynie współpracownicy WSI, osoby cywilne, więc nie podlegają wojskowemu wymiarowi sprawiedliwości.

Z dokumentów, wynika, że Fundusz Rozwoju Eksportu działał już w latach 80. ubiegłego stulecia, a powołany został m.in. w celach promocyjnych. Na koncie w Niemczech były pieniądze, z których wypłacano diety dla polskich delegacji (w kwotach od 2 do 5 tys. marek), a także wynagrodzenia i prowizje dla zagranicznych partnerów (od 15 do 30 tys. marek). Procedura była prosta: „diety” wypłacano na polecenie telefoniczne wydawane przez ówczesnego szefa Centrozapu. Nie wymagano pokwitowania tej kwoty ani przedstawienia rozliczeń.

Fundusz został zlikwidowany w 2000 roku, ale nie wszystkie wydatki zostały rozliczone, bo brakuje dokumentów, a byli prezesi firmy w pi­sem­nych wyjaśnieniach albo zasłaniają się niepamięcią, albo po­uf­noś­cią ówczesnych porozumień.

Wątek finansowania służb specjalnych z pieniędzy Centrozapu SA pojawił w sprawie karnej, dotyczącej próby bezprawnego wykupienia akcji spółki za jej własne pieniądze na przełomie lat 1999–2000. W roli nabywcy występowała nic nieznacząca, zadłużona Agencja Węgla i Stali w Ka­to­wi­cach, a w tle – Konsorcjum Finansowo-Inwestycyjne Colloseum.

Po wykryciu przez UOP afery „Katii dla Windows” Centrozap wpadł w poważne kłopoty finansowe. W 2000 roku Urząd Kontroli Skarbowej w Katowicach zarzucił firmie „pozorność transakcji”. Inspektor Urzędu Kontroli Skarbowej na podstawie materiałów prokuratorskiego śledztwa stwierdził, że skoro oskarżeni o udział w aferze są jej pracownicy, to spółka brała udział w wyłudzaniu podatku VAT. Fiskus doprowadził do upadku giełdowej spółki. Nałożył na Centrozap karę – ponad 80 mln zł wraz z odsetkami. Podobną karę spółka otrzymała za handel radiometrami (ponad 25 mln złotych), podczas którego zastosowano podobny mechanizm wyłudzeń. Centrozap SA zmienił nazwę na Ideon i skierował sprawę do sądu – ten uznał, że państwo ma zapłacić firmie prawie 30 milionów złotych odszkodowania.

Sąd Rejonowy w Katowicach w 2012 roku skazał Mariusza S., byłego wiceszefa katowickiej delegatury UOP, za utrudnianie śledztwa w tzw. aferze Centrozapu. Po zatrzymaniu w 2001 r. bronił go ówczesny premier Jerzy Buzek, doprowadzając do dymisji Lecha Kaczyńskiego pełniącego wówczas funkcję ministra sprawiedliwości.

Doniesienie do Urzędu Ochrony Państwa złożył jeden z pracowników Centrozapu, który podejrzewał, że z firmy wypływają wielkie pieniądze, stanowiące nielegalne źródło finansowania WSI – straty oszacowano na ok. 100 mln zł. Chodziło o sprzedaż przez Centrozap radiometrów oraz rosyjskojęzycznego oprogramowania o nazwie Katia do Hongkongu, Singapuru i Tadżykistanu. Oprogramowanie było bezwartościowe, ale oficjalnie wartość dostawy wynosiła 45 mln dol. W transakcjach uczestniczył łańcuch firm, m.in z Wiednia i Liechtensteinu – pieniądze były transferowane np. do Malezji, a prowizje do oficerów WSI zatrudnionych w Centrozapie.

Z raportu z likwidacji WSI wynika, że Centrozap był pod ochroną wy­wia­du wojskowego i pracowało w nim 19 oficerów WSI.

Szefem firmy był wtedy Ireneusz Król, kilka lat później jeden z liderów katowickiej Platformy Obywatelskiej.

Według prokuratury kpt. Mariusz S. rozkazał podwładnym, by zbierali materiały niezwiązane bezpośrednio ze śledztwem, potem polecił wyłączyć je z akt postępowania. Miał też grozić naczelnikowi wydziału śledczego katowickiej delegatury UOP zwolnieniem z pracy, jeśli byłemu pre­ze­so­wi Centrozapu Henrykowi M. zostaną postawione zarzuty. Prokuratorzy podejrzewali również, że spotkał się z Henrykiem M., by uprzedzić go o możliwym zatrzymaniu. Gdy śledczy zażądali dostępu do materiałów UOP-u, w tym do służbowego komputera, S. odmówił, co ostatecznie spowodowało jego zatrzymanie i aresztowanie. Kiedy od tej decyzji odwołał się jego obrońca, areszt został uchylony. Co ciekawe, w trzyosobowym składzie sędziowskim, który podjął tę decyzję, był sędzia Ryszard Milewski, który dał się poznać jako dyspozycyjny sędzia (nagranie rozmowy Milewskiego z rzekomym urzędnikiem z Kancelarii Premiera Donalda Tuska w sprawie aresztu Marcina P., prezesa Amber Gold upubliczniła we wrześniu „Gazeta Polska Codziennie”).

W 2001 r. w obronie S. wystąpili szefowie innych delegatur UOP-u, którzy za niego poręczyli. Ówczesny koordynator służb specjalnych Janusz Pałubicki zarzucił prokuraturze łamanie prawa, a premier Jerzy Buzek stwierdził, że działania śledczych naruszyły spokój społeczny i zmniejszyły poczucie bezpieczeństwa, a nawet przeszkadzają w chwy­ta­niu przestępców.

Premier Jerzy Buzek TW Karol odpowiedzialny za aferę
 

 Odpierając zarzuty, Lech Kaczyński, ówczesny minister sprawiedliwości, w liście do premiera Buzka napisał:
„Na słowa potępienia, a nawet dymisję, zasłużyłbym wtedy, gdybym powstrzymał działania wymiaru sprawiedliwości wobec oficera UOP, lub też nakazał czynności, które mogłyby pracę tego wymiaru sprawiedliwości utrudnić. Nie uczyniłem tego, a więc wywiązałem się z moich konstytucyjnych obowiązków. Niestety, po zatrzymaniu funkcjonariusza UOP miały miejsce wydarzenia, które wskazują na to, jak słabo umocowana jest w Polsce ciągle praworządność, jak mocno oddziałują wzorce dawnego systemu. Z najwyższym zdumieniem konstatuję, że Pan Premier nie tylko nie ukrócił działań w oczywisty sposób kwestionujących zasady praworządności i nie wyciągnął wniosków wobec ich sprawców, ale w dużej mierze je poparł, chociażby poprzez wyrażanie chęci złożenia poręczenia”.

Premier Jerzy Buzek (TW-Karol) zdymisjonował Lecha Kaczyńskiego z funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Osta­tecz­nie Mariusz S. został skazany na rok i trzy miesiące więzienia w za­wie­sze­niu oraz grzywnę. Po latach okazało się, że śp. Lech Kaczyński miał rację.

Lech Kaczyński zdobył sławę:
Sprawa Centrozapu miała wpływ na wybór Kaczyńskieg na prezydenta. Lech Kaczyński był w rządzie Jerzego Buzka ministrem sprawiedliwości. W tamtym czasie toczyło się śledztwo związane z realizowanym przez Centrozap kontraktem dotyczącym wysyłki rosyjskojęzycznego opro­gra­mo­wa­nia na Wschód. Śledztwo prowadziła katowicka delegatura Urzędu Ochrony Państwa. Ówczesny wiceszef delegatury kapitan Mariusz Sz. spotkał się z prezesem Centrozapu Henrykiem M. Podejrzewano, że kapitan uprzedził prezesa o rychłym zatrzymaniu. O spotkaniu po­wia­do­mio­no Kaczyńskiego, który zażądał, by kapitana Sz. aresztowano. Za kapitanem wstawili się koordynator spec służb Janusz Pałubicki i Konstanty Miodowicz (były dyrektor Zarządu Kontrwywiadu UOP szef sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych). Kaczyński błyskawicznie został zdy­mi­sjo­no­wa­ny, lecz zyskał sławę jedynego prawego i sprawiedliwego po­li­ty­ka RP Sława ta pozwoliła mu zostać najpierw prezydentem War­sza­wy, a potem kraju.

Co się działo z Mariuszem Szekielem? Po wybuchu afery na własną prośbę („kierując się troską o reputację służby") odszedł z UOP, tracąc wszelkie przywileje socjalne i emerytalne. Poszedł do biznesu – dziś pracuje w jednym z prywatnych banków.

Milion dolarów łapówki (Druga afera Centrozapu)

Tyle miało kosztować załatwienie przejęcia pakietu kontrolnego akcji Centrozapu. Wiceszef III NFI Marek M. zdążył odebrać połowę tej sumy, ale do sfinalizowania transakcji nie doszło, bo został zatrzymany przez policję.

Gigantyczna afera związana z katowickim Centrozapem, Centralne Biuro Śledcze, na polecenie prokuratury apelacyjnej w Łodzi, zatrzymało dwóch uczestników jednego z największych skandali łapówkarskich. W War­szawie funkcjonariusze ujęli Marka M., wiceprezesa III Narodowego Funduszu Inwestycyjnego. W tym samym czasie inna grupa zatrzymała w Chorzowie Henryka M., byłego prezesa Centrozapu. - Podczas śledztwa ustalono, że w 1999 r. Marek M. przyjął pół miliona dolarów łapówki w zamian za umożliwienie jednej ze śląskich firm zakupu pakietu kontrolnego akcji Centrozapu SA. Z kolei ówczesny szef Centrozapu zgodził się na oszustwo pod warunkiem zagwarantowania mu pozostania na stanowisku i zażądał wpisania do umowy klauzuli o milionie złotych odszkodowania w razie rozwiązania umowy. Łapówkę mieli wręczyć przedstawiciele Agencji Węgla i Stali, spółki zależnej od Centrozapu. Według śledczych, Marek M. zażądał miliona dolarów, umawiając się z AWiS na zasadzie - połowa sumy teraz, a druga po zakończeniu transakcji. Przejmując pakiet kontrolny Centrozapu, ówczesny zarząd spółki mógł dokonać bezpiecznie wielu przekrętów gospodarczych. Transakcję próbowano sfinalizować za po­mo­cą operacji na rynku wierzytelności. To miało być przestępstwo doskonałe. Na początku 1999 r. pojawiły się informacje, że III NFI będzie zbywać pakiet kontrolny akcji Centrozapu. Pierwsza zgłosiła się AWiS. W czer­w­cu 1999 r. podpisano umowę, zgodnie z którą do końca sierpnia AWiS miał wpłacić na konto NFI 10 mln zł, a do grudnia kolejne 40 mln zł. Agencja nie miała jednak wystarczającej sumy. Jej szefowie postanowili obejść prawo i na własną rękę zdobyć potrzebną kwotę. Chcieli przejąć od Węglozbytu warte 10 mln zł wierzytelności huty Katowice, a następnie odsprzedać je Centrozapowi. Do sfinalizowania transakcji posłużono się zależną od AWiS firmą Kolshand. Węglozbyt zgodził się na sprzedaż wierzytelności Kolshandowi, jednak zażądał gwarancji finansowych. Marek M., prze­wod­ni­czą­cy rady nadzorczej Centrozapu, polecił jego prezesowi podpisanie weksla o wartości 10 mln zł. Transakcja doszła do skutku, jednak Węglozbyt nie zobaczył ani grosza. Kolshand natychmiast przelał je na konto III NFI jako pierwszą ratę kupna akcji Centrozapu. Machlojki wokół jednej z największych śląskich firm zwróciły uwagę funkcjonariuszy Urzędu Ochrony Państwa. Już na początku 2000 r. UOP zaczął zbierać dowody. W czerwcu specsłużby zwróciły się do prokuratury z wnioskiem o are­szto­wa­nie prezesów i kilku osób z rady nadzorczej. Z niejasnych powodów akcję przekładano, i dopiero w kwietniu 2001 r. ujęto oszustów. Za kraty trafili wtedy Henryk M., Adam P. (były dyrektor finansowy Centrozapu), Robert S. (wiceprezes AWiS), Piotr P. (wice­prezes Kolshand) oraz Marek M. (wice­prezes Trinity Management, firmy zarządzającej III NFI, a zarazem były szef rady nadzorczej Centrozapu). Od razu wybuchła afera, bo UOP i Pro­ku­ra­tu­ra Okręgowa w Katowicach zaczęły się wzajemnie oskarżać o utru­dnia­nie śledztwa. W czerwcu 2001 r. zatrzymano Mariusza Szekiela, wiceszefa katowickiej delegatury UOP. Prokuratura zarzuciła mu utru­dnia­nie po­stę­po­wa­nia w sprawie Centrozapu, przekroczenie uprawnień i zdradę informacji związanych ze śledztwem.

 

Wojskowe korzenie technologii mRNA

Publiczna narracja dotycząca powstania szczepionek mRNA przeciw COVID-19 od lat opiera się na stałym schemacie: Pfizer i Moderna miały w bezprecedensowym tempie opracować nowe preparaty, czemu sprzyjały innowacyjność, finansowanie nadzwyczajne oraz program „Operation Warp Speed”. Zdaniem kardiologa i internisty dr. Petera McCullougha taka opowieść jest jednak niepełna — i zaciemnia kluczowe źródło tej technologii.

Według McCullougha podstawy technologii mRNA nie wywodzą się z przemysłu farmaceutycznego, lecz z amerykańskich badań wojskowych. Wskazuje on konkretnie na program prowadzony przez Defense Advanced Research Projects Agency (DARPA), czyli agencję badawczą Departamentu Obrony USA. Już w 2012 roku DARPA miała uruchomić tzw. program ADEPT Protect P3 — „platformę zapobiegania pandemiom”. Celem tego programu było opracowanie szczepionek kodowanych genetycznie, opartych na RNA lub DNA, które pozwoliłyby powstrzymać pandemię w ciągu 60 dni. Dla McCullougha ten horyzont czasowy ma kluczowe znaczenie. Często przywoływana „prędkość warp” nie była — jego zdaniem — spontaniczną reakcją na SARS-CoV-2, lecz rezultatem niemal dziesięcioletnich przygotowań. Pandemia dostarczyła jedynie momentu, w którym już istniejący system po raz pierwszy został użyty na szeroką skalę.

McCullough inaczej interpretuje również rolę firm farmaceutycznych. Moderna miała otrzymać swój pierwszy kontrakt liczony w miliardach dolarów już w 2013 roku, a więc na długo przed COVID-19. Według tej interpretacji firma nie była źródłem technologii, lecz wykonawcą w ramach programów o militarnym charakterze. Równolegle wojsko pracowało nad scenariuszami zagrożeń biologicznych — obejmującymi m.in. ospę, ospę małpią, wąglika i inne patogeny. W tej logice SARS-CoV-2 nie był wyjątkiem, lecz elementem szerszych ram strategicznych, w których zagrożenie i środek zaradczy są rozpatrywane jednocześnie.

Szczególnie kontrowersyjna jest interpretacja McCullougha dotycząca nadzwyczajnego dopuszczenia do użycia (Emergency Use Authorization, EUA). Mechanizm ten — jak twierdzi — nie był pierwotnie pomyślany dla cywilnej populacji, lecz jako sposób szybkiego wdrażania nowych technologii w kontekście wojskowym. Zastosowanie EUA na masową skalę wobec ludności cywilnej podczas pandemii COVID-19 miało doprowadzić do instytucjonalnego przesunięcia. McCullough sugeruje, że może to tłumaczyć, dlaczego organy nadzorcze, takie jak FDA, zachowywały się w czasie pandemii w sposób nietypowo powściągliwy: program miał de facto wojskowe pochodzenie i był realizowany według tej logiki.

W tej perspektywie kampania szczepień jawi się nie tyle jako innowacja medyczna przemysłu farmaceutycznego, ile jako przeniesienie wojskowej logiki na grunt społeczny. Jednolita realizacja, brak wyjątków, scentralizowane decyzje — dla McCullougha są to cechy charakterystyczne dla programów wojskowych, które znalazły zastosowanie w przestrzeni cywilnej. Jego zasadnicza teza brzmi: szczepionki mRNA nie były improwizowaną odpowiedzią na wirusa z Wuhan, lecz widocznym użyciem długo przygotowywanego wojskowego programu technologicznego — przy czym COVID-19 był impulsem, a nie źródłem tego procesu.

Wypowiedzi McCullougha stoją w sprzeczności z oficjalnymi narracjami polityków, instytucji publicznych i koncernów farmaceutycznych w kluczowych punktach. Rodzą pytania o przejrzystość, cywilną kontrolę oraz granice między badaniami wojskowymi a zdrowiem publicznym.

Niezależnie od oceny tych tez, jedno pozostaje jasne: historia technologii mRNA jest bardziej złożona, starsza i silniej uwikłana politycznie, niż sugeruje uproszczona opowieść o „Warp Speed”.

Źródło zagraniczne: UncutNews.ch
Źródło polskie: WolneMedia.net

 

Pytanie nie brzmi czy, ale ile dzieci umiera przez szczepienia

Przez dziesięciolecia władze sanitarne na całym świecie zaprzeczały jakiemukolwiek związkowi między szczepieniami a zgonami niemowląt, w tym zespołem nagłej śmierci łóżeczkowej (SIDS). Nowe badanie przedpremierowe w USA zaostrza debatę: analiza danych Departamentu Zdrowia Luizjany wskazuje, że niemowlęta zaszczepione w drugim miesiącu życia częściej umierały w trzecim miesiącu niż niemowlęta niezaszczepione. Naukowcy z Children’s Health Defense, którzy przeprowadzili analizę, apelują o transparentność i wzywają władze sanitarne do udostępnienia porównywalnych zestawów danych do niezależnych analiz.

Departament Zdrowia Luizjany udostępnił badaczom Brianowi Hookerowi i Karlowi Jablonowskiemu z Children’s Health Defense (CHD), organizacji zajmującej się ochroną zdrowia przed szczepieniami, założonej przez obecnego Sekretarza Zdrowia USA Roberta Kennedy’ego, zbiór danych obejmujący 5800 dzieci, które zmarły przed trzecimi urodzinami w latach 2013–2024. Spośród tych dzieci 1775 można powiązać z ich dokumentacją dotyczącą szczepień.

Analiza Hookera i Jablonowskiego skupiła się następnie na podgrupie 1225 dzieci, które przeżyły pierwsze 90 dni życia. Stwierdzili, że niemowlęta zaszczepione w drugim miesiącu życia (w wieku 60–90 dni) były bardziej narażone na śmierć w trzecim miesiącu życia (w wieku 90–120 dni) niż niemowlęta niezaszczepione. Zwiększone ryzyko zgonu wahało się od 29 do 74 procent, w zależności od analizowanej szczepionki. Największy związek odnotowano w przypadku szczepionki przeciw rotawirusom: o 74 procent wyższy wskaźnik śmiertelności, co autorzy uznali za statystycznie istotne. We wszystkich porównaniach w ramach zbioru danych, dzieci niezaszczepione miały najniższy wskaźnik śmiertelności w grupie wiekowej 90–120 dni.

Ponadto dzieci, które otrzymały wszystkie pięć zalecanych w USA szczepień dla niemowląt w wieku 2 miesięcy – przeciwko błonicy, krztuścowi, tężcowi, polio, rotawirusom, Haemophilus influenzae typu B (Hib) i pneumokokom – porównano z niemowlętami, które nie otrzymały żadnego z tych szczepień w drugim miesiącu życia. Niemowlęta, które otrzymały wszystkie pięć szczepionek, miały o 60% większe prawdopodobieństwo zgonu w trzecim miesiącu życia niż niemowlęta niezaszczepione. Ryzyko to wzrastało do 68%, jeśli zostały również zaszczepione przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B po urodzeniu. Dziewczynki miały wówczas jeszcze wyższe ryzyko zgonu – 112% w trzecim miesiącu życia. Autorzy, powołując się na wcześniejsze badania, sugerują, że może to być związane z silniejszą odpowiedzią immunologiczną u kobiet po szczepieniu, co z kolei przekłada się na wyższy wskaźnik działań niepożądanych.

„Według standardów epidemiologicznych to bardzo mały zbiór danych, ale należy do największych i najbardziej szczegółowych tego typu” – powiedział Jablonowski w rozmowie z The Defender, serwisem informacyjnym CHD, w odpowiedzi na badanie. „Nie spodziewałem się żadnych odkryć, ponieważ nie ma materiału porównawczego. Badanie tej wielkości, o takim poziomie szczegółowości, koncentrujące się na drugim miesiącu życia, nigdy wcześniej nie zostało przeprowadzone, o ile mi wiadomo”.

Jablonowski i Hooker apelują do organów ochrony zdrowia i naukowców o udostępnienie porównywalnych, powiązanych zbiorów danych do niezależnych analiz, argumentując, że przejrzystość jest niezbędna do oceny bezpieczeństwa szczepionek na poziomie populacji. „Jedno badanie nie prowadzi do konsensusu” – powiedział Jablonowski. „Musi być wielokrotnie powtarzane w każdym stanie, prowincji lub kraju, który wyrazi na to zgodę. Jestem niezmiernie wdzięczny, że CHD mogło współpracować z tak odważnymi ludźmi w stanie Luizjana”. Obaj badacze argumentują, że jedynie szerszy dostęp do porównywalnych zbiorów danych – i niezależne powtórzenie analizy – może określić, czy wzorce obserwowane w Luizjanie odzwierciedlają lokalną anomalię, czy też zjawisko bardziej ogólne. „Każdy stan, prowincja i kraj, w którym rejestr szczepień można powiązać z rejestrem zgonów, może dostarczyć takich dowodów”.

Pod koniec grudnia Hooker i Jablonowski opublikowali swoją analizę, która nie została jeszcze poddana recenzji naukowej, na stronie Preprints.org. Wkrótce potem amerykański internista Clayton J. Baker przedstawił dodatkowy kontekst na stronie internetowej Brownstone Institute. „Istnieje coraz więcej dowodów naukowych na to, że jednoczesne podawanie wielu szczepionek zwiększa toksyczność szczepionek i prowadzi do śmierci dzieci” – napisał wprost. Baker powołuje się na recenzowane badanie opublikowane w 2011 roku w czasopiśmie naukowym „Human & Experimental Toxicology”. W badaniu tym amerykańscy badacze Neil Miller i Gary Goldman porównali wskaźniki śmiertelności niemowląt w trzydziestu krajach rozwiniętych z liczbą szczepionek rutynowo podawanych przed latami 1990.

Autorstwo: Toine de Graaf
Źródło zagraniczne: DeandereKrant.nl
Źródło polskie: WolneMedia.net

          Trump chce usunąć bezdomnych z ulicy do                                                              psychiatryków?

Prezydent Donald Trump ogłosił, że podpisał rozporządzenie wykonawcze, które ma ułatwić usuwanie osób bezdomnych z publicznych przestrzeni oraz kierowanie ich do placówek leczenia, w tym psychiatrycznych i terapeutycznych. Według administracji ma to być element walki z narastającą bezdomnością i „zabezpieczenia porządku publicznego”.

Podczas konferencji prasowej w Białym Domu Trump podkreślił, że pozostawienie „miast i obywateli w chaosie i strachu” nie jest wyrazem współczucia, i że jego rząd musi sięgnąć po nowe środki, przekierowując osoby z ulic do instytucji. Wspomniał także o własnych wspomnieniach z czasów dorastania w Queens w Nowym Jorku i wysunięciu tezy, że likwidacja dawnych szpitali psychiatrycznych w dużych miastach przyczyniła się do narastającego problemu osób bez domu.

Choć pełny tekst rozporządzenia wykonawczego nie został jeszcze oficjalnie opublikowany na stronie Białego Domu, jego główne elementy znane są z dokumentów federalnych i wcześniejszych komunikatów z 2025 roku. Rozporządzenie „Ending Crime and Disorder on America’s Streets”, podpisane 24 lipca 2025 r., zawiera zachęty dla rządów stanowych i lokalnych do zakazu otwartego używania narkotyków, biwakowania i bezprawnego zajmowania przestrzeni publicznych; mechanizmy, które mają ułatwić przymusowe leczenie psychiatryczne lub terapeutyczne osób uznanych za stanowiące zagrożenie dla siebie lub innych; priorytetowe przyznawanie środków federalnych dla jurysdykcji egzekwujących takie przepisy, oraz możliwość kierowania osób bezdomnych do „długoterminowych placówek instytucjonalnych” w celach terapeutycznych lub kontrolnych.

Decyzja administracji wzbudziła natychmiastową krytykę organizacji zajmujących się prawami obywatelskimi i pomocą osobom bezdomnym. The National Alliance to End Homelessness ostrzegło, że rozporządzenie nie adresuje istoty problemu bezdomności, a co gorsza może odbierać podstawowe prawa osobom już w trudnej sytuacji życiowej i wzmocnić karne podejście wobec osób z problemami zdrowia psychicznego. Eksperci ds. zdrowia publicznego zwracają uwagę, że przymusowe umieszczanie ludzi w instytucjach psychiatrycznych, albo kierowanie ich do długoterminowych placówek bez stabilnej perspektywy mieszkaniowej, nie rozwiązuje podstawowych przyczyn bezdomności ani problemów związanych z zaburzeniami zdrowia psychicznego. Organizacje takie jak National Low Income Housing Coalition zauważają również, że polityka może prowadzić do przenoszenia osób bez domu do systemów karnych lub instytucjonalnych, zamiast do domów i programów wsparcia społecznego, co może naruszać wcześniejsze precedensy prawne dotyczące praw osób niepełnosprawnych.

Krytycy podkreślają, że decyzja Trumpa jest odwróceniem wieloletnich strategii opartych na modelu „Housing First”, który koncentruje się na zapewnieniu stabilnego miejsca zamieszkania jako podstawy do późniejszego leczenia i integracji społecznej. Zastąpienie tej strategii podejściem naciskającym na przymus i usuwanie ludzi z przestrzeni publicznych może — ich zdaniem — pogłębić problem bezdomności i ograniczyć prawa obywateli.

Rozporządzenie wpisuje się w szerszą zmianę federalnej polityki wobec bezdomności i zdrowia psychicznego. Administracja Trumpa już wcześniej sygnalizowała chęć zwiększenia roli przymusowego leczenia i zmiany priorytetów finansowania usług publicznych, a także odejście od dotychczasowych programów takich jak „Housing First”, uznawanych przez wielu ekspertów za skuteczne.

Co dalej? Rozporządzenie wykonawcze nie zostało jeszcze formalnie opublikowane w pełnej wersji, co oznacza, że szczegóły jego implementacji są nadal niejasne. Krytycy zapowiadają prawne i społeczne protesty w obronie praw osób bezdomnych i osób z problemami zdrowia psychicznego, podczas gdy administracja podkreśla potrzebę przywrócenia porządku i bezpieczeństwa w amerykańskich miastach.

Autorstwo: Aurelia
Zdjęcie: Pixabay (CC0)
Na podstawie: ThewWnePress.substack.com
Źródło: WolneMedia.net

                     Sędzia zakrzykiwała przesłuchiwanego

 

 

Sędzia Edyta Duda z Sądu Rejonowego w Kluczborku została przeniesiona na stanowisko w Sądzie Rejonowym w Opolu w związku z nieodpowiednim zachowaniem podczas rozprawy sądowej. Sąd Dyscyplinarny uznał, że jej postępowanie naruszało godność urzędu sędziego. Żądała od przesłuchiwanego odpowiedzi nie pozwalając mu odpowiedzieć. 


Sprawa dotyczyła rozprawy w marcu 2025 roku, podczas której Duda prowadziła przesłuchanie mężczyzny obwinionego o wykroczenie związane z odmową badania alkomatem w 2022 roku. Nagranie z rozprawy, które trafiło do serwisu „YouTube”, pokazuje, że sędzia kilkukrotnie podnosiła głos na obwinionego, nie pozwalała mu w pełni przedstawiać własnej wersji wydarzeń i nakazywała odpowiadać w sposób „oczekiwany przez sąd”.

Na nagraniu słychać, jak znęca się nad przesłuchiwanym mężczyzną. Kilkukrotnie zadaje mu pytanie i przerywa za każdym razem, gdy próbuje mówić, aby w finale zaprotokołować, że wielokrotnie odmówił udzielenia odpowiedzi.

W sądzie w Kluczborku dochodziło także do sytuacji, w których sędzia wyśmiewała i poniżała współpracowników, przerzucała na nich część obowiązków oraz bezpodstawnie ich krytykowała. Informacje te zostały zebrane podczas postępowania dyscyplinarnego prowadzonego przy Sądzie Apelacyjnym we Wrocławiu.

2 stycznia zapadł wyrok Sądu Dyscyplinarnego – sędzia Duda została przeniesiona na inne stanowisko. Ma prawo odwołać się od decyzji w ciągu 30 dni od otrzymania pisemnego uzasadnienia.

Sprawa wywołała zainteresowanie opinii publicznej i zwraca uwagę na problem zachowania urzędników sądowych wobec stron postępowania i współpracowników.

Autorstwo: Aurelia
Na podstawie: o2.pl
Źródło: WolneMedia.net

 

                            TUZY ELITY                            Paweł Robert Kowal   Paweł Robert Kowal   Paweł Robert Kowal (ur. 22 lipca...