poniedziałek, 9 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                       Krzysztof Habich

 


Krzysztof Habich (1947 - 2013) – polski prze­d­się­bior­ca. W 1997 roku był na 55 miej­scu Listy 100 Najbogatszych Polaków ty­god­ni­ka „Wprost”.

Legendarny weteran walki z polskim fis­ka­li­z­mem. Po dwóch latach porzucił studia na Politechnice Warszawskiej i zajął się biz­ne­sem. Biznesem wszelakim. To było jeszcze w czasach PRL. Jak nastał nowy ustrój, Ha­bich rozwinął skrzydła, najbardziej znaną jego firmą był World Leasing.

On sam twierdził, że w PRL studiów nie opłacało się kończyć – po dy­plo­mie trzeba było iść na rok do wojska. Studiował więc długo i nieskutecznie. Żeby zarobić, prowadził spółdzielnię studencką Estetyka, która zajmowała się sprzątaniem. Potem, już jako właściciel firm polonijnych, produkował papę, kosiarki i wszystko, co dało się dobrze sprzedać. Uważał, że soc­ja­lizm jest ustrojem, w którym łatwo zarobić – wszystkiego przecież brakuje.

Habichowi nie było żal lat spędzonych za kratkami, choć z ekspertyz kar­dio­lo­gów wynikało, że w każdej chwili jego serce może nie wytrzymać. Medycy sądowi uważali, że to jego linia obrony. Zwłaszcza że tryb życia na wolności nie sprzyjał choremu sercu. Lubił wino i szampana w ilościach hurtowych, uwielbiał ostrą jazdę szybkimi sportowymi samochodami. Ale bolała go opinia przestępcy. Do końca życia upierał się, że prawa nie złamał. To, że złe przepisy umożliwiają rujnowanie państwowej kasy, jest winą ich twór­ców, nie jego. Niech je poprawią. Jego zaś specjalnością było wyjmowanie pieniędzy, których nigdy do państwowej kasy nie włożył.

Habich chwalił się, że jego firmy – w połowie lat 90. jedna z nich, World Leasing, miała obroty większe niż Giełda Papierów Wartościowych – dzięki lukom w prawie nie płacą żadnych podatków.

Wręczano mu wszelkie możliwe nagrody – Asa Biznesu, Menedżera Ro­ku. Trafił na szczyt rankingu najbogatszych Polaków. I publicznie na­zy­wał kolejnych ministrów finansów leniami i nieukami.

Żeby ich więc zdopingować do większej troski o dobre przepisy, Habich potraktował państwową kasę jak pulę w kasynie, którą trzeba rozbić. Tro­pie­niem jego przekrętów zajmowała się policja, skarbówka i kilka pro­ku­ra­tur. O wiele łatwiej było jednak podszepnąć mediom coraz większe sumy, które wyciągał z budżetu, niż przepis prawa, który złamał. Łatwiej było Ha­bi­cha zamknąć, niż prawo poprawiać. Choć bardzo się starano. Ale gdy jedną lukę uszczelniono, on znajdował następną.

Pierwszy wyrok na Habicha wydano w 1995 r. Skazano go na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu za tzw. aferę rublową, która stała się zaczątkiem fortun wielu szanowanych potem biznesmenów.

Nie mogła nie wybuchnąć, państwo wręcz podsunęło ją na tacy. W 1990 r., gdy polska gospodarka otworzyła się na świat, w handlu z byłym już Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich ciągle rozliczaliśmy się za pomocą wirtualnego rubla transferowego. Bank Handlowy określił jego kurs na 1 tys. zł, ale eksporterzy płodów rolnych mogli uzyskać 2,1 tys. zł. Jak łatwo się domyślić, żadne zboże ani ziemniaki na Wschód z Polski nie wyjechały. Ale w papierach wszystko się zgadzało, odbiorcy urzędowo poświadczali dostawy.

Sąd wyższej instancji wyrok Habichowi uchylił i nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy. Nie odbyło się to nigdy. Może dlatego, że w wyniku afery łatwo było wskazać tych, którzy na niej zarobili, zabrakło natomiast pokrzywdzonych. Po raz pierwszy i ostatni za sprawą Habicha zyskał nawet budżet państwa. Gdyby nie fikcyjny eksport ziemniaków, do Polski nie wpłynęłoby wtedy 5,5 mld rubli transferowych i nasz ówczesny dług wobec Rosji wynosiłby 10 mld rubli. Wkrótce potem przewalutowano je na dolary, w relacji jeden do jednego. Aferzyści zmniejszyli zadłużenie Polski o 5,5 mld dol.

Larry Flint polskiego biznesu

Krzysztofa Habicha znała wtedy cała Polska. Między innymi dlatego, że swoje poglądy na temat marnej jakości prawa w bardzo kontrowersyjny sposób głosił na łamach popularnego wówczas pisma konsumentów „Veto” (które kupił).

Jego książka „Jak nie dać się oskubać fiskusowi” w pierwszej wersji miała tytuł: „Jak oskubać fiskusa”. Drukowana w odcinkach w jednym z tabloidów bardzo zwiększyła jego sprzedaż. Habich zakłada też STOP (Stowarzyszenie Obrony Podatników). Oczywiście przed fiskusem.

Był postacią kolorową. Wielu pamięta go z „cegłą” w jednej (pierwszy aparat komórkowy Centertel) i pokaźnym Rolexem na drugiej ręce. Stosował swoisty dress code – luksusowy zegarek świadczyć miał o jego pozycji w biznesie, a poza tym nosił się raczej luźno. Jeśli trzeba było wystąpić w garniturze, to najchętniej Vistuli – pasowały bez przymierzania. Na mniej formalne spotkania potrafił przyjść nawet w klapkach. Zyskał ksywę Larry Flint polskiego biznesu.

Był już na tyle znany i uznany, że z jego doradztwa podatkowego korzystali czołowi polscy aktorzy: Magdalena Zawadzka, Gustaw Ho­lo­u­bek, Marian Opania i wielu innych.

Gwiazdy zainteresowały się podatkami po tym, jak w 1994 r. Ministerstwo Finansów wprowadziło tak zwany ryczałt. Miał zmusić do płacenia małe firmy, które uporczywie nie wykazywały zysku, opodatkowywał bowiem przychody (7,5 proc.). Autorzy przepisu nie zorientowali się, że tworzą zachętę do pomniejszania obciążeń dla innych, do tej pory zatrudnionych na etacie – właśnie m.in. dla gwiazd filmu i teatru, płacących wtedy 45-proc. stawkę podatku PIT. Krzysztof Habich doradził, by stali się przedsiębiorcami i stawkę wyższą zamienili na niższą.

Przez wiele miesięcy żaden urząd skarbowy nie dopatrzył się w tym niczego niewłaściwego. Wątpliwości zaczęły natomiast dręczyć dyrektora Teatru Współczesnego, który postanowił rozwiać je w Urzędzie Skarbowym na Mokotowie. Dopiero wtedy Izba Skarbowa orzekła, że gwiazdy płacić ryczałtu nie mogą, bo „artyści nie uprawiają wolnego zawodu, lecz samodzielną działalność artystyczną”. Habich tylko na to czekał. Poproszony przez Związek Artystów Scen Polskich o pomoc, zaskarża wyrok. Naczelny Sąd Administracyjny decyzję izby uznał za nieważną.

Podczas gdy Habich święcił triumfy, a media pokazywały, jak pije szampana z Gustawem Holoubkiem, nad głową biznesmena zbierały się już ciemne chmury. Do nieustannych wizyt inspektorów skarbowych i wez­wań do prokuratury zdążył się przyzwyczaić. Większość gotówki trzyma – jak twierdził – w kartonach, w kawalerce, w której nie mieszkał. Do banków nigdy nie miał zaufania. W 1996 r. konta wszystkich jego firm oraz jego prywatne rachunki zostają zablokowane. Zablokowano też konta przedsiębiorstw korzystających z jego usług. Do depozytu Muzeum Narodowego trafiła bogata kolekcja obrazów, z dziełami Jacka Mal­cze­w­skie­go, Fałata, Wierusza-Kowalskiego, wcześniej ozdabiających ściany jego rezydencji w Magdalence (nigdy tam zresztą nie wróciły). Sprawa zrobiła się naprawdę poważna.

Powodem zainteresowania aparatu sprawiedliwości był system po­ży­czek, który Habich skonstruował. Jego firmy pożyczały spore, choć wirtualne sumy przedsiębiorstwom, naliczając od nich ogromne odsetki. Pikanterii dodaje fakt, że wśród klientów były firmy państwowe: Polfy, Cefarmy, zakłady tytoniowe, browary. Za pożyczone pieniądze państwowe przedsiębiorstwa kupowały obligacje emitowane przez prywatne firmy Habicha. Dzięki temu nie płaciły podatku dochodowego, bo państwo właśnie wprowadziło ulgi na zakup papierów. Autorom przepisu chodziło o to, by ludzie kupowali papiery skarbowe zadłużonego Skarbu Państwa, ale nie sformułowali go precyzyjnie. Habich skorzystał z kolejnej luki. Znów nie bardzo było się o co przyczepić.

Przyczepiono się więc o opłatę skarbową. Skarbówka uważa, że należy się ona fiskusowi. Ta opłata stała się istotą sporu prezentowanego często w mediach jako spór Krzysztofa Habicha z Grzegorzem Kołodką (Samuel Hanerman) który pełnił wtedy funkcję wicepremiera i ministra finansów.

min. Grzegorz Kołodko (Samuel Hanerman)
 

Habich się nie poddał. Większość z jego 400 największych klientów walczyło już tylko o przetrwanie, ale dziewięć firm biło się do końca ramię w ramię z biz­nes­me­nem. Kiedy sprawa dotarła do Sądu Naj­wy­ż­sze­go, ten przyznał biznesmenowi rację – urzędy skarbowe nie miały prawa żądać opłaty skarbowej od udzielanych przez nie­go pożyczek. „Zwrot pieniędzy dostała jed­nak tylko ta dziewiątka, której udało się dotrzeć do najwyższej instancji. Setki pozostałych dostało komunikat z Ministerstwa Finansów: opłata skarbowa raz zapłacona nie podlega zwrotowi” – donosiła „Rzeczpospolita”.

To był jednak początek końca. Nowi klienci bali się już korzystać z do­ra­dz­twa podatkowego Habicha. Jednocześnie MF zabiegało, by doradztwo podatkowe wymagało zdobycia koncesji. Wiadomo, że Ha­bich, bez pra­wni­cze­go dyplomu, z pewnością jej nie dostanie.

Afera filipińska

Zanim Habich wygrał w SN sprawę o opłaty skarbowe, został oskarżony w kolejnej sprawie karnej. Tym razem o stworzenie w 1994 r. zor­ga­ni­zo­wa­nej grupy przestępczej, której celem miały być wyłudzenia z budżetu podatku VAT. Aferami, których istotą było wykorzystywanie różnych stawek tego podatku, interesowały się prokuratury w całym kraju. I łamały sobie na nich zęby.

Kiedy w lipcu 1993 r. podatek od wartości dodanej wchodził w Polsce w życie, Habich zacierał ręce. Uznał, że teraz dopiero system podatkowy stwarza mu pole do popisu.

Twarzą VAT w Polsce stał się prof. Witold Modzelewski, ówczesny wi­ce­mi­ni­ster finansów i przeciwnik Habicha.

prof. W. Modzelewski


 

Potem role się odwrócą. Prof. Modzelewski ode­j­dzie z ministerstwa i zo­sta­nie pierwszym do­ra­d­cą podatkowym, już kon­ces­jo­no­wa­nym przez MF. Sporządzane przez niego ekspertyzy Habich przed­sta­wi w sądzie przy ko­lej­nych swoich sprawach jako dowód, że prawa nie złamał.

Wątków w aferach vatowskich z Habichem w roli głównej jest wiele. Najgłośniejsza była sprawa filipińska, która miała przyczynić się do awansu łódzkiego prokuratora Kazimierza Olejnika. W finezyjnej konstrukcji obmyślonej przez Habicha zgadzało się wszystko oprócz kasy.

Biznesmen w szkolnych warsztatach (na ich produkty obowiązywała zerowa stawka VAT) produkował bawełniane koszulki z wizerunkiem Kabili, prezydenta Konga, śpiewniki dla filharmonii filipińskiej oraz nagrywał kasety z obrzędami afrykańskimi. Prokuratorzy żmudnie wyliczyli koszty tej bezwartościowej produkcji: koszulki – 3,60 zł, śpiewniki – 7,50 zł. I po­rów­ny­wa­li je z cenami, po których gadżety zostały sprzedane za granicą – 100 dol. za koszulkę, 336 zł za śpiewnik dla filharmonii. Im wyższa była cena eksportowanego towaru, tym więcej eksporter dostawał od państwa zwrotu VAT. Podatku, którego nigdy wcześniej nie zapłacił. Miało to być dowodem przekrętu, ale być nie mogło. Prawo nie zabrania sprzedawać drożej, niż wynoszą koszty. Trzeba było szukać mocniejszych dowodów. O pomoc poproszono Interpol. Potwierdził, że filharmonia na Filipinach istnieje naprawdę, tak jak i inne zagraniczne firmy, które miały za absurdalne sumy importować od Habicha gadżety.

W żadnej z vatowskich afer wyrok na Habicha nie zapadł do tej pory, choć biznesmen w 1996 r. został oskarżony także o „wyłudzenie i usiłowanie wyłudzenia w 1994 r. około 40 mld starych zł na szkodę urzędów skarbowych w całej Polsce z tytułu fikcyjnych transakcji”. Jeszcze w 2004 r. przeniesiony do Ministerstwa Sprawiedliwości olsztyński prokurator uspokajał „Rzeczpospolitą”, że sprawa przedawnia się dopiero w 2009 r. Było mnóstwo czasu.

Krzysztof Habich miał na koncie kilkadziesiąt aktów oskarżenia i tylko jeden wyrok. Na rozprawę w Bielsku Podlaskim przywieziono go więźniarką z łódzkiego aresztu śledczego. Pod koniec kwietnia 2002 r. sąd skazał go na trzy lata więzienia i 60 tys. zł grzywny. Uznał, że w 1993 r. jedna z jego firm udzieliła spółce z Bielska Podlaskiego pożyczki, ale czek, który wy­sta­wi­ła, nie miał wtedy pokrycia. Skazano go jednak nie za wystawienie czeku bez pokrycia, ale „za zabór mienia znacznej wartości”.

Habich uważał, że obrońca nie udźwignął sprawy. Najczęściej zresztą z usług adwokatów nie korzystał. Bronił się sam.

W więzieniu, a zwłaszcza w areszcie, Krzysztof Habich cieszył się większym szacunkiem niż dyrektor zakładu karnego – zapewnia osoba, która go tam odwiedzała. Świadczył współwięźniom usługi prawne i dzięki niemu wielu z nich wcześniej wyszło na wolność. Pomagał w przygotowaniu linii obrony. Zyskał „pod celą” wielu przyjaciół.

Ostatnie lata spędził na wolności. Pisał blog, gościnnie wykładał prawo na wyższych uczelniach i borykał się z coraz większymi kłopotami fi­nan­so­wy­mi. Serce, które tak długo traktowano jako element linii obrony os­kar­żo­ne­go, w końcu wysiadło.

Habich zmarł 23.06.2013r.


Ostatnich gryzą psy (1996), (wyd. Hobby, Warszawa)

  • Bardzo łatwo zauważyć prostą zależność: im kraj bogatszy, tym mnie­j­sza część jego mieszkańców jest w stanie wyżywić resztę.
  • Wpływy z VAT stanowią główne źródło zasilania budżetu, prawie co dru­ga złotówka, trafiająca do kasy państwa pochodzi właśnie z podatku od towarów i usług. Warto zastanowić się też, ile kosztuje zdobywanie tych złotówek, czyli – jakie są koszty pozyskania VAT. Okazuje się jednak, że nie ma na ten temat żadnych informacji! Raz tylko wiceminister finansów powiedział, że podatek VAT nie może wynosić 7%, ponieważ nie wystarczyłoby to na pokrycie kosztów ściągalności!
    Jest to szalenie istotna informacja. Oznacza ona bowiem, że na­kła­da­jąc na towary i usługi 7% podatku – rząd tak naprawdę nie otrzymuje nic – jeszcze dokłada do tego interesu. Całe społeczeństwo, zo­sta­wia­jąc w sklepach o 7% więcej pieniędzy, nie przyczynia się wcale do po­pra­wie­nia ciężkiej doli emerytów, nauczycieli czy pielęgniarek, po­nie­waż oni z tej powszechnej „zrzutki” nie otrzymają ani grosza! Cały po­da­tek idzie bowiem na utrzymanie tych, którzy zajmują się jego wy­li­cza­niem, ściąganiem, kontrolowaniem, itp. Nareszcie mamy bardzo ogó­l­ny szacunek, jak potwornie drogo nas ten aparat kosztuje. 
 

 
Krzysztof Habich opowiada bajkę
 
 https://www.youtube.com/watch?v=z3TgLrYnlmo&t=1s
 

                                                                                         www.yelita.pl

 

Połamane kończyny, Zielony Ład i wojna na Ukrainie



W szpitalach sypnęło. Nie, nie pieniędzmi na leczenie chorych i ogólnie na funkcjonowanie zakładów uspołecznionej służby zdrowia. Tam bryndza, gorsza niż była. Dzienna stawka żywieniowa w szpitalach spadła z 25,62 zł do 21 zł. No cóż, szpital to nie dom wczasowy, poza tym można poprosić o jakąś wałówkę z domu, gdyby ktoś był głodny.

W końcu na te podarunki dla naszych sąsiadów ze wschodu, wkręconych w wojnę, skądś trzeba kasę zebrać. Taki prezydent Warszawy, na przykład, wysłał 90 aparatów prądotwórczych dla Kijowa. Razem wysłano ich już około 300 o wartości blisko 9 mln złotych. Warszawa ma „kasę”, prezydent ma gest. Gorzej z „kasą” na porządek w mieście. Zapytałem kierowcę piaskarki posypującej ulicę, czemu wyjechali tak późno. „Zielony Ład nie ma kasy na likwidację gołoledzi!” – odpowiedział z sarkazmem.

W metrze, na ekranie chwalącym osiągnięcia magistratu warszawskiego, przeczytałem: „piaskarki wyjechały w tym sezonie o pięćdziesiąt cztery razy częściej niż w ubiegłym”. W ubiegłym nie było zimy, piaskarek na lekarstwo, a w tym roku zima jest. Śniegowe „bulwiecie”, podtopniałe i zamarznięte na parkingach oraz chodnikach, koszą ludzi jak żeńcy słomę. Co chwilę, bez różnicy wieku, ktoś na nieposypanym lodzie poślizgnie się – i nie wstaje. Złamana noga, złamana kość szyjki udowej, złamana ręka, zerwane mięśnie… Starsi i młodsi… Pogotowie, izba przyjęć, łóżko na korytarzu – bo sale szpitalne pękają w szwach. Sypnęło połamańcami. Chirurdzy-ortopedzi obciążeni operacjami od rana do wieczora ledwo stoją na nogach. Żeby chociaż zarabiali tyle, co specjaliści od COVID-19 za czasów Niedzielskiego, ale gdzie tam.

Jak na ironię, bliski znajomy przewrócił się na przyszpitalnym, nie tylko nieodśnieżonym, ale nawet nieposypanym piaskiem, oblodzonym parkingu. Jest piątek po południu. Złamana szyjka kości udowej. Nie trzeba było nawet karetki: ratownicy zgarnęli go na nosze i zanieśli do izby przyjęć. Normalne zalecenia medyczne w takim przypadku – operacja, im szybciej, tym lepiej. Krótko leżał na korytarzu, miał szczęście, zwolniło się miejsce w sali. Tymczasowo przewiercono mu kość w nodze, przełożono bolec i linką przywiązano do drążka łóżka. Leży unieruchomiony: tu rurka, tam kroplówka – personel szpitalny zwija się jak w ukropie. Tam ktoś krzyczy, tu ktoś jęczy. Środki przeciwbólowe, leżymy i czekamy na operację. Podczas obchodu: „Panie doktorze, kiedy będę operowany?”. „Proszę pana, mamy taki wysyp połamańców, jakiego nigdy w życiu nie widziałem. Jak dobrze pójdzie – stół w przyszły piątek rano… I tak ma pan szczęście, bo nie trzeba endoprotezy, tylko zespolenie”. Faktycznie, miał szczęście. Przy endoprotezach terminy są takie, że ho ho!

Obraz nie byłby pełen, gdybym nie napisał, że lekarz chirurg-ortopeda, po szczęśliwym zoperowaniu mojego przyjaciela, następnego dnia rano wysiadając z samochodu na oblodzonym i nieposypanym szpitalnym parkingu sam się poślizgnął, przewrócił i połamał. Kto zoperuje teraz jego pacjentów?

Wszystko przez ten Zielony Ład – walczy z ociepleniem, walczy, no i przyszła zima, żeby to ocieplenie wstrzymać. Ale kasę podatników władza wydała na reglamentowanie gazów, na poradniki, jak bezpiecznie oddychać, żeby przeżyć, i jak chronić sygnalistę przed donosem innego sygnalisty, czy na dotacje dla sprawdzających długość psiego łańcucha… No i na agregaty dla Kijowa, do oświetlania ulic imienia Stepana Bandery.

Na piasek do posypywania chodników i parkingów – oraz na zapłacenie ludziom za pracę – nie wystarczyło. Nie ma to jak „oszczędna i racjonalna” polityka władzy. Z jednego 20-kilogramowego worka piasku można posypać do 70 m² śliskiego chodnika. Cena takiego piasku to poniżej 50 groszy za kilogram – worek za około 10 złotych. W hurcie taniej. Dołóżmy dla piaskarza jeszcze godziwą stawkę i za sto złotych mamy bezpieczne 100 metrów chodnika. Po zakończeniu zimy taki piasek można by zebrać i urządzić z niego plażę dla „młodych wykształconych” mieszkańców stolicy, uwielbiających pomysły swojego prezydenta.

Operacja zespolenia złamanego biodra kosztuje NFZ od 5 000 zł do ponad 8 000 zł. W przypadku endoprotezy – od 10 000 zł do nawet 20 000 zł. Do tego dochodzi rehabilitacja, płatne zwolnienia i ludzkie cierpienie. Nie byłoby tego, gdyby lodowiska na parkingach i chodnikach posypać niedrogim piaskiem.

Rozmawiałem z przyjaciółmi w innych miastach: przykład idzie ze stolicy, też nie posypują, a złamań jest epidemia. Po takim sezonie NFZ dostanie potężny cios w plecy od tej polityki i nie wiadomo, czy się po nim pozbiera. Mieliśmy już rządy różnych „elit”, ale jak nazwać te dzisiejsze? Dobrze chociaż, że nasze państwo pamięta o przybyszach i przeznacza na dzienny koszt utrzymania jednej osoby w ośrodku (z opieką medyczną) ponad 140 zł. Można jakoś wytrzymać. Będą chętniej nawiedzać „ten kraj”, który bardziej dba o przybyszy, niż o własnych obywateli.

Autorstwo: Barnaba d’Aix
Źródło: WolneMedia.net

                                   AFERZYŚCI ELIT                                                            Dominik Jastrzębski   Dominik J...