piątek, 9 stycznia 2026

                                      AFERY ELIT

                                                             Afera Taśmowa PO

 Październik 2013 rok

"Newsweek" opublikował film pokazujący kulisy zjazdu dolnośląskiej Platformy. Według informacji tygodnika poseł Michał Jaros i radny z Polkowic Tomasz Borkowski mieli wtedy namawiać delegata Pawła Frosta do głosowania na Jacka Protasiewicza, a w zamian sugerować, że działacz mógłby trafić do rady nadzorczej jednej z państwowych spółek.


                                                                                              Jacek Protasiewicz

 

Z kolei w po­nie­dzia­łek "Newsweek" o­pu­bli­ko­wał nagranie rozmowy; we­dług tego nagrania po­seł Wojnarowski, zwo­len­nik Pro­ta­sie­wi­cza o­bie­cu­je jednemu z de­le­ga­tów, Ed­war­do­wi Klim­ce, załatwienie sta­no­wis­ka w KGHM - w za­mian chce od­da­nia gło­su na rywala Grzegorza Schetyny.

„Przegrałem jednym głosem" - Schetyna odpowiedział też na zarzuty, że to jego środowisko nagrywa zakulisowe rozmowy. - To jest absurd. Nie po to zakładaliśmy PO w 2001 roku, żeby być świadkiem tego, co widzieliśmy w kilku województwach, w lubuskim czy na Dolnym Śląsku. To nie jest Platforma, jaką zakładaliśmy i dlatego zarząd musi się wypowiedzieć w tej sprawie i bardzo jednoznacznie przeciąć tę historię - podkreślił poseł.


                                                                                             Grzegorz Schetyna

 

Jest pytanie o uczciwe zasady gry. Zakładaliśmy PO po to, żeby takie zasady przyświecały i były obecne każdego dnia, w każdej sytuacji. Zrobiliśmy wszystko, żeby tak było. Nie ma zgody na to, co się zdarzyło. Dlatego muszą być kon­sek­wen­cje - dodał.

Nie chciał ocenić wniosku o u­nie­waż­nie­nie wyborów. Złożył go poseł PO Jakub Szulc. - Nie oceniam pomysłu, jestem w środku tej sytuacji. Poczekam na decyzje koleżanek i kolegów. (...) Jeżeli będą uczciwe zasady gry, to porażka jest czymś normalnym w polityce. Najważniejsza jest uczciwość i przyzwoitość - powiedział Schetyna.

"Kontekst nie jest jednoznaczny" - dodał, że w wyborach między kandydatami była różnica jednego głosu, "dlatego są emocje". - Czuję, że przegrałem jednym głosem wybory, których kontekst nie jest jednoznaczny - ocenił.

Jacek Protasiewicz został szefem dolnośląskiej PO otrzymując w drugim głosowaniu 205 głosów, a Grzegorz Schetyna - 194. Głosowało 400 delegatów, 1 głos był nieważny. Drugie głosowanie było konieczne, gdyż w pierwszym ani Schetyna ani Protasiewicz nie otrzymali wystarczającej liczby głosów. Wówczas – podczas pierwszego głosowania, Schetyna zebrał poparcie 199 delegatów, a Protasiewicz 200.

Zdaniem Schetyny Platformie "musi zależeć na tym, żeby reguły były jasne i żeby wszystko zostało wyjaśnione". - Każde oskarżenie musi zostać opisane - ocenił polityk. Dodał, że należy wykazać, czy jest w nich "źródło prawdy".

"Newsweek" publikuje film, na którym - jak twierdzi - poseł Michał Jaros i radny z Polkowic Tomasz Borkowski namawiają jednego z delegatów do głosowania na Jacka Protasiewicza. W zamian sugerują, że działacz mógłby wejść do rady nadzorczej jednej z państwowych spółek. Chodzi o szefa koła PO w Legnicy i radnego Pawła Frosta.

"Newsweek" informuje, że spotkanie zarejestrowane na nagraniu odbyło się dwa dni przed zjazdem w Karpaczu, na którym Protasiewicz został szefem dolnośląskiej PO. Inicjatorem rozmowy miał być Tomasz Borkowski. Zdaniem gazety, rozmówcy sugerują, że Frost, mający zdany egzamin na członka rad nadzorczych, mógłby trafić do władz jednej z dolnośląskich spółek. Gazeta pisze, że Frost jest znanym zwolennikiem Grzegorza Schetyny.

Nagrał dla bezpieczeństwa

Sam Frost, w rozmowie z "Newsweekiem" nie ukrywa, że to on jest autorem nagrania. - Zrobiłem to dla własnego bezpieczeństwa, bo Borkowski od kilku dni w natarczywy sposób namawiał mnie do poparcia Protasiewicza. Nikomu nie mówiłem, że chcę nagrać tę rozmowę, nawet rodzinie. Była to moja indywidualna decyzja – twierdzi Frost.

Odpiera zarzuty, że zrobił nagranie aby mieć haka na partyjnych kolegów. Twierdzi, że to bzdura. - Długo się biłem z myślami, czy to upublicznić, bo wiem, że stracę tych kolegów, ale musiałem to zrobić. Po nagraniu z posłem Wojnarowskim pojawiły się komentarze, że to był jednostkowy przypadek a moje spotkanie jest najlepszym dowodem, że nie był. Jeśli ktoś pofatygował się do mnie do domu i próbował mnie kusić, by nie powiedzieć „kupić”, to znaczy, że jeżdżono też do innych - twierdzi Frost.

Swoje argumenty Frost powtarza w rozmowie z TVN24. Przekonuje, że zdecydował się na nagranie, ponieważ namowy kierowane w jego stronę były "natarczywe". - Te rozmowy czy namawiania były takie dość natarczywe, więc postanowiłem trochę dla własnego zabezpieczenia nagrać to. Szczerze mówiąc nie miałem zamiaru tego w jakikolwiek sposób upubliczniać, tylko tak jak mówię - na wszelki wypadek. Wobec późniejszych wydarzeń zdecydowałem się przekazać te informacje - powiedział w TVN24.

Oto skrypt rozmowy:

Borkowski: - Paweł, moim zdaniem to jest jakaś tam nasza szansa, mówię ci. Stagnacja albo ewentualnie jakiś skok. Tak mi głupio o tym mówić, ale to też jest jakaś informacja. Paweł ma egzamin państwowy zrobiony…
Jaros: - Do…
Borkowski: - No, no… Nie trzeba, ale fajnie, że masz. Wiemy, o co chodzi.
- No dobra, wiemy o co chodzi.
Jaros: - Tak mi się wydaje, że wiemy, o co chodzi. Tam w takim budynku przy ulicy, nie wiem jak się nazywa..., ale tam się w podziemiach się go zdaje, tak?
Frost: - No.
Jaros: - To wiem, jaki egzamin. Do wykorzystania.
Frost: - Cała ekipa, jak myśmy tutaj kurs robili, to cała ekipa pojechała. Sporo tych osób było i jeden zdał.
Jaros: - Ty.
Frost kiwa głową.
Borkowski: - A w Nocie robiłeś czy gdzie?
- No.
Borkowski: - Ja też robiłem w nocie, tylko nie pojechałem na egzamin. Trudny był ten egzamin, nie miałem czasu się uczyć. Ja też byłem radnym. Cuda na kiju, ale... Chodzi o to, że ja mieszkam tu, gdzie mieszkamy a tu, gdzie my mieszkamy, nie trzeba mieć egzaminu.
- No nie trzeba
Frost: - Paweł spokojnie...
Borkowski: - Ja jestem spokojny, bez napinki. Tylko nie wierz w to, co ci mówią o tej wielkiej przewadze. Bo ja ci powiem tak on mówi, że Głogów jest tam a ja mówię, że nie wiem.
Jaros: - Wiem, z czego wynika ich pewność siebie, ale to się rozstrzygnie na sali. Naprawdę ja jestem bezpieczny.
Borkowski: - No, widzisz. To co ci mówiłem. Jedna strona mówi tak a druga strona mówi to samo.
Frost: A ja co mam biedny w takiej sytuacji zrobić?
Borkowski: Ja ci powiem tak. Ja byłem na urodzinach (niewyraźne). Widziałem i jednych, i drugich.

To kolejne nagranie dotyczące kulis sobotniego zjazdu dolnośląskiej PO. We wcześniejszym, zamieszczonym w internecie tekście, "Newsweek" zamieścił nagranie, na którym słychać, jak poseł PO Norbert Wojnarowski, stronnik europosła Jacka Protasiewicza, obiecuje jednemu z delegatów na zjazd dolnośląskiej PO załatwienie stanowiska w KGHM. W zamian chce oddania głosu na Protasiewicza, który o funkcję szefa dolnośląskiego regionu Platformy rywalizował z Grzegorzem Schetyną.

Ostatecznie Zarząd Krajowy PO utrzymał w mocy decyzje zjazdów wyborczych na Dolnym Śląsku i w Lubuskiem. Nie będzie zarządów komisarycznych. To, co się dzieje w dolnośląskiej PO jest czerwonym światłem. Obaj panowie powinni porozmawiać – powiedział Tomasz Lenz, wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego PO.

- Mam nadzieję, że zarząd dał obu panom do myślenia, liczę na to, że od jutra panowie będą rozmawiać. Grzegorz Schetyna ma świadomość, że decyzje są już zamknięte - podkreślił Lenz. Szef łódzkiej PO Andrzej Biernat powiedział dziennikarzom, że nie było podstaw merytorycznych do unieważnienia zjazdów w żadnym z regionów. - Zarząd jest po to, żeby rozwiązywać problemy. Sprawy wewnętrzne załatwia się wewnątrz. Nikt nie dostał po uszach, nikogo nie trzeba było pacyfikować – stwierdził Biernat.

Po północy na stronach internetowych Platformy podano dodatkowo informację, że zarząd - na wniosek rzecznika dyscypliny partyjnej - jednomyślnie zawiesił na trzy miesiące w prawach członków partii osoby, które nagrały ujawnione przez "Newsweek" rozmowy i te, które zostały nagrane. Zawieszeni zostali: Edward Klimka, Paweł Frost, Norbert Wojnarowski, Michał Jaros i Tomasz Borkowski. Rzecznik dyscypliny partyjnej - podano - poinformował też członków zarządu, że skierował do Krajowego Sądu Koleżeńskiego wnioski dyscyplinarne przeciw tym politykom. Lenz i Biernat ocenili ponadto, że "nie ma potrzeby" zawieszania Wojnarowskiego i Jarosa w prawach członków klubu parlamentarnego, gdyż w ich sprawie rozstrzygać będzie sąd partyjny. Jeszcze przed posiedzeniem zarządu wnioski o zawieszenie obu posłów w prawach członków klubu zapowiadał jego szef Rafał Grupiński. Gdyby sąd partyjny zdecydował o usunięciu Jarosa i Wojnarowskiego z PO, koalicja PO-PSL straciłaby większość w Sejmie.

O unieważnienie wyników wyborów szefa dolnośląskiej Platformy wnioskował przewodniczący sobotniego zjazdu na Dolnym Śląsku, poseł PO Jakub Szulc. W trakcie obrad zarządu Polsat News podało, że Szulc uznał sytuację za na tyle poważną, że złożył ponadto wniosek o wprowadzenie zarządu komisarycznego w dolnośląskiej Platformie. - Zarząd komisaryczny jest równoznaczny z rozwiązaniem struktur wojewódzkich partii - powiedział Szulc stacji. Ten postulat również nie został jednak spełniony.
Już po posiedzeniu zarządu pragnący zachować anonimowość współpracownik Schetyny ocenił, że zarząd przyjął "opcję minimum". - To zdecydowanie opcja minimum, ale każdy inny wariant oznaczałby, że musielibyśmy przegłosowywać się nawzajem - powiedział polityk z władz PO.

W przerwie posiedzenia zarządu Schetyna zapewniał w TVN24, że nie ma nic wspólnego z ujawnionymi nagraniami ze zjazdu Platformy na Dolnym Śląsku. - Jestem ofiarą tej sytuacji, bo jeśli prawdą jest, że jakieś głosy zostały przeniesione, to ja na tym straciłem - wskazał Schetyna.

Z kolei podczas zjazdu w regionie lubuskim - którym także zajmował się zarząd PO - przewodniczącą partii została na kolejną kadencję Bożenna Bukiewicz, wygrywając kilkoma głosami z wiceministrem spraw wewnętrznych Marcinem Jabłońskim. W sprawie nieprawidłowości w lubuskiej PO list do premiera Donalda Tuska napisała przed kilkoma tygodniami posłanka PO Bożena Sławiak. "Nie mogę firmować swoim autorytetem działań pani przewodniczącej (chodzi o Bożennę Bukiewicz), które mogę określić jako korupcyjne" - napisała Sławiak.


 

2026 – imperializm zrzucił maski

Rok 2026 nie otwiera nowego rozdziału w historii świata, ale ujawnia jego prawdziwą naturę. To, co do niedawna było ukryte za milczącym językiem dyplomacji i „wartości demokratycznych”, teraz wychodzi na jaw. Pojmanie Nicolása Maduro, dalekie od odosobnionego wydarzenia, działa jak impuls, punkt zwrotny, od którego dominacja staje się otwarta, osiągalna i akceptowana.

Po Wenezueli Donald Trump nie pozostawił wątpliwości co do dalszych losów. Z Air Force One, który stał się centrum dowodzenia dyplomacji opartej na groźbach, mnożyły się agresywne oświadczenia. Kolumbia znalazła się teraz na jego celowniku. Nazywając jej prezydenta „chorym” człowiekiem powiązanym z handlem narkotykami, Trump nie wypowiada się pod wpływem nagłego impulsu, lecz postępuje według sprawdzonego scenariusza: demonizować, delegitymizować, kryminalizować, a następnie interweniować. Ta retoryka zawsze poprzedza działanie. Kolumbia, historyczny sojusznik, rozumie teraz, że żadna lojalność nie chroni przed imperium, które żąda całkowitego podporządkowania.

Grenlandia ujawnia kolejny aspekt tej ofensywy, celowo powracając do ekspansji terytorialnej. Pod pretekstem bezpieczeństwa narodowego i dostępu do zasobów strategicznych, Trump rości sobie prawo do aneksji terytorium należącego do suwerennego państwa europejskiego. Argument ten jest brutalny, wręcz karykaturalny, ponieważ, według niego, Dania jest zbyt słaba, by rządzić własnym terytorium. Nie mamy już do czynienia ze współpracą międzynarodową, lecz z odrodzoną logiką kolonialną, gdzie prawo dyktują geografia, złoża mineralne i szlaki żeglugowe. XXI wiek ustępuje miejsca światopoglądowi odziedziczonemu po XIX wieku.

Iran stanowi najbardziej wybuchowy front w tej strategii. Od końca grudnia krajem wstrząsają protesty. Donald Trump twierdzi, że „bardzo uważnie” monitoruje sytuację i grozi masowymi atakami, jeśli reżim zacznie represjonować ludność cywilną. Jednak ta postawa moralna słabo maskuje dobrze znany mechanizm. Sankcje osłabiły gospodarkę, zubożyły ludność i pogłębiły podziały społeczne. Podziały te stają się następnie narzędziem nacisku. Niepokój jest wykorzystywany, gniew kanalizowany, a ingerencja usprawiedliwiana. Scenariusz kolorowych rewolucji jest odtwarzany w tym samym rytmie, który teraz brzmi fałszywie, łącząc media, organizacje pozarządowe, naciski dyplomatyczne, a następnie ultimatum wojskowe.

Teraz żadna pozycja, granica ani status nie dają ochrony. Za kulisami Izrael podobno przygotowuje się do wielkiej ofensywy, z wyraźnym wsparciem Waszyngtonu. Można to porównać do sojuszu „CIA/Mossad”. Deklarowanym celem jest całkowite zniszczenie potencjału Iranu, za wszelką cenę. Niektórzy sugerują nawet użycie broni jądrowej, co dowodzi, że wszelkie tabu są łamane.

Kuba dopełnia ten imperialny bilans. Reżim jest opisywany jako „dojrzały owoc”, gotowy do zerwania. I tu metoda jest znajoma: duszenie ekonomiczne, izolacja dyplomatyczna, dyskretne zachęcanie do sprzeciwu, a następnie medialna narracja o powstaniu przedstawianym jako spontaniczne. Rzeczywistość jest bardziej cyniczna, ponieważ warunki upadku są tworzone w biurach Langley lub Pentagonu, a następnie wykorzystywane jako moralne uzasadnienie.

3 stycznia 2026 roku stanowi jednak decydujący punkt zwrotny. Przymusowe aresztowanie Nicolasa Maduro na terytorium Wenezueli, określane przez wielu obserwatorów jako porwanie, oznacza całkowity upadek prawa międzynarodowego. ONZ jest teraz jedynie wspomnieniem pośród ruin globalistycznych instytucji stworzonych po II wojnie światowej.

Powołując się na doktrynę Monroe, Donald Trump wskrzesza dwustuletnią jednostronną zasadę, która nie ma mocy prawnej we współczesnym porządku świata. Artykuł 2(4) Karty Narodów Zjednoczonych jednoznacznie zakazuje użycia siły przeciwko integralności terytorialnej suwerennego państwa. Bez mandatu Rady Bezpieczeństwa operacja ta, zgodnie z wszelką logiką prawną, stanowi akt wojny. Jednak sytuacja jest tak bezsilna, że ​​ostatecznie prawo silniejszego nadal obowiązuje w tym świecie, który nazywa siebie nowoczesnym.

Precedens jest porażający. Jeśli głowa państwa może zostać porwana, osądzona i zatrzymana przez obce mocarstwo w imię własnych praw, żaden naród nie jest już suwerenny. Prawo silniejszego staje się normą, a prawo międzynarodowe bezużyteczną fasadą. Powrót Donalda Trumpa nie tylko sygnalizuje radykalizację amerykańskiej polityki, ale przede wszystkim oznacza koniec iluzji wielobiegunowości i kolaboracji.

Rok 2026 jawi się zatem jako rok brutalnego rozliczenia. Globaliści mówią o stabilności, a jednocześnie wciąż sieją chaos. Handlarze wojną powołują się na bezpieczeństwo, ale podsycają globalną niepewność. A za każdym dyskursem o demokracji kryje się brutalna rzeczywistość świata, w którym niepodległość jest tolerowana tylko wtedy, gdy nie koliduje z interesami Imperium.

Pytanie nie brzmi już, czy tę dynamikę da się powstrzymać, ale ile krajów zostanie zmiażdżonych, zanim wyłoni się prawdziwa przeciwwaga. Bo jeśli jedno jest już pewne, to to, że to, co zaczęło się w Wenezueli, na tym się nie skończy. Ten akt stanowi precedens. Prawdziwe pytanie brzmi: ile jeszcze krajów zostanie poświęconych w imię tej hegemonii, zanim sama idea suwerenności stanie się historycznym wspomnieniem?

Rok 2026 nie będzie rokiem pokoju ani stabilizacji. Będzie on mrożącym krew w żyłach potwierdzeniem, że w obecnym porządku świata siła zastąpiła prawo, a dominacja – sprawiedliwość. Biorąc bowiem pod uwagę skalę tych wydarzeń, kierunek jest jasny: porządek świata nie będzie już oparty na prawie, współpracy ani suwerenności narodów. Będzie dyktowany przez siłę, interesy strategiczne i jawne grabieże. Instytucje międzynarodowe, od ONZ po traktaty wielostronne, będą jedynie dekoracyjnymi fasadami, przestrzeniami, w których toczą się debaty, by stworzyć iluzję reguł, podczas gdy za kulisami systematycznie dominuje prawo najsilniejszych.

W tym roku przypada również 250. rocznica powstania Stanów Zjednoczonych, ćwierć tysiąclecia naznaczonego podbojami, przemocą i dominacją. Od najwcześniejszych dekad państwo to zostało zbudowane na eksterminacji rdzennej ludności, której kulturę i ludność bezlitośnie zmiażdżono w imię „cywilizacji”.

Od tamtej pory wojna stała się ich stałym językiem, a interwencje wojskowe, zamachy stanu, sankcje ekonomiczne, manipulacje polityczne i kolorowe rewolucje nieustannie sieją chaos i cierpienie na całym świecie.

Każdy konflikt, każda interwencja jest kontynuacją tej historycznej logiki bezlitosnego grabieżstwa, mającej na celu przekształcenie władzy w prawo, a przemocy w politykę, bez poszanowania suwerenności narodów ani podstawowych zasad sprawiedliwości międzynarodowej. Dwieście pięćdziesiąt lat po ich powstaniu Stany Zjednoczone pozostają wierne temu imperialnemu dziedzictwu, dyktując całemu światu, że prawo silniejszego góruje nad wszystkim innym.

W tym rodzącym się świecie każde państwo będzie zmuszone wybierać między uległością a zniszczeniem. Niezależne rządy zostaną odizolowane, zdemonizowane i, w razie potrzeby, zneutralizowane. Interwencje zbrojne nie będą już wyjątkiem, lecz normą; sankcje gospodarcze, manipulacje medialne i kolorowe rewolucje staną się powszechną bronią w globalnym arsenale dominacji.

Ludzie ze swojej strony nie będą mieli innego wyboru, jak tylko się poddać lub zbuntować, często za późno. Ale w każdym razie będą zmuszeni zapłacić cenę za wojenne urojenia tych oligarchicznych przywódców.

Mapa świata zostanie zmieniona nie przez dyplomację, lecz przemoc, groźby i przymus. Pozostałe mocarstwa będą próbowały się bronić, ale w obliczu imperium, które usprawiedliwia każde działanie w imię własnego „bezpieczeństwa narodowego”, nie ma gwarancji bezpiecznej przystani.

Przesłanie jest zatem bardzo jasne: suwerenność nie jest już prawem, lecz przywilejem przyznawanym tym, którzy potrafią ugiąć się przed dominującą siłą. I dopóki tej dynamice nie przeciwstawi się prawdziwa przeciwwaga – sojusz zdolny do przywrócenia praworządności, poszanowania traktatów i równowagi sił – XXI wiek będzie wiekiem chaosu regulowanego arbitralnymi rządami, w którym ideały sprawiedliwości i niepodległości zostaną sprowadzone do zaledwie wspomnień przeszłości.

Ostatecznie przyszłość, którą tworzymy poprzez naszą bezczynność, przypomina bezwzględne, globalne imperium, w którym każdy suwerenny naród staje się pionkiem, każda głowa państwa potencjalnym więźniem, a każdy naród podatną na manipulację masą.

Rok 2026 będzie rokiem akceptowanej przemocy, ale także proroczym ostrzeżeniem przed światem, w którym wolność jest negocjowana za cenę uległości lub zbrojnego oporu.

Teraz jest jasne i oczywiste, że globaliści i propagatorzy „globalnego zarządzania” nie porzucili swojego tyrańskiego projektu i bardziej niż kiedykolwiek pragną świata, w którym żaden naród nie będzie mógł przeciwstawić się amerykańskiej supremacji, w którym walki wewnętrzne będą wykorzystywane jako preteksty, a siła stanie się głównym narzędziem polityki zagranicznej.

Imperium, w swoim drapieżnym i destrukcyjnym szaleństwie, nie będzie tolerować dalszego oporu, a prawo silniejszego jest teraz uniwersalną zasadą. Przygotujcie się więc poważnie, bo już jesteśmy w tym postapokaliptycznym świecie!

Autorstwo: Jarek Ruszkiewicz SL
Źródło: WolneMedia.net

 

Stary porządek świata kruszy się jak Rzym

Decyzja administracji Donalda Trumpa o wycofaniu USA z ponad 60 międzynarodowych organizacji – o czym pisze „Global Times” – nie jest zwykłym politycznym zwrotem. To wyraźny sygnał, że era powojennego porządku świata, zbudowanego wokół amerykańskiej hegemonii, dobiega końca.

Rzym również nie upadł nagle. Jeszcze długo po utracie realnej kontroli nad prowincjami cesarskie urzędy funkcjonowały, monety krążyły, a prawo obowiązywało. Jednak centrum przestało spajać całość. Po nim nadeszły wieki zawieszenia – formalnie nowe czasy, w praktyce chaos kontynuowany pod innymi nazwami.

Dziś obserwujemy podobny proces. Budynki ONZ, Banku Światowego czy IPCC stoją, konferencje się odbywają, deklaracje są ogłaszane – lecz coraz częściej są to puste rytuały. Główny architekt i gwarant tego systemu wycofuje się z roli światowego strażnika.

Nie oznacza to, że jutro pojawi się gotowy nowy ład. Historia pokazuje, że okresy przejściowe potrafią trwać dłużej niż epoki, które je poprzedzały i po nich następowały. Antyczne mechanizmy władzy, dominacji i zależności przetrwały w średniowieczu pod inną fasadą – i w pewnym sensie trwają do dziś, np. pan–sługa, uprzywilejowani–siła robocza, wybrani–goje.

Jednak tym razem może – i powinno – być inaczej. W przeciwieństwie do upadku Rzymu współczesny świat dysponuje wiedzą, technologią, komunikacją i świadomością, których starożytni nie mogli sobie nawet wyobrazić. Nie ma gwarancji, że dobrze je wykorzystamy, ale po raz pierwszy w historii istnieją realne narzędzia, by spróbować zbudować porządek mniej brutalny, bardziej sprawiedliwy i lepiej dostosowany do potrzeb zwykłych ludzi.

Przed nami faza, w której stare reguły tracą moc, nowe nie są jeszcze powszechnie uznane a surowa siła znów zaczyna odgrywać większą rolę.

To czas niepewności, lokalnych konfliktów i brutalizacji części relacji międzynarodowych. Ale to także czas szansy – na świat, w którym żaden pojedynczy hegemon nie narzuca swojej woli reszcie, a współpraca opiera się na realnych interesach, a nie na ideologicznych dogmatach.

Artykuł z „Global Times” opisuje tylko jeden epizod tego większego procesu. W tle rozgrywa się jednak coś znacznie poważniejszego: rozpad dotychczasowego sposobu organizowania świata.

Autorstwo: Zbigniew Jacniacki
Ilustracja: ChatGPT (CC0)
Źródło: WolneMedia.net

                            TUZY ELITY                            Paweł Robert Kowal   Paweł Robert Kowal   Paweł Robert Kowal (ur. 22 lipca...