wtorek, 3 lutego 2026

                                 AFERZYŚCI ELIT

                                                                    Meir Bar

 

(ur. 17 października 1951 w Warszawie) – żydowski aferzysta i polonofob,

mieszkający obecnie w Izraelu, po ucieczce z Polski w 1991 roku w związku z Aferą Art-B. Obecnie mieszkający w Kirjat Szemona w Izraelu, w latach 90 był „mózgiem” afery Art-B.

Andrzej Gąsiorowski, Bożena Gąsiorowska, Jerzy Cyran, Meir Bar. 1996 Tel Awiw

 

W maju 2001 roku w związ­ku z aferą Art-B został zatrzymany w Monachium na podstawie listu goń­cze­go, W lipcu został zwol­nio­ny z powodu spóźnionego wnio­sku o ekstradycję do Polski.

W lipcu 2007 roku wydał oświadczenie dla mediów w którym ujawnia szcze­gó­ły finansowania przez spó­łkę Art-B partii Porozumienie Centrum, nigdy jednak nie przedstawił na to dowodów, jak też nie przybył do Polski a by stanąć przed polskim sądem i wyjaśnić całą aferę Art-B.

W 1991 roku w kilka miesięcy po ucieczce z Polski do Izraela żydowskich hochsztaplerów Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego wraz z pieniędzmi ukradzionymi Polsce, żydowski socjolog Jerzy Diatłowicki opublikował panegiryczną książkę o tych panach i ich umiejętnościach finansowych ( Bagsik and Gąsiorowski. Jak ukradliśmy księżyc. Jerzy Diatłowicki rozmawia z Bogusławem Bagsikiem, Andrzejem Gąsiorowskim i innymi, Tel Aviv 16 sierpnia-1 września 1991 r., Wrocław 1991). Zbiegli żydowscy oszuści prezentowali w książce Diatłowickiego ogromny zestaw pogardliwych określeń o Polsce i Polakach.

Najskrajniejsze były jednak zamieszczone bez komentarza, uwagi izraelskiego wspólnika Bagsika i Gąsiorowskiego - Meira Bara: Polacy są to dzisiaj najgorsi ludzie na świecie (...) do takiego skurwysyństwa nie przyjadę. Jak będę widział Polaka, a Polak będzie zdychał na ulicy, nawet mu ręki nie podam, żeby więcej pomóc. Nie przyjadę do Polski; bye, bye ( s. 45 cytowanej książki).


Najsłynniejsi aferzyści III RP - Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski - pokłócili się o bardzo duże pieniądze. "Dziennik" dotarł do dokumentów, z których wynika, że ścigany listem gończym Gąsiorowski Meir Bar dostaną miliony dolarów, bo donosili na Bagsika.

Konflikt między dawnymi przyjaciółmi i wspólnikami wykorzystał likwidator tej spółki. Zawarł tajną umowę, na podstawie której należy się im honorarium za każdy odnaleziony przez niego majątek Bagsika. "Dziennik" dotarł do tej umowy.

Obowiązuje od dawna, bo od 1996 r. Gąsiorowski i Meir Bar zobowiązują się w niej do pokazania likwidatorowi Art-B Jerzemu Cyranowi, gdzie Bogusław Bagsik ukrywa majątek spółki. W zamian mają dostać nawet połowę pieniędzy, które uda się odzyskać likwidatorowi dzięki tym donosom.

Rzecz dotyczy pieniędzy wziętych pod stołem przez Bagsika w zamian za zgodę na odsprzedanie rodzinie Libermanów należących do niego akcji izraelskiego koncernu naftowego PAZ. To m.in. na kupno akcji tego przedsiębiorstwa "artyści biznesu" wydali pieniądze przewiezione w workach z Polski do Izraela.

Akcje PAZ wprawdzie sprzedał za 80 mln dolarów Libermanom likwidator Art-B, ale kupcy zapłacili Bagsikowi oprócz tego nieoficjalnie 17 mln dolarów. Likwidator nic o tym nie wiedział.
Tę nieformalną transakcję Bagsika zdradzili likwidatorowi Art-B właśnie jego byli wspólnicy – Gąsiorowski i Meir Bar.

Likwidator Art-B procesuje się z Libermanami o tę lewą transakcję - żąda oddania tych 17 mln wraz z odsetkami. Teraz jest to już 30 mln dolarów. Jedna trzecia z tego, zgodnie z umową, którą "Dziennikowi" ujawnia, należy się Gąsiorowskiemu i Barowi.

Ten szowinista żydowski i polonofob wykorzystuje każdą okazję aby opluć Polskę i Polaków. Taka okazja przytrafiła się mu w 2013 roku kiedy Sejm RP zakazał w Polsce barbarzyńskiego mordu rytualnego zwierząt czyli podrzynania im gardeł na żywca bez ogłuszania dla pobierania opłat kosher i halal przez Żydów i Muzułmanów zamieszkałych w Polsce.
Po zakazie tym Polska stała się celem zmasowanej nagonki propagandowej ze strony połączonych sił żydowsko-islamskich!
Włączył się to również rząd izraelski, światowe organizacje żydowskie i jego wielu przedstawicieli z Meirem Barem na czele który w ten sposób chciał wziąć odwet na Polsce za ...aferę Art-B!

poniedziałek, 2 lutego 2026

                                 AFERZYŚCI ELIT

                           Leszek Balcerowicz - Aaron Bucholtz


Leszek Balcerowicz – Aron Bucholtz (ur. 19 stycznia 1947 w Lipnie) – mar­ksi­sto­wski doktryner, wykładowca w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR., komunistyczny ekonomista i polityk, wicepremier i mi­nis­ter finansów w rządzie Tadeusza Ma­zo­wiec­kie­go (1989–1991), Jana Krzysztofa Bieleckiego (1991) i Jerzego Buzka (1997–2000), poseł na Sejm III kadencji (1997–2000), prezes Narodowego Banku Polskiego (2001–2007). Drugi prze­wod­ni­czą­cy Unii Wolności (1995–2000). Ka­wa­ler Orderu Orła Białego.

Ponosi główną odpowiedzialność za aferę Art.-B oraz super aferę Przekształceń Własnościowych!

Wielki Ekonomista urodził się w małej miejscowości Lipno. O latach młodzieńczych nie wiemy zbyt wiele oprócz tego, że w tym okresie uprawiał biegi długodystansowe. Wreszcie rozpoczął studia w Szkole Głównej Planowania i Statystyki. W tym miejscu warto się zatrzymać i zastanowić chwilę na wyborem uczelni, którego dokonał Balcerowicz

Dzisiaj SGH (dawna SGPiS) to jedna z najbardziej „renomowanych” szkół w Polsce.

W latach sześćdziesiątych, uczelnia ta nie cieszyła się wielką renomą. Nie cieszyła się nią ponieważ była kuźnią PRL-owskich kadr. W środowisku naukowym SGPiS była traktowana z przymrużeniem oka chociażby dlatego, że sama nazwa uczelni mówiła jaki ustrój będą budować jej absolwenci. Szkoła Główna Planowania i Statystyki była szkołą główną centralnego planowania czyli ręcznego sterowania gospodarką.

To właśnie dzięki centralnemu planowaniu wielu mieszkańców Polski musiało używać w toalecie Trybuny Ludu zamiast papieru toaletowego – takie to było planowanie i taka statystyka. Tak więc już na etapie wyboru uczelni Leszek Balcerowicz dokonuje jasnego wyboru ideologicznego. Będzie należał do elity centralnie planującej budowę socjalizmu.

Balcerowicz podejmuje studia na kierunku Handel Zagraniczny, który był obiektem westchnień wszystkich młodych karierowiczów PRL. Po ukończeniu tego kierunku (i obowiązkowym zapisaniu się do PZPR) można było liczyć na pracę w którejś z central handlu zagranicznego a w ówczesnych czasach taka robota to było prawdziwe Eldorado.

Jeszcze przed ukończeniem studiów tj. w 1969 roku młody Leszek Balcerowicz zgłasza akces do PZPR i po rocznym stażu zostaje przyjęty w poczet członków tej „prestiżowej” organizacji (nr legitymacji 6165).

W marcu 1968 roku Polska Zjednoczona Partia Robotnicza „oczyściła” swoje szeregi z osób pochodzenia żydowskiego. Wiele z nich zostało zmuszonych do emigracji, wielu straciło pracę. Jest to jedna z bardziej haniebnych kart historii PRL a sprawa była organizowana i inspirowana przez Moskwę. To wszystko działo się w roku 1968 a już rok później Balcerowicz zapisuje się do PZPR, chce zrobic szybka karierę.

Rozpoczyna karierę „naukową” na SGPiS („naukową” w cudzysłowie ponieważ podobno treść jego twórczości z tego okresu nie nadaje się do przytaczania). W roku 1978 jego kariera wchodzi w nowy okres. Zaproponowano mu wyższe stanowisko w nowym miejscu pracy. Ofertę przyjmuje i podejmuje pracę w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR. Nic nie wiadomo na temat tego, czy rozwiązał jakiś problem marksizmu ale po raz kolejny widzimy, że dla awansu jest gotów zgodzić się na każdy „kompromis”.

Nadchodzi rok 1989 i „okrągły stół”. Komuniści oddają władzę polityczną swoim partnerom z opozycji (oczywiście z tej opozycji, z którą komuniści chcieli rozmawiać) a sobie pozostawiają władzę ekonomiczną (jakoś mało się dzisiaj pisze o spółkach nomenklaturowych…). Potrzebny jest ktoś, kto swoim nazwiskiem będzie firmował trudne reformy gospodarcze ale zarazem będzie wiedział komu należy być posłusznym. To doskonała rola dla Leszka Balcerowicza.

Balcerowicz przygotowuje dzieło swojego życia czyli tzw. „plan Balcerowicza”. W rzeczywistości autorem planu jest Jeffrey Sachs z Harvardu, Leszek Balcerowicz daje tylko polskie nazwisko, niezbędne żeby tubylcy nie zaczęli zadawać niestosownych pytań (o suwerenność, samostanowienie, interesy ekonomiczne społeczeństwa itp. zupełnie nieistotne kwestie). Kto nie wierzy, że tak było niech poszuka w zachodniej prasie czegoś na temat planu Balcerowicza. Niewiele się tego znajdzie. Znacznie więcej można przeczytać o planie Jeffreya Sachsa.

J. Sachs przywozi plan, który ma doprowadzić do transformacji polskiej gospodarki (plan nieudany, ale to już inna sprawa) i przekazuje go do realizacji Leszkowi Balcerowiczowi.

Czy ten ostatni zadaje sobie pytania o to, jakie cele przyświecają Sachsowi? Oczywiście, przekształcenie polskiej gospodarki w rynkową jest korzystne dla państw Zachodu samo w sobie ale dlaczego przy okazji nie „ustawić” transformacji tak, by skorzystali na tym również np. inwestorzy z USA? W końcu Jeffrey Sachs i inni „doradcy” nie przyjeżdżali do Polski za własne pieniądze… Czy Wielki Ekonomista myśli o tym? Czy zastanawia się w jaki sposób przekazać Polakom majątek przedsiębiorstw tak, by Polska gospodarka znalazła się w polskich rękach? Może się zastanawia ale… Przypomnijmy sobie jaką decyzję Leszek Balcerowicz podjął gdy wybierał uczelnię i kierunek studiów, przypomnijmy sobie jaka była jego reakcja na wydarzenia marca 1968 roku, przypomnijmy sobie jakie problemy rozwiązywał w miejscu prac.

Zawsze i wszędzie Leszek Balcerowicz idzie pod rękę z tym, kto jest silniejszy, w 1989 również zadziałał oportunizm i nawet jeśli miał jakieś wątpliwości dotyczące planu Sachsa to schował je do kieszeni.

Już w 1993 r. zachodni ekonomiści pisali wprost, że plan Balcerowicza zakończył się porażką i dlatego uruchomiono machinę propagandową, która miała przekonać Polaków, że w rzeczywistości był to wielki sukces. Jeśli sukces był wielki to i jego autor musiał być Wielkim Ekonomistą. Machina propagandowa zadziałała tak skutecznie, że po pewnym czasie sam Balcerowicz uwierzył w swoją wielkość. Bądźmy szczerzy, kto z nas oparłby się powszechnemu uwielbieniu ze strony "autorytetów" i zachował trzeźwe zdanie na swój temat? Uwierzyć w wielkość Balcerowicza było tym łatwiej, że każdy, kto ośmielił się publicznie go skrytykować natychmiast otrzymywał łatkę „oszołoma” i „księżycowego ekonomisty”. To spowodowało, że nawet w środowisku akademickim niechętnie mówiono o błędach popełnionych przez Balcerowicza (właściwie: przez Sachsa). Ważniejszy był jednak inny skutek przylepiania krytykom łatki „oszołoma”. Świadomość narażenia się na ostracyzm ze strony elit powodowała, że krytyką Balcerowicza zajmowali się tylko ci, którzy mieli niewiele do stracenia a więc przede wszystkim ludzie spoza establishmentu. Dzięki temu łatwo było wytworzyć przekonanie, że każdy kto krytykuje Balcerowicza to prostak i nieuk. Tym bardziej, że do tej krytyki zabierali się przeważnie straceńcy czyli ludzie odważni ale niekoniecznie dysponujący argumentami merytorycznymi.

Zachodnia finansjera poklepuje Balcerowicza po plecach i przyznaje nagrody, Gazeta Wyborcza pisze peany, Lepper opluwa. Jak w takich warunkach nie uwierzyć w swój własny geniusz? Trzeba było uwierzyć i Balcerowicz po raz kolejny stanął na wysokości zadania. Dlatego tak bardzo się irytuje, gdy ktokolwiek sugeruje, że mógłby stanąć przed komisją śledczą. Jakim prawem jakieś chłystki chcą przesłuchiwać ekonomicznego zbawcę narodu? I co z tego, że zasiadał w radzie fundacji, którą finansowały podległe mu banki? Może zwykłemu śmiertelnikowi by nie wypadało ale Balcerowiczowi to uchodzi!

Leszek Balcerowicz rzeczywiście uwierzył, że jest geniuszem, który stoi ponad innymi i dlatego upadek będzie dla niego bardzo bolesny. Tym bardziej, że z kręgosłupem (moralnym) u niego nietęgo.

Jednym z ważnych elementów "planu Balcerowicza" była ustawa o uporządkowaniu stosunków kredytowych. Wprowadzała ona tzw. "zmienną stopę oprocentowania" kredytów. Jeśli na przykład umowa z bankiem opiewała na 4 procent rocznie, to zmienna stopa oprocentowania sięgała 40 procent miesięcznie. Stawiało to kredytobiorców w bardzo trudnej sytuacji, często na granicy bankructwa. Ale na tym nie koniec, bo jednocześnie, dla symetrii, Leszek Balcerowicz wprowadził wysokie oprocentowanie lokat terminowych w bankach komercyjnych. Sięgały one nawet 100 procent. Trzecim elementem tej operacji było zamrożenie kursu walutowego; za dolara płacono 9 500 złotych.

W ten sposób uruchomiony został osobliwy przepływ pieniędzy. Kredytobiorcy - a warto pamiętać, że w tamtym okresie kredyty brali bogatsi chłopi i drobni przedsiębiorcy, a więc zalążek przyszłej polskiej klasy średniej - więc ci kredytobiorcy byli bezlitośnie drenowani przez banki przy pomocy opisanej już zmiennej stopy oprocentowania. A co się dalej działo z wydrenowanymi w ten sposób pieniędzmi? Otóż finansiści, głównie ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, przyjeżdżali do Polski z dolarami, wymieniali je po 9 500 złotych za sztukę, pieniądze umieszczali na lokatach, a po upływie roku - odbierali je w ilości dwukrotnie powiększonej, wymieniali je na dolary po tym samym kursie 9,5 tysiąca i zadowoleni wracali do domu.

Potem nawet słychać było, że chcieli przyznać Leszkowi Balcerowiczowi Nagrodę Nobla

Plan Balcerowicza miał on również następstwa polityczne w postaci przetrącenia kręgosłupa zalążkowi polskiej klasy średniej, która po tym uderzeniu nie może dojść do siebie aż po dzień dzisiejszy, przetrącenie kręgosłupa tej zalążkowej polskiej klasie średniej eliminowało potencjalną konkurencję dla komunistycznej nomenklatury, która po sławnej transformacji ustrojowej poszła, jak to się mówi, "w biznesy", korzystając z forsy ukradzionej za pośrednictwem spółek nomenklaturowych, pod osłoną "surowych praw stanu wojennego", wprowadzonego, jak wiadomo, na mocy tak zwanej suwerennej decyzji generała Jaruzelskiego

 

                                                                      Wykonawca planu Sorosa


 

Swą przyspieszoną karierę w 1989 r., awans na wicepremiera i ministra finansów, Balcerowicz zawdzięczał tylko i wyłącznie protekcji prawej ręki premiera Mazowieckiego, jego zausznika - ekonomisty Waldemara Kuczyńskiego. Początkowo ofiarował się tylko z rolą doradcy Kuczyńskiego i sam był zaskoczony swym nieoczekiwanym ogromnym awansem. Zawdzięczał go głównie temu, że kolejno odmówiły cztery pierwsze osoby, którym zaproponowano stanowisko ministra finansów we wrześniu 1989 r., a Balcerowicz urząd ten skwapliwie przyjął. Tym gorliwiej podjął się realizacji importowanego ze Stanów Zjednoczonych do Polski planu Sorosa-Sachsa, w Polsce funkcjonującego pod fałszywą nazwą "plan Balcerowicza".

W rzeczywistości cały plan był pomysłem słynnego amerykańskiego lewicowego miliardera George'a Sorosa, przybyłego z Węgier do USA giełdowego spekulanta żydowskiego pochodzenia. O tym, że cały rzekomy plan Balcerowicza był w istocie dziełem Sorosa, możemy dowiedzieć się również z bardzo nieostrożnej enuncjacji W. Kuczyńskiego, zausznika Mazowieckiego, ministra przekształceń własnościowych w jego rządzie. Jak wyznał Kuczyński w książce "Zwierzenia zausznika" (Warszawa 1992, s. 82-83): "Soros przyjechał z planem reformy gospodarki polskiej, zwanym planem Sorosa. To była kombinacja szokowej operacji antyinflacyjnej z restrukturyzacją naszych firm". Balcerowiczowi jako wicepremierowi nadzorującemu polską politykę gospodarczą przypadło zaś tylko zadanie firmowania tego wszystkiego i uwiarygodniania polityki służącej gospodarczym celom Zachodu.

Celom tym służyła skrajnie doktrynersko realizowana polityka gospodarcza Balcerowicza, skupiająca się głównie na walce z inflacją, przy zaniedbaniu wysiłków na rzecz wzrostu gospodarczego i pobudzania polskiego eksportu. Jednym z najszkodliwszych elementów tej polityki było nastawienie na przyśpieszoną gruntowną prywatyzację polskiego przemysłu i banków, stanowiącą faktyczną wyprzedaż za bezcen.

 

                                                                     Rzecznik terapii szokowej


 

Wielkie wsparcie dla Balcerowicza stanowiły zachęty do jak najszybszej terapii szokowej lansowane już latem 1989 r. przez współdziałającego z Sorosem amerykańskiego ekonomistę Jeffreya Sachsa. Reklamował on się w Polsce jako ten, który z dnia na dzień zwalczył w Boliwii ogromną inflację. Obiecywał tę samą skuteczną terapię w Polsce, zapominając uprzedzić, że jego boliwijski sukces dokonał się kosztem ogromnie wysokiego bezrobocia i buntu boliwijskich robotników, wprowadzenia w Boliwii stanu wyjątkowego i internowania przywódców związkowych. O tym wszystkim milczano w najbardziej wpływowych polskich mediach z Gazeta Wyborcza na czele, tym chętniej za to nagłaśniając obietnice Sachsa łatwej, bezbolesnej i szybkiej terapii szokowej. Szczególnie kłamliwa pod tym względem była informacja w "Gazecie Wyborczej" z 24 sierpnia 1989 r., zamieszczona pod znamiennym tytułem: "Cud gospodarczy w Polsce?". Sachs obiecywał tam m.in.: "Likwidujemy całkowicie inflację w ciągu sześciu miesięcy. Stopa życiowa zacznie wzrastać za pół roku (...) Nie dajcie sobie wmówić, że radykalny program gospodarczy wymaga cierpień i wyrzeczeń".

Nader szybko miało się okazać, że realizowana przez Balcerowicza terapia szokowa doprowadziła do wielkiego pasma cierpień i wyrzeczeń przeważającej części społeczeństwa, z korzyścią dla gromady cwaniaków polskich i zagranicznych. Pisał o tym jednoznacznie bardzo ostry amerykański krytyk terapii szokowej, noblista z dziedziny ekonomii, prof. J. Stiglitz. Dzięki skokowym podwyżkom cen państwo zagrabiło wieloletnie oszczędności obywateli. Straciły ogromną część wartości zbierane przez wiele lat wkłady na mieszkania. Państwo zgarnęło przeważną część oszczędności dolarowych, szacowanych na koniec 1988 r. na 7-15 miliardów dolarów amerykańskich (por. S. Dąbrowski, Logika postkomunistów, "Nowy Świat", 13 stycznia 1993 r.). Przypomnijmy zapomniane już dane o rozmiarach podwyżek cen w 1990 r. Według tekstu "Gazety Wyborczej" z 29 stycznia 1991 r., opartego na danych GUS, średnie ceny w 1990 r. były sześcio-, siedmiokrotnie wyższe niż w 1989 roku. Przy tym chleb średnio podrożał 13 razy, makaron - 22 razy, ceny mebli, naczyń kuchennych, lodówek wzrosły 8-10 razy. Ceny podstawowych artykułów w wielu przypadkach stały się wyższe niż w krajach EWG. W tym samym czasie miesięczne wynagrodzenie mieszkańca Polski odpowiadało 2-3-dniowym zarobkom Francuzów lub Niemców.

Jak wielkie rozmiary przybrało skokowe zubożenie polskiego społeczeństwa w efekcie balcerowiczowskiej terapii szokowej, doskonale dokumentowała podstawowa wręcz książka o polityce społecznej wydana w 1995 r. pod redakcją prof. Juliana Auleytnera. Według niej, w samym tylko 1990 r. przeciętne płace spadły o 24 proc., realna wartość przeciętnej emerytury i renty - o 19 proc., a dochody netto z rolnictwa na 1 pracującego - o 63 proc. Rolników szczególnie dotknęło otwarcie przez Balcerowicza granic na produkty rolne z zagranicy, w dużej mierze dotowane przez rządy zachodnie i sprowadzane do Polski po dumpingowych cenach.

Dzięki wpływom starej nomenklatury tzw. plan Balcerowicza, szumnie reklamowany jako nowa, rewolucyjna wręcz reforma gospodarcza, był faktycznie tylko nową kolejną odmianą stosowanych przez rządy PRL "operacji dochodowo-cenowych". Z tą różnicą, że tamtych nie udało się zrealizować władzom ze względu na opory społeczeństwa. Balcerowiczowi zaś to wszystko powiodło się kosztem gigantycznego ograbienia społeczeństwa z oszczędności i bardzo dużego zubożenia wielkiej części ludności. Udało się dlatego, że mógł skorzystać z ogromnego poparcia społeczeństwa dla rządu Mazowieckiego.

Naród zbyt łatwo zawierzył ówczesnemu kierownictwu Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, które twierdziło, że plan Balcerowicza to jedyny skuteczny program naprawy gospodarczej, niemający rzekomo żadnej alternatywy. Tak uzyskano przyzwolenie społeczne dla drastycznego planu gospodarczego, którego władzom PRL w żadnym razie nie udałoby się zrealizować ze względu na opór Narodu. Jak szczerze wyznawał na łamach "Prawa i Życia" 10 marca 1990 r. były minister handlu wewnętrznego w rządzie M. Rakowskiego, Marcin Nurowski, "realizacja takiego programu gospodarczego w naszym wykonaniu doprowadziłaby do gigantycznej awantury w kraju".

Plan Sorosa-Balcerowicza zyskał entuzjastyczne wręcz wsparcie różnych byłych prominentów reżimu komunistycznego - od byłych ministrów PRL-owskich Nurowskiego i Mieczysława Wilczka, po byłego wicepremiera w rządzie Rakowskiego - Mieczysława Sekułę czy byłego rzecznika rządu Jaruzelskiego - Jerzego Urbana. Stało się tak nieprzypadkowo. Stara nomenklatura partyjna stanowiła trzon kadry kierowniczej w gospodarce, wprowadzającej plan Sorosa-Balcerowicza. Postarano się też o zablokowanie prawdziwie potrzebnych głębokich reform strukturalnych, od reformy banków począwszy, po restrukturyzację przemysłu, które mogłyby być niekorzystne dla starej kadry partyjnej. Tym żarliwiej wspierali za to mnożące się spółki nomenklaturowe. Zadbali również o możliwie jak najbardziej nieprecyzyjne i wadliwe przepisy w różnych dziedzinach, tak aby ułatwić dokonywanie różnych aferowych manipulacji (vide: afera FOZZ, afera z rublem transferowym, tytoniowa, ziemniaczana etc.). Balcerowicz ponosi lwią część odpowiedzialności za brak kontroli, który ułatwił dokonywanie afer przy współudziale osób usadowionych na wpływowych stanowiskach gospodarczych. Rzecz znamienna - w 1989 r. zniesiono karę konfiskaty majątku za nadużycia gospodarcze. Cwaniacy z zagranicy i wysoko uplasowani w aparacie gospodarczym ludzie starej nomenklatury świetnie wykorzystali do swych celów szanse spekulacji i drenażu dolarów z Polski dzięki utrzymywaniu przez półtora roku kursu dolara do złotego na sztywnym, niezmienionym poziomie.

Dawni komunistyczni działacze byli siłą dominującą w superministerstwie gospodarczym kierowanym przez Balcerowicza - wszechwładnym resorcie finansów. Na najwyższych szczeblach tego ministerstwa zastępcami w randze wiceministrów byli, obok bezpartyjnego (choć dawniej członka PZPR) Marka Dąbrowskiego, trzej wiceministrowie z PZPR: Janusz Sawicki, Andrzej Podsiadło i Jerzy Napiórkowski. Ogromną część dyrektorów i naczelników stanowili również członkowie PZPR. Podobnie układały się stosunki w innych resortach gospodarczych podległych Balcerowiczowi, gdzie PZPR-owcy stanowili dominującą część kierownictw ministerstw. Szczególnie wymowna była sytuacja w obsadzie pozycji w tak kluczowej sferze życia gospodarczego jak banki. Dominowały tam bez reszty postacie ze starej PZPR-owskiej nomenklatury typu były członek Biura Politycznego KC PZPR, a w 1990 r. prezes Narodowego Banku Polskiego Władysław Baka czy były minister rządów PRL-owskich, a w 1990 prezes Banku PKO Marian Krzak, prezes Pekao SA Marian Kanton i jego zastępca Janusz Czarzasty, Bogusław Kott - prezes Big Banku, Krzysztof Szwarc - prezes Banku Rozwoju Eksportu, czy też Andrzej Wróblewski - przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Śląskiego, minister finansów w rządzie Mieczysława Rakowskiego.

 


 

Ten teoretyk, nie ma­ją­cy zielonego pojęcia o praktyce funk­cjo­no­wa­nia gospodarki, był wprost niewolniczo u­za­leż­nio­ny od swych PZPR-owskich po­ma­gie­rów. Byli oni wielce usłużni wobec Bal­ce­ro­wic­za, ale nie bez­in­te­re­sow­nie. Zajmując kierownicze sta­no­wis­ka, wykorzystywali dostęp do najtajniejszych informacji gospodarczych w celu przyśpieszonego tworzenia fortun dla siebie i "kolesiów" w ów­czes­nych "przełomowych" czasach.

Wpływowe zachodnie, a zwłaszcza amerykańskie, kręgi gospodarcze, a także MFW, gorąco popierały "dogadanie się" z czołowymi komunistami w Polsce (i na Węgrzech) w oparciu o zabezpieczenie sobie nawzajem realizacji podstawowych celów na zasadzie wzajemności. Dla przywódców komunistycznych celem tym było utrzymanie w swych krajach centralnych pozycji, zwłaszcza w życiu gospodarczym, w okresie po rozpoczęciu transformacji systemowych. Dla przedstawicieli zaś Zachodu najważniejsze w Europie Środkowej było dalsze spłacanie odpowiednio oprocentowanego zadłużenia z czasów komunistycznych. Jak zwykle dla Zachodu pieniądz (money, money...) miał dużo większe znaczenie niż względy moralno-wolnościowe.

Balcerowicz nieprzypadkowo stał się głównym gwarantem spłaty polskiego zadłużenia wobec Zachodu. Jeszcze w 1989 r. stanowczo stwierdził w Sejmie, że trzeba jak najszybciej spłacać komunistyczne długi, aby nie wywołać zaniepokojenia zachodnich bankierów. Rzecz w tym, że właśnie w latach 1989-1990 istniała bezpowrotnie zmarnowana przez Balcerowicza szansa całkowitego anulowania polskich długów wobec Zachodu. Była na to koniunktura ale szybko się skończyła ze względu na całkowitą niechęć Balcerowicza do zajęcia się tą sprawą. Usłużność Balcerowicza wobec MFW i czołowych przedstawicieli amerykańskiego establishmentu przyniosła mu ogromne profity.

Zachodnie naciski na rzecz utrzymania dominacji Balcerowicza w polskim życiu gospodarczym miały gruntowne uzasadnienie w fakcie jego ogromnej usłużności wobec różnych zachodnich lobby finansowych. I to nie tylko amerykańskich.

Na przykład członkiem Rady Ekonomicznej, tak znaczącego ciała doradczego przy prezesie Rady Ministrów, był w 1990 r. ówczesny gubernator banku centralnego Izraela Michael Brun.

Człowiek ten był wtajemniczony w najgłębsze tajniki naszej gospodarki, takie jak zmiany kursu złotego do dolara - wiadomość na wagę złota dla spekulantów. W liście do Balcerowicza wysuwał on swoje sugestie w tej sprawie. Kto nie wierzy, niech zajrzy do książki Balcerowicza "800 dni". Czy za takie zjawiska, jak dopuszczenie wpływowego cudzoziemca do kluczowych polskich tajemnic finansowych, nie należało postawić Balcerowicza przed Trybunałem Stanu?

Balcerowicz, jako wicepremier i minister finansów, był szczególnie mocno odpowiedzialny za niebywały bałagan w podlegającym mu resorcie. Jakże wymowne pod tym względem i szokujące zarazem były informacje zawarte w zamieszczonym 18 sierpnia 1991 r. w "Tygodniku Gdańskim" wywiadzie z dyrektorem Anatolem Lawiną, wysokim urzędnikiem Najwyższej Izby Kontroli. Powiedział w nim m.in.: "Najdramatyczniejsze i najbardziej niebezpieczne jest - używając języka więziennego - dojście do 'przekrętów' finansowych i to na wielką skalę. Tak jest w bankach, przedsiębiorstwach handlu zagranicznego, w Ministerstwie Współpracy z Zagranicą. A Ministerstwo Finansów? Nie znam żadnej sprawy, która by była tam rzetelnie udokumentowana i załatwiona... Ministerstwo Finansów robi wszystko, by zatuszować sprawę nadużyć i bałaganu".

Kierownictwo resortu finansów z L. Balcerowiczem na czele było bezpośrednio odpowiedzialne za fatalne zaniedbania w funkcjonowaniu systemu bankowego, który już w 1989 r. powszechnie oceniano jako skandaliczny (por. np. wywiad z prof. Antonim Kuklińskim dla "Życia Warszawy" z 9 grudnia 1989 r.). Co więcej, sam wicepremier Balcerowicz dawno przyznał, że "system bankowy jest przedmiotem uzasadnionej krytyki". Potem jednak minęły miesiące, wreszcie rok, a potem znów kolejne miesiące bez naprawy tego fatalnego systemu, aż wreszcie doszło do afery Art. B, która obnażyła wszystkie skutki opóźnienia reformy bankowości polskiej, za co osobiście ponosi odpowiedzialność właśnie Balcerowicz.

W 1991 r., pod koniec gospodarczej dyktatury Balcerowicza, powszechnie mówiono o jego odpowiedzialności za fatalny stan funkcjonowania systemu bankowego. W tej prawie z ostrą krytyką pod adresem ministra finansów wychodzili nawet czołowi liberałowie z partii Jana Krzysztofa Bieleckiego. Warto choćby przypomnieć, co mówił wówczas na temat Balcerowicza obecny przywódca PO Donald Tusk. Otóż, wypowiadając się w imieniu KLD w początkach 1991 r., Tusk stwierdził, że liberałowie mają obiekcje do działalności Balcerowicza jako "ministra finansów, zwłaszcza z powodu dysfunkcjonalności systemu bankowego" (!) (cyt. za: T. Roguski "Liberałowie liczą na sukces", "Rzeczpospolita", 4 września 1991 r.). Dziś ten sam Tusk dosłownie idzie w zaparte, by wybronić wszelkie przejawy działań Balcerowicza.

Leszek Balcerowicz ponosi główną odpowiedzialność za aferę Art.-B oraz super aferę Przekształceń Własnościowych!

Kiedy Bagsika postawiono przed sądem, on, prezes NBP, nie zrobił nic, aby odzyskać pieniądze ukradzione jego bankowi. Przekrętów w dziedzinie bankowości było wiele. Polska i jej obywatele byli rabowani i eksploatowani przez polski system bankowy na wszelkie możliwe sposoby. Nasze banki przeszły w obce ręce w bardzo podejrzanych okolicznościach. Opłaty, jakie pobierają za swe usługi, są z reguły kilkakrotnie wyższe niż w innych krajach. Procenty od udzielanych pożyczek są lichwiarskie. Stosowana jest stopa procentowa hamująca rozwój naszej gospodarki. Nasze rezerwy dewizowe są przechowywane w obcych bankach za granicą na bardzo niski procent, gdy równocześnie nasz rząd musi zaciągać pożyczki, często w tych samych bankach zagranicznych, na procent dużo wyższy od tego, który otrzymujemy za ulokowane tam kapitały. Naszych niemałych rezerw dewizowych, wynoszących ponad 30 mld dolarów, nie wykorzystuje się na inwestycje, przyspieszenie rozwoju lub podwyżki płac.

Dzięki balcerowiczowskim reformom obrabowano miliony Polaków. Tym, którzy mieli oszczędności i należności u państwa, pieniądze zdewaluowały się prawie do zera, ci natomiast, którzy mieli u państwa długi, zostali doprowadzeni do ruiny dzięki galopującemu wzrostowi oprocentowania. Byli i tacy, którzy do zaciągniętych pożyczek dopłacili całym majątkiem, stracili wszystko i dziś wegetują na łasce rodziny.

Od czasów Hammurabiego, tj. od prawie 5000 lat, kodeksy wszystkich państw cywilizowanych zawierają przepis, że kiedy złodziej zostaje skazany za kradzież, sąd przysądza zarazem okradzionemu zwrot tego, co mu złodziej ukradł.

Przepis taki istnieje także w polskim prawie karnym, które w artykule 52 kodeksu postępowania karnego zobowiązuje sąd, kiedy okradzionym jest państwo, do przysądzenia mu z urzędu zwrotu złodziejskiego łupu. Ale w procesie przeciw Bagsikowi o kradzież 420 mln dolarów i sędziowie, i prokuratorzy wszystkich instancji, z Sądem Najwyższym włącznie, postąpili wbrew prawu, robiąc złodziejowi prezent z naszych pieniędzy.

Obowiązku upomnienia się o zwrot 800 mln dolarów nie dopełnił także prezes Narodowego Banku Polskiego, Leszek Balcerowicz, popełniając w ten sposób przestępstwo z art. 231 § 1 kodeksu karnego (niedopełnienie obowiązku służbowego połączone z wielką stratą państwa), za co powinien zostać skazany na karę dożywotniego więzienia. Ścigani też powinni być sędziowie i prokuratorzy, którzy sądzili Baksika

Plan Balcerowicza był zawarty w formie ustawy i zakładał m.in. :

  • Pełną liberalizację rynku, likwidację kontroli cen przy jednoczesnym ograniczeniu płac w formie podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń w firmach państwowych (popiwek).
  • Stabilizację – ograniczenie inflacji i wprowadzenie stabilnej i wymienialnej waluty jaką miał być dolar wart 9500 zł, przy dewaluacji rocznej na poziomie 9,6 %.
  • Prywatyzację przedsiębiorstw państwowych.
  • Niską indeksację płac (0,3-0,4).
  • Bardzo wysokie oprocentowanie kredytów również wcześniej udzielonych.
  • Tylko częściową rewaloryzację oszczędności bankowych.

Efekty Planu Balcerowicza:

  • Roczna inflacja w 1990 roku miała być na poziomie kilku %, a w rzeczywistości wyniosła ona 600 %, a zakładany poziom inflacyjny osiągnął wartość jednocyfrową dopiero w 1999 roku (zdławienie inflacji miało zająć pół roku).
  • Średnie ceny w roku 1990 wzrosły 6-7 krotnie.
  • Realne płace spadły o 25 %.
  • Wartość przeciętnej emerytury, czy renty spadła o 19%.
  • Dochód netto z rolnictwa na jednego pracującego spadł o ponad 60%.
  • Poniżej minimum egzystencji w 1993 roku było aż 40% ludzi.

Jego działalność jako ministra finansów dwukrotnie była przedmiotem sejmowego postępowania w sprawie odpowiedzialności konstytucyjnej. W obu przypadkach Sejm oczywiście umorzył postępowanie: w 1993 i 1994.

W 1995 powrócił do działalności politycznej, obejmując w kwietniu tego roku stanowisko przewodniczącego Unii Wolności. W wyborach parlamentarnych we wrześniu 1997 z listy tej partii zdobył mandat posła na Sejm III kadencji.

W rządzie Jerzego Buzka po raz trzeci objął stanowiska wicepremiera i ministra finansów, zajmując je w okresie od 31 października 1997 do 8 czerwca 2000, tj. do czasu rozpadu koalicji AWS-UW.

Jesienią 2000 zrezygnował z kandydowania na kolejną kadencję przewodniczącego Unii Wolności. 22 grudnia tego samego roku został wybrany przez Sejm stosunkiem głosów 226:214 na prezesa Narodowego Banku Polskiego (zrzekł się wówczas mandatu poselskiego). Pełnił tę funkcję od 10 stycznia 2001 do 10 stycznia 2007 i jako prezes NBP od 1 maja 2004 wchodził z urzędu w skład Rady Ogólnej Europejskiego Banku Centralnego.

W latach 1992–2000 przewodniczył radzie naukowej Fundacji Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych CASE.

We wrześniu 2007 stanął na czele założonej przez siebie fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

W czerwcu 2008 został przewodniczącym rady nadzorczej europejskiego think tanku Bruegel. W październiku tego samego roku został wiceprezydentem International Atlantic Economic Society oraz członkiem grupy roboczej Unii Europejskiej mającej szukać sposobów wyjścia z kryzysu ekonomicznego

Żonaty z Ewą Balcerowicz. Ma troje dzieci: Macieja (ur. 1972), Wojciecha (ur. 1980) i Annę (ur. 1984).

 


 

Ewa Balcerowicz (ur. 1953) − ekonomistka, przewodnicząca rady i była prezes zarządu fundacji Centrum Analiz Społeczno-E­ko­no­micz­nych (CASE). Żona Leszka Balcerowicza.

W 1977 ukończyła studia na w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Na tej samej uczelni w 1988 uzyskała stopień doktora nauk ekonomicznych. Od 1992 do 1997 pracowała w redakcji branżowego miesięcznika "Bank". Zawodowo od 1983 związana z Instytutem Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Była współzałożycielem CASE, od 1991 pełniła funkcję wiceprezesa zarządu, w latach 2004–2008 zajmowała stanowisko prezesa zarządu, a następnie stanęła na czele rady tej fundacji.
Należy m.in. do Towarzystwa Ekonomistów Polskich

 

 

Akta Epsteina ujawniły przygotowania elit do pandemii

Wewnętrzny e-mail z 2017 roku, adresowany do Billa Gatesa, z perspektywy czasu nabiera nowego znaczenia politycznego i społecznego w kontekście pandemii COVID-19. Dokument nie jest dowodem na planowaną pandemię – stanowi jednak potwierdzenie, jak daleko zaawansowane były centralne koncepcje już kilka lat wcześniej.

Mail pochodzi z doradczego otoczenia firmy inwestycyjno-strategicznej bgc3 i wymienia konkretne „deliverables” (efekty współpracy). Zaskakująca jest tematyczna gęstość treści: symulacje pandemii, cyfrowe systemy danych zdrowotnych, neurotechnologia oraz wyraźnie militarne i wywiadowcze zastosowania. Szczególnie wart uwagi jest punkt „Zalecenia uzupełniające i/lub specyfikacje techniczne dotyczące symulacji pandemii szczepu”. Już w 2017 roku pracowano więc nad konkretnymi technicznymi i metodycznymi podstawami scenariuszy pandemicznych – nie w sposób abstrakcyjny, lecz z zamiarem operacyjnej realizacji.

Takie symulacje nie są niczym niezwykłym w kontekście państwowym czy wojskowym. Jednak w świetle wydarzeń od 2020 roku pojawia się pytanie, dlaczego wiele politycznych, technicznych i administracyjnych działań podczas COVID udało się wdrożyć niemal bez przeszkód. Wydaje się, że przygotowania były już wcześniej obecne.

Kolejnym kluczowym punktem wiadomości jest budowa bezpiecznych systemów cyfrowych dla danych osobistych o stanie zdrowia, z wyraźnym wykorzystaniem technologii „Zero-Knowledge-Proof”. Celem było chronienie wrażliwych informacji zdrowotnych, przy jednoczesnym umożliwieniu kontrolowanego dostępu. Właśnie ten model zrealizowano podczas pandemii w postaci cyfrowych certyfikatów szczepień, zaświadczeń zdrowotnych i interoperacyjnych platform danych. Mail pokazuje, że techniczne i koncepcyjne podstawy istniały na długo przed wybuchem COVID-19.

Szczególnie kontrowersyjny jest fragment, który często bywa pomijany: wyraźne wskazanie „Neurotechnologie jako broń w wywiadzie i obronności narodowej”. Nie chodzi tu o medycynę ani terapię, lecz o militarne i wywiadowcze zastosowania neurotechnologii. Wyraźnie pokazuje to, że w tym sposobie myślenia zdrowie, technologia i bezpieczeństwo nie były traktowane oddzielnie, lecz jako zintegrowane pole zarządzania. To połączenie rodzi podstawowe pytania etyczne – szczególnie jeśli ci sami aktorzy później mieli znaczący wpływ na globalne strategie zdrowotne.

Bill Gates odegrał kluczową rolę podczas pandemii COVID – jako promotor programów szczepień, polityczny doradca i inwestor w sektorze zdrowia i technologii. Jest to publicznie udokumentowane. Jednak podobnie jak w przypadku innych globalnych kryzysów – np. później ujawnionych struktur finansowo-inwestycyjnych związanych z Jeffreyem Epsteinem – pojawia się zasadnicze pytanie o konflikty interesów.

Epstein również poruszał się przez lata w elitarnych sieciach, czerpiąc korzyści jako inwestor i doradca, wykorzystując systemowe szare strefy. Porównanie nie oznacza utożsamienia, lecz wskazuje na powtarzający się schemat: kryzysy, technologia i kapitał są często ze sobą powiązane bardziej niż sugerują to oficjalne narracje.

Upubliczniony e-mail nie jest dowodem planowania COVID-19. Dokumentuje jednak, że scenariusze pandemii były szczegółowo przygotowywane, cyfrowa kontrola zdrowia była koncepcyjnie opracowana, militarne zastosowania bio- i neurotechnologii były otwarcie dyskutowane, a kluczowi aktorzy korzystali później politycznie i ekonomicznie z kryzysu.

Na podstawie: en.Haberler.com
Źródło zagraniczne: UncutNews.ch
Źródło polskie: WolneMedia.net

 

Krótka historia kultu relikwii

Relikwie to przedmioty związane z świętymi osobami, takie jak fragmenty ich ciała, ubrania lub rzeczy, które miały kontakt z takowymi. W tradycji chrześcijańskiej, szczególnie w Kościele katolickim i prawosławnym, relikwie są czczone jako środki łaski i łączniki między wiernymi a świętymi. Praktyka ta nie jest czczeniem samych obiektów, ale oddawaniem czci Bogu poprzez świętych, co podkreśla wczesna tradycja kościelna. Szczególną kategorię tworzą artefakty związane z samą osobą Jezusa, tworzące w opinii wiernych łącznik z nim samym.

Historia relikwii sięga najwcześniejszych lat chrześcijaństwa, gdy wierni zaczęli czcić szczątki męczenników. Jednym z najstarszych dowodów jest list z 156 r. n.e. napisany przez chrześcijan ze Smyrny (dzisiejsza Turcja), opisujący zebranie kości św. Polikarpa po jego męczeństwie. List stwierdza, że kości te były „cenniejsze niż drogocenne kamienie” i złożono je w odpowiednim miejscu, gdzie obchodzono rocznicę jego śmierci. Na ten moment przypominało to raczej szacunek to doczesnych szczątków równie szanowanych za życia osobistości.

Do IV wieku, po edykcie mediolańskim (313 r.), gdy chrześcijaństwo stało się legalną i państwowo kontrolowaną religią Cesarstwa Rzymskiego, zaczęto budować kościoły nad grobami męczenników, co znacząco wzmocniło kult relikwii. Dopiero wówczas nastąpił „relikwiowy boom”, głównie za sprawą wykopalisk prowadzonych przez matkę cesarza. Świeżo obrana religia państwowa, jaką stało się rzymskie chrześcijaństwo, potrzebowało silnych akcentów na jej umocnienie w społeczeństwie.

W średniowieczu kult relikwii osiągnął swoje apogeum. Od czasów Karola Wielkiego (VIII w.) każdy ołtarz musiał obligatoryjnie zawierać relikwię, co stało się normą w kościołach katolickich i prawosławnych. Sobór Nicejski II w 787 r. oficjalnie zatwierdził tę praktykę, nakazując umieszczanie relikwii w kościołach do ich konsekracji.

Wczesni ojcowie Kościoła, tacy jak św. Jan Damasceński, uważali i nauczali innych, że relikwie są darami Boga dla Kościoła, służącymi do uświęcenia wiernych. Praktyka ta rozwijała się wraz z szerzoną wówczas wiarą w powszechne zmartwychwstanie ciała i rolę świętych jako orędowników w niebie. Uważano również, że relikwie miały moc uzdrawiającą, nawiązując do „Nowego testamentu”, gdzie przedmioty dotknięte przez Chrystusa lub apostołów leczyły chorych.

Relikwie dzielono na trzy klasy.

Pierwszego stopnia: fragmenty ciała świętego lub przedmioty związane z życiem Chrystusa (np. fragment Świętego Krzyża lub święte gwoździe z niego).

Drugiego stopnia: ubrania lub przedmioty używane przez świętego.

Trzeciego stopnia: przedmioty dotknięte przez relikwię pierwszego lub drugiego stopnia.

Posiadanie prestiżowych relikwii przynosiło zaszczyt i przywileje klasztorom oraz katedrom, co prowadziło do pielgrzymek (np. do Santiago de Compostela z relikwiami św. Jakuba). Jednak wzrost popularności spowodował problemy wynikające z natury ludzkiej: fałszerstwa, kradzieże i handel relikwiami stały się powszechne. Do XVI w. liczba relikwii była ogromna, a odróżnienie autentycznych od fałszywych niemal niemożliwe. Relikwie stały się wówczas ewidentnie „biznesem”, przyciągając zarówno wiernych (gorliwość), jak i fundusze do kościołów (handel).

Protestantyzm w większości nie uznaje kultu relikwii, traktując go jako formę bałwochwalstwa lub nadużycia, co było jednym z kluczowych punktów krytyki Reformacji wobec Kościoła katolickiego. Marcin Luter i Jan Kalwin, założyciele głównych nurtów protestantyzmu, ostro sprzeciwiali się tej praktyce, uważając relikwie za oszustwa służące do manipulacji wiernymi i odciągania uwagi od bezpośredniego czczenia Boga.

Kalwin w swoim „Traktacie o relikwiach” z 1543 r. wyśmiewał handel relikwiami i ich rzekome cuda, nazywając je „śmieciami” i „fałszerstwami” papistów. W średniowieczu handel taki kwitł, a fałszerstwa były powszechne, co protestanci postrzegali jako efekt korupcji Kościoła. Reformatorzy dążyli do „oczyszczenia” wiary z takich elementów.

W odpowiedzi na stawiane zarzuty Kościół katolicki podczas Soboru Trydenckiego (1563 r.) potwierdził ważność czci relikwii, nakazując biskupom nauczanie, że „święte ciała męczenników mają być czczone przez wiernych, gdyż przez nie Bóg udziela wielu łask”. Jednocześnie sobór domagał się usunięcia przesądów i handlu relikwiami („wszelki brudny zysk ma być zniesiony”).

W epoce nowożytnej kult relikwii w katolicyzmie i prawosławiu pozostał silny, choć pod wpływem oświecenia napotkał sceptycyzm. Relikwie nadal przyciągały pielgrzymów, przynosząc korzyści ekonomiczne i prestiż lokalnym społecznościom.

W XIX i XX wieku relikwie pasyjne, jak całun turyński czy korona cierniowa, zyskały na znaczeniu m.in. dzięki wystawom i badaniom naukowym. Choć datowanie C-14 (1988) całunu turyńskiego wskazujące jego wiek na okres 1260-1390 r. mocno podkopało jego reputację, sprawiając, że sam Kościół pozostaje oficjalnie neutralny w stosunku do niego, potencjalnie sugerując sceptycyzm wiernym.

Na dzień dzisiejszy w Kościele katolickim nadal są one używane w liturgii, np. w ołtarzach, choć po Soborze Watykańskim II (1962–1965) praktyka jest bardziej uregulowana, aby unikać nadużyć. „Kodeks prawa kanonicznego” z 1983 r. zabronił sprzedaży relikwii pierwszego i drugiego stopnia bez zgody papieża. Z kolei w prawosławiu każdy ołtarz wciąż zawiera relikwię, co ma podkreślać ciągłość i niezmienność tradycji kultu.

Oficjalnie relikwie w Kościele katolickim i prawosławnym służą jako wsparcie dla modlitwy, medytacji i pamięci świętych, umieszczane w ołtarzach i sanktuariach. W 2017 r. Kongregacja ds. Kanonizacji Świętych zreformowała klasyfikację na „znaczące” (ciała lub prochy) i „nieznaczące” (fragmenty lub przedmioty), by zapobiec nadużyciom. Przykłady to relikwie św. Jana Pawła II w katedrze w Hongkongu czy wystawienie kości św. Piotra w Watykanie w 2013 r.

Ilość relikwii i ich rodzaje jest i była ogromna. Prawdziwy krzyż, jego drzazgi, święte gwoździe, święte szaty i chusty, głowy Jana Chrzciciela (minimum 4), różne fragmenty ciał apostołów, święte napletki, krople mleka Matki Boskiej, święte kosmyki włosów itp.
Przyjrzyjmy się najciekawszym z nich.

Prawdziwy święty krzyż

Według ustalonej tradycji, krzyż został zakopany po ukrzyżowaniu w 33 r. n.e. na Golgocie pod Jerozolimą. Cesarz Hadrian w II w. zbudował nad nim świątynię Wenus, by stłumić rzekomo kult chrześcijański.

W 312 r. rzymski cesarz Konstantyn Wielki twierdził, że zobaczył wizję krzyża z napisem „In hoc signo vinces” („Pod tym znakiem zwyciężysz”), przed bitwą przy Moście Mulwijskim, co miało zainspirować poszukiwanie relikwii.

W 326-328 r. święta Helena, matka Konstantyna Wielkiego, podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, nakazała wykopaliska w Jerozolimie. Odkopano trzy krzyże. Autentyczność wybranego potwierdzono momentalnie cudem, dotknięcie jednego uzdrowiło chorą kobietę (lub wskrzesiło zmarłego, zależnie od wersji). Zdarzenie te stało się zaczynem do celebrowania święta Podwyższenia Krzyża Świętego obchodzonego 14 września.

Helena podzieliła krzyż: część została w Jerozolimie, część zabrała do Konstantynopola i Rzymu. Co stało się później, przyczyną rozprzestrzenienia się jego licznych fragmentów po Europie, stając się obiektami pielgrzymek i handlu. Dziś fragmenty przechowywane są m.in. w Rzymie, Wiedniu, Paryżu i Jerozolimie.

Warto zauważyć, że zarówno wizja cesarza, jak i wykopaliska jego matki przyczyniły się do stworzenia nienaruszalnego fundamentu całego chrześcijaństwa w formie uprawianego po dziś dzień kultu krzyża, rzymskiego narzędzia okrutnej śmierci.

Podczas wykopalisk wraz z krzyżami również znaleziono ponoć koronę cierniową. Tak przynajmniej twierdzono później, gdyż pierwsze historyczne wzmianki o relikwii jako obiekcie kultu pochodzą dopiero z VI w.

Święta włócznia (włócznia Longinusa lub włócznia przeznaczenia)

Święta włócznia to jedna z najsłynniejszych relikwii chrześcijańskich, uważana za broń, którą według „Nowego testamentu”, po śmierci Chrystusa rzymski centurion Longinus (lub Kasjusz) przebił bok Jezusa Chrystusa na krzyżu, by potwierdzić jego śmierć, co było standardową procedurą w egzekucjach rzymskich. Zgodnie z przekazywaną tradycją, z rany wypłynęła krew i woda, co ma symbolizować sakramenty Kościoła.

Specjalny kult tej relikwii jako świętego przedmiotu zaczął się kształtować w wczesnym średniowieczu, gdy stała się symbolem władzy i ochrony, łącząc elementy biblijne z mitami o przeznaczeniu. W mitologii greckiej włócznia kojarzyła się z losem, co być może pośrednio wpłynęło na jej nazwę „przeznaczenia”. W folklorze i okultyzmie (zwłaszcza od przełomu XIX/XX w.) utrwaliła się legenda, że kto ją posiada, ten „trzyma w rękach los świata”, wygrywa bitwy, panuje nad przeznaczeniem innych. Być może miało tu miejsce jakieś echo mitycznych tablic przeznaczenia, które posiadł sumeryjski bóg Marduk, a które to dawały posiadaczowi identyczną moc.

Wróćmy do historii świętej włóczni, która jest nieco skomplikowana, ponieważ istnieje kilka konkurencyjnych relikwii, z których każda pretenduje do autentyczności.[1]

Wersja bizantyjska: wócznia miała być przechowywana początkowo w Jerozolimie, gdzie według legendy odnalazła ją wspomniana już św. Helena, w IV wieku, podczas wykopalisk na Golgocie. Później trafiła do Konstantynopola, gdzie była czczona w katedrze Hagia Sophia. Następnie w 1241 r. została sprzedana przez obecnego, łacińskiego władcę tego miasta, Baldwina II, królowi Francji Ludwikowi IX, i od tej pory jej grot znajdował się w Paryżu. Zaginęła gdzieś w okolicy czasu Rewolucji Francuskiej. W 1492 r. sułtan Bajazyd II po zdobyciu Konstantynopola podarował kolejną włócznię („prawdziwą”) papieżowi Innocentemu VIII – ta wersja znajduje się w Watykanie. Papież Benedykt XIV (ok. 1750) porównał rysunek czubka z Francji z grotem w Watykanie i doszedł do wniosku, że dwa fragmenty pasują do siebie i kiedyś tworzyły jedną całość. To utrwaliło legendę, że watykańska relikwia to „główna część”, a paryska była tylko odłamanym końcem.

Wersja germańska: znana jako Włócznia Świętego Maurycego, trafiła w niepewny sposób w ręce cesarzy niemieckich. Otton I używał jej w X wieku jako prestiżowego symbolu władzy, a w 1424 r. cesarz Zygmunt podarował ją miastu Norymberga. W 1796 r. ukryto ją przed Napoleonem, a w 1806 r. trafiła do Wiednia, gdzie od 1912 r. była w skarbcu. Po aneksji Austrii w 1938 r. Hitler zabrał ją do Norymbergi, ale w 1945 r. amerykańscy żołnierze zwrócili ją z powrotem do Wiednia.

Wersja polska: replika wersji germańskiej, została podarowana Bolesławowi Chrobremu przez cesarza Ottona III podczas zjazdu gnieźnieńskiego w 1000 r. Była symbolem sojuszu i uznania suwerenności Polski. Przechowywana w Gnieźnie, potem na Wawelu, gdzie jest do dziś w skarbcu katedralnym. Używana podczas koronacji polskich królów. W czasie II wojny światowej zrabowana przez Niemców. Jednak po porównaniu jej z wiedeńską wersją, została wkrótce zwrócona jeszcze w trakcie okupacji – rzadki wyjątek wśród zrabowanych polskich dóbr.

Wersja ormiańska: według ormiańskiej tradycji kościelnej, grot włóczni przywiózł do Armenii apostoł Tadeusz (Juda Tadeusz) już w I wieku n.e., wkrótce po Ukrzyżowaniu Jezusa. Tadeusz był jednym z apostołów, którzy według tradycji ormiańskiej ewangelizowali Armenię jako pierwszy kraj chrześcijański (oficjalnie od 301 r.). Przez wieki relikwia miała być przechowywana w różnych klasztorach w historycznej Armenii Zachodniej (dzisiejsza Turcja wschodnia). Od XIII wieku znajdowała się w klasztorze Geghard (nazwa dosłownie oznacza „włócznia” – „geghard” po ormiańsku). Obecnie znajduje się w Eczmiadzynie (dziś Wagharshapat), w muzeum katedry. Wciąż jest wyjmowana przy okazji ważnych świąt.

Wersja krucjatowa: relikwia z Antiochii weszła do świadomości ludzkiej głównie dzięki kronikom pierwszej krucjaty, takim jak „Historia Francorum” Gwidona z Akki czy relacje Raymonda d’Aguilers (kapelana hrabiego Rajmunda z Tuluzy). Opisywana jako cudowne znalezisko, które uratowało krzyżowców przed klęską, stała się symbolem boskiej interwencji. Jej „odkrycie” w 1098 r. było promowane jako dowód Bożej łaski dla krucjaty. Sceptycy, w tym uczestniczący w krucjacie i będący świadkiem zdarzeń biskup Adhemar z Le Puy, wątpili w autentyczność, ale mimo tego relikwia szybko zyskała popularność wśród krzyżowców i pielgrzymów, inspirując do dalszej walki.

Odkrycie miało miejsce tuż po udanym oblężeniu Antiochii (czerwiec 1098 r.) w ramach pierwszej krucjaty. Krzyżowcy, dowodzeni przez Bohemonda z Tarentu i Rajmunda z Tuluzy, zdobyli miasto, ale wkrótce sami zostali oblężeni przez muzułmańską armię pod wodzą sułtana Kerbogi, która nadciągnęła ze spóźnioną odsieczą. Sytuacja była desperacka: głód, choroby i dezercje groziły klęską. Wówczas ubogi mnich i pielgrzym Piotr Bartłomiej twierdził, że miał serię wizji św. Andrzeja Apostoła, który wskazał mu miejsce ukrycia włóczni pod podłogą katedry św. Piotra w Antiochii. Po kilku dniach ogólnych poszukiwań i kopania, Piotr nagle wskoczył do wykopu i wydobył żelazny grot, co uznano za cud. To następnie powszechnie obwieszczone wydarzenie natychmiast podniosło znacząco morale. Krzyżowcy w duchowym uniesieniu wyszli do bitwy 28 czerwca, niosąc relikwię, i pokonali wroga, przypisując zwycięstwo boskiej pomocy.

Jednak wątpliwości co do autentyczności rosły. Piotr Bartłomiej, by dowieść prawdy, poddał się próbie ognia (chodził po rozżarzonych węglach z relikwią), ale zmarł w męczarniach od ran, co osłabiło wiarę w relikwię.

Mimo wszystko, po bitwie pod Antiochią relikwia stała się oficjalnym talizmanem krucjaty. Nosił ją Raymond d’Aguilers podczas marszu na Jerozolimę w 1099 r., gdzie pomogła w zdobyciu miasta. Żołnierze ponoć raportowali, że widzieli „niebiańskich rycerzy” na białych koniach podczas bitwy, co przypisywano mocy relikwii, cudownie odnalezionej dzięki boskiej pomocy. Mimo oczywistych prób podkolorowania jej wartości, po 1099 roku stała się właściwie tylko ciekawostką historyczną i symbolem desperackiej wiary krzyżowców w najczarniejszym momencie oblężenia Antiochii. Po czym jej dalsze losy stały się nieznane. Warto tutaj wspomnieć o wspaniale sportretowanej (fabularyzowanej) historii znalezienia tego artefaktu jak i samej wyprawy, przez nieodżałowaną Zofię Kossak, w jej wybitnym dziele „Krzyżowcy”.

Wnioski

Historia i rola relikwii w kulcie chrześcijańskim jest niezwykle barwna i fascynująca. Ukazuje jak odpowiednio skanalizowana ludzka wiara, potrafi stanowić główny czynnik inspirujący i motywujący. I po prawdzie, trzeba dziś oddać Kościołowi rację, który aby unikać bałwochwalstwa, podkreśla, że łaska pochodzi od Boga, a nie od przedmiotu.

A co na to wszystko powiedziałby sam Jezus? W jego czasach i w jego religii (judaizm) nie istniało nic podobnego, więc ciężko ocenić. Jednakże historia zapisana w „Ewangelii według św. Marka” (5,25-34) daje pewne poszlaki. Ciężko chorująca kobieta uwierzyła, że jak dotknie Jezusa, to zostanie uzdrowiona. Podług zapisków, dopięła swego, dotknęła Mistrza i została uzdrowiona. Jezus skwitował to stwierdzeniem: „Twoja wiara cię ocaliła”. Jak sądzę, jest to kluczowe, co powiedział i na co położył akcent. Nie rzekł, że „ja cię uzdrowiłem”, czy „moja szata” albo „sam Bóg” – lecz jej osobista wiara to poczyniła. Czyż Jezus nie nauczał o wierze, która zdolna jest do przenoszenia gór?

Morał z tego taki, że ludzki umysł, będący przyczyną wszelkich zjawisk mentalnych, w tym i wiary, jest niezwykle potężny. Jeżeli ktoś uwierzy, że coś go uzdrowi, ale tak naprawdę uwierzy, choćby i była to święta łyżka z Palestyny – to tak się może stać. Współczesna nauka nazywa to efektem placebo. Nie bez przyczyny skuteczność nowo tworzonych leków jest porównywana z grupą bazową, która tylko wierzy, że je dostaje. O dziwo, często się zdarza, że te leki mają mniejszą lub zbliżoną skuteczność do samej wiary ludzi, nie przyjmujących leków, lecz wierzących, że są one im podawane i wierzących w ich moc – gdyż tak ich zapewniano.

Oto potęga ludzkiego umysłu. Wiara czyni cuda. I z tą myślą was zostawiamy.

Autorstwo: Grohmanon
Ilustracja: WolneMedia.net (CC0)
Źródło: WolneMedia.net

Przypis

[1] Badania metalograficzne przeprowadzone w 2003 roku wykazały, że sam grot włóczni pochodzi prawdopodobnie z VIII wieku, jednak wewnątrz niego znajduje się żelazny gwóźdź, który datuje się na czasy znacznie wcześniejsze. To pokazuje, jak skomplikowana jest „anatomia” relikwii – często są to obiekty wielowarstwowe, gdzie legenda obudowuje starszy rdzeń.

niedziela, 1 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                                Bogusław Bagsik

 

Bogusław Bagsik (ur. 8 kwietnia 1963 w Bytomiu) – żydowski aferzysta, radny miasta Cieszyna pierwszej kadencji (1990-1994). W 1991 r. znalazł się na 9 miejscu na liście 100 najbogatszych Polaków tygodnika Wprost. Posiada obywatelstwo polskie, niemieckie i izraelskie.

W 1990 roku Bagsik stwierdził, że: „Polska nie dorosła do demokracji i należy wziąć Polaków za mordę”, ostro atakował Kościół katolicki i wybielał SdRP(dawna PZPR).


 

Dzieciństwo spędził na Górnym Śląsku w Zabrzu-Rokitnicy i tam uczęszczał do Szkół Podstawowych nr 30 w dzielnicy Helenka i nr 31 – w Rokitnicy. Następnie ukończył IV Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Reja. Równolegle uczęszczał do Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. Stanisława Moniuszki w Zabrzu. Absolwent Studium Nauczycielskiego w Katowicach. Po maturze opuścił rodzinne Zabrze i zamieszkał najpierw w gminie Goleszów, a później w Cieszynie. Pracę zawodową rozpoczął jako stroiciel fortepianów, następnie pracował jako nauczyciel, kolejno jako pomocnik przy budowie kościołów, organista w kilku parafiach, by ostatecznie przed utworzeniem spółki Art-B podjąć pracę najpierw jako akwizytor w firmie Jur- Gast w Wiśle, gdzie szybko awansował na pełnomocnika zarządu tej spółki.

W 1985 poznał Andrzeja Gąsiorowskiego na koncercie Cliffa Richarda w Warszawie. W 1989 roku utworzył z nim spółkę „Art-B” z siedzibą w Cieszynie. Bagsik przelewał pieniądze przez różne banki doprowadzając do ich wielokrotnego oprocentowania. Jest to tzw. mechanizm „oscylatora”. W połowie kwietnia 1991 firma Bagsika i Gąsiorowskiego wykupiła wszystkie traktory w Ursusie, ratując firmę przed bankructwem; firma „Ursus” do dzisiaj nie wywiązała się z zawartej umowy mimo otrzymania zapłaty zgodnej z umową. Żądania „Art-B” dotyczące realizacji umowy spowodowały reakcję silnych związków zawodowych „Ursusa” i reperkusje prawne w stosunku do Bagsika i Gąsiorowskiego, a nie w stosunku do nierzetelnego „Ursusa”.

Art-B, jako pierwsza prywatna spółka w Polsce, otrzymała koncesję na handel bronią!

 

Pałac w Pęcicach,siedziba Art-B w latach 1990-1991

 

W 1990 r. Główny In­spe­ktor Nadzoru Ban­ko­we­go dostrzegł nie­pra­wid­ło­woś­ci w ob­ro­cie kapitału holdingu Art-B, ale dopiero po pół roku pro­ku­ra­tu­ra wszczęła śledztwo w tej sprawie.

Trzy lata wcześniej (1988) Bagsika nikt jeszcze nie znał. Nikt, poza sędziami sądu re­jo­no­we­go, którzy ska­zu­ją go na rok w zawieszeniu i grzywnę. Za co? Za przy­wła­szcze­nia, jakich miał dopuścić się pracując w spółdzielni in­stru­men­tów muzycznych.

Jako stroiciel pobiera opłaty za swoje usługi, jednak nie odprowadza ich do spółdzielczej kasy. Wszystko dzięki niezarejestrowanemu bloczkowi rachunków.

Nie wiadomo, skąd wspólnicy mają pieniądze na pierwsze operacje, jakie prowadzi Art-B. Bagsik wnosi 40 tys. zł. Jest rok 1989. Rok później kapitał zakładowy spółki rośnie do miliona złotych. Pojawiają się też nowi udziałowcy – Andrzej Gąsiorowski, Jerzy Pagieło i Marek Doliński. W tym samym czasie Bagsik zostaje cieszyńskim radnym.

Pieniądze PZPR

Ten cud był możliwy dzięki odpowiednim ludziom i wnoszonemu przez nich wianu. Jednym z nich był Wiktor Adamczyk, absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej im. Dzierżyńskiego, od 1978 r. funkcjonariusz MSW (negatywnie zweryfikowany w 1990 r.). To on został zastępcą dyrektora generalnego Art-B (dyrektorem generalnym był wówczas Zbigniew Sajkowski, były wiceminister oświaty, a także zastępca Aleksandra Kwaśniewskiego w Urzędzie Kultury Fizycznej i Turystyki), a później wiceprezesem spółki. W 1988 r. Adamczyk podpisał - w imieniu Wydziału Zagranicznego KC PZPR - porozumienie z PKO BP w sprawie utworzenia kont dewizowych partii w renomowanych bankach zachodnich - zgromadzono na nich co najmniej 14 mln franków szwajcarskich i około miliona dolarów. Pieniądze te wróciły następnie do X oddziału PKO BP w Warszawie, gdzie Adamczyk był zastępcą dyrektora od 15 lutego do 31 listopada 1990 r. To wtedy pieniądze z kont dewizowych byłej PZPR rozdysponowano co do grosza. Do dziś nie wiadomo, gdzie się podziały. Prawdopodobnie trafiły do spółki Bagsika i Gąsiorowskiego. Prokuratura prowadząca śledztwo w sprawie Art-B stwierdziła w każdym razie, że gdy Wiktor Adamczyk pracował w X oddziale PKO BP, to umożliwił Bagsikowi i Gąsiorowskiemu realizację oscylatora.

Bagsik z Gąsiorowskim szybko stali się pieszczochami piewców polskiej przedsiębiorczości. W dworku spółki Art-B w Pęcicach, gdzie można było podziwiać obrazy Renoira, Picassa czy Malczewskiego, jakie zgromadzili gospodarze, bywali wszyscy. Jednocześnie jednak wyjście z cienia miało swoje minusy. Artystami biznesu zainteresowały się UOP i prokuratura, do ministerstw dochodziły też niepokojące głosy z terenu, jak np. raport wojewody bielskiego o machinacjach Art- B w jego regionie.

Wkrótce po tym, jak Bagsik z rąk samego Kisiela odebrał nagrodę za „za upór i konsekwencję w realizowaniu przemian w Rzeczpospolitej”, w nocy na przełomie lipca i sierpnia 1991 r., prezes i wiceprezes Art-B wyjechali wraz z rodzinami do Niemiec, a stamtąd do Izraela, gdzie jeden miał obywatelstwo, a drugi wkrótce je uzyskał. Jak sami później zeznawali, o planowanym aresztowaniu ostrzegł ich Maciej Zalewski, poseł PC i sekretarz stanu w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy, główna postać afery Telegrafu, spółki Porozumienia Centrum, na którą Art-B miało wpłacać ogromne sumy.

W Izraelu, Bagsik i Gąsiorowski konsumowali spokojnie ukradzione Polakom 420 mln dolarów. Bagsik zastanawiał się jeszcze co robić, a w przerwach jeździł na narty w szwajcarskie Alpy, Gąsiorowski zaś uruchomił nowy geszeft. Polegał on na elektronicznym nabijaniu w butelkę żydowskich posiadaczy kart kredytowych. Zapomniał biedak, że w Talmudzie, oprócz religijnego obowiązku kantowania gojów, szczególnie miłego ich Bogu, znajduje się też zasada: "oko za oko i ząb za ząb", a Żydzi są bezlitośni dla tych, którzy ich oszukują. Skazany za oszukiwanie Żydów na 30 lat ciężkiego więzienia Gąsiorowski pisze rozpaczliwe listy do różnych organizacji praw człowieka uskarżając się, że w więzieniu, w którym go osadzono, żyją ogromne karaluchy. Inaczej potoczyły się losy Bagsika. Żydzi oskarżyli Szwajcarów o przechowywanie skradzionego im złota. Przy najbliższym pobycie w Szwajcarii Bagsik został aresztowany przez Interpol i - ku ogromnej konsternacji TW"Bolka", polskiego wymiaru niesprawiedliwości i okrągłostołowych establish-mętów - wydany Polsce. Ta nolens volens musiała go przyjąć i zrobić proces.

Ale Bagsik to spryciarz nad spryciarze. Na wszelki wypadek pozostawił w Izraelu nagrane zeznanie kto, jak i kiedy dopomógł mu pożyczyć w Narodowym Banku Polskim 420 mln dolarów. PRL-bis nie mogła sobie pozwolić na ujawnienie tej prawdy. Na procesie Bagsik niczego o TW"Bolku" nie powiedział i za to został skazany tylko na 9 lat więzienia, przy czym sąd nie nakazał mu zwrócenia ukradzionych Narodowemu Bankowi Polskiemu pieniędzy, których kwota urosła w międzyczasie dzięki odsetkom do ponad 800 mln dolarów.

Od czasów Hammurabiego, tj. od prawie 5000 lat, kodeksy wszystkich państw cywilizowanych zawierają przepis, że kiedy złodziej zostaje skazany za kradzież, sąd przysądza zarazem okradzionemu zwrot tego, co mu złodziej ukradł. Przepis taki istnieje także w polskim prawie karnym, które w artykule 52 kodeksu postępowania karnego zobowiązuje sąd, kiedy okradzionym jest państwo, do przysądzenia mu z urzędu zwrotu złodziejskiego łupu. Ale w procesie przeciw Bagsikowi o kradzież 420 mln dolarów i sędziowie, i prokuratorzy wszystkich instancji, z Sądem Najwyższym włącznie, postąpili wbrew prawu, robiąc złodziejowi prezent z naszych pieniędzy.

Obowiązku upomnienia się o zwrot 800 mln dolarów nie dopełnił także obecny prezes Narodowego Banku Polskiego, eks-towarzysz Leszek Balcerowicz, popełniając w ten sposób przestępstwo z art. 231 § 1 kodeksu karnego (niedopełnienie obowiązku służbowego połączone z wielką stratą państwa), za co powinien zostać skazany na karę dożywotniego więzienia. Ścigani też powinni być sędziowie i prokuratorzy, którzy sądzili Bagsika.

W 1991 r. Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski zakładają Viva Art Music która od 1994 r. stała się 50% udziałowcem z VIVA ART MUSIC SWEDEN AB której prezesem był szwedzki producent Lars Olsson. Firma zajmowała się organizacją imprez i produkcją koncertów o charakterze międzynarodowym.

Produkcje VIVA ART Music:

  • 14-15 sierpnia 1991: podczas IV Podróży Jana Pawła II do Polski Art-B była współorganizatorem II Festiwalu Artystów Chrześcijańskich w Częstochowie. Gwiazdą Festiwalu była Donna Summer. Koncert odbył się na stadionie Włókniarza w Częstochowie i był transmitowany przez stację BBC.
  • 1992: Producent Guitar Legends Expo w Sewilli

W 2007 roku wystąpił w roli promotora w Polsce i zorganizował w katowickim Spodku walkę Tomasza Adamka. W tym samym roku został prezesem Zakładów Futrzarskich Kurów SA.

Afera Art-B żyje drugim życiem. Najsłynniejsi aferzyści III RP - Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski - pokłócili się o bardzo duże pieniądze. "Dziennik" dotarł do dokumentów, z których wynika, że ścigany listem gończym Gąsiorowski dostanie miliony dolarów, bo donosił na Bagsika.

Konflikt między dawnymi przyjaciółmi i wspólnikami wykorzystał likwidator tej spółki. Zawarł tajną umowę, na podstawie której Gąsiorowskiemu należy się honorarium za każdy odnaleziony przez niego majątek Bagsika. "Dziennik" dotarł do tej umowy.

Obowiązuje od dawna, bo od 1996 r. Gąsiorowski i dawny współpracownik Art-B Meir Bar zobowiązują się w niej do pokazania likwidatorowi Art-B Jerzemu Cyranowi, gdzie Bogusław Bagsik ukrywa majątek spółki. W zamian mają dostać nawet połowę pieniędzy, które uda się odzyskać likwidatorowi dzięki tym donosom.

Z ustaleń gazety "Dziennik" wynika, że Gąsiorowski już sypnął byłego wspólnika. Nie wiadomo jednak, czy wskazał np. konta i spółki Bagsika w Szwajcarii, czy jakieś inne dobra. Ani czy już zainkasował swoją prowizję. Ale to nie wszystko. Gąsiorowski zapewnił sobie również prawo do części odszkodowania, jeśli Art-B wygra pewien proces w Izraelu.

Rzecz dotyczy pieniędzy wziętych pod stołem przez Bagsika w zamian za zgodę na odsprzedanie rodzinie Libermanów należących do niego akcji izraelskiego koncernu naftowego PAZ. To m.in. na kupno akcji tego przedsiębiorstwa "artyści biznesu" wydali pieniądze przewiezione w workach z Polski do Izraela.

Akcje PAZ wprawdzie sprzedał za 80 mln dolarów Libermanom likwidator Art-B, ale kupcy zapłacili Bagsikowi oprócz tego nieoficjalnie 17 mln dolarów. Likwidator nic o tym nie wiedział. Tę nieformalną transakcję Bagsika zdradził właśnie jego były wspólnik - Gąsiorowski.

Likwidator Art-B procesuje się z Libermanami o tę lewą transakcję - żąda oddania tych 17 mln wraz z odestkami. Teraz jest to już 30 mln dolarów. Jedna trzecia z tego, zgodnie z umową, którą "Dziennikowi" ujawnia, należy się Gąsiorowskiemu i Barowi. Tylko, że mogą mieć kłopoty z uzyskaniem tych pieniędzy. "Bar i Gąsiorowski mnie oszukali" - powiedział gazecie Jerzy Cyran i przerwał rozmowę.
Bogusław B. będąc już na wolności również prowadził "lewe" interesy i m.in. za gigantyczne pieniądze sprzedał wojsku kożuchy.

Ważnymi postaciami w interesach Art-B byli od początku Ireneusz Sekuła, wicepremier w rządzie Mieczysława Rakowskiego, a za rządów SLD prezes Głównego Urzędu Ceł, Andrzej Kolikowski, pseudonim Pershing, szef gangu pruszkowskiego, oraz Wiesław Peciak, jeden z egzekutorów długów Art-B. Pierwszy dysponował wpływami w świecie polityki, pozostali - pieniędzmi. To Peciak,właściciel Zakładów Futrzarskich w Kurowie, których prezesem był Bogusław Bagsik, przechowywał w domowym sejfie niektóre dokumenty Art-B. W zakładach w Kurowie znaleziono natomiast dokumentację firmy Polnippon, należącej do Sekuły. Kolikowski zeznał w sądzie, że to Bagsik poznał go z Peciakiem. Kiedy Peciakowi skradziono mercedesa, Ireneusz Sekuła (jako szef GUC) polecił zablokować granice. W sejfie Peciaka znajdowało się też pokwitowanie pożyczki w wysokości miliona dolarów, udzielonej Sekule przez Art-B.

 

towarzysz I.Sekuła były szef GUC
 
 
 W 1992 r. Ireneusz Sekuła sprzedał Bagsikowi swoje mieszkanie w alei Róż, a trzy lata później ten odsprzedał je Peciakowi. W lokalu tym bywał też Andrzej Kolikowski. Kiedy policja chciała w 1995 r. przeszukać mieszkanie, okazało się, że mieści się tam kancelaria mecenasa Mirosława Brycha, obrońcy Peciaka, Kolikowskiego i Bagsika. Przypomnijmy, że to w kancelarii Mirosława Brycha SdRP zdeponowała w 1990 r. równowartość 7,5 mln USD z kont byłej PZPR, a następnie zainwestowała w różne przedsięwzięcia. Prokuratora zamierzała udowodnić, że Sekuła dostarczał szefom Art-B informacje dotyczące przewidywanych zmian prawa bankowego, lecz dochodzenie przerwała śmierć byłego szefa GUC. Pershing miał natomiast udziały w niektórych przedsięwzięciach bądź wykładał kapitał na konkretne transakcje. Po ucieczce właścicieli Art-B do Izraela odwiedzał ich tam zarówno Ireneusz Sekuła, jak i Wiesław Peciak oraz Andrzej Kolikowski.
 
 
"Pershing” były szef mafii pruszkowskiej.
  

Interesujący wydaje się także po­łud­nio­wo­a­me­ry­kań­ski wątek interesów Art-B. O swoich związkach z tą spółką opowiadał na przykład zatrzymany na Okęciu Carlos Vargas Solis, konsul Kostaryki, przy którym znaleziono 12 kg heroiny po­cho­dzą­cej z Kolumbii. Podczas pobytu w Polsce Solis jeździł - w tajemnicy przed swoimi zwierzchnikami - do Indii i Pa­kis­ta­nu. Solisa rekomendował właścicielom Art-B Murillo Duran, jego poprzednik na stanowisku konsula. Duran był jed­no­cześ­nie pełnomocnikiem Art-B. Podczas przesłuchania Solis przyznał, że szefowie Art-B pomogli mu w karierze dyp­lo­ma­tycz­nej: przyspieszyli złożenie listów uwierzytelniających prezydentowi Jaruzelskiemu. W rewanżu Solis proponował Bagsikowi stanowisko konsula honorowego swego kraju. Wiele wskazuje na to, że Solis i Duran byli cichymi udziałowcami Art-B.

W 2004 r. Bogusław Bagsik razem ze wspólnikiem założył w Wielkiej Brytanii spółkę Digit Serve i zaczął zbierać pieniądze od klientów w Polsce, obiecując im wysokie zyski – aż 52 proc. rocznie. Przez pierwszy rok rzeczywiście je wypłacał, tyle że klienci nie mieli pojęcia, że nie pochodzą one z inwestycji, lecz z pieniędzy wpłacanych przez kolejnych uczestników piramidy. Nie wiedzieli również, że za spółką Digit Serve stoi były szef Art-B. Zaniepokoili się dopiero w połowie 2007 r., gdy zamiast obiecanych zysków zaczęli dostawać pisma o przełożeniu terminu wypłaty. Zawiadomili Komisję Nadzoru Finansowego, a ta – prokuraturę. Bagsik i współpracujący z nim Maciej G. usłyszeli zarzut oszustwa na szkodę kilkudziesięciu osób.

Ale ofiar i strat może być znacznie więcej. Mecenas Roman Giertych, były lider LPR, reprezentuje interesy 15 inwestorów, którzy powierzyli pieniądze Digit Serve. Jak twierdzi, tylko ich roszczenia to ponad 100 mln zł.

Jedna z ofiar operacji Bagsika poprosiła o pomoc mec. Krzysztofa Orszagha z Warszaw, prawnik miał spory problem z namierzeniem biznesmena. – Często zmieniał telefony i miejsca pobytu. Gdy w końcu udało się go złapać, był bardzo miły i uprzejmy. To zresztą nie jest typ pieniacza – wspomina. Orszagh odbył z nim wtedy kilka miłych rozmów, ale nie przyniosły one efektów. Pieniędzy nie udało się odzyskać.

Na temat Bagsika mec. Orszagh ma wyrobione zdanie. – To bardzo inteligentny człowiek. Ma coś z przywódcy, który potrafi przekonać do siebie ludzi. Wśród tych, którzy powierzyli mu pieniądze, nie ma prostych robotników, to inteligencja: przedsiębiorcy, lekarze, nawet prawnicy. Jest sprytny – swoje pomysły wprowadza w życie nie osobiście, lecz przez pośredników. W razie problemów to oni pierwsi ponoszą konsekwencje.

- Nikt z pozycji państwa nie rozpracował do końca sprawy Art-B. Dlaczego? - zastanawiał się Konstanty Miodowicz, członek sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, były szef kontrwywiadu UOP. - Naszym zadaniem jest udowodnienie konkretnych przestępstw - odpierał zarzuty prokurator Marek Łopuszański. Oskarżał on Bogusława Bagsika o przekupstwo, zagarnięcie 400 mln zł na szkodę NBP, przywłaszczenie 120 mln zł i działanie na szkodę spółki.

Żoną Bagsika była Marta Grzywacz

Marta Grzywacz
Celebrytka, dziennikarka telewizyjna i radiowa. 


 

Po ukończeniu 3-miesięcznego kursu dla dziennikarzy rozpoczęła pracę w 1992 w Radiu Eska, gdzie przygotowywała i prowadziła ser­wi­sy informacyjne. Następnie pro­wa­dzi­ła przez 9 miesięcy program Kawa czy herbata? w TVP1. W latach 1993-2000 była reporterką i prezenterką Wiadomości (także wydania głównego). W latach 2003-2006 była dziennikarką czasopism Gala, Sukces i Zwierciadło. W 2005 wydawała i prowadziła program Diagnoza w Polsacie Zdrowie i Uroda.

W latach 2006-2012 współpracowała z RMF FM, prowadząc: do grudnia 2010 programy weekendowe z Piotrem Jaworskim, a od stycznia 2011 niedzielny program RMF Extra. W 2009 wystartowała jako reporter radiowy i pilot w rajdzie RMF Marocco Challenge.

Od marca 2012 prowadzi program Cafeteria w stacji Polsat Café.

Marta Grzywacz z Bogusławem Bagsikiem ma córkę Sonię!


 

 

                                  AFERZYŚCI ELIT                                                                       Meir Bar   (ur. 17 pa...