sobota, 21 lutego 2026

 

Ograniczenie darmowych leczeń dla Ukraińców



Rząd kończy z szerokim dostępem do bezpłatnej służby zdrowia dla obywateli Ukrainy. Od 5 marca 2026 r. przywileje zostaną wygaszone, a pomoc medyczna ograniczona do grup wrażliwych.

Chociaż pojawiają się głosy, że Ukraińcy nadal będą mieli więcej praw niż obywatele Polski, nie jest to prawda. Nowe przepisy zakładają, że cudzoziemcy będą traktowani tak, jak nieubezpieczeni Polacy w trudnej sytuacji życiowej.

Mechanizmy pomocy zostają przeniesione ze specustawy do ogólnej „Ustawy o cudzoziemcach”. To sygnał przejścia z trybu kryzysowego na systemowy i koniec „NFZ dla każdego” uchodźcy. Obecnie niemal każdy ze statusem UKR korzysta z lekarza za darmo. Po zmianach bezpłatna opieka przysługiwać będzie tylko:

– dzieciom do 18. roku życia;

– kobietom w ciąży, w trakcie porodu i połogu;

– ofiarom tortur lub gwałtów;

– osobom w stanie nagłego zagrożenia życia;

– mieszkańcom ośrodków zbiorowych oraz rannym w wyniku działań wojennych.

Warto zaznaczyć, że polscy obywatele znajdujący się w takich samych okolicznościach (np. nieubezpieczone kobiety w ciąży czy dzieci) również mają ustawowo zagwarantowaną darmową pomoc.

Pozostali dorośli Ukraińcy będą musieli posiadać tytuł do ubezpieczenia (np. pracę lub ubezpieczenie dobrowolne), aby korzystać z leczenia – dokładnie tak samo jak Polacy.

Zmiana eliminuje sytuację, w której status uchodźcy dawał bezterminowy i bezwarunkowy dostęp do służby zdrowia. System staje się szczelniejszy, wspierając osoby najbardziej potrzebujące i zrównując obowiązki zdrowotne cudzoziemców z obowiązkami obywateli RP.

Warto przy tym pamiętać, że zgodnie z art. 68 „Konstytucji RP”, obywatele Polski mają prawo do bezpłatnej ochrony zdrowia niezależnie od sytuacji materialnej. Teoretycznie dotyczy to także osób nieubezpieczonych, ale jak jest w praktyce – każdy wie.

Autorstwo: Aurelia
Na podstawie: Orka.Sejm.gov.pl
Źródło: WolneMedia.net

                                                                             AFERZYŚCI ELIT 

                                                             Rudolf Skowroński

 

Rudolf Skowroński
 

 Ten pochodzący z Milanówka były student Aka­de­mii Teologii Katolickiej w latach 70. wy­je­chał na saksy, a po powrocie w 1984 roku za zarobione 10 tys. dolarów założył firmę po­lo­nij­ną Helios, zajmującą się pro­du­kcją na­le­pek. Powołany trzy lata później Inter Com­merce miał już kapitał zakładowy w wy­so­ko­ści 5 milionów złotych.

Rudolf Skowroński to nie byle kto. Prezes fir­my Inter Commerce, po 1989 roku im­por­tu­ją­cej do Polski tanie telewizory GoldStar, a póź­niej zajmującej się wykupem terenów pod hipermarkety oraz ich pro­jek­to­wa­niem i budową. Prowadził interesy z takimi gigantami jak Carrefour. Sam nigdy nie dbał o publicity. Wręcz odwrotnie, nie pozwalał się fo­to­gra­fo­wać i unikał rozgłosu.

Jego nazwisko stało się szeroko znane dopiero w 2001 roku dzięki Andrzejowi Lepperowi, który z sejmowej trybuny oskarżył kilku polityków PO i SLD o branie łapówek właśnie od Skowrońskiego.

 

Andrzej Lepper

Lepper powoływał się na informacje Bogdana Gasińskiego, pracownika Skowrońskiego w je­go gospodarstwie rolnym. Wtedy też pojawił się wątek talibów lądujących w Klewkach - wielokrotnie wyśmiewany, choć za nieścisłymi informacjami Gasińskiego stały prawdziwe interesy Skowrońskiego: biznesmen za­mie­rzał handlować szmaragdami z afgańskim ge­ne­ra­łem Ahmadem Shahem Masudem, prze­ciw­ni­kiem talibów.

Ale prawdziwe interesy Skowrońskiego to ha­n­del ziemią pod supermarkety - dzięki niemu majątek biznesmena sięgnął 160 milionów złotych. Ostatnio gorzej mu się wiodło, ale właśnie zaczął stawać na nogi. Po latach wojny o 20 milionów dolarów, jakie - jego zdaniem - winien był mu Carrefour, zawarto wreszcie ugodę. Skowroński miał dostać przynajmniej część tej sumy. Potencjalni porywacze mogli liczyć, że za zamożnego biznesmena rodzina chętnie zapłaci nawet spory okup. Ale telefon, ani u żony, ani u siostry, nigdy nie zadzwonił.

Dochodzenie w sprawie domniemanego uprowadzenia rozpoczęła 24 sty­cznia 2005 roku Śródmiejska Prokuratura Rejonowa w Warszawie. Czyn­no­ści operacyjno-rozpoznawcze prowadzili policjanci z Wydziału Terroru Kry­mi­na­l­ne­go i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji. Nie znaleźli jednak ża­d­ne­go świadka. Nikt nic nie widział.

Był 18 stycznia 2005 roku. Nieco po szóstej wieczorem. Uliczkami Starego Miasta w Warszawie wolno sunął srebrny jaguar na niemieckich numerach rejestracyjnych. Zatrzymał się przed kamienicą przy ul. Brzozowej. Z sa­mo­cho­du wysiadł wysoki, ostrzyżony na jeża mężczyzna. Bardziej wyglądający na ochroniarza niż biznesmena, którym był w rzeczywistości. To Rudolf Sko­wro­ń­ski, właściciel majątku szacowanego na 160 mln złotych. Samochód ruszył dalej, kierowca jak zwykle odprowadzał jaguara na pobliski strzeżony parking. Skowroński nacisnął przycisk domofonu z numerem swojego mie­sz­ka­nia. Poprosił żonę Edytę, żeby otworzyła drzwi.

Wtedy słyszała go po raz ostatni. Ale z tego, że mąż nie dotarł do mie­sz­ka­nia, zdała sobie sprawę dopiero trzy godziny później. Apartament Sko­wro­ń­skich na Starówce jest ogromny, składa się z kilku połączonych lokali na ró­ż­nych poziomach i Edyta Skowrońska mogła nie natknąć się na męża przez dłuższy czas. Potem, na policji, zeznała, że nawet nie wie, czy mąż wszedł do mieszkania, czy nie. Ona go nie widziała. W nerwach czekała przez całą noc. Rano, razem z siostrą męża, złożyły zawiadomienie o za­gi­nię­ciu.

Minął rok i nie sposób ani potwierdzić, ani obalić żadnej z hipotez, które postawiła policja i zatrudnieni przez rodzinę detektywi. Czy Skowroński został porwany? Czy ukrywa się? Jeśli tak, to przed kim? A może został zamordowany, bo jego działalność kolidowała z interesami kogoś po­tę­ż­nie­j­sze­go?

Żona i siostra przez parę tygodni starały się być bez przerwy pod telefonem i każdy dzwonek budził w nich nadzieję, że odezwą się porywacze żądający pieniędzy. Pierwszą i najbardziej oczywistą hipotezą było bowiem porwanie dla okupu. 54-letni - w chwili zaginięcia - Skowroński mógł wzbudzić za­in­te­re­so­wa­nie porywaczy.

22 kwietnia 2005 roku prokuratura umorzyła sprawę po raz pierwszy. Na wniosek rodziny śledztwo było wznawiane jeszcze dwa razy i znowu 30 gru­dnia 2005 roku zostało umorzone. Powód? Zawsze taki sam: "Brak danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia prze­s­tęp­stwa" - tłumaczy krótko szef prokuratury śródmiejskiej Piotr Woźniak. Rów­nie ma­ło­mów­na jest policja. - Postępowanie dotyczyło uprowadzenia. O czyn­noś­ciach operacyjnych nie mogę mówić, bo objęte są tajemnicą. Po­wiem tyl­ko, że na podstawie dokonywanych sprawdzeń policjanci nabrali prze­ko­na­nia, że przestępstwo nie zaistniało - mówi Mariusz Sokołowski, rzecznik pra­so­wy Komendy Stołecznej Policji. Pytany o dowody wy­klu­cza­ją­ce up­ro­wa­dze­nie biznesmena mówi tajemniczo: - Mógł być widziany w in­nym mie­j­scu.

Tu się pojawia druga hipoteza, że Rudolf Skowroński sam zorganizował swoje zniknięcie i od roku się ukrywa. Na przykład w swoim pięknym, piętrowym domu w Młynniku koło Sorkwit na Mazurach, odgrodzonym od świata kilkudziesięcioarową działką. Jest - jak ustaliliśmy - jeden świadek, sąsiad, który twierdzi, że widział tam Skowrońskiego w lutym 2005 roku, gdy na balkonie bawił się z psem. Być może właśnie jego zeznania stały się dla policji i prokuratury koronnym dowodem, że Skowroński żyje, ale się ukrywa.

Przed kim lub przed czym? Być może przed wymiarem sprawiedliwości. W łódzkim sądzie toczył się proces byłego prezydenta Łodzi Marka Cze­kal­skie­go, oskarżonego o przyjęcie 200 tys. złotych od Rudolfa Sko­wro­ń­skie­go za korzystną sprzedaż gruntu. Oskarżonym w tej sprawie jest też Sko­wro­ń­ski. - Jego nieobecność nic nie zmienia. Złożył wyjaśnienia, jego ob­roń­ca jest obecny na rozprawach i aktywnie uczestniczy w procesie - mówi Grażyna Jeżewska, rzeczniczka łódzkiego sądu.

Jest jeszcze sprawa w Olsztynie wszczęta z doniesienia Bogdana Ga­siń­skie­go. Chodzi o wyłudzenie w 1999 roku dopłat na przechowywanie zboża i kredytów preferencyjnych na kwotę nie mniejszą niż 823 tys. złotych. W 2004 roku Skowroński był przesłuchiwany w tej sprawie jako świadek. Już po jego zniknięciu prokuratura postanowiła przedstawić mu zarzuty i nie mogąc ustalić jego miejsca pobytu, 9 września 2005 roku wystosowała za nim list gończy. - To dobrze. Może wreszcie zaczną mojego brata szukać - komentuje krótko siostra biznesmena Dagmara Skowrońska.

Ale równocześnie najbliżsi Rudolfa Skowrońskiego nie wierzą, aby - nawet ryzykując skazanie przez sąd - opuścił on dom i wyrzekł się kontaktów z ukochanym trzyletnim synkiem Rudolfem juniorem. Zresztą rok ukrywania się musi sporo kosztować, a - jak się dowiedzieliśmy - karty kredytowe, jakie przy sobie miał 18 stycznia 2005 roku Skowroński, nigdy nie zostały użyte. Nie było też ani wcześniej, ani po zaginięciu żadnych podejrzanych przelewów z kont biznesmena.

A w dodatku mazurska policja podważa wiarygodność świadka, który zez­nał, że widział biznesmena w lutym w domu na Mazurach. - Rozmawiałem z nim i trudno mi jego relację uznać za wiarygodną. To nie było tak, że on tę osobę widział z bliska. On widział z daleka sylwetkę, a i też nie wiadomo, czy nie wcześniej niż w lutym - mówi Mirosław Len, policjant z rewiru dzielnicowych w Sorkwitach, któremu podlega Młynnik. - Znamy sprawę, sprawdzamy, trzymamy rękę na pulsie, ale nie ma żadnego śladu, żeby był tutaj, żeby się choć pojawił. Po prostu żadnego śladu - zapewnia dziel­ni­co­wy.

Może więc Skowroński nie żyje? Tę tezę potwierdzałby fakt, że po roku od zaginięcia biznesmen nie dał śladu życia. Miał kłopoty z oddychaniem, niedługo przed zaginięciem wyszedł ze szpitala. Gdyby porywacze nie wiedzieli o tym, skrępowali go i zakneblowali, biznesmen mógłby tego nie wytrzymać. To jednak domysły. Podobnie jak podejrzenia, że właściciel Inter Commerce został zamordowany przez konkurentów. Przez lata prowadził tajemnicze interesy, o których wiedział tylko on sam.

Być może - czego obawia się Waldemar Kruk (ze Skowrońskim przyjaźni się od dziecka) - biznesmena porwano, aby wymusić na nim podpisanie jakiejś niekorzystnej umowy. - A Rudolf nie poddałby się bez walki - mówi Kruk, sugerując, że w trakcie szamotaniny jego przyjaciel mógł zginąć. Gdy okazało się, że ani policja, ani prywatni detektywi nie są w stanie czegokolwiek ustalić, zdesperowany Kruk poprosił kilka wróżek, aby wskazały miejsce pobytu jego przyjaciela. Za każdym razem odpowiedź była taka sama: Rudolf Skowroński nie żyje.

Ale najważniejszy motyw zaginięcia Skowrońskiego to dokumenty świadczące o łapówkach dla polityków, o których mówił Lepper?!

 

piątek, 20 lutego 2026

                                    AFERZYŚCI ELIT

                                                    Nikodem Skotarczak ps. „Nikoś"

 

 

Nikodem Skotarczak, ps. Nikoś (ur. 29 czerwca 1954 w Gdańsku, zm. 24 kwiet­nia 1998 w Gdyni) – polski gang­ster, biznesmen, prawdopodobnie tajny współpracownik WSI, sponsor Lechii Gdańsk, odznaczony oznaką „zasłużony dla Gdańska.”

Nikodem S. urodził się w latach 50. w Pruszczu Gdańskim. Nie wyróżniał się w nauce, dlatego już na początku lat 70., jako dziewiętnastolatek, rozpoczął pracę bramkarza w knajpie „Lucynka”, a potem w klubie nocnym „Maxim”. W czasach świetności klubu jeden drink kosztował tam tyle, co przeciętna pensja. Z przybytku korzystali więc sami marynarze, obcokrajowcy, cinkciarze i ówcześni celebryci. „Maxim” przetrwał do 2004 roku.

„Nikoś” zobaczył w tym lokalu luksus, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył. Szybko do pracy przyjął go Michał A. ps. „Mecenas”. Pracując u niego, Nikodem S. zaczął na coraz większą skalę handlować walutą – wkrótce został „kasjerem”. Oznaczało to, że był wysłannikiem Michała A. w terenie i zbierał od cinkciarzy haracze. Czasem zdarzało mu się też razem z bratem kraść samochody.

Wkrótce „Nikoś” rozszerzył swoją działalność o Węgry. Zarabiał na oszustwach 50 marek dziennie. W miesiącu udawało mu się zdobyć trzydzieści tysięcy złotych, podczas gdy robotnik zarabiał średnio 1/6 tej sumy. Obok niego na Węgry trafili najpierw przestępcy z trzech rejonów Polski – Trójmiasta, Łodzi i Szczecina. Dopiero później pojawili się tam przyszli gangsterzy z Warszawy i ze Śląska. „Nikoś” nawiązał na placu przy dworcu Keleti w stolicy Węgier kilka znajomości z jugosłowiańskimi przestępcami. Właśnie za ich pośrednictwem zajął się handlem zegarkami elektronicznymi, a także samochodami. Nikodem przebywając w Bu­da­pe­sz­cie popadł w konflikt z Robertem K. ps. „Gelert”. Miał nawet zlecić jego zabójstwo – skądinąd nieudane.

W latach 80. „Nikoś” kontrolował już gang samochodowy działający w wielu krajach Europy. Wyemigrował wtedy do RFN, gdzie liberalne prawo i wręcz luksusowe warunki w więzieniach sprzyjały tworzeniu się struktur przestępczych. Wówczas zbierał do pracy wielu lojalnych ludzi. Wśród nich wyróżniali się niejaki „Maniek” i Leszek B. ps. „Basta”. Mafia „Nikosia” działała bardzo sprawnie, głównie dzięki pomocy skorumpowanych oficerów milicji i SB. Dorabiając się ogromnych pieniędzy, Nikodem kupił dom w Gdańsku-Jelitkowie, a w nim zorganizował nielegalne kasyno i klub. Przyjeżdżali do niego hazardziści z całej Polski.

W połowie lat 80. Nikodem S. stracił dobrą passę. Prokuratura wydała decyzję o jego zatrzymaniu. Miała dowody, że dokumenty aut spro­wa­dzo­nych przez Nikodema były sfałszowane. „Nikoś”, uprzedzony o planowanym zatrzymaniu, zdążył jednak uciec. Przeniósł się do Hamburga. Niedługo potem zatrzymano Teresę S., siostrę “Nikosia”, która pomagała w jego nielegalnej działalności. Ta nie wytrzymała presji w areszcie i powiesiła się – miała 33 lata. Kilka miesięcy później Nikodem S. został niegroźnie postrzelony przez wspomnianego już „Gelerta”.

Dwa lata po tej sytuacji „Nikoś” jechał z „Mańkiem” kradzionym Audi 90 coupé. Mężczyzn zatrzymała policja. Nikodem S. otrzymał wtedy wyrok 1 roku i 9 miesięcy pozbawienia wolności – osadzono go w znanym na całą Europę więzieniu Moabit w Berlinie. Następnie przeniesiono do lżejszego zakładu karnego nazywanego „Tegel”. Po niecałych trzech miesiącach odsiadki miał widzenie z bratem, Markiem S. Wówczas zamienili się ubraniami. „Nikoś” pod okiem strażników spokojnie wyszedł z więzienia i wsiadł do podstawionego samochodu. Niemieccy strażnicy dowiedzieli się o podmianie dopiero kilka tygodni później. Krótko po sprawie ucieczki Nikodema S., większość zarzutów prokuratorskich wobec niego objęto amnestią, a śledztwo z 1985 roku zawieszono.

Okres tuż przed świętami wielkanocnymi w 1992 roku Nikodem spędzał ze swoją nową partnerką Edytą oraz dwójką dzieci z poprzednich związków w Krakowie. Wszyscy czekali na przyjazd matki „Nikosia” oraz jego brata – Marka. Ten dzwonił zresztą z budki telefonicznej w Łodzi i rozmawiał z Nikodemem S., czy aby na pewno nie śledzi go policja. Dwie godziny później czarny peugeot 205, którym jechał Marek z matką, uległ wypadkowi. Oboje zginęli na miejscu. Pochowano ich w grobie rodzinnym, gdzie wcześniej spoczęła siostra Nikodema i Marka – Teresa.

Krótko po tych wydarzeniach policji udało się ustalić dokładny adres pobytu „Nikosia” w Krakowie, ale poszukiwanego już tam nie było. Jak się okazało, trafił do Warszawy. W lipcu 1992 roku miał sprzedać komuś samochód kradziony dostawczy marki mercedes. Policja złapała Nikodema S. na gorącym uczynku. Zatrzymanie z miejsca obwołano wielkim wydarzeniem. „Nikoś” przewożony był wtedy konwojem do prokuratury. Na miejsce ostatecznie nie dotarł, bo… po prostu zniknął. Pojawiły się plotki, że wręczył duże łapówki wszystkim pilnującym go konwojentom.

Rok później pomorski boss kolejny raz wyszedł z ukrycia – pod jedną z kamienic na warszawskim Żoliborzu – i został aresztowany. Większość ludzi z półświatka była wtedy przekonana, że odnalezienie „Nikosia” zostało zainscenizowane przez niego samego. Chciał bowiem odbyć karę i zyskać życiową stabilizację. Przed sądem Nikodem S. nie przyznał się do swojej legendarnej wręcz działalności, czyli handlu kradzionymi samochodami. Przyznał się natomiast do wspomnianego wcześniej posługiwania się fałszywymi dokumentami, a także do ucieczki z konwoju. Tylko za te przestępstwa usłyszał wyrok – dwa lata pozbawienia wolności.


Koniec człowieka, początek legendy

W 1994 roku „Nikoś” wrócił do działalności na Pomorzu. Wszedł też w bliskie kontakty z domniemanym szefem grupy wołomińskiej – Henrykiem N. ps. „Dziad”. Takich zachowań Nikodema S. nie tolerowali „Pruszkowiacy”. W sierpniu 1994 roku wybrali się na północ Polski w kilkadziesiąt osób, aby go upokorzyć. Nikodem powiadomił o wszystkim policję – antyterroryści zatrzymali wtedy pruszkowskich gangsterów w samym centrum Sopotu.

Rok 1998 rok. 23 kwietnia Wojciech K. ps. „Kura”, bliski przyjaciel „Nikosia”, obchodził swoje imieniny w klubie „Marco Polo”. Z czasem impreza przeniosła się do gdyńskiego klubu nocnego „Las Vegas”. Z gości do samego końca pozostał tylko Nikodem S. z żoną oraz małżonka Wojciecha K. Właśnie wtedy do lokalu weszło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Oddali sześć strzałów w kierunku Nikodema, nie dając mu szans na przeżycie.

Doszło do egzekucji na zlecenie, której bezpośrednim celem był „Nikoś”. Teorii na ten temat było wiele. Niektórzy, w tym świadek koronny Jarosław S. ps. „Masa”, zeznawali pod przysięgą, że pomysł egzekucji „Nikosia” pochodził od mafii pruszkowskiej. Killerom wystawił go Krzysztof P. – złodziej samochodowy współpracujący z Nikodemem. Zabójcami mieli być natomiast zawodowi mordercy powiązani z łódzką „ośmiornicą”. Grupa ta, podobnie jak pruszkowska, nie kryła swojej niechęci do króla prze­s­tęp­czo­ści samochodowej z Wybrzeża.

Warto wspomnieć też kilka słów o tym, co działo się na Pomorzu po śmierci Nikodema S. Na ulicach Gdańska widywano bowiem w luk­su­so­wych samochodach i marynarkach „Nikosia” funkcjonariusza policji działającego pod przykryciem. Rzekomo miał on romans z żoną gangstera i zajmował się dla niej odzyskiwaniem długów zmarłego męża. Tym­cza­sem wśród trójmiejskich przestępców brakowało zgody…

Nikodem S. do dziś uchodzi za legendę polskiej przestępczości. Bez wątpienia sam „Nikoś” mocno zapracował na opinię o sobie. Najpierw sponsorował klub Lechia Gdańsk. Po sukcesach zespołu Nikodemowi wręczono klucze do miasta. Swego czasu zagrał też epizodyczną rolę w filmie Olafa Lubaszenki „Sztos”. Na temat jego działalności powstała nawet niemieckojęzyczna książka, której tytuł po przetłumaczeniu to „Kamienna twarz – Ojciec chrzestny z Gdańska Nikodem S.” Reżyser Wojciech Szumowski nakręcił natomiast o nim film „Kraina złudzeń”.

Inni mieli bardzo różne opinie na jego temat. Jedni uważali go po prostu za biznesmena. Drudzy szanowali za zasady, jakimi się kierował. Kolejni byli wdzięczni za pomoc w odzyskaniu ich skradzionych samochodów. Niektórzy dziennikarze wspominają zaś Nikodema jako bardzo czułego na krytykę. Podobno powiedział kiedyś, że jeśli ci nie przestaną przedstawiać go w negatywnym świetle, wysadzi redakcję w powietrze.

Po śmierci Nikodema S. ps. „Nikoś” ówczesny proboszcz parafii Gdańsk-Jelitkowo odmówił przeprowadzenia pogrzebu w obrządku katolickim. Sytuację naprawił jeden z arcybiskupów, arcybiskup Gocłowski o którego związkach z pomorską przestępczością mówiło się od dawna…

Z informacji z prowadzonej w 2007r. przez CBA sprawy operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Kosa”. Wynika z nich, że Ryszard Krauze kontaktował się z Edytą Mardyłą, żoną Nikodema Skotarczaka ps. Nikoś, trójmiejskiego gangstera zastrzelonego w roku 1998. Te informacje stoją w sprzeczności z zeznaniami złożonymi przez Krauzego i żonę „Nikosia” przed sądem w sprawie wytoczonej Anicie Gargas i TVP.

„Kim jest Ryszard Krauze?”
– pytali autorzy programu.

 

Miliarder Ryszard Krauze
 

„Nie wiadomo, co robił przez kilka lat po zakończeniu studiów. Wyjaśnienia wy­ma­ga­ją np. jego powiązania z lat 80. z prze­stępczością zorganizowaną Wybrzeża, a w szczególności z grupą gangstera o pseudonimie Nikoś. Jak dowiedziała się »Misja specjalna«, Krauze objęty był dochodzeniem w sprawie działalności grupy przestępczej Nikodema S.”

To te m.in. słowa stały się przedmiotem procesu sądowego wytoczonego Anicie Gargas i TVP, choć Ryszard Krauze nie skorzystał z możliwości odniesienia się w programie do tych informacji. W jego imieniu głos zabrał jego współpracownik z Prokomu Krzysztof Król, który zaprzeczył, by biznesmen miał jakiekolwiek związki z grupami przestępczymi, w tym z Nikodemem Skotarczakiem. Do procesu przeciwko Anicie Gargas i telewizji biznesmen wynajął dwie kancelarie adwokackie: „Pociej, Dubois i wspólnicy” oraz kancelarię Romana Giertycha.

Na wniosek pozwanej dziennikarki z Instytutu Pamięci Narodowej wpłynęły do sądu zachowane akta paszportowe Krauzego. Wynika z nich, że w 1986 r. zwrócił się on o wydanie paszportu na wyjazd służbowy do RFN (w czasach PRL po każdym powrocie do kraju obywatel oddawał własny paszport do urzędu spraw wewnętrznych i gdy chciał ponownie wyjechać, musiał znowu ubiegać się wydanie paszportu – przyp. aut.). Otrzymał odmowę. Ppłk Władysław Sikorski z Wydziału do Walki z Przestępstwami Gospodarczymi WUSW w Gdańsku w uzasadnieniu odmowy napisał: „Podejrzany o współudział w kradzieżach samochodów na szkodę obywateli państw Europy Zachodniej w grupie przestępczej Nikodema Skotarczaka”.

Krauze odwołał się, ale decyzję podtrzymano „z uwagi na prowadzone śledztwo”.

Fakty te potwierdził zeznający w procesie Bogdan Święczkowski, były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, obecnie prokurator Prokuratury Krajowej w stanie spoczynku.

– Jako były szef ABW posiadam istotne informacje związane z powodem, które stanowią tajemnicę państwową. Wśród materiałów jawnych były akta z IPN, z których wynikało, że panu Krauzemu odmawiano wydania paszportu z uwagi na podejrzenie współpracy z grupami złodziei samochodów. O ile pamiętam, materiały te nie były sprzeczne z us­ta­leniami operacyjnymi o charakterze ściśle tajnym UOP – powiedział Święczkowski.

Ale nie tylko zachowane akta dawnego urzędu spraw wewnętrznych miały świadczyć o związkach oligarchy z „Nikosiem”. Zdaniem Anity Gargas fakt ten potwierdzać miałaby znajomość szefa Prokomu z wdową po zastrzelonym gangsterze Edytą Mardyłą. Zeznając w charakterze świadka, Mardyła zaprzeczyła, że zna Ryszarda Krauzego.

– Nie znam go osobiście, nie sądzę, by mój mąż go znał osobiście. Nie miałam z panem Krauze kontaktów telefonicznych ani mejlowych. Nie mam kontaktów towarzyskich ani biznesowych z nikim z otoczenia powoda – stwierdziła wdowa po „Nikosiu” przed sądem.

Jakimkolwiek kontaktom z „Nikosiem” bądź jego rodziną zaprzeczył także Krauze. W sądzie zeznał, że nie zna Nikodema Skotarczaka i nigdy nie miał nic wspólnego z jego grupą przestępczą i jej działalnością.

– W latach 80. odbyła się z moim udziałem jedna rozmowa na milicji, podczas której okazano mi zdjęcia różnych osób i spytano, czy kogokolwiek z tych zdjęć znam. Nie rozpoznałem nikogo, gdyż tych osób nie znałem. Nikt nie podał mi powodu, dla którego byłem przesłuchany. Nigdy więcej w tej sprawie nie zeznawałem. Na komendzie nie było żadnej sugestii, że chodzi o handel samochodami, okazano mi jedynie zdjęcia osób – mówił przed sądem.

– Nie postawiono mi żadnych zarzutów. Nie wiem, dlaczego zatrzymano mi paszport. Po półtora roku albo po dwóch latach, po drugim albo trzecim moim wniosku, paszport w końcu mi wydano – zeznał Krauze. I dodał:
– Nie znałem nikogo ani z rodziny Nikodema Skotarczaka, ani żadnej osoby, co do której miałbym świadomość, że go zna.

Podczas zeznań kończących proces Krauze stwierdził:
– Nie znam Edyty Mardyły. Nie przypominam sobie, bym się z tą osobą spotykał albo prowadził rozmowy telefoniczne. Nigdy nie znałem i nigdy nie spotykałem się ani z panem Skotarczakiem, ani z jego rodziną – powiedział przed sądem.

„Kosa” i telefony do Krauzego

Jak się okazuje, zeznania Krauzego i żony „Nikosia” stoją w sprzeczności z informacjami ze Sprawy Operacyjnego Rozpracowania krypt. „Kosa”, do których dotarła „Gazeta Polska Codziennie”. Sprawa ta była prowadzona przez Centralne Biuro Antykorupcyjne w 2007 r. i obejmowała m.in. właśnie Ryszarda Krauzego. W toku sprawy ustalono jego kontakty z Edytą Mardyłą. Jak ustalili agenci CBA, żona Skotarczaka od lutego do sierpnia 2007 r. dzwoniła regularnie do Ryszarda Krauzego (było to kilkanaście połączeń). Po jego wyjeździe z kraju, gdy wybuchła afera przeciekowa, usiłowała nawiązać z szefem Prokomu kontakt telefoniczny.

Przypomnijmy, że Ryszard Krauze zakwestionował także inny fragment „Misji specjalnej”, w którym ówczesny szef Służby Kontrwywiadu Woj­sko­we­go Antoni Macierewicz opisywał rolę funkcjonariuszy służb specjalnych w firmach biznesmena. Za naruszenie dóbr osobistych szef Prokomu domaga się od Anity Gargas i TVP przeprosin oraz miliona złotych.

W 1997 „Nikoś” wystąpił w filmie „Sztos” – debiucie reżyserskim Olafa Lubaszenki. Nikodem Skotarczak zagrał w tym filmie epizod: witając się z Erykiem (granym przez Jana Nowickiego).

W 1996 powstał dokumentalny film telewizyjny o „Nikosiu” za­ty­tu­ło­wa­ny: „Kraina złudzeń” w reżyserii Wojciecha Szumowskiego.

„Nikoś” zapewne nie byłby tym, kim był, gdyby nie jego kontakty wśród peerelowskich elit i pracowników służby bezpieczeństwa. Niewątpliwie miał układy i bardzo długo był dzięki temu kryty.

Faktem jest, że Skotarczak na swoim ranczo we wsi Orle, koło Wejherowa, gościł wiele wpływowych osób. Dał się poznać jako hodowca koni. Dzięki czemu bawili u niego ówcześni notable, aktorzy i sportowcy. Tę posiadłość od razu po kupnie przepisał na ojca. To była baza kontaktowa i punkt przerzutowy samochodów i innych towarów. Nierzadko zajeżdżały tu tiry z kontenerami pełnymi odzieży, artykułów spożywczych czy kosmetyków. Nikodem zajął się też nielegalnym wydobywaniem bursztynu. Ponoć na jego zlecenie wydobyto ponad 100 ton bursztynu, który był wywożony za granicę.

Dla nikogo nie było tajemnicą, że „Nikoś” ma wpływowych przyjaciół także w milicji i prokuraturze. Tak doskonałe układy wyrobił sobie, będąc sponsorem i działaczem „Lechii” Gdańsk.

la swojego klubu był gotów zrobić wiele. Według relacji osób związanych ze sportem, rozdawał działaczom i piłkarzom drogie samochody. Taki miał gest. Zwykle jednak sponsorował łapówki dla zawodników przeciwnych drużyn. Ponoć, gdy pewien bramkarz sam sobie strzelił gola, to dostał za to od Skotarczaka premię. Ale przed wypłatą musiał go pocałować w sygnet. „Nikosia” wyraźnie kręciły klimaty z „Ojca chrzestnego”.

Po wejściu „Lechii” do pierwszej ligi i rozegraniu meczu z „Juventusem” w Pucharze Zdobywców Pucharów, Skotarczak chodził w glorii. Wówczas otrzymał odznakę „Zasłużony dla Gdańska”.

Sporo pomagał mu dyrektor „Lechii” do spraw poligrafii, Edwin M. Mówiło się, iż jest on działaczem Wolnych Związków Zawodowych. Po latach okazało się, że pan M. był współpracownikiem SB, co ujawnił Bogdan Borusewicz.

Wśród mitów krążących o „Nikosiu” pojawia się także wątek kombatancki. Ponoć, wykorzystując swoje układy, wspomagał podziemną działalność „Solidarności”.

Blogger „Gdańszczanin” opisuje to tak: „Skotarczak wraz z agentem SB Edwinem M. drukował książki drugiego obiegu. Edwin M. wylądował potem w znanym wydawnictwie Stella Maris przy biskupie Gocłowskim, a Nikoś zajął się gangsterką na wielką skalę”.

 

Nikoś i Cezary Pazura
 
Nikoś przyjaźnił się z ta­ki­mi celebrytami jak Ce­za­ry Pazura, Olaf Lu­ba­sze­n­ko, Jan Nowicki oraz gdańskimi po­li­ty­ka­mi z Okrągłego Stołu (który zalegalizował prze­s­tęp­czośc zor­ga­ni­zo­wa­ną pod kie­ro­w­ni­c­t­wem ko­mu­nis­ty­cz­nej SB i WSI).

 

 
Sylwetki polskich gangsterów 01 Nikodem Skotarczak ps. Nikoś

 

czwartek, 19 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                              Władysław Serafin

 

 

(ur. 24 lipca 1950 w Piasecznie) – polityk, związkowiec, rolnik, poseł na Sejm X, I i II kadencji, były komunista i działacz PZPR, bohater Afery taśmowej w PSL, polski goj na usługach międzynarodowego lobby uboju rytualnego zwierząt(żydowskiego i muzułmańskiego), zwolennik mordów rytualnych czyli podrzynania zwierząt na żywca bez ich ogłuszania!

W 1970 ukończył Zasadniczą Szkołę Zawodową w Warszawie. Pracował jako ślusarz remontowy w Polskich Zakładach Optycznych. Prowadzi indywidualne gospodarstwo rolne. Od 1989 pełnił funkcję wiceprezesa Krajowego Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych, od 1999 stoi na czele tej organizacji. Był też wiceprzewodniczącym Komitetu Zawodowych Organizacji Rolniczych Unii Europejskiej (COPA).

Od 1969 aż do jej upadku, należał do komunistycznej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W latach 1975–1983 zasiadał w Miejsko-Gminnej Radzie Narodowej Góry Kalwarii.

Jako przedstawiciel strony rządowej (komunistycznej) brał udział w obradach Okrągłego Stołu w podzespole do spraw środków masowego przekazu oraz grupie roboczej do spraw ustawy o związkach zawodowych rolników indywidualnych.

W 1989 został wybrany posłem X kadencji z listy komunistycznej PZPR. Zasiadał w prezydium Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej.

W latach 1991–1997 był posłem I i II kadencji z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego z województwa częstochowskiego. Bezskutecznie ubiegał się o mandat w Sejmie w 1997, 2001, 2005, 2007 i 2011. Od 1998 zasiadał w radzie powiatu kłobuckiego, w 2006 nie został ponownie wybrany. W 2004 i 2009 bez powodzenia kandydował do Parlamentu Europejskiego.

W 2010 po śmierci jednego z radnych wszedł ponownie w skład rady powiatu kłobuckiego, obejmując funkcję jej przewodniczącego. W wyborach samorządowych w tym samym roku zdobył mandat radnego sejmiku śląskiego.

W 2011 kandydował w wyborach parlamentarnych z 1. miejsca na liście komitetu wyborczego Polskiego Stronnictwa Ludowego w okręgu wyborczym nr 28 w Częstochowie, jednak nie uzyskał mandatu poselskiego.

16 lipca 2012 "Puls Biznesu" ujawnił nagranie rozmowy między byłym prezesem ARR Władysławem Łukasikiem i Władysławem Serafinem, w której pierwszy z nich sugerował m.in. nepotyzm i niegospodarność w spółkach Skarbu Państwa, jakich dopuszczali się działacze PSL uznawani za związanych z Markiem Sawickim. W konsekwencji ujawnionych faktów Marek Sawicki dwa dni później podał się do dymisji z zajmowanego stanowiska ministra rolnictwa i rozwoju wsi.

To Serafin nagrał tą rozmowę aby pogrążyć ministra Sawickiego!

Agencji Rynku Rolnego Władysław Łukasik. Zanim panowie na dobre się rozsiądą i przystąpią do rozmowy, która wstrząsnęła opinią publiczną, Serafin kieruje się w stronę telewizora, gdzie stoi ukryta kamera. Co robi były działacz PSL? Zabiera pilota do telewizora, odkładając go w inne miejsce, a tym samym odsłaniając obiektyw kamery. - Tylko zrobię to... piloty położę - mówi na nagraniu Serafin.

To klasyczne nagrywanie z ukrytej kamery. Łukasik wchodząc do pokoju nie widział ukrytej kamery, bo zasłaniał ją pilot. Dopiero gdy usiadł, Serafin wstał i przełożył pilota w inne miejsce. Sposób prowadzenia rozmowy również wskazuje na Serafina. Dopytuje on Łukasika kilka razy o ministra Marka Sawickiego. Podsuwa mu tematy do rozmowy. Rzuca nazwiska. Mówi podniesionym głosem. Podprowadza go... To klasyka tajnych nagrań.

Jako szef kółek rolniczych wykorzystał dotacje budżetową niezgodnie z prawem.

W rozmowie z Informacyjną Agencją Radiową Serafin przyznał, że przelał część dotacji na swoje konto, bo wcześniej - kiedy Krajowa Izba Rolnicza nie wypłaciła części dotacji - on ratował swój związek z własnych pieniędzy.

Polskie organizacje rolnicze są reprezentowane w Unii Europejskiej dzięki corocznym dotacjom z budżetu państwa. Środki te wydawane są na wymagane składki, funkcjonowanie biur, opłacenie pracowników, przelotów i hoteli. Ale zanim trafią do poszczególnych organizacji najpierw trafiają na konta Krajowej Rady Izb Rolniczych, a ona podpisuje umowy na dofinansowanie z poszczególnymi organizacjami.

Serafin zapewnia, że ówczesny minister rolnictwa Marek Sawicki wiedział, że dotacje w jego przypadku często są wykorzystywane na pokrycie wcześniej zaciągniętych długów.

Były minister rolnictwa Marek Sawicki nie chciał o tej sprawie rozmawiać. Jedyne zdanie które wypowiedział brzmiało: "Nie mam nic wspólnego z panem Serafinem".

Szef Krajowego Związku Kółek i Organizacji Rolniczych, działacz PSL Władysław Serafin został też przesłuchany w jednej z warszawskich komend policji, jako sprawca wykroczeń. W styczniu 2013 roku, został on zatrzymany przez policję za przekroczenie prędkości i miał zasłaniać się immunitetem.

- Czynności były wykonywane przez warszawskich policjantów w ramach pomocy prawnej w związku ze wskazaniem tamtejszego miejsca pobytu kierowcy. Został on przesłuchany w charakterze sprawcy wykroczeń. Czekamy na powrót tych dokumentów i wtedy sieradzcy policjanci skierują sprawę do sądu z wnioskiem o ukaranie - powiedziała rzeczniczka łódzkiej policji podinsp. Joanna Kącka. Za wykroczenie grozi kara do 5 tys. zł grzywny.

Serafin został zatrzymany przez policję w styczniu 2013 roku na jednej z ulic w Sieradzu za przekroczenie prędkości, prowadzone przez niego auto jechało z prędkością 111 km/godz. zamiast dozwolonych 50. Serafin pokazał legitymację z unijnymi pieczęciami ważną do 2015 r. Według policji oświadczył też, że korzysta z immunitetu europarlamentarzysty.

Pokazał funkcjonariuszom prawo jazdy, ale w policyjnej bazie znajdowała się informacja, że ma od 2009 r. odebrane uprawnienia do kierowania pojazdami decyzją starostwa w Kłobucku w związku z przekroczeniem liczby punktów karnych. Od tamtej pory nie miał ponownie wydanego dokumentu. Później starostwo poinformowało, że kierowca sporządził oświadczenie, że zgubił prawo jazdy.

W związku z relacją kierującego, okazanym dokumentem oraz faktem, że była to osoba znana publicznie jako polityk i kojarzona jako poseł, policjanci przyjęli do wiadomości, że korzysta z immunitetu i odstąpili od ukarania za przekroczenie prędkości i jazdę bez uprawnień - Kierowcy za przekroczenie prędkości groził mandat w wysokości 500 zł i 10 punktów karnych.

Policjanci sporządzili dokumentację z incydentu, która - poprzez KGP - miała trafić do odpowiedniej instytucji, która może immunitet uchylić.

Wtedy okazało się, że mężczyzna nie jest ani europarlamentarzystą, ani posłem lub senatorem. - Doszło więc trzecie wykroczenie, czyli podszywanie się pod funkcję.

W związku z tym incydentem postępowanie dyscyplinarne wobec Serafina wszczął krajowy rzecznik dyscyplinarny PSL, kierując do koleżeńskiego sądu wojewódzkiego wniosek o jego wykluczenie z partii. W poniedziałek Serafin stanął w Katowicach przed sądem koleżeńskim Stronnictwa województwa śląskiego.

Inni członkowie PSL-u mają na sumieniu gorsze działania niż ja. Nie chciałbym wskazywać kumpli, jeżeli jednak będę musiał ujawnić takie rzeczy, to to zrobię - stwierdza twardo w rozmowie z Onetem Władysław Serafin (nadal w PSL-u). To jego reakcja na zapowiedź prezes PSL-u Janusza Piechocińskiego, że Serafin zapewne zostanie z partii usunięty. Jak dodaje, nie zamierza odchodzić z partii, a całą sprawę traktuje jako zemstę.

Wniosek o wykluczenie Serafina z PSL złożył do wojewódzkiego sądu partyjnego rzecznik dyscypliny PSL Franciszek Stefaniuk. Serafin deklarował nawet, że sam złoży legitymację członka PSL, ale jego rezygnacji z członkostwa w partii nie przyjęli przedstawiciele koła PSL w Kłobucku, które również zajmowało się jego sprawą (Serafin należy do tego koła).

Macierzyste koło ukarało Serafina upomnieniem, a wojewódzki sąd partyjny stwierdził, że... statut PSL-u nie pozwala na dwukrotne karanie za to samo przewinienie i umorzył sprawę.

Ostatnim wybrykiem Serafina jest wysługiwanie się mię­dzy­na­ro­do­we­mu lobby uboju rytualnego zwierząt (żydowskiemu i muzułmańskiemu) w zamian za profity!

Rząd chce utrzymania uboju rytualnego, czyli podrzynania na żywca zwierząt bez ich ogłuszania. Minister rolnictwa Stanisław Kalemba z PSL (kumpel Serafina) zapowiedział, że ustawa zabraniająca tego procederu powinna zostać znowelizowana. Zdaniem Stanisława Kalemby jest to konieczne ze względu na poszanowanie grup wyznaniowych w Polsce które stanowią 0,01% populacji oraz utrzymanie rosnącego eksportu takiego mięsa czym jest najbardziej zainteresowany PSL.

Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że rozporządzenie dopuszczające rytualny ubój jest niezgodne z ustawa zasadniczą.

Europejskie Stowarzyszenie Żydów (EJA) w Brukseli zaapelowało do polskich i unijnych władz o zmianę tego orzeczenia. Rabbin Menachem Margolin wysłał w tej sprawie list do polskiego prezydenta i ministra sprawiedliwości z żądaniem uchylenia tej decyzji poprzez zmianę ustawy którą mają poprzeć „zaprzyjaźnieni z EJA” polscy posłowie których zadaniem jest wykonanie „na kolanach zlecenia EJA oczywiście za późniejsze profity z tego procederu. Na haczyk złapał się jako pierwszy Minister Rolnictwa który stwierdził że tak zwana grupa wyznaniowa stanowiąca 0.01% ma prawo dyktować z pełna butą swoje warunki populacji blisko 99% Polaków którzy mają na to płacić swoje podatki

Jednak aby to zrobić należy zdewastować dobrą Ustawę o Ochronie Zwierząt tak aby usunąć z niej zapisy niewygodne dla lobby ubojowego, blokujące ich interesy w Polsce! Minister Kalemba ochoczo przystąpił do działania angażując cała armię urzędników aby kombinowała przy ustawie,nie przeprowadził konsultacji społecznych ale wprowadził tzw” szybką ścieżkę” którą sfinansowali zainteresowani sprawą „ubojowcy”!

Drugim był Serafin który wysłał wiernopoddańczy list ministra Kalemby (kumpla z PSL) w którym w imieniu Kółek Rolniczych i wszystkich rolników poparł bezwarunkowo. zalegalizowanie uboju rytualnego w Polsce! Serafin liczy na duże zyski dla siebie i PSL dlatego uważa że firmy zaprzyjaźnione z PSL które będą dokonywać mordów rytualnych na zwierzętach nie mogą być za to karane. Niestety nie wspomniał nic na temat karania polskich rolników indywidualnych za naruszenie prawa o ochronie zwierząt ,prawa które ich będzie nadal obowiązywało a ubojowców rytualnych - nie !!!

W tej sprawie wyszła cała hipokryzja Serafina, które traktuje polskich rolników jako gorszych i głupszych a jego PSL jest tylko z nazwy polskie!!!

 

                                                          https://www.youtube.com/watch?v=6A5VINpy_Bw

                                                         https://www.youtube.com/watch?v=R5uc7Sq9rfg&t=2s

                                                         https://www.youtube.com/watch?v=jp1QpZcGpSE

 

AFERA TAŚMOWA w PSL! Władysław Serafin WIEDZIAŁ O KAMERZE? To on NAGRAŁ ROZMOWĘ?

 

 

Trupie rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia



Urzędowy kaganiec, służba zdrowia w ruinie i marszałek, który zakazał czytać e-maile.

Polska AD 2026. Szef NBP Adam Glapiński chwali się, że kupuje kolejne dwieście ton złota do pięciuset, które rzekomo leżą w skarbcu. Mój kolega Janek, który od trzydziestu lat prowadzi lombard, mówi, że niechętnie bierze złoto w zastaw, a skupować przestał. Cena jest tak napompowana, że ta bańka musi pęknąć. Różnica między Glapińskim a Jankiem jest taka, że ten pierwszy kupuje za publiczną kasę, podczas gdy Janek inwestuje swoje. Glapińskiemu nic nie grozi, gdy ceny kruszcu runą. Janek straciłby wszystko.

Wciąż kupujemy czołgi. Byłem akurat w Korei, gdy minister Błaszczak kupował na kredyt pierwsze partie K-2. Koreańczycy pukali się w głowę – wiedzieli więcej niż ja. Okazało się, że Polska ma tych nowoczesnych puszek na gąsienicach więcej, niż połowa europejskich mocarstw razem wzięta. Czołg może sobie stać w hangarze obok maczugi, ale współczesne wojny to drony i informacja, a nie „Czterej pancerni i pies”. 

W Polsce dezinformację wysysa się z mlekiem matki

Kraj, w którym papier wciąż bywa silniejszy niż rapier, ale tylko pod warunkiem, że służy do wycierania sobie gęby poprawnością polityczną. Podczas gdy koalicja rządząca debatuje, czy uczeń jest uczniem, czy już „osobą uczniowską”, 13 lutego weszło w życie rozporządzenie, które powinno wyprowadzić tłumy na ulice. Ciche, urzędnicze przyzwolenie na eutanazję systemu: premie za likwidację. Pamiętacie koszulki z napisem „Konstytucja”? Ludzi jeżdżących za średnio rozgarniętym Dudą? Podobno szefowie innych państw myśleli, że Konstytucja to imię pierwszej damy, a skandujący tłum to groupies.

Teraz cisza. Rządzi koalicja, która choć zła, to „nasza”. Ci sami ludzie, którzy wcześniej hojnie rozdawali kamienice czy państwowe fabryki, teraz „optymalizują” szpitale. Mamy złoto, z którego można odlać pociski i czołgi, by bronić tego bogactwa. No to trzeba likwidować oddziały.

Zioła, szarlatani i bon na wymieranie

Zaczęto majstrować przy zdrowiu publicznym. Z hukiem ogłoszono ustawę antyszarlatańską – społeczeństwo słusznie przyklasnęło. Nie ma kręgarzy, znachorów czy taplarskich bab bagiennych. Ustawa wycięła „ręce, które leczą”. A przy okazji wylano dziecko z kąpielą: zioła, które wolno legalnie zbierać, to już tylko te, które zmarłego rozśmieszą: dziurawiec, pokrzywa czy babka lancetowata. Do właściwej ofensywy na szpitale dopiero się szykowano.

13 lutego cichutko weszło rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia, które premiuje managerów za likwidację oddziałów. Kwota niemała: 50% dotychczasowych kosztów generowanych przez oddział przez dwa lata. To korci do kreatywnej księgowości i dopisywania fikcyjnych kosztów placówce, która ma iść „na żyletki”. Tylko w styczniu zlikwidowano 18 porodówek. W zamian państwo oferuje „pokoje urodzeń” przy SOR-ach. Kurną chatę przy izbie przyjęć, gdzie rodząca kobieta ląduje wśród meneli z bójki i jednego lekarza, który biega między resuscytacją a szyciem głowy. W ciągu roku zapobiegliwi managerowie piastujący stanowiska dyrektorów szpitali zlikwidowali 539 oddziałów. W blisko jednej trzeciej powodem były: siła wyższa, remont podłogi, malowanie ścian.

Trupogodziny i Judym w schowku na mopy

Też żyłbym w błogiej nieświadomości, gdyby nie lubelski Detoks – miejsce, w którym dziesiątki razy ratowali mi życie. To jedyna taka placówka w Polsce, prowadzona przez ordynatora, przy którym literacki Judym to sknera. Jego gabinet to przerobiony schowek na mopy, bo cała reszta jest dla pacjentów. Gdy Sanepid chciał zamknąć oddział, doktor poświęcił własne pieniądze, sprzedając część domu i samochód, by ratować placówkę. Sam wielokrotnie od niego pożyczałem, gdy przywozili mnie w stanie wegetatywnym z poobijaną mordą.

Dziś system wprowadza „trupogodziny” – medyczny odpowiednik roboczogodzin. W Lublinie Marszałek Stawiarski i Dyrektor Błażej opanowali tę sztukę do perfekcji. Jako „osoba dziennikarska” muszę pytać o los „osoby trupiej”, bo w tym systemie prosektorium staje się jedynym pewnym punktem styku pacjenta z państwem. Mamy też „osobę patologiczną” – według nowomowy to zarówno biegły sądowy, jak i lokator budy socjalnej w stanie mistycznym po kombinacji różnego rodzaju trunków. Obaj są dla systemu tylko kosztem do zoptymalizowania.

Medycyna bazy danych

Dawniej warszawscy magicy krzyczeli na podwórkach: „noże, nożyczki ostrzę, krawaty wiążę i usuwam ciążę”. Dziś oddział może prowadzić „osoba medyczna”. Pod tą płachtą zmieści się każdy, kto otarł się o apteczkę.

Centralny Rejestr Osób Uprawnionych do Wykonywania Zawodu Medycznego jest ważniejszy niż lata praktyki. Według tej logiki ordynatorem gastrologii może zostać dietetyk, a farmaceuta w oparach pichconego absurdu nada się na szefa psychiatrii. Po co komu studia? Tytułowanie lekarza „doktorem” to dziś według koalicji plucie w twarz nauce.

Charon na kółkach

Szczytem humanizmu jest los pacjentów wegetatywnych. „Osoba medyczna” może taką postać bezkarnie wypchnąć poza szpital. Wtedy problem ma „osoba wójtowska” lub „sołtysia”. Wyobraźcie sobie: pacjent na łóżku wystawiony za bramę szpitala wjeżdża w obszar gminy. Należałoby uprzedzić lokalną społeczność, żeby broń Boże nie rzucali w niego bilonem. Ktoś z zagranicy mógłby pomyśleć, że Polska cofnęła się do wierzeń w Charona i obola – opłatę za prom przez piekielną rzekę Styks.

Oni chcą, byśmy o tym milczeli. Chcą ciszy przerywanej tylko szelestem banknotów z premii za likwidację. Niezależnie ile wyślą e-maili z pogróżkami, jak wielki jest ich przekonanie o własnym sprycie, kreatywności i bezkarności nie boimy się pisać o urzędnikach, których jedynym stanem mistycznym jest wiara we własną bezkarność. Jeśli myślicie, że klauzula tajności powstrzyma nas przed pokazaniem prawdy – to znaczy, że wciąż nie rozumiecie, że papier jest silniejszy niż rapier. Zwłaszcza ten, na którym spisano wasze własne, kompromitujące decyzje. Oto rzeczywistość bez cenzury.

Autorstwo: Piotr Jastrzębski
Źródło: WolneMedia.net

środa, 18 lutego 2026

                                    AFERZYŚCI ELIT

                                                                  Marek Sawicki

 


(ur. 8 kwietnia 1958 w Sawicach-Dworze, pow. sokołowski) – polityk PSL i inżynier rolnik, od 1993 poseł na Sejm (II, III, IV, V, VI i VII kadencji). Od 2007 do 2012 minister rolnictwa i rozwoju wsi w pierwszym i drugim rządzie Donalda Tuska.

 

 Polski goj na u­słu­gach mię­dzy­na­ro­do­we­go lobby uboju rytualnego zwierząt (żydowskiego i muzułmańskiego), zwo­len­nik mor­dów ry­tu­al­nych czyli pod­rzy­na­nia zwierząt na żywca bez ich og­łu­sza­nia!

W 1983 ukończył studia na Wydziale Rolniczym Wyższej Szkoły Rolniczo-Pedagogicznej w Siedlcach. W 1996 ukończył studia podyplomowe w zakresie wspólnotowego prawa rolnego w Instytucie Prawa Rolnego Polskiej Akademii Nauk.

W 2006 obronił pracę doktorską poświęconą uprawie ziemniaka na Akademii Podlaskiej w Siedlcach.

W latach 1983–1986 był asystentem w Wyższej Szkole Rolniczo-Pedagogicznej w Siedlcach. Od 1987 do 1988 pracował jako inspektor w Cukrowni Sokołów Podlaski. W latach 1989–1990 był nauczycielem w Zespole Szkół Rolniczych w Sokołowie Podlaskim. W latach 1990–1996 pełnił urząd wójta gminy Repki, do 1994 zasiadał także w radzie gminy. W latach 1996–1997 pełnił w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Łączności, pełnomocnika rządu ds. telekomunikacji na wsi. Jest właścicielem indywidualnego gospodarstwa rolnego.

Od 1985 jest członkiem Związku Ochotniczych Straży Pożarnych, zasiadał w prezydium zarządu wojewódzkiego ZOSP.

Od 1988 należał do komunistycznego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego (Czerwoni ludowcy), a od 1990 jest członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Marek Sawicki swoją karierę rozpoczął pod koniec lat 80, wstępując za namową Waldemara Pawlaka (którego poznał działając w Ochotniczej Straży Pożarnej) do komunistycznego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego( Czerwoni ludowcy). W 1990 roku partia przekształciła się w Polskie Stronnictwo Ludowe, a sam Marek Sawicki został z ramienia ugrupowania wójtem gminy Repki. Urząd sprawował przez 6 lat. W między czasie został też wybrany na posła drugiej kadencji Sejmu, podczas której przez rok zajmował stanowisko sekretarza stanu w Ministerstwie Łączności.

Od 1997 roku zaczął zasiadać w najwyższych organach partii. Najpierw piastował urząd wiceprezesa Naczelnego Komitetu Wykonawczego PSL, następnie był sekretarzem Rady Naczelnej PSL, a w 2008 został ponownie wiceprezesem NKW partii. Przez większość czwartej kadencji Sejmu sprawował stanowisko szefa klubu parlamentarnego - do momentu, gdy latem 2004 roku zastąpił go Waldemar Pawlak. W tym samym czasie poniósł też kolejną porażkę, przegrywając wybory do Europarlamentu.

Mimo to Sawickiemu udało się dostać do Sejmu w kolejnej kadencji. Po przedterminowych wyborach w 2007 roku i zawiązaniu koalicji PO - PSL polityk objął w nowym rządzie stanowisko ministra rolnictwa.

Z pierwszej kadencji został zapamiętany przez opinię publiczną głównie ze stanowczego sprzeciwu wobec reformy KRUS-u. Z drugiej kadencji związany z aferą taśmową PSL, aferą solną, aferą suszu jajecznego i aferą uboju rytualnego!

16 listopada 2007 objął urząd ministra rolnictwa i rozwoju wsi w pierwszym rządzie Donalda Tuska. W wyborach w 2011 po raz szósty wybrano go do Sejmu. W drugim rządzie Donalda Tuska zachował stanowisko ministra rolnictwa i rozwoju wsi.

16 lipca 2012 media ujawniły nagranie rozmowy między byłym prezesem ARR Władysławem Łukasikiem i prezesem kółek rolniczych Władysławem Serafinem, w której pierwszy z nich sugerował m.in. nepotyzm i niegospodarność w spółkach Skarbu Państwa, jakich mieli się dopuszczać działacze PSL uznawani za związanych z Markiem Sawickim. Marek Sawicki złożył dymisję 18 lipca 2012. 26 lipca 2012 został odwołany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego ze stanowiska ministra rolnictwa i rozwoju wsi.

Afera Solna

Afera solna rozpoczęła się po tym, jak CBŚ i poznańska prokuratura ustaliły, że trzy firmy sprzedawały sól niejadalną, szkodliwą dla zdrowia, używaną m.in. do posypywania zimą dróg, jako sól spożywczą. Odbiorcami byli głównie odbiorcy hurtowi, ubojnie rytualne, wytwórnie wędlin, mleczarnie i piekarnie. Proceder mógł trwać nawet od 1997 roku.

Z ustaleń śledczych wyłania się cały obraz afery solnej. Na na terenie Wielkopolski nabywano sól wypadową, stanowiącą odpad przemysłowy, a następnie po osuszeniu, sól pakowana była w worki i sprzedawana jako pełnowartościowa sól spożywcza. Odbiorcami soli były zakłady na terenie Wielkopolski, w woj. kujawsko-pomorskim i mazowieckim.

Śledczy zajmujący się aferą solną podejrzewają, że do takiego procederu mogło dochodzić od kilku lat, a każda z firm wprowadzająca sól wypadową do obrotu, kupowała średnio około tysiąca ton miesięcznie tego produktu.

Minister rolnictwa Marek Sawicki nie ujawnił listy firm produkujących żywność z użyciem soli wypadowej – ze względu na ich powiązania z PSL! (sól taka była stosowana w ubojniach rytualnych w Polsce m.in. do uszlachetniania odpadów koszernych dla gojów czyli Polaków)

Sam zaś twierdził że sól wypadowa jest...smaczna i zdrowa!

Afera Suszu Jajecznego

Nieuczciwi przedsiębiorcy spod Kalisza latami igrali ze zdrowiem, a nawet życiem Polaków. Żeby sprzedać susz jajeczny z dodatkowym zyskiem, podrabiali go. Tak jak w przypadku fałszowanej soli polegało to na kupowaniu tańszego półproduktu. Były to... zepsute jaja. Strach pomyśleć, co jeszcze trafiało do fałszywego suszu. Wykryto w nim kawałki kości zwierząt, metale ciężkie. Z rynku wycofano 300 ton skażonej suszem żywności. To głównie ciasta, słodkie bułki, pączki, a także makarony, wędliny, pasztety, produkty uboju rytualnego, kluski śląskie, gotowe pierogi.

Niebezpieczne są zwłaszcza bakterie coli i salmonella. Wykryto też kadm i ołów. Fakt, że w suszu były groźne bakterie to już bardzo poważna sprawa. Taka żywność wywołuje ostre biegunki, które mogą prowadzić do odwodnienia - ostrzega ekspert.

Jak to możliwe, że proceder oszustów trwał latami? Według "Gazety Wyborczej" szef kaliskiego sanepidu to... szwagier właściciela firmy Viga, producenta fałszywego suszu! Do siedzib oddziałów inspektoratu sanitarnego w Kaliszu i Nisku weszli funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Właściciel Vigi Krzysztof Z. (56 l.) został zatrzymany.

Susz jajeczny, który jest do produkcji makaronów, wędlin, ale także ciast i pieczywa zawierał śladowe ilości jajek. Producent dosypywał do niego za to dużo suszu rybnego z dodatkiem wapnia i kurkumy. Produkt może być rakotwórczy.

Minister Sawicki pytany o to, czy Polacy dowiedzą się gdzie trafiał trefny susz jajeczny, zrzuca odpowiedzialność na prokuraturę – To jest ich decyzja, czy powiadomią społeczeństwo.

PSL było przeciwne ujawnieniu listy firm które stosowały taki susz jajeczny w swoich produktach!

Afera Taśmowa PSL

Wyprowadzanie z państwowej firmy gigantycznych funduszy, trak­to­wa­nie jej jako prywatnego folwarku, informacje o układach towarzyskich w urzędach - takie sprawy poruszali w rozmowie, były szef Agencji Rynku Rolnego Władysław Łukasik i polityk PSL Władysław Serafin. Sen­sa­cyj­ny zapis rozmowy opisujący pozbawione kontroli społecznej me­cha­niz­my zjawisk na styku polityki i biznesu publikuje "Puls Biz­ne­su".

 

Sawicki i Serafin – kumple z PSL

 

Andrzej Łukasik został odwołany z funkcji szefa Agencji Rynku Rolnego. W tym kontekście żali się Serafinowi opowiadając o sytuacji panującej w resorcie rolnictwa. Mówi, że na decyzję o odwołaniu podjętą przez ministra Marka Sawickiego, miał Andrzej Śmietanko, dyrektor generalny w państwowej spółce Elwarr, zajmującej się handlem zbożem, któremu utrudniał wyprowadzanie publicznych pieniędzy.

"Oni są tam zaprzyjaźnieni towarzysko, myślę, że biznesowo i w każdym innym obszarze. Także razem imprezują i w różny sposób to raz. On traktuje ten Elewarr(spółka należąca do ARR) jako swoją spółkę." - powiedział Władysław Łukasik, były szef Agencji Rynku Rolnego.

Łukasik wymienia nazwiska Dyrektora Generalnego Elewarru i członka rady nadzorczej jej spółki córki — TDM Arrtrans Andrzeja Śmietanko i Anity Szczykutowicz Dyrektora departamentu promocji i komunikacji ministerstwa rolnictwa kierowanego przez Marka Sawickiego.

"Także mecenas to jest słup. Ja nie chciałem się na to zgodzić, wymusili to na mnie z ministrem, że on ustępuje z prezesa. Bo ja wolę, żeby on był prezesem, a nie słup. A w ten sposób to słup wszystko mu firmuje. A to, co Andrzejek lubi, za nic on sam nie odpowiada. Wiesz, on sobie może wnioskować… On zawnioskował o wynagrodzenie 50 tysięcy złotych miesięcznie. Ja mu tego nie mogłem podpisać, ale ten słup mu podpisał. Miesięcznie..." - mówi były szef Agencji Rynku Rolnego o kulisach korupcji

"Ale nie tylko to sobie wpisał. On sobie wpisał, na przykład, że nie 1 proc. udziału w zysku, tylko 3 proc. będzie miał. Albo teraz to on uważa, że 10 proc. powinien mieć. W ogóle, że te pieniądze — tam jest 90 milionów na koncie — że to w ogóle wszystko jest jego. I on to, powiedzmy, w sposób bardzo taki różny to eksploatuje" - czytamy w scenogramie rozmowy opublikowanej przez "Puls Biznesu".

W rozmowie padają też nazwiska byłego wiceminstra pracy Mirosława Mielniczuka, Andrzeja Łuszczewskiego pełniącego obowiązki prezesa ARR.

"Więc oni wszyscy traktują to jako swój folwark teraz. Czy tam Mielniczuk taki, to teraz gabinet mu szykują" - ujawnia w rozmowie Łukasik.

"Chociaż formalnie według ustawy, to żebyś wiedział, to nie jest całkiem legalne p.o. [pełniącym obowiązki, chodzi o Łuszczewskiego — red.]. Dlatego, że w ustawie nie przewidziano czegoś takiego jak p.o. i premier właściwie powinien najpierw ogłosić konkurs, a potem dopiero zrobić, albo zmienić przepis. Ale tam pal sześć. Zrobili, jak zrobili. To będzie trwać dłużej, oni się nie będą śpieszyć z konkursem. Dlatego, że wygodnie jest dla Śmietanki, wygodnie jest dla tej całej bandy, tej grupy, żeby oni rządzili" - miał powiedzieć były szef szef ARR.

O sprawie miał być poinformowany minister rolnictwa - "...w listopadzie podszedłem i mówię, że tam współpracownicy różnie mówią o przemeblowaniu, przewietrzeniu...Jak ma tutaj minister jakiś inny pomysł… On mówi: nie słuchaj plotek, pracuj, jak coś, to będziemy rozmawiać" - relacjonuje Łukasik.

"On wymyślił, że on odejdzie z tego prezesa, bo tu go ustawa kominowa hamuje. Chociaż też ją tam całkiem nie przestrzegano w tym wypadku, bo on miał dziewięć średnich w sumie, dziewięć średnich plus udziały w zysku — uważał, że to jest mało — i nieograniczoną ilość kosztów, jakie sobie chcesz. Od Honolulu po wszystkie wyjazdy, cały świat, co chcesz. Nie wiadomo, co wszystko. Nieograniczona liczba. Jak coś, to refakturujesz jako usługi prawnicze, czy coś, bo tam są podpięte, wiesz, kilka firm, jeszcze jest Zamość podległe i te w Łodzi Atlas, czy dowolna ilość. Ale dobra, to tam ja taki upierdliwy nie byłem. Wymyślił, że on sobie wynagrodzenie praktycznie podwoi. I to było w tajemnicy przede mną." - mówi dalej

"Rada nadzorcza Elewarru, czyli Łuszczewski, Groszek i tam jeszcze Śmietanko, Szczykutowicz, o i tam jeszcze znajomi od niego są. Sąsiad do tej rady, on takich pobrał w tajemnicy pojechali do Mołdawii, tam była rada nadzorcza. Utworzyli przedstawicielstwo. No przedstawicielstwo mogli otworzyć. Pracownika zatrudnili tak jakiegoś tam. Natomiast, natomiast nie, samego kapitału nie wytransferowali. Ja zresztą rozmawiałem z tą prezes z Łodzi i mówiłem, że powinna mieć jakieś dokumenty trochę lepsze na… bo wiesz wysłać za granicę kilka milionów to ja się nie spieszę. Więc powiedziałem, że ja takiej zgody dla Elewarru nie daję. Ona jak chce niech sobie działa. Nie utworzyli tej spółki. Potem, za miesiąc się wygadał Śmietanko, jaki interes popsułem. On chciał te kilka milionów, żeby ta spółka w Mołdawii powstała i natychmiast przeniosła do innej spółki jako wkład 20 procent w spółce, gdzie byłby Polski Cukier, Pol-Mot i jeszcze ktoś i Elewarr miałby…" - zdradza kulisy afery Łukasik

"Śmietanko ma w tym udział jeden, drugi… bo on uważa, że cały, że cała ta spółka... On chce się tam okopać i uwłaszczyć. Tam w tej chwili jest około 80 milionów na koncie. Spółka jest warta, nie wiem, około 150-160 milionów, spółka ta Elewarr...On de facto tak to chce prywatyzować, żeby to było jego, żeby to było nieodwołalne i wiecznie jego. Czyli każda ich koncepcja jest dobra, w którym to się staje jego." - opowiada o planach uwłaszczenia spółki skarbu państwa.

Łukasik mówi o bezkarności tych działań - "NIK za bardzo się tego nie wnika. NIK tam patrzy, czy nie przekroczył ustawy kominowej. CBA itd. i ci inni, oni się tam takimi rzeczami tam na razie…. To jest totalnie bezkarne, to ci mówię." - czytamy w stenogrami rozmowy opublikowanej przez dziennik.

- "Włos mi dęba staje na głowie, Władek" - nie może uwierzyć Władysław Serafin, szef kółek rolniczych.

Cały stenogram dostępny stronach portalu "Puls biznesu". Gazeta podkreśla, że nie zna okoliczności utrwalenia rozmowy, ale ze względu na jej treść, czuje się w obowiązku ją upublicznić.

Afera Uboju Rytualnego

Afera wybuchła na początku 2013 roku na skutek prób„siłowego” zalegalizowania w Polsce, krwawego i okrutnego uboju rytualnego zwierząt pod naciskiem międzynarodowego lobby ubojowego, którego interesy reprezentuje Minister Rolnictwa – Stanisław Kalemba i PSL!!!

Rząd PO-PSL chce zalegalizowania uboju rytualnego, czyli podrzynania na żywca zwierząt bez ich ogłuszania. Minister rolnictwa zapowiedział, że ustawa zabraniająca tego procederu powinna zostać znowelizowana. Zdaniem Stanisława Kalemby jest to konieczne ze względu na poszanowanie grup wyznaniowych w Polsce które stanowią 0,01% populacji oraz utrzymanie rosnącego eksportu takiego mięsa czym jest najbardziej zainteresowany PSL.

Polski Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis rozporządzenia ministra rolnictwa, który pozwala na rytualne zabijanie zwierząt, jest sprzeczny z ustawą o ochronie zwierząt, a przez to - z konstytucją. Zakwestionowany przepis stracił moc prawną z końcem 2012.

Decyzja Polskiego Trybunału rozwścieczyła Europejskie Stowarzyszenie Żydów (EJA) w Brukseli , które zaapelowało do polskich i unijnych władz o natychmiastową zmianę tego orzeczenia, zgodnie z zaleceniami EJA. Rabbin Menachem Margolin wysłał w tej sprawie list do polskiego prezydenta i ministra sprawiedliwości z żądaniem natychmiastowego wykonania zalecenia EJA.

W swym liście udając naukowca stwierdził autorytarnie: Jest dowiedzione naukowo, że koszerne zabijanie zwierząt nie sprawia im bólu. Przeprowadzono wiele eksperymentów sprawdzających system nerwowy zwierząt, z których wynika, że nie czują one bólu albo wpadają w nagły szok, który nie dopuszcza sygnału bólu do mózgu z powodu nagłego spadku ciśnienia krwi w mózgu”. (jest to typowa retoryka nazistowska!)

Ubój rytualny, praktykowany w tzw. „kulturze judaizmu i islamu”, kulturze okrucieństwa i zła znajduje uzasadnienie w religijnej ortodoksji. Rytuał uboju należy do zbioru reguł, ściśle określających co jest właściwe, "czyste" (kosher, halal) a co niewłaściwe, "nieczyste". Reguły te, ich zakres i praktyczne szczegóły ich stosowania, są jednak dalece niejednolite i zmienne. Ubój rytualny zasadniczo wyklucza pozbawianie zwierzęcia przytomności. Z przyczyn trudnych do racjonalizacji, motywowanych tradycją, opartą na interpretacji świętych tekstów, choć nigdzie w nich nie jest jednoznacznie nakazany. Mordowane ubijane zwierzę traktowane jest jako uczestnik rytuału, co wymaga by było "czyste", tj. pozbawione chorób i wad, a taką właśnie był by brak przytomności. Mordowanie odbywa się głównie po to aby zaspokoić instynkty sadystyczne oprawców którzy dokonują tych mordów oraz nabić kasę ich zleceniodawcom czyli mułłom i rabinom oraz ich pośrednikom!

Dla Żydów i Muzułmanów przytomność i świadomość to „naukowo” stwierdzona wada i choroba!!!

W praktyce ubój ten polega na specjalnym unieruchomieniu zwierzęcia i przecięciu obu tętnic szyjnych razem z tchawicą i przełykiem. Jednak bez naruszenia kręgów i tętnic kręgowych, które podtrzymują ukrwienie mózgu,tak aby cierpiało jak najdłużej! W rezultacie zwierzę jest przytomne, cierpi i szamoce się w długiej agonii ku uciesze jej oprawców!

Od 2013 rozpoczęła się brutalna nagonka na Polskę i Polaków, bo międzynarodowe lobby ubojowego straciło nagle spore zyski z rynku polskiego!

W Polsce interesy lobby ubojowego, reprezentują goje z PSL oraz tercet egzotyczny czyli żydowska tajna organizacja B'nai B'rith (po hebrajsku: Synowie Przymierza) i Związek Wyznaniowy Gmin Żydowskich w RP oraz Muzułmański Związek Religijny w RP.

"Jewish Cronicle" - jedno z najstarszych pism żydowskich wydawane na Wyspach Brytyjskich alarmuje, że zakaz uboju rytualnego w Polsce może zagrozić dostawom mięsa koszernego i mięsa halal do szeregu państw islamskich a to poważne straty finansowe. Polska jest jednym z największych dostawców takiego mięsa spożywanego przez wyznawców judaizmu i islamu w Europie, Izraelu oraz Turcji. "Jewish Cronicle" donosi też o tym, że rynek koszernego jedzenia na Wyspach Brytyjskich, ale i na całym kontynencie "dostał poważny cios". "Polska to jeden z liderów w dostawach koszernego mięsa. Z niej pochodzi jedna piąta mięsa zjadanego we Francji i Izraelu" -Gazeta cytuje Henry'ego Grunwalda, przewodniczącego brytyjskiego stowarzyszenia "Szechita" dbającego m.in. o czystość mięsa pozyskiwanego z rytualnego uboju, który stwierdził, że "ta decyzja to zagrożenie dla żydowskiego sposobu życia".

Redakcja "Jewish Cronicle" stwierdza wyrok, który nadszedł z Polski, traktuje jako "kolejny w ostatnim czasie atak na praktyki wyznawane przez Żydów, po toczącej się w Niemczech batalii dotyczącej rytualnego obrzezania". "Ubój jest też zagrożony w kolejnych krajach, np. w Holandii i może się okazać, że wyrok ogłoszony w Polsce stanie siędrogowskazem dla innych krajów, które mierzą się z pozwami obrońców praw zwierząt"

Ze względu na olbrzymią korupcje w Polsce, międzynarodowe lobby żydowskomuzułmańskie znalazło - grupę polskich skorumpowanych i głupich gojów z PSL którzy za kasę wykonają krwawą i brudną robotę a nawet złamią polskie prawo!!!

Schemat korupcyjny jest prosty: lobby zleca PSL zalegalizowanie tego krwawego procederu, poprzez kupowanie przychylności urzędników i posłów RP aby wprowadzić do polskiego prawa zapisy zgodne z ich życzeniem. Ubojnie (PSL) dokonują krwawych mordów rytualnych na zwierzętach i eksportują tak pozyskane mięso na eksport do Izraela i krajów muzułmańskich. Zarobioną tak krwawo kasę przeznaczają na wsparcie PSL i lobbowanie w rządzie i parlamencie! Polskie goje wykonują brudną i krwawą robotę ale frykasy finansowe trafiają już tylko do zleceniodawców z lobby ubojowego!

Goje z PSL służą lobby ubojowemu zgodnie z zaleceniem rabina Owiada!

Rabin Owadia Josef, duchowy przywódca partii Szas (nacjonalistyczno-rasistowskiej) wchodzącej w skład koalicji rządzącej Izraelem oznajmił, że "goje rodzą się po to, by służyć Żydom". – Po co goje są tak naprawdę potrzebni? Będą pracować, będąorać, będą zbierać plony. My zaś będziemy tylko siedzieć i jeść jak panowie -zapowiedział rabin podczas przemówienia w synagodze. Potem porównał osoby, które nie są Żydami do... zwierząt pociągowych.

Zdaniem rabina, gdyby goje nie mogli służyć Żydom "nie mieliby po co istnieć".Tłumacząc zaś długowieczność ludzi pochodzenia nie-Żydowskiego rabin Josef użyłplastycznej metafory porównując takich ludzi do... osłów. – Wyobraźcie sobie, że zdechłwam osioł. Stracilibyście w ten sposób pieniądze. To jest taki sam sługa. Właśnie dlatego goj otrzymuje długie życie. By dobrze pracować dla Żyda - mówił rabin.

Afera uboju rytualnego w Polsce - to jedna z największych afer RP!

I etap tej afery - to tajne porozumienie Głównego Lekarza Weterynarii RP – Janusza Związka z naczelnym Rabinem Polski - Michaelem Josephem Schudrich z dn. 13.12.2011 przekazujące mu faktyczną kontrolę nad polskimi rzeźniami?! Z porozumienia tego wynika, że jednostka państwowa czyli Inspekcja Weterynaryjna przekazała nielegalnie i niezgodnie z prawem swoje ustawowe zadania w kwestii kontroli polskich ubojni - związkowi wyznaniowemu?! Rabin nie ukrywa radości z interesu jaki zrobił z polskim gojem i liczy na olbrzymie zyski. Całe to porozumienie ma charakter korupcyjny i ze względu na złamanie polskiego prawa, sprawą ta powinno zająć się CBA.

II etap afery to - tzw. „szybka ścieżka” którą wprowadził na życzenie lobby ubojowego, Minister Rolnictwa -Kalemba (PSL) chcąc w ten sposób ominąć prawo oraz wymagane szerokie konsultacje społeczne, zastępując je doraźną konsultacją z zaprzyjaźnionymi firmami i stowarzyszeniami, które są powiązane interesami z PSL i które kierując się tylko własnym zyskiem chcą zalegalizować ten okrutny proceder w Polsce. Lobby ubojowe które zleciło „szybką ścieżkę”kupiło sobie przychylność urzędników państwowych , którzy dokonali zmian w Ustawie o Ochronie Zwierząt zgodnie z ich zaleceniami, co ma charakter korupcyjny oraz przy okazji naruszyło ustawę lobbingową (sprawa dla CBA).

III etap to – „decyzja Premiera Tuska” który „umył ręce” mówiąc do PSL to wasz biznes nie mój, ulegając w ten sposób lobby ubojowemu, jedyną jego rozterką było to czy zwierzęta podrzynane na żywca cierpią czy nie i zastanawiał się jak można zbadać odczuwanie bólu w oparciu o ryk zarzynanych zwierząt!!! Ciekawostką jest fakt że kancelaria Premiera RP jest całkowicie kontrolowana przez żydowską tajną organizację B'nai B'rith (po hebrajsku: Synowie Przymierza). Decyzja Donalda Tuska w tej sprawie była ściśle związana z jego zabiegami o lukratywną posadę w Komisji Europejskiej o obsadzie której decyduje EJA(Europejskie Stowarzyszenie Żydów). Kontrakt był prosty stanowisko w zamian za zalegalizowanie procederu uboju rytualnego na eksport kontrolowany przez EJA!!!

IV etap to Sejm – to właśnie w nim zapadnie decyzja dlatego skorumpowane PSL próbuje przekupić innych posłów aby wsparli lobby ubojowe!

Polsce i Polakom odgrażają się ortodoksyjni Żydzi i islamiści, tak w kraju jak i zagranicą!Polacy mają być zakładnikami i niewolnikami we własnym kraju oraz służyć pokornie swoim „nowym panom” z lobby ubojowego!

Od 1 stycznia 2013 - Ubój rytualny nielegalny? Owszem. Teoretycznie. Tylko co z tego, skoro w rzeczywistości bestialski proceder kwitnie w najlepsze? Reporterzy Tomasza Sekielskiego przygotowali wstrząsający materiał. Ale minister rolnictwa Kalemba z PSL udaje, że o niczym nie wie, a raczej nie chce wiedzieć bo dotyczy to PSL!!!

To nie był program dla ludzi o słabych nerwach. Być może nawet nie powinien się ukazać przed 22. Tym niemniej ukazał się i ujawnił całe bestialstwo i cynizm środowisk czerpiących zyski z uboju rytualnego. Temat podjął program Tomasza Sekielskiego "Po prostu" (TVP1). Jak udowodnili jego reporterzy wiele polskich rzeźni mimo faktu, że od pierwszego stycznia tzw. ubój rytualny (a więc uśmiercanie zwierząt bez ogłuszania, poprzez podcięcie im gardła i wykrwawienie) jest prawnie zakazany - prowadzi ten biznes nadal. Mięsem z takiego uboju są zainteresowani ortodoksyjni Żydzi i muzułmanie. Reporterzy "Po prostu" udając biznesmenów nagrali szereg rozmów z właścicielami rzeźni i pośrednikami handlowymi, którzy oferowali im mięso halali. Bez większych problemów udało im się też kupić drób z uboju rytualnego. Wypowiadający się w programie minister rolnictwa Stanisław Kalemba (PSL) twierdzi tymczasem,że nic mu nie wiadomo, by do takich wypadków w Polsce dochodziło. Jednak nie kryje, że robi wszystko, by taki ubój ponownie zalegalizować. Sprawa była już rozpatrywana przez radę ministrów.

Program Sekielskiego ujawnił w jaki sposób PSL łamało prawo wspólnie z ortodoksyjnym Żydami i islamistami dla których polskie prawo nie ma najmniejszego znaczenia.

Minister Kalemba został zapoznany z materiałem o przestępstwach dokonanych przez takie ubojnie i ich klientów i powinien natychmiast zgłosić ten fakt Prokuraturze !!! Jeżeli nie zgłosił takiego przestępstwa to on również podlega odpowiedzialności karnej zgodnie z kodeksem karnym!

W programie pokazano też zdjęcia z przeprowadzania takiego uboju. Pochodzą z materiałów szkoleniowych dla studentów weterynarii.

Są porażające. Dla­te­go po­win­ny zos­tać po­ka­za­ne tak­że par­la­men­ta­rzys­tom, którzy niebawem będą głosować w sprawie zalegalizowania tego procederu. Obowiązkowo!

28 maja 2013 podczas obrad sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi ujawniono kolejną aferę związaną z ubojem rytualnym!!!

Ujawniono że tylko 20-30% mięsa z jednego tak okrutnie zamordowanego zwierzęcia to mięso koszerne i jako „frykasy” idzie na eksport do Izraela i krajów islamskich? Reszta mięsa z tego zwierzęcia, które umiera w okrutnych męczarniach, to odpad koszerny dla gojów-Polaków! Po odpowiednim przerobieniu i wymieszaniu trafia na polskie stoły jako zdrowa i smaczna polska żywność ! Prawdopodobnie też i te ubojnie były zamieszane w aferę solną PSL (minister Sawicki) czyli używania soli drogowej do „uszlachetniania” mięsa i wędlin zamiast soli spożywczej. Ubojnie prowadzące ubój rytualny również celowo nie oznaczają swoich”produktów” aby oszukiwać w ten sposób konsumentów którzy prawdopodobnie nie kupowali żywności z takich firm a to też jest przestępstwem!

Dlaczego konsumenci nie są o tym informowani? Dlaczego Ministerstwo Rolnictwa trzyma to w tajemnicy?

Ubój halal to „miejsca pracy” tylko dla muzułmanów (tylko muzułmanin może tak okrutnie zabijać poprzez wypowiedzenie praktycznie szahady) zwierzęta zabijane są okrutnie i na żywca. Krew żyje a zwierzęta walcząc o życie dodatkowo pochłaniają duże ilości tlenu dodatkowo dotleniając swoją krew czyli dodając sobie energii (dotleniając mózg układ nerwowy i komórki ciała) i przedłużając bólu czyli agonię uśmiercania.

Żydzi do uboju koszer zatrudniają przeważnie skorumpowanych i chciwych gojów którymi sami pogardzają!

Polacy są przeciwni zalegalizowaniu uboju rytualnego wg CBOS z maja 2013 roku - 65 procent jego uczestników uznało, że prawo nie powinno dopuszczać uboju rytualnego i ta tendencja jest wzrostowa, obecnie szacuje się że już ponad 80% Polaków jest zadeklarowanymi przeciwnikami zalegalizowania uboju rytualnego zwierząt w Polsce!

Według pisma do którego dotarła "Rzeczpospolita", w resorcie Sawickiego szerzył się nepotyzm, dochodziło do licznych nadużyć przy przetargach, a z publicznych pieniędzy finansowano kampanie samorządowe i parlamentarne - w tym ministra.

- Część zawartych tam informacji się potwierdziła i została wykorzystana w innych kontrolach - powiedział rzecznik NIK Paweł Biedziak.

Jedną z tych informacji jest ta, że w Departamencie Rozwoju Obszarów Wiejskich, o którą starała się blisko setka kandydatów, wygrała córka bardzo znanego działacza PSL i znajomego ministra. Pracę w resorcie miały też dostać siostry spokrewnione z ministrem, a jeden z konkursów dyrektorskich wygrała nawet córka nauczycielki Sawickiego - pisze "Rz".

Mówi także o wątpliwościach związanych z finansowaniem spotów reklamowych i kampanii wyborczej samego ministra Sawickiego. Zarzuty do ministra i jego protegowanych dotyczą także licznych nadużyć finansowych w spółce Elewarr, która podlega pod Agencję Rynku Rolnego, a ta bezpośrednio ministrowi.

CBA ma listę co najmniej 51 krewnych, którym Sawicki załatwił intratne posady państwowe.

Nie róbcie nagonki na rolników! - grzmiał minister rolnictwa, Marek Sawicki (PSL). A po chwili, na tym samym oddechu, zaatakował... studentów! I oświadczył, że skoro żąda się od zamożnych rolników wyższych składek na KRUS, to także bogaci studenci też powinni zacząć płacić składki zdrowotne na ZUS.

Polityka PSL tak rozjuszył wyrok Trybunału Konstytucyjnego (2010), według którego opłacanie z budżetu państwa składki zdrowotnej wszystkich rolników, niezależnie od ich przychodów, jest niezgodne z konstytucją, a rząd ma 15 miesięcy na zmienienie tego.
– Nie wszyscy studenci są biedni – zauważył więc minister rolnictwa, argumentując, że jeżeli budżet przestanie łożyć na składkę zdrowotną rolników, powinien przestać też łożyć i na ubezpieczenie studiujących.
Studenci są oburzeni. – Bardzo wielu z nich żyje z miesiąca na miesiąc, ledwo wiążąc koniec z końcem. Przymus dodatkowego opłacania składki zdrowotnej mógłby oznaczać, że nie mogliby studiować – wyjaśnia Patry Stanisz, przewodniczący Rady Naczelnej Zrzeszenia Studentów Polskich.

Ceny żywności rujnują kieszenie Polaków, nieuczciwi handlowcy wciskają nam w sklepach przeterminowane produkty, a pazerni ubojowcy i producenci wędlin robią parówki ze zmielonych kości i skór oraz odpadów koszernych po uboju rytualnym. Jak reaguje minister rolnictwa, który sprawuje pieczę nad polskim rynkiem spożywczym?

Marek Sawicki - reklamuje się w telewizji, w spocie, który według mediów kosztuje nawet trzy miliony złotych.

Aktorstwo szefa resortu rolnictwa można było podziwiać w autoreklamie emitowanej w TVP, m.in. w przerwach meczów Euro 2012, czyli najdroższym czasie antenowym. Według portalu onet.pl, reklamówka Sawickiego może kosztować nawet 3 mln zł! Co pokazuje? Uśmiechniętego ministra, który zachwala polskie plony oraz informację, że Polska produkuje zdrową żywność.

Jakie korzyści daje ten drogi klip Polakom? Żadnych. A ministrowi Sawickiemu? Ogromne, bo przed milionami Polaków chwali się swoimi „osiągnięciami”. Szkoda tylko, że w reklamie zapomniał powiedzieć, że ta zdrowa żywność kosztuje krocie, a Polacy w pogoni za niskimi cenami kupują produkty spożywczopodobne. Choć akurat na to Sawicki ma nich poradę – powinni kupować... drogą żywność. – Jeśli sugerują się tylko ceną, to być może kupują produkty spożywczopodobne, a niekoniecznie zdrowe i wartościowe pod względem żywnościowym – stwierdził minister.

yły minister rolnictwa Marek Sawicki nie czuje żadnej odpowiedzialności za aferę Polskiego Stronnictwa Ludowego. - Od strony prawnej czuję się niewinny, od strony moralnej także - oznajmił polityk PSL. Sawicki dodał także, że żałuje, iż media nagłośniły sprawę taśm PSL.

Sawicki nie czuje się winny, jednak podał się do dymisji. Zapytany o powody swojej rezygnacji odparł wymijająco, że to "ten system sprawowania władzy jest powszechny".

Były minister usprawiedliwił także sprawę nepotyzmu politycznego w jednym zdaniu. - Jeśli jest obszar, gdzie pracuje kilkanaście tysięcy ludzi, to wyeliminowanie zatrudnienia kogoś znajomego czy kuzyna nie jest łatwe - wyjaśnił Sawicki.

O Marku Sawickim

  • Sawicki nie tylko nie pokajał się i za swoje karygodne niedbalstwo, nie przeprosił, lecz cynicznie wytoczył mi proces. Zażądał przeprosin, odwołania zarzutów i 10 tysięcy złotych na rzecz PCK. Dziś Sąd Okręgowy w Łodzi oddalił powództwo Sawickiego przeciwko mojej skromnej osobie o ochronę rzekomo naruszonych dóbr osobistych. Oddalił - to za mało powiedziane. Sąd powództwo to zmiażdżył.

Autor: Janusz Wojciechowski
Źródło: Janusz Wojciechowski: bez wyrównania dopłat polska wieś zginie , rp.pl, 5 maja 2011

  • Znacząca liczba rolników została skrzywdzona przez rozporządzenie ministra rolnictwa. Jest ono niezgodne z ustawą ustalającą zasady, jakie powinny obowiązywać wszystkich, a także sprzeczne z Konstytucją, bo różnicuje rolników na lepszych i gorszych. Minister nie zadbał o wystarczającą ilość środków na ten cel i postanowił zmienić zasady przyznawania rent strukturalnych w trakcie trwania programu. To niedopuszczalne, gdyż z rolników spełniających te same kryteria jedni dostali renty, a inni nie.

Autor: Lucjan Cichosz
Źródło: Rolniku, nie przegap renty , naszdziennik.pl, 26 lipca 2011

A co o polskim goju Sawickim mówi rabin Owiada z Izraela?!
"...to zwierze pociągowe, gdyby ten goj nie mógł służyć Żydom to nie miałby po co istnieć!"

 

                                                             https://www.youtube.com/watch?v=6A5VINpy_Bw

                                                             https://www.youtube.com/watch?v=R5uc7Sq9rfg&t=35s

                                                             https://www.youtube.com/watch?v=I-xIljAg2Xs&t=40s

                                                             https://www.youtube.com/watch?v=jp1QpZcGpSE

 

  Ograniczenie darmowych leczeń dla Ukraińców Rząd kończy z szerokim dostępem do bezpłatnej służby zdrowia dla obywateli Ukrainy. Od 5 marca...