poniedziałek, 23 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                                       Peter Vogel (Piotr Filipczyński)

 


 

Peter Vogel, urodzony jako Piotr Filipczyński znany również jako Piotr Filipkowski (ur. 1954 w Warszawie) – szwajcarski bankowiec i mo­r­der­ca posiadający m.in. obywatelstwo nie­mie­ckie.

Kariera Petera Vogla nie rozpoczęła się w szwa­j­ca­r­skich bankach przeznaczonych dla mi­lio­ne­rów czy salonach politycznych War­sza­wy. Rozpoczęła się znacznie wcześniej w Strzelcach Opolskich. Człowiek, przez ręce którego przechodziły miliony, odsiadywał tutaj wyrok 25 lat więzienia za morderstwo dokonane ze szczególnym okrucieństwem. Nie był jednak traktowany jak zwykły kryminalista. Przyszły kasjer lewicy miał Tatusia. Na stanowisku rzecz jasna.
Wszystko zaczęło się w pod koniec 1971 roku. Młody Piotr Filipczyński, bo tak się wtedy nazywał przyszły ulubieniec lewicy, nie zaliczył języka an­gie­l­skie­go i musiał powtarzać drugą klasę liceum. Na dodatek kilka dni przed końcem roku miał poważny wypadek samochodowy. W ramach kary ojciec odciął mu dopływ gotówki i młody człowiek nie miał za co zabawić się w sy­l­we­s­tra. Znalazł na to sposób.
30 grudnia 1971 roku Piotr Filipczyński zwabił do piwnicy 75-letnią sta­ru­sz­kę, która pracowała w domu kolegi jako gosposia i guwernantka. Być może wiedział, że nie wydawała zarobionych pieniędzy i odkładała je na czarną godzinę. W piwnicy zabił ją rozwalając czaszkę tłuczkiem do mięsa. Potem polał zwłoki rozpuszczalnikiem i podpalił. 12 tysięcy złotych, które zrabował, były równoważnością rocznej przeciętnej pensji. Nie zabawił się jednak za nie zbyt długo. Został aresztowany.
Obrońca argumentował, że wstrząs mózgu, jakiego doznał podczas wy­pa­d­ku samochodowego, mógł spowodować ograniczenie poczytalności, lecz sąd nie miał wątpliwości. Skazał go na 25 lat więzienia w jednym z naj­cię­ż­szych zakładów w kraju. W Strzelcach Opolskich. I tutaj zaczyna się lista przedziwnych wypadków, które doprowadziły w końcu do powstania „Petera Vo­g­la” i rzucają inne światło na jego dalszą karierę. A zaczęło się od matury.

W roku 1973 ojciec naszego bohatera kieruje do Ministerstwa Oświaty prośbę o umożliwienie mu kontynuowania nauki podczas odbywania kary. Ojciec Piotra, Tadeusz Filipczyński, nie jest byle kim. Stanowisko wicedyrektora departamentu w Ministerstwie Przemysłu Lekkiego ot­wie­ra­ło wiele drzwi.

Tadeusz Filipczyński był „TW Tadeusz” (współpracował z SB).

Jako, że przy strzeleckim więzieniu działa fabryka butów całkowicie zależna od tegoż ministerstwa, nie dziwi, że nasz młody bohater traktowany był w sposób szczególny. Piotr Filipczyński zostaje zapisany do liceum dla do­ro­s­łych w Warszawie przy ul. Klonowej, gdzie prowadzi naukę ko­re­s­pon­den­cy­j­nie. Ponieważ liceum nie ma w swoim programie nauczania języka angielskiego, uznano awansem, że skończył drugą klasę i od razu roz­po­czął trzeci rok nauki. Po dwóch latach ojciec zaczął starania o umożliwienie synowi zdawania egzaminu dojrzałości. Jan Jacheć, nauczyciel matematyki w strzeleckim liceum twierdzi, że Tadeusz Filipczyński trzykrotnie przyjeżdżał wtedy do opolskiego kuratora i naciskał na przeprowadzenie matury w liceum stacjonarnym. Kurator Pabliszyn z Opola odpowiedział mu wtedy, zgodnie z prawdą, że nie ma takiej prawnej możliwości, i że maturę może jak najbardziej zdawać, tylko że w szkole, w której pobierał nauki. Filipczyński miał jednak koneksje na samych szczytach władzy i nie dawał za wygraną.
Prawdopodobnie w całym tym zamieszaniu chodziło o to, że inaczej wy­glą­da w papierach matura zdana w liceum stacjonarnym. Skazani nie mieli wtedy takich możliwości i unikało się potem niewygodnych pytań. Na pe­w­no przyczyną nie był koszt dojazdów egzaminatorów z liceum w Warszawie. Robili to już wcześniej podczas zaliczeń semestralnych. Wokół matury Pio­tra Filipczyńskiego zaczynają dziać się dziwne rzeczy.

Skoro kuratorium nie wyraziło zgody, pismo z poleceniem przeprowadzenia takiego egzaminu nadchodzi do dyrektora liceum bezpośrednio z Mi­ni­ste­r­stwa Oświaty z pominięciem oficjalnej drogi służbowej. To wydarzenie bez precedensu.
Dyrektor placówki, B., rozpoczął przygotowania do egzaminu. Miał on wtedy powiedzieć, że „dla strzeleckiego liceum to wielki zaszczyt” i takim też ar­gu­men­tem przekonywał do swoich racji nauczycieli.
Przed egzaminem pozostał do rozwiązania problem formalny. Do liceum w Warszawie skierowane zostało pismo z prośbą o przesłanie arkuszy ocen ucznia. Są one potrzebne, by ocenić jego postępy w nauce i ab­so­lut­nie wymagane do przeprowadzenia egzaminu. Mimo ponawiania próśb, arkusze najprawdopodobniej nigdy nie dotarły do Strzelec. Bez nich nie wiadomo nawet, czy uczeń w ogóle ukończył klasę III i IV szkoły średniej. Mimo to liceum w Strzelcach uznaje przedmioty z warszawskiego liceum dla pracujących za zaliczone.
30 kwietnia 1975 r. odbywa się zebranie rady pedagogicznej, na której dyrektor B. skierował się do nauczycieli z „gorącą prośbą”, by podjęli uchwałę o przeprowadzeniu egzaminu maturalnego. Uchwała przeszła większością głosów - 9 do 6. Przygotowania do egzaminu ruszają pełną parą. W pierwszych dniach maja 1975 do kuratorium w Opolu zostaje wysłany list protestacyjny, podpisany przez pedagogów strzeleckiego liceum. Odpowiedź jest jednoznaczna – skoro Ministerstwo Oświaty zajęło się sprawą bezpośrednio – kuratorium nie może nic w tej sprawie zrobić. Roma locuta causa finita.
W dniu, w którym miał odbyć się egzamin dojrzałości, nastąpiła katastrofa. Dla kuratora oświaty w Opolu nieprawidłowości nagromadziło się już za wiele. Na dwie godziny przed maturą Filipczyńskiego zatelefonował i za­ko­mu­ni­ko­wał dyrektorowi B., że egzamin odbyć się nie może. Dyrektor po­s­łu­chał i nauczyciele, którzy mieli o 1600 wybrać się na egzamin do zakładu ka­r­ne­go, pozostali tego dnia w liceum. Zgoda na odwołanie egzaminu Filipczyńskiego była dla dyrektora B. przedostatnią decyzją w jego dy­re­k­to­r­skiej karierze.

Dyrektor B. zostaje natychmiast wezwany do siedziby partii. Wrócił stamtąd wzburzony. Ponieważ zawiódł Towarzyszy dano mu wybór – sam zrezygnuje ze stanowiska albo zostanie z niego usunięty. Tego samego dnia składa rezygnację. W kronikach szkolnych widnieje jedynie lakoniczny wpis mówiący o tym, że „z końcem roku szkolnego 1974/75 niespodziewanie odchodzi ze stanowiska dyrektor B.”. Niewiele osób znało całą prawdę o okolicznościach tamtej decyzji.

Natychmiast jego miejsce zajmuje dyrektor G., nauczycielka szkoły w Gro­dzi­sku. Wśród nauczycieli wspominana jest jako „dyspozycyjna” i nie cieszy się dużym poważaniem. Niektórzy twierdzą, że nominacja ta odbyła się wbrew obowiązującym wtedy przepisom.
Oczywiście pierwszą decyzją G. jest ponowne przeprowadzenie egzaminu, który już bez żadnych problemów odbywa się 10 i 11 czerwca 1975 r. Mimo że matura ta odbyła się już po wcześniejszych egzaminach, kuratorium nie dostarcza innych pytań, więc Piotr Filipczyński prawdopodobnie znał już tematy, na jakie pisał. Egzamin dojrzałości miał też inną wadę – był absolutnie bezprawny. Wciąż brakowało niezbędnych arkuszy ocen ucznia. Po rozwiązaniu poprzedniej komisji, dawna uchwała rady pedagogicznej utraciła ważność, a nowego głosowania nigdy nie przeprowadzono.
Pedagog, który wcześniej przyjechał z liceum dla dorosłych w Warszawie, mógłby spokojnie pretendować do rekordu Guinnesa. Jak mówią do­ku­men­ty, sam jeden przepytuje Filipczyńskiego z 11 przedmiotów. Aby do­ce­nić ten fenomen, trzeba uświadomić sobie, że w pojedynkę potrafił prze­py­tać i ocenić wiedzę ucznia z takich przedmiotów jak j. polski, j. rosyjski, ma­te­ma­ty­ka, historia, biologia, geografia czy fizyka... Mimo że w programie nauczania strzeleckiego liceum są takie przedmioty jak j. angielski, wy­cho­wa­nie techniczne i przysposobienie obronne, nie są one podczas matury Filipczyńskiego brane pod uwagę.

Po tych wszystkich cudach nie należy się dziwić, że nasz bohater maturę zdaje bez problemu. Dyrektor G. osobiście dostarcza dyplom do strze­le­c­kie­go więzienia. Na świadectwie maturalnym (sygnowanym numerem 37/A) wypisane jest, jako miejsce ukończenia szkoły średniej, Liceum Ogólnokształcące im. Władysława Broniewskiego w Strzelcach Opolskich. A do tego dotychczasowa edukacja Piotra Filipczyńskiego nie dawała mu absolutnie prawa.

Nie wszyscy nauczyciele zamierzali pogodzić się z tą farsą. Dwoje z nich pisze protesty, które odbijają się od ściany systemu jak piłeczka tenisowa. Protesty doszły w końcu do samej góry, lecz tak jak poprzednio, jedyną odpowiedzią było stwierdzenie, że podczas egzaminu maturalnego Piotra Filipczyńskiego nie było nieprawidłowości. Jeden z nauczycieli zdał sobie sprawę, że wychyla się niebezpiecznie i zamilkł. Drugi, Jan Jacheć, nie pogodził się z tym oszustwem do dziś i był wielokrotnie z tego powodu szykanowany. Dyrektorka G. po roku kierowania liceum przeszła na „wy­dłu­żo­ny urlop” i w końcu opuściła placówkę.
Maturzysta Filipczyński nie odsiedział całej kary. Decyzją Rady Państwa wy­rok skrócono do 15 lat, a po 8 latach wzorowego sprawowania, w 1979 roku, został warunkowo zwolniony z więzienia. Wzorowe sprawowanie zresztą dość wątpliwe, gdyż są osoby określające go jako „niezłego gryp­se­ra”. Rozpoczął studia na Politechnice Warszawskiej. Ożenił się. Urodziła mu się córka. Jak sam twierdzi był nawet członkiem Solidarności. Tuż po zawieszeniu stanu wojennego otrzymuje, mimo wciąż obowiązującego go zawieszenia kary, paszport i wyjeżdża do rodziny w Szwajcarii, gdzie do­s­ta­je polityczny azyl.
Kilka lat później, w 1999 roku, Interpol aresztuje szanowanego biz­ne­s­me­na – Petera Vogla. Nasz bohater przyjął wcześniej nazwisko matki i dorobił się sporych pieniędzy. Vogel sprowadzony zostaje do Polski i... uła­s­ka­wio­ny przez ówczesnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Vogel by­wał już w kraju wcześniej wielokrotnie, lecz nikomu nie przyszło do głowy, by niepokoić nietykalnego bankiera.

Peter Vogel został w marcu 2008 roku aresztowany po raz trzeci pod za­rzu­tem prania brudnych pieniędzy. Siedzi w areszcie. Wcześniej, bo w kwietniu 2006 roku, na wniosek emerytowanego nauczyciela - Jana Jachecia, sprawą matury Filipczyńskiego zajęła się prokuratura w Katowicach. Nie wiadomo jak zakończyło się śledztwo.
W roku 1981 działacze strzeleckiej Solidarności starali się dotrzeć do akt więźnia, które powinny znajdować się w zakładzie karnym nr.1. Akta były już wtedy niedostępne i przeniesione, najprawdopodobniej do Warszawy.
Ze względu na ochronę danych osobowych, nie można zajrzeć do arkusza ocen naszego bohatera, które powinny znajdować się w strzeleckim liceum. Dyrekcja potwierdza tylko, że dokumenty o takim uczniu w ogóle istnieją.
Rzecznik kuratorium oświaty w Opolu, Alicja Świątkowska-Podgórska: – Aby zweryfikować raz wydaną maturę musiałoby zostać przeprowadzone postępowanie wyjaśniające i w jego wyniku wykazane znamiona prze­s­tę­p­stwa. Czysto hipotetycznie można rozważyć wtedy unieważnienie egzaminu dojrzałości. Nigdy jednak nie spotkałam się z takim przypadkiem.

 

 

W lipcu 1999 wszczęta została wobec nie­go budząca kontrowersje procedura ułaskawienia ze strony minister Su­cho­c­kiej zakończona ułaskawieniem w try­bie nadzwyczajnym przez prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego.

Aleksander Kwaśniewski przyznał, że u­ła­s­ka­wił Filipczyńskiego ponieważ jego na­z­wi­sko znalazło się na liście prokuratora generalnego Hanny Suchockiej.

 

 

Dziennikarze TVN'u dotarli do informacji, które Peter Vogel przekazał wrocławskiej prokuraturze. Vogel miał zeznać, że w prze­ta­r­gu organizowanym przez władze Wa­r­sza­wy na zakup wagoników metra pod ko­niec lat 90. doszło do korupcji. Jeden z urzę­d­ni­ków miasta wziął gigantyczną ła­pó­w­kę, którą następnie dzięki Vogelowi ulo­ko­wał w szwajcarskim banku Coutts. Pe­ter Vogel był członkiem zarządu banku Coutts. Vogel powiedział to prokuratorom, gdy zatrzymano w marcu pod zarzutem prania brudnych pieniędzy. Dzięki tym zeznaniom Vogel wyszedł na wolność.Organizowany w 1998 roku i wart ponad 150 milionów dolarów przetarg na dostawę wagonów metra dla warszawskiego metra wygrała firma, która zaproponowała najtańszą ofertę, jednak - jak podaje TVN - technicznie o wiele gorszą od pozostałych.

Warszawą rządził wtedy Marcin Święcicki z Unii Wolności.

 

 

 Tropy dziennikarskiego śledztwa pro­wa­dzą jednak do ówczesnego wice­pre­zy­den­ta, którym był Jerzy Lejk. To on nad­zo­ro­wał przetarg, a dziś, co jeszcze bardziej bulwersuje, jest szefem stołecznego me­t­ra. Warto przypomnieć, że sypiący "kasjer lewicy" Peter Vogel to morderca. Tak naprawdę nazywa się Piotr Filipczyński i mając 17 lat zabił kobietę podczas na­pa­du rabunkowego. W nie­jas­nych oko­li­cz­no­ś­ciach i mimo negatywnej opinii wy­mia­ru sprawiedliwości ułaskawił go pre­zy­dent Aleksander Kwaśniewski. Do dziś nie wyjaśniono, kto z ówczesnej Kancelarii Prezydenta pomagał Voglowi. Co ciekawe, wniosek w sprawie ułaskawienia Petera Vogla złożyła minister sprawiedliwości Hanna Su­cho­c­ka z Unii Wolności, dziś ambasador Polski w Watykanie.Od wielu lat Vo­gel mieszka w Szwajcarii gdzie współpracuje z wieloma bankami. W i­mie­niu polityków i przestępców lokowała tam pieniądze z afer i korupcji. Peter Vogel - jak podejrzewali śledczy - prowadził też tajne rachunki polityków le­wi­cy. Podejrzewa się, że Vogel jest powiązany z ludźmi z byłych służb specjalnych z okresu PRL, które sterowały nim i umożliwiły życie pod nową tożsamością w Szwajcarii.

 

W jakiej temperaturze palą się dzieci?

Kiedyś republikanin Richard Nixon został wybrany na prezydenta USA, obiecując w kampanii wyborczej, że ma „tajny plan pokojowy” mający na celu zakończenie wojny USA z Wietnamem. Nixon zrobił potem coś wręcz przeciwnego, zintensyfikował wojnę, rozprzestrzeniając ją na Laos i Kambodżę, zabijając miliony ludzi. Został ponownie wybrany w 1972 roku, po dokonaniu tej rzezi. Zwyciężył w 49 z 50 stanów. Wojna zakończyła się w 1975 roku klęską USA i ich ucieczką z Wietnamu.

„Nazywam się Aaron Bushnell i jestem czynnym żołnierzem Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Nie będę już dłużej współwinny ludobójstwa. Zamierzam wziąć udział w ekstremalnym akcie protestu, ale w porównaniu z tym, czego ludzie doświadczają w Palestynie z rąk syjonistycznych żydów, to wcale nie jest ekstremalne. To właśnie nasza klasa rządząca uznała za normalne”. To wypowiedź 25-letniego starszego szeregowego Aarona Bushnella (sądząc po imieniu to Żyd), który popełnił samobójstwo, dokonując samospalenia przed ambasadą Izraela w Waszyngtonie 25 lutego 2024 roku, protestując przeciwko ludobójstwu Palestyńczyków dokonanemu przez Izrael i Stany Zjednoczone.

Należy potępić i nigdy nie wspierać tych, którzy dopuszczają się tych okrucieństw – w USA oznacza to Bidena i Donalda Trumpa, przede wszystkim, żadnego z nich nie wolno popierać, mówiąc, że jest lub był „mniejszym złem”. Martin Luther King Jr. zrobił to, gdy został wstrząśnięty zdjęciami martwych i poparzonych napalmem wietnamskich dzieci na początku 1967 roku w fotograficznym eseju magazynu Rampa Williama Peppera „Dzieci Wietnamu”. King był tak wstrząśnięty zdjęciami, że wbrew wszelkim radom publicznie zwrócił się przeciwko wojnie USA z Wietnamem i został zamordowany przez rząd USA w następnym roku. Jeśli pójdziesz za przykładem Kinga i odrzucisz zło, nie zostaniesz zamordowany, ale odkupisz swoją duszę.

Dzięki powieści Raya Bradbury’ego „Fahrenheit 451” wiele osób wie, że papier pali się w temperaturze 451 stopni Fahrenheita. Ale w jakiej temperaturze palą się dzieci? Chcesz wiedzieć?

Historia amerykańskiej polityki prezydenckiej często jest opowieścią o wyborze „mniejszego zła”. To uzasadnienie było wielokrotnie wykorzystywane do uzasadniania brutalnego mordowania niewinnych ludzi na całym świecie. Wybory prezydenckie w tym stuleciu pokazują tę historię bardzo wyraźnie, tak jak wiele dekad historii potwierdza poparcie USA dla trwających prób Izraela zmierzających do eksterminacji narodu palestyńskiego. W ostatnich latach zwolennicy teorii „mniejszego zła” są bardzo aktywni, broniąc niemożliwych do obrony polityków.

Tradycyjni Demokraci, entuzjastycznie głosowali na Baracka Obamę w 2008 roku po ośmiu latach kłamstw, tłumienia swobód obywatelskich (Patriot Act itp.) i niekończących się, brutalnych wojen prowadzonych przez przestępczą administrację republikanina George’a W. Busha. Osiem poprzednich lat, kiedy to demokrata Bill Clinton cofnął zabezpieczenia ekonomiczne dla ubogich, jego niekończące się bombardowania i sankcje wobec Iraku, skutkujące „akceptowalną” śmiercią ponad 500 000 irackich dzieci, a także zniszczenie Jugosławii i bombardowanie Serbii, skłoniły ich do refleksji, ale polityka Busha była tak zła, że ​​Obama wydawał się w porównaniu z nią niczym powiew świeżego powietrza. Ale wkrótce Obama pokazał im swoje prawdziwe oblicze, a oni popadli w rozpacz. A kiedy w 2016 roku stało się jasne, że Demokraci, na czele z Obamą i Hillary Clinton, wywołali aferę Russiagate, aby upewnić się, że Trump, znany z reality show, nie zostanie wybrany, a jednak został, stopniowo przesunęli się w stronę obozu Trumpa. Teraz mówią, że Trump jest człowiekiem pokoju, pomimo jego całkowitego i długotrwałego poparcia dla ludobójstwa Palestyńczyków przez Izrael, jego interwencji w Syrii i bombardowania Jemenu, jego polityki wobec Ukrainy w pierwszej kadencji, która była kontynuacją polityki prowadzonej przez administrację Obamy, oraz braku dekretu wykonawczego po objęciu urzędu, który położyłby kres wszelkiemu wsparciu dla Ukrainy.

Obie strony, jak tylko mogą, zachwalają swoich prezydentów-rozjemców, krzycząc „pokój, pokój”, podczas gdy pokoju nie ma. To, że Stany Zjednoczone mają permanentny stan wojny, wydaje się im niejasne. To, że są rozgrywani przez pochlebcze media, które żerują na ich naiwności, jednocześnie wspierając stan wojny, nigdy tak naprawdę nie dociera do ich umysłu. Ale mrzonki zwyciężyły, a imperium toczy się dalej, napędzane przez machinę propagandową, która nie ma sobie równych.

Ta machina propagandowa jest teraz tak potężna, bo jest tak oczywista. To jak te reklamy, które wyśmiewają produkty, które sprzedają, tylko po to, by sprzedać jeszcze więcej. Uważając się za zbyt inteligentnych na taką głupotę, najbardziej inteligentni i dobrze nastawieni ludzie dają się złapać w jej macki; ich umysły zaprzątnęła jej poznawcza infiltracja. Czy uważają, że obrazy i odgłosy ludobójstwa Palestyńczyków przez USA i Izrael są prawdziwe? Czy pytają: „Czy to jest prawda?”? Czy, niczym Poncjusz Piłat, umywają ręce i deklarują swoją niewinność w kwestii krwi Palestyńczyków, jednocześnie stojąc za wybranymi przez siebie prezydenckimi ludobójcami? To nie propaganda ani wywiad stworzyły to rozdwojenie jaźni, ten zastój myślenia, w którym dwie strony agresywnie deklarują dobre intencje swoich przywódców. To, co przedstawiane jest jako straszliwie złożone i zagmatwane, jest niesłychanie proste. To herezja, ale tak jest: zbyt wielu ludzi postradało rozum, oderwało się od własnego doświadczenia i logiki prostych faktów. I w ten sposób pogrzebało swoje sumienie.

Istnieją formy alienacji, które są stosunkowo odmienne od statystycznie „normalnych” form alienacji. Osoba „normalnie” wyobcowana, z uwagi na fakt, że zachowuje się mniej więcej tak jak wszyscy inni, jest uważana za zdrową na umyśle. Inne formy alienacji, które są niezgodne z panującym stanem alienacji, to te, które „normalna” większość określa jako złe lub szalone. Stan wyobcowania, nieświadomości, utraty zmysłów jest stanem normalnego człowieka.

Wystarczy rozważyć jeden prosty przykład trwającego ludobójstwa Izraela na Palestyńczykach. Trwa ono na oczach wszystkich od piętnastu miesięcy pod rządami prezydenta Bidena i od czternastu miesięcy pod rządami prezydenta Trumpa, przy jego pełnym, ciągłym wsparciu ze strony USA. Żaden Amerykanin nie może szczerze powiedzieć, że nie wiedział, że to ludobójstwo jest dokonywane przez jego kraj. Według Ministerstwa Obrony Izraela, o którym donosił 28 maja 2025 r. AntiWar.com, „Stany Zjednoczone dostarczyły Izraelowi 90 000 ton bomb, broni i innego sprzętu wojskowego od 7 października 2023 r. w celu wsparcia ludobójczej wojny przeciwko Palestyńczykom w Strefie Gazy, zgodnie z danymi izraelskiego Ministerstwa Obrony. Ministerstwo Obrony poinformowało we wtorek, że 800 samolot z amerykańską bronią przybył do Izraela rano, a 140 statków dostarczyło również amerykański sprzęt w ciągu prawie 600 dni od 7 października”.

Wiedza o tym ludobójstwie, w którym zginęło, spalono żywcem, zbombardowano setki tysięcy Palestyńczyków, a wiele innych osób zostało rannych i zagłodzonych na śmierć przy pełnym poparciu Bidena i Trumpa, powinna sprawić, że każda osoba, która zachowała choć odrobinę człowieczeństwa, natychmiast i na zawsze odrzuci tych krwiożerczych zabójców.

Ale tak nie jest. Mają poparcie swoich żarliwych zwolenników, którzy usprawiedliwiają ich. Mężczyźni, którzy palą żywcem dzieci, nie są odrzucani od razu, ale ich polityczni zwolennicy odkrywają w nich zalety. Coś tak niewyobrażalnie strasznego dzieje się na oczach wszystkich, ale to, co to oznacza dla Bidena i Trumpa, jest pomijane, jakby ludobójstwo było tylko drobnym dziwactwem. Ci ludzie są często wybierani przez swoich zwolenników jako mniejsze zło, jakby ludobójcza rzeź niewiniątek była mniejszym złem. Tak, to niesłychane. Choć Stany Zjednoczone prowadzą niekończące się wojny agresywne i masowe rzezie niewinnych ludzi, można by przytoczyć argument przeciwko poparciu dla amerykańskich przywódców, ten jeden przykład powinien wystarczyć. Albo jednoznacznie akceptujesz, albo odrzucasz tych, którzy popierają ludobójstwo. Bez żadnych „jeśli”, „i”, „ale”. Nie dotyczy to jednak tylko prezydentów. Wokół nich zawsze kręcą się syjoniści, którzy mają swoje, ściśle zdefiniowane cele, które nie są zbieżne z interesami ludzkości.

W ostatnich dniach przywódcy amerykańskiego imperium złożyli zaskakująco szczere wyznania. Senator Lindsey Graham stwierdził, że w Izraelu planowane są przyszłe wojny, a sekretarz stanu Marco Rubio wezwał do powrotu do staromodnego, zachodniego kolonializmu. Na poniedziałkowej konferencji prasowej w Tel Awiwie po spotkaniu z Benjaminem Netanjahu Graham powiedział: „Przyjeżdżam tu co dwa tygodnie, niezależnie od tego, czy muszę, czy nie”. Dlaczego senator z Karoliny Południowej co dwa tygodnie jeździ do Izraela, bez względu na pogodę? Krwiożerczy podżegacz wojenny szybko odpowiada na to pytanie. „Przyszłe wojny są planowane tutaj, w Izraelu” – powiedział Graham. „Bo jeśli nie wyprzedzisz wroga o krok, będziesz cierpiał. Najmądrzejsze i najbardziej kreatywne siły zbrojne na świecie są tutaj, w Izraelu”. Graham z ekscytacją myślał o wojnie między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Przyznał, że taka wojna mogłaby doprowadzić do irańskich ataków rakietowych na amerykańskie wojska w regionie, ale stwierdził, że Stany Zjednoczone i tak powinny toczyć wojnę.

W przemówieniu wygłoszonym w sobotę na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa sekretarz stanu Marco Rubio całkowicie zrzucił maskę, wygłaszając niepokojącą tyradę na temat potrzeby powrotu do „dobrych starych czasów”, kiedy to mocarstwa zachodnie dominowały w południowej części świata bez udawania czy przeprosin. „Przez pięć wieków poprzedzających koniec II wojny światowej Zachód się rozszerzał: jego misjonarze, pielgrzymi, żołnierze i odkrywcy opuszczali jego brzegi, by przemierzać oceany, kolonizować nowe kontynenty i budować rozległe imperia rozciągające się na cały świat” – powiedział Rubio. „Ale w 1945 roku, po raz pierwszy od czasów Krzysztofa Kolumba, Zachód znajdował się w stanie upadku. Europa była w ruinie. Połowa jego terytorium znajdowała się za żelazną kurtyną, a reszta zdawała się podążać tą samą drogą. Wielkie zachodnie imperia weszły w nieodwracalny upadek, przyspieszony przez ateistyczne rewolucje komunistyczne i powstania antykolonialne, które miały przekształcić świat i w nadchodzących latach okryć ogromne połacie mapy czerwonym sierpem i młotem”. Rubio, znany z antykomunistycznych poglądów, przyznaje tutaj, że socjalizm odegrał wiodącą rolę w walce z nadużyciami kolonializmu i budowaniem imperiów przez świat zachodni w ostatnich dekadach. Przeciętny człowiek uznałby to za mocny argument na rzecz socjalizmu, ale Rubio przedstawia go jako coś złego. Rubio wzywał Europejczyków, aby przyłączyli się do swoich białych braci chrześcijan w Stanach Zjednoczonych, aby pokonać kubańskich komunistów i brązowoskórych pogan, którzy domagają się własnej suwerenności i promowania własnych interesów: „Pod rządami Trumpa Stany Zjednoczone Ameryki ponownie podejmą się zadania odnowy i odbudowy, ożywione wizją przyszłości tak dumnej, suwerennej i żywotnej, jak przeszłość naszej cywilizacji. I choć jesteśmy gotowi, w razie potrzeby, dokonać tego sami, wolimy i mamy nadzieję dokonać tego z wami, naszymi przyjaciółmi tutaj, w Europie”. „Jesteśmy częścią jednej i tej samej cywilizacji: cywilizacji zachodniej. Łączą nas najgłębsze więzy, jakie narody mogą dzielić, ukształtowane przez wieki wspólnej historii, wiary chrześcijańskiej, kultury, dziedzictwa, języka, przodków oraz poświęcenia, jakie nasi przodkowie ponieśli wspólnie dla wspólnej cywilizacji, którą odziedziczyliśmy” – zachęcał Rubio.

Trzeba być wyjątkowym psychopatą, żeby z nostalgią wspominać pięć wieków niekontrolowanego zachodniego kolonializmu i imperializmu, a potem opowiadać się za powrotem do tej przerażającej ery. Masowe ludobójstwa na całych kontynentach. Handel niewolnikami w Afryce. Brutalne podporządkowanie i zniewolenie całych populacji. To właśnie Rubio wspomina z nostalgią i żalem. I to nie wspominając o okrucieństwie, jakie dziś prezentuje jego ukochana „cywilizacja zachodnia”. To cywilizacja holokaustu w Gazie. Cywilizacja, która nie może istnieć bez nieustannej wojny, wyzysku i eksploatacji. Cywilizacja, która obecnie dusi Kubę i przygotowuje się do wojny z Iranem. Cywilizacja, która nawet dziś brutalnie zniewala i grabi kraje Globalnego Południa. Cywilizacja ekobójstwa. Cywilizacja Epsteina. Cywilizacja zachodnia jest najbardziej zdegenerowaną i brutalną cywilizacją, jaka kiedykolwiek istniała. Nie musi odzyskiwać dawnej świetności; trzeba ją zatrzymać i oczyścić. Jest to aż nazbyt oczywiste, gdy spojrzy się na obłąkanych przywódców, których ta cywilizacja wyniosła na najwyższe stanowiska władzy.

W jakiej temperaturze palą się dzieci? Naprawdę nie wiesz?

Autorstwo: Jerzy Ruszkiewicz
Zdjęcie: robertwaghorn (CC0)
Źródło: WolneMedia.net

niedziela, 22 lutego 2026

                                                                              AFERZYŚCI ELIT

                                                                 Jakub Śpiewak

 

 
Jakub Śpiewak
 

ur. 11 lipca 1973 roku - żydowski działacz społeczny, dziennikarz m.in. Warsaw Voice, Kurier Polski. Za­ło­ży­ciel antyklerykalnej Fundacji Kidprotect, którą to do­pro­wa­dził do upadku swoimi mal­wer­sa­cja­mi finansowymi. U­lu­bie­niec war­szaw­skie­go „Sa­lo­nu”.

Jakub Śpiewak, prezes (upadającej) fundacji zajmującej się zwalczaniem pedofilii, na własne przyjemności wydawał pieniądze przekazywane przez darczyńców na pomoc dzieciom.

Zasłynął z żałosnego naigrywania się z ofiar katastrofy smoleńskiej. "Nie interesuje mnie, czy Władimir Putin i Angela Merkel osobiście strzelali niedobitkom w głowy” - pisał jeszcze niedawno na portalu Tomasza Lisa natemat.pl i zajadał się "Kaczką po Smoleńsku"

Pomiędzy zakupami w modnych i drogich sklepach, w których wydawał pieniądze z konta fundacji pomagającej dzieciom - ujawnił tygodnik "Wprost" - Jakub Śpiewak zajmuje się m.in. pieczeniem „Kaczki po Smoleńsku”. Prezes fundacji „Kidprotect” podając na swoim blogu przepis na owo danie zastanawia się głośno czy „aktywiści Prawa i Sprawiedliwości jadają kaczki”.

W tekście promowanym przez portal Tomasza Lisa www.natemat.pl Śpiewak dzielił się z Polakami problemami gastrycznymi biadoląc, że „rzyga Smoleńskiem”.

Tymczasem – jak twierdzi ten dyżurny ekspert ds. społecznych zapraszany regularnie do wielu mediów– „zasługuje na to by żyć w normalnym kraju”. „Chcę, byśmy rozwiązywali realne problemy. Nawet jeśli jakaś grupa, kierując się własnymi fobiami i urojeniami, będzie tupać i krzyczeć. Niech tupią i krzyczą. Może w końcu im się znudzi. Mam w głębokim poważaniu czy brzoza ścięła skrzydło czy odwrotnie. Nie interesuje mnie, czy Władimir Putin i Angela Merkel osobiście strzelali niedobitkom w głowy”.
Czym jeszcze jeszcze zajmuje się pan Jakub Śpiewak? Na pewno wydawaniem cudzych pieniędzy. Jak wynika z materiałów prokuratury, do których dotarł „Wprost”, zdefraudowano środki wpłacane na konto fundacji przez prywatnych sponsorów i instytucje państwowe, a gotówkę wydano m.in. na drogie ciuchy.
Z wyciągów bankowych za 2011 roku wynika, że na koncie znajdowały się tylko pieniądze fundacji. Jedyną kartę płatniczą do konta posiadał Jakub Śpiewak. Na co wydawał pieniądze środki przeznaczone m.in. na pomoc dzieciom i kampanie przeciwko pedofilii? Na wyciągu bankowym z konta fundacji za 2011 rok widnieje kilkadziesiąt płatności w sklepach z luksusową odzieżą.
Jak wynika z dokumentów śledztwa do których dotarł "Wprost" Jakub Śpiewak jednorazowo potrafił zostawić w kasie butików ponad 2000 zł. W sumie, w samych tylko sklepach z odzieżą, w ciągu roku wydał prawie 30 tysięcy złotych. U jubilera zostawił 685 złotych, w perfumeriach i sklepie z zegarkami - prawie 6 tysięcy, a w aptekach i księgarniach - prawie 4 tysiące złotych.
W sklepie z oprawkami do okularów wydał ponad 3 tysiące złotych.

Na wyciągu można również znaleźć przelew na konto biura turystycznego TUI na prawie 6 tysięcy zł - to oplata za wakacje Śpiewaka i jego narzeczonej w Turcji. Trudno którykolwiek z tych wydatków zaliczyć do związanych z działalnością fundacji.

W ciągu kilkunastu miesięcy, (od stycznia 2011 do marca 2012) które uwzględnione są na wyciągach, kilkadziesiąt razy podejmowano też gotówkę z bankomatów - od 300 do 5000 tysięcy złotych. W sumie z bankomatów wypłacono aż 170 tysięcy złotych. Kidprotect.pl dwa razy był beneficjentem akcji "1% z podatku".
Sam Śpiewak zdążył już „pokajać się” za defraudację pieniędzy – oczywiście na portalu natemat.pl – gdzie tłumaczy: „Umiem robić różne rzeczy (…), ale nie umiałem być szefem fundacji gdy ta się rozrosła. Nie umiem zarządzać ludźmi, nie umiem sprawnie pozyskiwać środków na działalność. Przede wszystkim jednak okazuje się, że jestem bałaganiarzem, człowiekiem niefrasobliwym”. Z Fundacją o zaległe pieniądze i świadczenia w sądzie pracy walczą byli pracownicy, a śledztwo w sprawie Fundacji od listopada 2012 r prowadzi prokuratura.

Pochodzi z rodziny żydowskich komunistów.

Dziadek – Jan Śpiewak (Stinger) – był żydowskim komunista i poetą. W 1939 roku przebywał we Lwowie, gdzie przyjął z wielką radością najazd ZSRR na Polskę ( 17 września 1929r). Kiedy 29 listopada 1939 Rada Najwyższa ZSRR wydała dekret o nadaniu obywatelstwa radzieckiego "byłym obywatelom polskim" na ziemiach polskich zajętych przez Armię Czerwoną na mocy Paktu Ribbentrop-Mołotow, jako przedstawiciel tzw”polskiej kultury” wyraził swoją wielką radość z tego powodu! Okres II wojny światowej spędził spokojnie i bezpiecznie w Związku Radzieckim. Do Polski wrócił 1946 roku i pierwsze co zrobił do zapisał się do stalinowskiej PPR. Do Warszawy wrócił w 1950 kiedy sowieci opanowali już cały kraj i zajął się sowietyzacją i stalinizacją polskiej kultury

Ojciec - Jan Śpiewak (Stinger) - (1949-1988) - działacz żydowski, dziennikarz, pisarz, zastępca red. nacz. miesięcznika "Powściągliwość i Praca.

Wuj – Paweł Śpiewak (Stinger) - żydowski socjolog i historyk idei, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, publicysta, poseł PO na Sejm V kadencji. 3 października 2011 otrzymał nominację na dyrektora Żydowskiego Instytut Historycznego. Nacjonalista żydowski i polonofob.

 

sobota, 21 lutego 2026

 

Ograniczenie darmowych leczeń dla Ukraińców



Rząd kończy z szerokim dostępem do bezpłatnej służby zdrowia dla obywateli Ukrainy. Od 5 marca 2026 r. przywileje zostaną wygaszone, a pomoc medyczna ograniczona do grup wrażliwych.

Chociaż pojawiają się głosy, że Ukraińcy nadal będą mieli więcej praw niż obywatele Polski, nie jest to prawda. Nowe przepisy zakładają, że cudzoziemcy będą traktowani tak, jak nieubezpieczeni Polacy w trudnej sytuacji życiowej.

Mechanizmy pomocy zostają przeniesione ze specustawy do ogólnej „Ustawy o cudzoziemcach”. To sygnał przejścia z trybu kryzysowego na systemowy i koniec „NFZ dla każdego” uchodźcy. Obecnie niemal każdy ze statusem UKR korzysta z lekarza za darmo. Po zmianach bezpłatna opieka przysługiwać będzie tylko:

– dzieciom do 18. roku życia;

– kobietom w ciąży, w trakcie porodu i połogu;

– ofiarom tortur lub gwałtów;

– osobom w stanie nagłego zagrożenia życia;

– mieszkańcom ośrodków zbiorowych oraz rannym w wyniku działań wojennych.

Warto zaznaczyć, że polscy obywatele znajdujący się w takich samych okolicznościach (np. nieubezpieczone kobiety w ciąży czy dzieci) również mają ustawowo zagwarantowaną darmową pomoc.

Pozostali dorośli Ukraińcy będą musieli posiadać tytuł do ubezpieczenia (np. pracę lub ubezpieczenie dobrowolne), aby korzystać z leczenia – dokładnie tak samo jak Polacy.

Zmiana eliminuje sytuację, w której status uchodźcy dawał bezterminowy i bezwarunkowy dostęp do służby zdrowia. System staje się szczelniejszy, wspierając osoby najbardziej potrzebujące i zrównując obowiązki zdrowotne cudzoziemców z obowiązkami obywateli RP.

Warto przy tym pamiętać, że zgodnie z art. 68 „Konstytucji RP”, obywatele Polski mają prawo do bezpłatnej ochrony zdrowia niezależnie od sytuacji materialnej. Teoretycznie dotyczy to także osób nieubezpieczonych, ale jak jest w praktyce – każdy wie.

Autorstwo: Aurelia
Na podstawie: Orka.Sejm.gov.pl
Źródło: WolneMedia.net

                                                                             AFERZYŚCI ELIT 

                                                             Rudolf Skowroński

 

Rudolf Skowroński
 

 Ten pochodzący z Milanówka były student Aka­de­mii Teologii Katolickiej w latach 70. wy­je­chał na saksy, a po powrocie w 1984 roku za zarobione 10 tys. dolarów założył firmę po­lo­nij­ną Helios, zajmującą się pro­du­kcją na­le­pek. Powołany trzy lata później Inter Com­merce miał już kapitał zakładowy w wy­so­ko­ści 5 milionów złotych.

Rudolf Skowroński to nie byle kto. Prezes fir­my Inter Commerce, po 1989 roku im­por­tu­ją­cej do Polski tanie telewizory GoldStar, a póź­niej zajmującej się wykupem terenów pod hipermarkety oraz ich pro­jek­to­wa­niem i budową. Prowadził interesy z takimi gigantami jak Carrefour. Sam nigdy nie dbał o publicity. Wręcz odwrotnie, nie pozwalał się fo­to­gra­fo­wać i unikał rozgłosu.

Jego nazwisko stało się szeroko znane dopiero w 2001 roku dzięki Andrzejowi Lepperowi, który z sejmowej trybuny oskarżył kilku polityków PO i SLD o branie łapówek właśnie od Skowrońskiego.

 

Andrzej Lepper

Lepper powoływał się na informacje Bogdana Gasińskiego, pracownika Skowrońskiego w je­go gospodarstwie rolnym. Wtedy też pojawił się wątek talibów lądujących w Klewkach - wielokrotnie wyśmiewany, choć za nieścisłymi informacjami Gasińskiego stały prawdziwe interesy Skowrońskiego: biznesmen za­mie­rzał handlować szmaragdami z afgańskim ge­ne­ra­łem Ahmadem Shahem Masudem, prze­ciw­ni­kiem talibów.

Ale prawdziwe interesy Skowrońskiego to ha­n­del ziemią pod supermarkety - dzięki niemu majątek biznesmena sięgnął 160 milionów złotych. Ostatnio gorzej mu się wiodło, ale właśnie zaczął stawać na nogi. Po latach wojny o 20 milionów dolarów, jakie - jego zdaniem - winien był mu Carrefour, zawarto wreszcie ugodę. Skowroński miał dostać przynajmniej część tej sumy. Potencjalni porywacze mogli liczyć, że za zamożnego biznesmena rodzina chętnie zapłaci nawet spory okup. Ale telefon, ani u żony, ani u siostry, nigdy nie zadzwonił.

Dochodzenie w sprawie domniemanego uprowadzenia rozpoczęła 24 sty­cznia 2005 roku Śródmiejska Prokuratura Rejonowa w Warszawie. Czyn­no­ści operacyjno-rozpoznawcze prowadzili policjanci z Wydziału Terroru Kry­mi­na­l­ne­go i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji. Nie znaleźli jednak ża­d­ne­go świadka. Nikt nic nie widział.

Był 18 stycznia 2005 roku. Nieco po szóstej wieczorem. Uliczkami Starego Miasta w Warszawie wolno sunął srebrny jaguar na niemieckich numerach rejestracyjnych. Zatrzymał się przed kamienicą przy ul. Brzozowej. Z sa­mo­cho­du wysiadł wysoki, ostrzyżony na jeża mężczyzna. Bardziej wyglądający na ochroniarza niż biznesmena, którym był w rzeczywistości. To Rudolf Sko­wro­ń­ski, właściciel majątku szacowanego na 160 mln złotych. Samochód ruszył dalej, kierowca jak zwykle odprowadzał jaguara na pobliski strzeżony parking. Skowroński nacisnął przycisk domofonu z numerem swojego mie­sz­ka­nia. Poprosił żonę Edytę, żeby otworzyła drzwi.

Wtedy słyszała go po raz ostatni. Ale z tego, że mąż nie dotarł do mie­sz­ka­nia, zdała sobie sprawę dopiero trzy godziny później. Apartament Sko­wro­ń­skich na Starówce jest ogromny, składa się z kilku połączonych lokali na ró­ż­nych poziomach i Edyta Skowrońska mogła nie natknąć się na męża przez dłuższy czas. Potem, na policji, zeznała, że nawet nie wie, czy mąż wszedł do mieszkania, czy nie. Ona go nie widziała. W nerwach czekała przez całą noc. Rano, razem z siostrą męża, złożyły zawiadomienie o za­gi­nię­ciu.

Minął rok i nie sposób ani potwierdzić, ani obalić żadnej z hipotez, które postawiła policja i zatrudnieni przez rodzinę detektywi. Czy Skowroński został porwany? Czy ukrywa się? Jeśli tak, to przed kim? A może został zamordowany, bo jego działalność kolidowała z interesami kogoś po­tę­ż­nie­j­sze­go?

Żona i siostra przez parę tygodni starały się być bez przerwy pod telefonem i każdy dzwonek budził w nich nadzieję, że odezwą się porywacze żądający pieniędzy. Pierwszą i najbardziej oczywistą hipotezą było bowiem porwanie dla okupu. 54-letni - w chwili zaginięcia - Skowroński mógł wzbudzić za­in­te­re­so­wa­nie porywaczy.

22 kwietnia 2005 roku prokuratura umorzyła sprawę po raz pierwszy. Na wniosek rodziny śledztwo było wznawiane jeszcze dwa razy i znowu 30 gru­dnia 2005 roku zostało umorzone. Powód? Zawsze taki sam: "Brak danych dostatecznie uzasadniających podejrzenie popełnienia prze­s­tęp­stwa" - tłumaczy krótko szef prokuratury śródmiejskiej Piotr Woźniak. Rów­nie ma­ło­mów­na jest policja. - Postępowanie dotyczyło uprowadzenia. O czyn­noś­ciach operacyjnych nie mogę mówić, bo objęte są tajemnicą. Po­wiem tyl­ko, że na podstawie dokonywanych sprawdzeń policjanci nabrali prze­ko­na­nia, że przestępstwo nie zaistniało - mówi Mariusz Sokołowski, rzecznik pra­so­wy Komendy Stołecznej Policji. Pytany o dowody wy­klu­cza­ją­ce up­ro­wa­dze­nie biznesmena mówi tajemniczo: - Mógł być widziany w in­nym mie­j­scu.

Tu się pojawia druga hipoteza, że Rudolf Skowroński sam zorganizował swoje zniknięcie i od roku się ukrywa. Na przykład w swoim pięknym, piętrowym domu w Młynniku koło Sorkwit na Mazurach, odgrodzonym od świata kilkudziesięcioarową działką. Jest - jak ustaliliśmy - jeden świadek, sąsiad, który twierdzi, że widział tam Skowrońskiego w lutym 2005 roku, gdy na balkonie bawił się z psem. Być może właśnie jego zeznania stały się dla policji i prokuratury koronnym dowodem, że Skowroński żyje, ale się ukrywa.

Przed kim lub przed czym? Być może przed wymiarem sprawiedliwości. W łódzkim sądzie toczył się proces byłego prezydenta Łodzi Marka Cze­kal­skie­go, oskarżonego o przyjęcie 200 tys. złotych od Rudolfa Sko­wro­ń­skie­go za korzystną sprzedaż gruntu. Oskarżonym w tej sprawie jest też Sko­wro­ń­ski. - Jego nieobecność nic nie zmienia. Złożył wyjaśnienia, jego ob­roń­ca jest obecny na rozprawach i aktywnie uczestniczy w procesie - mówi Grażyna Jeżewska, rzeczniczka łódzkiego sądu.

Jest jeszcze sprawa w Olsztynie wszczęta z doniesienia Bogdana Ga­siń­skie­go. Chodzi o wyłudzenie w 1999 roku dopłat na przechowywanie zboża i kredytów preferencyjnych na kwotę nie mniejszą niż 823 tys. złotych. W 2004 roku Skowroński był przesłuchiwany w tej sprawie jako świadek. Już po jego zniknięciu prokuratura postanowiła przedstawić mu zarzuty i nie mogąc ustalić jego miejsca pobytu, 9 września 2005 roku wystosowała za nim list gończy. - To dobrze. Może wreszcie zaczną mojego brata szukać - komentuje krótko siostra biznesmena Dagmara Skowrońska.

Ale równocześnie najbliżsi Rudolfa Skowrońskiego nie wierzą, aby - nawet ryzykując skazanie przez sąd - opuścił on dom i wyrzekł się kontaktów z ukochanym trzyletnim synkiem Rudolfem juniorem. Zresztą rok ukrywania się musi sporo kosztować, a - jak się dowiedzieliśmy - karty kredytowe, jakie przy sobie miał 18 stycznia 2005 roku Skowroński, nigdy nie zostały użyte. Nie było też ani wcześniej, ani po zaginięciu żadnych podejrzanych przelewów z kont biznesmena.

A w dodatku mazurska policja podważa wiarygodność świadka, który zez­nał, że widział biznesmena w lutym w domu na Mazurach. - Rozmawiałem z nim i trudno mi jego relację uznać za wiarygodną. To nie było tak, że on tę osobę widział z bliska. On widział z daleka sylwetkę, a i też nie wiadomo, czy nie wcześniej niż w lutym - mówi Mirosław Len, policjant z rewiru dzielnicowych w Sorkwitach, któremu podlega Młynnik. - Znamy sprawę, sprawdzamy, trzymamy rękę na pulsie, ale nie ma żadnego śladu, żeby był tutaj, żeby się choć pojawił. Po prostu żadnego śladu - zapewnia dziel­ni­co­wy.

Może więc Skowroński nie żyje? Tę tezę potwierdzałby fakt, że po roku od zaginięcia biznesmen nie dał śladu życia. Miał kłopoty z oddychaniem, niedługo przed zaginięciem wyszedł ze szpitala. Gdyby porywacze nie wiedzieli o tym, skrępowali go i zakneblowali, biznesmen mógłby tego nie wytrzymać. To jednak domysły. Podobnie jak podejrzenia, że właściciel Inter Commerce został zamordowany przez konkurentów. Przez lata prowadził tajemnicze interesy, o których wiedział tylko on sam.

Być może - czego obawia się Waldemar Kruk (ze Skowrońskim przyjaźni się od dziecka) - biznesmena porwano, aby wymusić na nim podpisanie jakiejś niekorzystnej umowy. - A Rudolf nie poddałby się bez walki - mówi Kruk, sugerując, że w trakcie szamotaniny jego przyjaciel mógł zginąć. Gdy okazało się, że ani policja, ani prywatni detektywi nie są w stanie czegokolwiek ustalić, zdesperowany Kruk poprosił kilka wróżek, aby wskazały miejsce pobytu jego przyjaciela. Za każdym razem odpowiedź była taka sama: Rudolf Skowroński nie żyje.

Ale najważniejszy motyw zaginięcia Skowrońskiego to dokumenty świadczące o łapówkach dla polityków, o których mówił Lepper?!

 

piątek, 20 lutego 2026

                                    AFERZYŚCI ELIT

                                                    Nikodem Skotarczak ps. „Nikoś"

 

 

Nikodem Skotarczak, ps. Nikoś (ur. 29 czerwca 1954 w Gdańsku, zm. 24 kwiet­nia 1998 w Gdyni) – polski gang­ster, biznesmen, prawdopodobnie tajny współpracownik WSI, sponsor Lechii Gdańsk, odznaczony oznaką „zasłużony dla Gdańska.”

Nikodem S. urodził się w latach 50. w Pruszczu Gdańskim. Nie wyróżniał się w nauce, dlatego już na początku lat 70., jako dziewiętnastolatek, rozpoczął pracę bramkarza w knajpie „Lucynka”, a potem w klubie nocnym „Maxim”. W czasach świetności klubu jeden drink kosztował tam tyle, co przeciętna pensja. Z przybytku korzystali więc sami marynarze, obcokrajowcy, cinkciarze i ówcześni celebryci. „Maxim” przetrwał do 2004 roku.

„Nikoś” zobaczył w tym lokalu luksus, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczył. Szybko do pracy przyjął go Michał A. ps. „Mecenas”. Pracując u niego, Nikodem S. zaczął na coraz większą skalę handlować walutą – wkrótce został „kasjerem”. Oznaczało to, że był wysłannikiem Michała A. w terenie i zbierał od cinkciarzy haracze. Czasem zdarzało mu się też razem z bratem kraść samochody.

Wkrótce „Nikoś” rozszerzył swoją działalność o Węgry. Zarabiał na oszustwach 50 marek dziennie. W miesiącu udawało mu się zdobyć trzydzieści tysięcy złotych, podczas gdy robotnik zarabiał średnio 1/6 tej sumy. Obok niego na Węgry trafili najpierw przestępcy z trzech rejonów Polski – Trójmiasta, Łodzi i Szczecina. Dopiero później pojawili się tam przyszli gangsterzy z Warszawy i ze Śląska. „Nikoś” nawiązał na placu przy dworcu Keleti w stolicy Węgier kilka znajomości z jugosłowiańskimi przestępcami. Właśnie za ich pośrednictwem zajął się handlem zegarkami elektronicznymi, a także samochodami. Nikodem przebywając w Bu­da­pe­sz­cie popadł w konflikt z Robertem K. ps. „Gelert”. Miał nawet zlecić jego zabójstwo – skądinąd nieudane.

W latach 80. „Nikoś” kontrolował już gang samochodowy działający w wielu krajach Europy. Wyemigrował wtedy do RFN, gdzie liberalne prawo i wręcz luksusowe warunki w więzieniach sprzyjały tworzeniu się struktur przestępczych. Wówczas zbierał do pracy wielu lojalnych ludzi. Wśród nich wyróżniali się niejaki „Maniek” i Leszek B. ps. „Basta”. Mafia „Nikosia” działała bardzo sprawnie, głównie dzięki pomocy skorumpowanych oficerów milicji i SB. Dorabiając się ogromnych pieniędzy, Nikodem kupił dom w Gdańsku-Jelitkowie, a w nim zorganizował nielegalne kasyno i klub. Przyjeżdżali do niego hazardziści z całej Polski.

W połowie lat 80. Nikodem S. stracił dobrą passę. Prokuratura wydała decyzję o jego zatrzymaniu. Miała dowody, że dokumenty aut spro­wa­dzo­nych przez Nikodema były sfałszowane. „Nikoś”, uprzedzony o planowanym zatrzymaniu, zdążył jednak uciec. Przeniósł się do Hamburga. Niedługo potem zatrzymano Teresę S., siostrę “Nikosia”, która pomagała w jego nielegalnej działalności. Ta nie wytrzymała presji w areszcie i powiesiła się – miała 33 lata. Kilka miesięcy później Nikodem S. został niegroźnie postrzelony przez wspomnianego już „Gelerta”.

Dwa lata po tej sytuacji „Nikoś” jechał z „Mańkiem” kradzionym Audi 90 coupé. Mężczyzn zatrzymała policja. Nikodem S. otrzymał wtedy wyrok 1 roku i 9 miesięcy pozbawienia wolności – osadzono go w znanym na całą Europę więzieniu Moabit w Berlinie. Następnie przeniesiono do lżejszego zakładu karnego nazywanego „Tegel”. Po niecałych trzech miesiącach odsiadki miał widzenie z bratem, Markiem S. Wówczas zamienili się ubraniami. „Nikoś” pod okiem strażników spokojnie wyszedł z więzienia i wsiadł do podstawionego samochodu. Niemieccy strażnicy dowiedzieli się o podmianie dopiero kilka tygodni później. Krótko po sprawie ucieczki Nikodema S., większość zarzutów prokuratorskich wobec niego objęto amnestią, a śledztwo z 1985 roku zawieszono.

Okres tuż przed świętami wielkanocnymi w 1992 roku Nikodem spędzał ze swoją nową partnerką Edytą oraz dwójką dzieci z poprzednich związków w Krakowie. Wszyscy czekali na przyjazd matki „Nikosia” oraz jego brata – Marka. Ten dzwonił zresztą z budki telefonicznej w Łodzi i rozmawiał z Nikodemem S., czy aby na pewno nie śledzi go policja. Dwie godziny później czarny peugeot 205, którym jechał Marek z matką, uległ wypadkowi. Oboje zginęli na miejscu. Pochowano ich w grobie rodzinnym, gdzie wcześniej spoczęła siostra Nikodema i Marka – Teresa.

Krótko po tych wydarzeniach policji udało się ustalić dokładny adres pobytu „Nikosia” w Krakowie, ale poszukiwanego już tam nie było. Jak się okazało, trafił do Warszawy. W lipcu 1992 roku miał sprzedać komuś samochód kradziony dostawczy marki mercedes. Policja złapała Nikodema S. na gorącym uczynku. Zatrzymanie z miejsca obwołano wielkim wydarzeniem. „Nikoś” przewożony był wtedy konwojem do prokuratury. Na miejsce ostatecznie nie dotarł, bo… po prostu zniknął. Pojawiły się plotki, że wręczył duże łapówki wszystkim pilnującym go konwojentom.

Rok później pomorski boss kolejny raz wyszedł z ukrycia – pod jedną z kamienic na warszawskim Żoliborzu – i został aresztowany. Większość ludzi z półświatka była wtedy przekonana, że odnalezienie „Nikosia” zostało zainscenizowane przez niego samego. Chciał bowiem odbyć karę i zyskać życiową stabilizację. Przed sądem Nikodem S. nie przyznał się do swojej legendarnej wręcz działalności, czyli handlu kradzionymi samochodami. Przyznał się natomiast do wspomnianego wcześniej posługiwania się fałszywymi dokumentami, a także do ucieczki z konwoju. Tylko za te przestępstwa usłyszał wyrok – dwa lata pozbawienia wolności.


Koniec człowieka, początek legendy

W 1994 roku „Nikoś” wrócił do działalności na Pomorzu. Wszedł też w bliskie kontakty z domniemanym szefem grupy wołomińskiej – Henrykiem N. ps. „Dziad”. Takich zachowań Nikodema S. nie tolerowali „Pruszkowiacy”. W sierpniu 1994 roku wybrali się na północ Polski w kilkadziesiąt osób, aby go upokorzyć. Nikodem powiadomił o wszystkim policję – antyterroryści zatrzymali wtedy pruszkowskich gangsterów w samym centrum Sopotu.

Rok 1998 rok. 23 kwietnia Wojciech K. ps. „Kura”, bliski przyjaciel „Nikosia”, obchodził swoje imieniny w klubie „Marco Polo”. Z czasem impreza przeniosła się do gdyńskiego klubu nocnego „Las Vegas”. Z gości do samego końca pozostał tylko Nikodem S. z żoną oraz małżonka Wojciecha K. Właśnie wtedy do lokalu weszło dwóch zamaskowanych mężczyzn. Oddali sześć strzałów w kierunku Nikodema, nie dając mu szans na przeżycie.

Doszło do egzekucji na zlecenie, której bezpośrednim celem był „Nikoś”. Teorii na ten temat było wiele. Niektórzy, w tym świadek koronny Jarosław S. ps. „Masa”, zeznawali pod przysięgą, że pomysł egzekucji „Nikosia” pochodził od mafii pruszkowskiej. Killerom wystawił go Krzysztof P. – złodziej samochodowy współpracujący z Nikodemem. Zabójcami mieli być natomiast zawodowi mordercy powiązani z łódzką „ośmiornicą”. Grupa ta, podobnie jak pruszkowska, nie kryła swojej niechęci do króla prze­s­tęp­czo­ści samochodowej z Wybrzeża.

Warto wspomnieć też kilka słów o tym, co działo się na Pomorzu po śmierci Nikodema S. Na ulicach Gdańska widywano bowiem w luk­su­so­wych samochodach i marynarkach „Nikosia” funkcjonariusza policji działającego pod przykryciem. Rzekomo miał on romans z żoną gangstera i zajmował się dla niej odzyskiwaniem długów zmarłego męża. Tym­cza­sem wśród trójmiejskich przestępców brakowało zgody…

Nikodem S. do dziś uchodzi za legendę polskiej przestępczości. Bez wątpienia sam „Nikoś” mocno zapracował na opinię o sobie. Najpierw sponsorował klub Lechia Gdańsk. Po sukcesach zespołu Nikodemowi wręczono klucze do miasta. Swego czasu zagrał też epizodyczną rolę w filmie Olafa Lubaszenki „Sztos”. Na temat jego działalności powstała nawet niemieckojęzyczna książka, której tytuł po przetłumaczeniu to „Kamienna twarz – Ojciec chrzestny z Gdańska Nikodem S.” Reżyser Wojciech Szumowski nakręcił natomiast o nim film „Kraina złudzeń”.

Inni mieli bardzo różne opinie na jego temat. Jedni uważali go po prostu za biznesmena. Drudzy szanowali za zasady, jakimi się kierował. Kolejni byli wdzięczni za pomoc w odzyskaniu ich skradzionych samochodów. Niektórzy dziennikarze wspominają zaś Nikodema jako bardzo czułego na krytykę. Podobno powiedział kiedyś, że jeśli ci nie przestaną przedstawiać go w negatywnym świetle, wysadzi redakcję w powietrze.

Po śmierci Nikodema S. ps. „Nikoś” ówczesny proboszcz parafii Gdańsk-Jelitkowo odmówił przeprowadzenia pogrzebu w obrządku katolickim. Sytuację naprawił jeden z arcybiskupów, arcybiskup Gocłowski o którego związkach z pomorską przestępczością mówiło się od dawna…

Z informacji z prowadzonej w 2007r. przez CBA sprawy operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Kosa”. Wynika z nich, że Ryszard Krauze kontaktował się z Edytą Mardyłą, żoną Nikodema Skotarczaka ps. Nikoś, trójmiejskiego gangstera zastrzelonego w roku 1998. Te informacje stoją w sprzeczności z zeznaniami złożonymi przez Krauzego i żonę „Nikosia” przed sądem w sprawie wytoczonej Anicie Gargas i TVP.

„Kim jest Ryszard Krauze?”
– pytali autorzy programu.

 

Miliarder Ryszard Krauze
 

„Nie wiadomo, co robił przez kilka lat po zakończeniu studiów. Wyjaśnienia wy­ma­ga­ją np. jego powiązania z lat 80. z prze­stępczością zorganizowaną Wybrzeża, a w szczególności z grupą gangstera o pseudonimie Nikoś. Jak dowiedziała się »Misja specjalna«, Krauze objęty był dochodzeniem w sprawie działalności grupy przestępczej Nikodema S.”

To te m.in. słowa stały się przedmiotem procesu sądowego wytoczonego Anicie Gargas i TVP, choć Ryszard Krauze nie skorzystał z możliwości odniesienia się w programie do tych informacji. W jego imieniu głos zabrał jego współpracownik z Prokomu Krzysztof Król, który zaprzeczył, by biznesmen miał jakiekolwiek związki z grupami przestępczymi, w tym z Nikodemem Skotarczakiem. Do procesu przeciwko Anicie Gargas i telewizji biznesmen wynajął dwie kancelarie adwokackie: „Pociej, Dubois i wspólnicy” oraz kancelarię Romana Giertycha.

Na wniosek pozwanej dziennikarki z Instytutu Pamięci Narodowej wpłynęły do sądu zachowane akta paszportowe Krauzego. Wynika z nich, że w 1986 r. zwrócił się on o wydanie paszportu na wyjazd służbowy do RFN (w czasach PRL po każdym powrocie do kraju obywatel oddawał własny paszport do urzędu spraw wewnętrznych i gdy chciał ponownie wyjechać, musiał znowu ubiegać się wydanie paszportu – przyp. aut.). Otrzymał odmowę. Ppłk Władysław Sikorski z Wydziału do Walki z Przestępstwami Gospodarczymi WUSW w Gdańsku w uzasadnieniu odmowy napisał: „Podejrzany o współudział w kradzieżach samochodów na szkodę obywateli państw Europy Zachodniej w grupie przestępczej Nikodema Skotarczaka”.

Krauze odwołał się, ale decyzję podtrzymano „z uwagi na prowadzone śledztwo”.

Fakty te potwierdził zeznający w procesie Bogdan Święczkowski, były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, obecnie prokurator Prokuratury Krajowej w stanie spoczynku.

– Jako były szef ABW posiadam istotne informacje związane z powodem, które stanowią tajemnicę państwową. Wśród materiałów jawnych były akta z IPN, z których wynikało, że panu Krauzemu odmawiano wydania paszportu z uwagi na podejrzenie współpracy z grupami złodziei samochodów. O ile pamiętam, materiały te nie były sprzeczne z us­ta­leniami operacyjnymi o charakterze ściśle tajnym UOP – powiedział Święczkowski.

Ale nie tylko zachowane akta dawnego urzędu spraw wewnętrznych miały świadczyć o związkach oligarchy z „Nikosiem”. Zdaniem Anity Gargas fakt ten potwierdzać miałaby znajomość szefa Prokomu z wdową po zastrzelonym gangsterze Edytą Mardyłą. Zeznając w charakterze świadka, Mardyła zaprzeczyła, że zna Ryszarda Krauzego.

– Nie znam go osobiście, nie sądzę, by mój mąż go znał osobiście. Nie miałam z panem Krauze kontaktów telefonicznych ani mejlowych. Nie mam kontaktów towarzyskich ani biznesowych z nikim z otoczenia powoda – stwierdziła wdowa po „Nikosiu” przed sądem.

Jakimkolwiek kontaktom z „Nikosiem” bądź jego rodziną zaprzeczył także Krauze. W sądzie zeznał, że nie zna Nikodema Skotarczaka i nigdy nie miał nic wspólnego z jego grupą przestępczą i jej działalnością.

– W latach 80. odbyła się z moim udziałem jedna rozmowa na milicji, podczas której okazano mi zdjęcia różnych osób i spytano, czy kogokolwiek z tych zdjęć znam. Nie rozpoznałem nikogo, gdyż tych osób nie znałem. Nikt nie podał mi powodu, dla którego byłem przesłuchany. Nigdy więcej w tej sprawie nie zeznawałem. Na komendzie nie było żadnej sugestii, że chodzi o handel samochodami, okazano mi jedynie zdjęcia osób – mówił przed sądem.

– Nie postawiono mi żadnych zarzutów. Nie wiem, dlaczego zatrzymano mi paszport. Po półtora roku albo po dwóch latach, po drugim albo trzecim moim wniosku, paszport w końcu mi wydano – zeznał Krauze. I dodał:
– Nie znałem nikogo ani z rodziny Nikodema Skotarczaka, ani żadnej osoby, co do której miałbym świadomość, że go zna.

Podczas zeznań kończących proces Krauze stwierdził:
– Nie znam Edyty Mardyły. Nie przypominam sobie, bym się z tą osobą spotykał albo prowadził rozmowy telefoniczne. Nigdy nie znałem i nigdy nie spotykałem się ani z panem Skotarczakiem, ani z jego rodziną – powiedział przed sądem.

„Kosa” i telefony do Krauzego

Jak się okazuje, zeznania Krauzego i żony „Nikosia” stoją w sprzeczności z informacjami ze Sprawy Operacyjnego Rozpracowania krypt. „Kosa”, do których dotarła „Gazeta Polska Codziennie”. Sprawa ta była prowadzona przez Centralne Biuro Antykorupcyjne w 2007 r. i obejmowała m.in. właśnie Ryszarda Krauzego. W toku sprawy ustalono jego kontakty z Edytą Mardyłą. Jak ustalili agenci CBA, żona Skotarczaka od lutego do sierpnia 2007 r. dzwoniła regularnie do Ryszarda Krauzego (było to kilkanaście połączeń). Po jego wyjeździe z kraju, gdy wybuchła afera przeciekowa, usiłowała nawiązać z szefem Prokomu kontakt telefoniczny.

Przypomnijmy, że Ryszard Krauze zakwestionował także inny fragment „Misji specjalnej”, w którym ówczesny szef Służby Kontrwywiadu Woj­sko­we­go Antoni Macierewicz opisywał rolę funkcjonariuszy służb specjalnych w firmach biznesmena. Za naruszenie dóbr osobistych szef Prokomu domaga się od Anity Gargas i TVP przeprosin oraz miliona złotych.

W 1997 „Nikoś” wystąpił w filmie „Sztos” – debiucie reżyserskim Olafa Lubaszenki. Nikodem Skotarczak zagrał w tym filmie epizod: witając się z Erykiem (granym przez Jana Nowickiego).

W 1996 powstał dokumentalny film telewizyjny o „Nikosiu” za­ty­tu­ło­wa­ny: „Kraina złudzeń” w reżyserii Wojciecha Szumowskiego.

„Nikoś” zapewne nie byłby tym, kim był, gdyby nie jego kontakty wśród peerelowskich elit i pracowników służby bezpieczeństwa. Niewątpliwie miał układy i bardzo długo był dzięki temu kryty.

Faktem jest, że Skotarczak na swoim ranczo we wsi Orle, koło Wejherowa, gościł wiele wpływowych osób. Dał się poznać jako hodowca koni. Dzięki czemu bawili u niego ówcześni notable, aktorzy i sportowcy. Tę posiadłość od razu po kupnie przepisał na ojca. To była baza kontaktowa i punkt przerzutowy samochodów i innych towarów. Nierzadko zajeżdżały tu tiry z kontenerami pełnymi odzieży, artykułów spożywczych czy kosmetyków. Nikodem zajął się też nielegalnym wydobywaniem bursztynu. Ponoć na jego zlecenie wydobyto ponad 100 ton bursztynu, który był wywożony za granicę.

Dla nikogo nie było tajemnicą, że „Nikoś” ma wpływowych przyjaciół także w milicji i prokuraturze. Tak doskonałe układy wyrobił sobie, będąc sponsorem i działaczem „Lechii” Gdańsk.

la swojego klubu był gotów zrobić wiele. Według relacji osób związanych ze sportem, rozdawał działaczom i piłkarzom drogie samochody. Taki miał gest. Zwykle jednak sponsorował łapówki dla zawodników przeciwnych drużyn. Ponoć, gdy pewien bramkarz sam sobie strzelił gola, to dostał za to od Skotarczaka premię. Ale przed wypłatą musiał go pocałować w sygnet. „Nikosia” wyraźnie kręciły klimaty z „Ojca chrzestnego”.

Po wejściu „Lechii” do pierwszej ligi i rozegraniu meczu z „Juventusem” w Pucharze Zdobywców Pucharów, Skotarczak chodził w glorii. Wówczas otrzymał odznakę „Zasłużony dla Gdańska”.

Sporo pomagał mu dyrektor „Lechii” do spraw poligrafii, Edwin M. Mówiło się, iż jest on działaczem Wolnych Związków Zawodowych. Po latach okazało się, że pan M. był współpracownikiem SB, co ujawnił Bogdan Borusewicz.

Wśród mitów krążących o „Nikosiu” pojawia się także wątek kombatancki. Ponoć, wykorzystując swoje układy, wspomagał podziemną działalność „Solidarności”.

Blogger „Gdańszczanin” opisuje to tak: „Skotarczak wraz z agentem SB Edwinem M. drukował książki drugiego obiegu. Edwin M. wylądował potem w znanym wydawnictwie Stella Maris przy biskupie Gocłowskim, a Nikoś zajął się gangsterką na wielką skalę”.

 

Nikoś i Cezary Pazura
 
Nikoś przyjaźnił się z ta­ki­mi celebrytami jak Ce­za­ry Pazura, Olaf Lu­ba­sze­n­ko, Jan Nowicki oraz gdańskimi po­li­ty­ka­mi z Okrągłego Stołu (który zalegalizował prze­s­tęp­czośc zor­ga­ni­zo­wa­ną pod kie­ro­w­ni­c­t­wem ko­mu­nis­ty­cz­nej SB i WSI).

 

 
Sylwetki polskich gangsterów 01 Nikodem Skotarczak ps. Nikoś

 

czwartek, 19 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                              Władysław Serafin

 

 

(ur. 24 lipca 1950 w Piasecznie) – polityk, związkowiec, rolnik, poseł na Sejm X, I i II kadencji, były komunista i działacz PZPR, bohater Afery taśmowej w PSL, polski goj na usługach międzynarodowego lobby uboju rytualnego zwierząt(żydowskiego i muzułmańskiego), zwolennik mordów rytualnych czyli podrzynania zwierząt na żywca bez ich ogłuszania!

W 1970 ukończył Zasadniczą Szkołę Zawodową w Warszawie. Pracował jako ślusarz remontowy w Polskich Zakładach Optycznych. Prowadzi indywidualne gospodarstwo rolne. Od 1989 pełnił funkcję wiceprezesa Krajowego Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych, od 1999 stoi na czele tej organizacji. Był też wiceprzewodniczącym Komitetu Zawodowych Organizacji Rolniczych Unii Europejskiej (COPA).

Od 1969 aż do jej upadku, należał do komunistycznej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W latach 1975–1983 zasiadał w Miejsko-Gminnej Radzie Narodowej Góry Kalwarii.

Jako przedstawiciel strony rządowej (komunistycznej) brał udział w obradach Okrągłego Stołu w podzespole do spraw środków masowego przekazu oraz grupie roboczej do spraw ustawy o związkach zawodowych rolników indywidualnych.

W 1989 został wybrany posłem X kadencji z listy komunistycznej PZPR. Zasiadał w prezydium Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej.

W latach 1991–1997 był posłem I i II kadencji z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego z województwa częstochowskiego. Bezskutecznie ubiegał się o mandat w Sejmie w 1997, 2001, 2005, 2007 i 2011. Od 1998 zasiadał w radzie powiatu kłobuckiego, w 2006 nie został ponownie wybrany. W 2004 i 2009 bez powodzenia kandydował do Parlamentu Europejskiego.

W 2010 po śmierci jednego z radnych wszedł ponownie w skład rady powiatu kłobuckiego, obejmując funkcję jej przewodniczącego. W wyborach samorządowych w tym samym roku zdobył mandat radnego sejmiku śląskiego.

W 2011 kandydował w wyborach parlamentarnych z 1. miejsca na liście komitetu wyborczego Polskiego Stronnictwa Ludowego w okręgu wyborczym nr 28 w Częstochowie, jednak nie uzyskał mandatu poselskiego.

16 lipca 2012 "Puls Biznesu" ujawnił nagranie rozmowy między byłym prezesem ARR Władysławem Łukasikiem i Władysławem Serafinem, w której pierwszy z nich sugerował m.in. nepotyzm i niegospodarność w spółkach Skarbu Państwa, jakich dopuszczali się działacze PSL uznawani za związanych z Markiem Sawickim. W konsekwencji ujawnionych faktów Marek Sawicki dwa dni później podał się do dymisji z zajmowanego stanowiska ministra rolnictwa i rozwoju wsi.

To Serafin nagrał tą rozmowę aby pogrążyć ministra Sawickiego!

Agencji Rynku Rolnego Władysław Łukasik. Zanim panowie na dobre się rozsiądą i przystąpią do rozmowy, która wstrząsnęła opinią publiczną, Serafin kieruje się w stronę telewizora, gdzie stoi ukryta kamera. Co robi były działacz PSL? Zabiera pilota do telewizora, odkładając go w inne miejsce, a tym samym odsłaniając obiektyw kamery. - Tylko zrobię to... piloty położę - mówi na nagraniu Serafin.

To klasyczne nagrywanie z ukrytej kamery. Łukasik wchodząc do pokoju nie widział ukrytej kamery, bo zasłaniał ją pilot. Dopiero gdy usiadł, Serafin wstał i przełożył pilota w inne miejsce. Sposób prowadzenia rozmowy również wskazuje na Serafina. Dopytuje on Łukasika kilka razy o ministra Marka Sawickiego. Podsuwa mu tematy do rozmowy. Rzuca nazwiska. Mówi podniesionym głosem. Podprowadza go... To klasyka tajnych nagrań.

Jako szef kółek rolniczych wykorzystał dotacje budżetową niezgodnie z prawem.

W rozmowie z Informacyjną Agencją Radiową Serafin przyznał, że przelał część dotacji na swoje konto, bo wcześniej - kiedy Krajowa Izba Rolnicza nie wypłaciła części dotacji - on ratował swój związek z własnych pieniędzy.

Polskie organizacje rolnicze są reprezentowane w Unii Europejskiej dzięki corocznym dotacjom z budżetu państwa. Środki te wydawane są na wymagane składki, funkcjonowanie biur, opłacenie pracowników, przelotów i hoteli. Ale zanim trafią do poszczególnych organizacji najpierw trafiają na konta Krajowej Rady Izb Rolniczych, a ona podpisuje umowy na dofinansowanie z poszczególnymi organizacjami.

Serafin zapewnia, że ówczesny minister rolnictwa Marek Sawicki wiedział, że dotacje w jego przypadku często są wykorzystywane na pokrycie wcześniej zaciągniętych długów.

Były minister rolnictwa Marek Sawicki nie chciał o tej sprawie rozmawiać. Jedyne zdanie które wypowiedział brzmiało: "Nie mam nic wspólnego z panem Serafinem".

Szef Krajowego Związku Kółek i Organizacji Rolniczych, działacz PSL Władysław Serafin został też przesłuchany w jednej z warszawskich komend policji, jako sprawca wykroczeń. W styczniu 2013 roku, został on zatrzymany przez policję za przekroczenie prędkości i miał zasłaniać się immunitetem.

- Czynności były wykonywane przez warszawskich policjantów w ramach pomocy prawnej w związku ze wskazaniem tamtejszego miejsca pobytu kierowcy. Został on przesłuchany w charakterze sprawcy wykroczeń. Czekamy na powrót tych dokumentów i wtedy sieradzcy policjanci skierują sprawę do sądu z wnioskiem o ukaranie - powiedziała rzeczniczka łódzkiej policji podinsp. Joanna Kącka. Za wykroczenie grozi kara do 5 tys. zł grzywny.

Serafin został zatrzymany przez policję w styczniu 2013 roku na jednej z ulic w Sieradzu za przekroczenie prędkości, prowadzone przez niego auto jechało z prędkością 111 km/godz. zamiast dozwolonych 50. Serafin pokazał legitymację z unijnymi pieczęciami ważną do 2015 r. Według policji oświadczył też, że korzysta z immunitetu europarlamentarzysty.

Pokazał funkcjonariuszom prawo jazdy, ale w policyjnej bazie znajdowała się informacja, że ma od 2009 r. odebrane uprawnienia do kierowania pojazdami decyzją starostwa w Kłobucku w związku z przekroczeniem liczby punktów karnych. Od tamtej pory nie miał ponownie wydanego dokumentu. Później starostwo poinformowało, że kierowca sporządził oświadczenie, że zgubił prawo jazdy.

W związku z relacją kierującego, okazanym dokumentem oraz faktem, że była to osoba znana publicznie jako polityk i kojarzona jako poseł, policjanci przyjęli do wiadomości, że korzysta z immunitetu i odstąpili od ukarania za przekroczenie prędkości i jazdę bez uprawnień - Kierowcy za przekroczenie prędkości groził mandat w wysokości 500 zł i 10 punktów karnych.

Policjanci sporządzili dokumentację z incydentu, która - poprzez KGP - miała trafić do odpowiedniej instytucji, która może immunitet uchylić.

Wtedy okazało się, że mężczyzna nie jest ani europarlamentarzystą, ani posłem lub senatorem. - Doszło więc trzecie wykroczenie, czyli podszywanie się pod funkcję.

W związku z tym incydentem postępowanie dyscyplinarne wobec Serafina wszczął krajowy rzecznik dyscyplinarny PSL, kierując do koleżeńskiego sądu wojewódzkiego wniosek o jego wykluczenie z partii. W poniedziałek Serafin stanął w Katowicach przed sądem koleżeńskim Stronnictwa województwa śląskiego.

Inni członkowie PSL-u mają na sumieniu gorsze działania niż ja. Nie chciałbym wskazywać kumpli, jeżeli jednak będę musiał ujawnić takie rzeczy, to to zrobię - stwierdza twardo w rozmowie z Onetem Władysław Serafin (nadal w PSL-u). To jego reakcja na zapowiedź prezes PSL-u Janusza Piechocińskiego, że Serafin zapewne zostanie z partii usunięty. Jak dodaje, nie zamierza odchodzić z partii, a całą sprawę traktuje jako zemstę.

Wniosek o wykluczenie Serafina z PSL złożył do wojewódzkiego sądu partyjnego rzecznik dyscypliny PSL Franciszek Stefaniuk. Serafin deklarował nawet, że sam złoży legitymację członka PSL, ale jego rezygnacji z członkostwa w partii nie przyjęli przedstawiciele koła PSL w Kłobucku, które również zajmowało się jego sprawą (Serafin należy do tego koła).

Macierzyste koło ukarało Serafina upomnieniem, a wojewódzki sąd partyjny stwierdził, że... statut PSL-u nie pozwala na dwukrotne karanie za to samo przewinienie i umorzył sprawę.

Ostatnim wybrykiem Serafina jest wysługiwanie się mię­dzy­na­ro­do­we­mu lobby uboju rytualnego zwierząt (żydowskiemu i muzułmańskiemu) w zamian za profity!

Rząd chce utrzymania uboju rytualnego, czyli podrzynania na żywca zwierząt bez ich ogłuszania. Minister rolnictwa Stanisław Kalemba z PSL (kumpel Serafina) zapowiedział, że ustawa zabraniająca tego procederu powinna zostać znowelizowana. Zdaniem Stanisława Kalemby jest to konieczne ze względu na poszanowanie grup wyznaniowych w Polsce które stanowią 0,01% populacji oraz utrzymanie rosnącego eksportu takiego mięsa czym jest najbardziej zainteresowany PSL.

Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że rozporządzenie dopuszczające rytualny ubój jest niezgodne z ustawa zasadniczą.

Europejskie Stowarzyszenie Żydów (EJA) w Brukseli zaapelowało do polskich i unijnych władz o zmianę tego orzeczenia. Rabbin Menachem Margolin wysłał w tej sprawie list do polskiego prezydenta i ministra sprawiedliwości z żądaniem uchylenia tej decyzji poprzez zmianę ustawy którą mają poprzeć „zaprzyjaźnieni z EJA” polscy posłowie których zadaniem jest wykonanie „na kolanach zlecenia EJA oczywiście za późniejsze profity z tego procederu. Na haczyk złapał się jako pierwszy Minister Rolnictwa który stwierdził że tak zwana grupa wyznaniowa stanowiąca 0.01% ma prawo dyktować z pełna butą swoje warunki populacji blisko 99% Polaków którzy mają na to płacić swoje podatki

Jednak aby to zrobić należy zdewastować dobrą Ustawę o Ochronie Zwierząt tak aby usunąć z niej zapisy niewygodne dla lobby ubojowego, blokujące ich interesy w Polsce! Minister Kalemba ochoczo przystąpił do działania angażując cała armię urzędników aby kombinowała przy ustawie,nie przeprowadził konsultacji społecznych ale wprowadził tzw” szybką ścieżkę” którą sfinansowali zainteresowani sprawą „ubojowcy”!

Drugim był Serafin który wysłał wiernopoddańczy list ministra Kalemby (kumpla z PSL) w którym w imieniu Kółek Rolniczych i wszystkich rolników poparł bezwarunkowo. zalegalizowanie uboju rytualnego w Polsce! Serafin liczy na duże zyski dla siebie i PSL dlatego uważa że firmy zaprzyjaźnione z PSL które będą dokonywać mordów rytualnych na zwierzętach nie mogą być za to karane. Niestety nie wspomniał nic na temat karania polskich rolników indywidualnych za naruszenie prawa o ochronie zwierząt ,prawa które ich będzie nadal obowiązywało a ubojowców rytualnych - nie !!!

W tej sprawie wyszła cała hipokryzja Serafina, które traktuje polskich rolników jako gorszych i głupszych a jego PSL jest tylko z nazwy polskie!!!

 

                                                          https://www.youtube.com/watch?v=6A5VINpy_Bw

                                                         https://www.youtube.com/watch?v=R5uc7Sq9rfg&t=2s

                                                         https://www.youtube.com/watch?v=jp1QpZcGpSE

 

AFERA TAŚMOWA w PSL! Władysław Serafin WIEDZIAŁ O KAMERZE? To on NAGRAŁ ROZMOWĘ?

 

                                    AFERZYŚCI ELIT                                                                          Peter Vogel (Pio...