środa, 18 lutego 2026

                                    AFERZYŚCI ELIT

                                                                  Marek Sawicki

 


(ur. 8 kwietnia 1958 w Sawicach-Dworze, pow. sokołowski) – polityk PSL i inżynier rolnik, od 1993 poseł na Sejm (II, III, IV, V, VI i VII kadencji). Od 2007 do 2012 minister rolnictwa i rozwoju wsi w pierwszym i drugim rządzie Donalda Tuska.

 

 Polski goj na u­słu­gach mię­dzy­na­ro­do­we­go lobby uboju rytualnego zwierząt (żydowskiego i muzułmańskiego), zwo­len­nik mor­dów ry­tu­al­nych czyli pod­rzy­na­nia zwierząt na żywca bez ich og­łu­sza­nia!

W 1983 ukończył studia na Wydziale Rolniczym Wyższej Szkoły Rolniczo-Pedagogicznej w Siedlcach. W 1996 ukończył studia podyplomowe w zakresie wspólnotowego prawa rolnego w Instytucie Prawa Rolnego Polskiej Akademii Nauk.

W 2006 obronił pracę doktorską poświęconą uprawie ziemniaka na Akademii Podlaskiej w Siedlcach.

W latach 1983–1986 był asystentem w Wyższej Szkole Rolniczo-Pedagogicznej w Siedlcach. Od 1987 do 1988 pracował jako inspektor w Cukrowni Sokołów Podlaski. W latach 1989–1990 był nauczycielem w Zespole Szkół Rolniczych w Sokołowie Podlaskim. W latach 1990–1996 pełnił urząd wójta gminy Repki, do 1994 zasiadał także w radzie gminy. W latach 1996–1997 pełnił w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Łączności, pełnomocnika rządu ds. telekomunikacji na wsi. Jest właścicielem indywidualnego gospodarstwa rolnego.

Od 1985 jest członkiem Związku Ochotniczych Straży Pożarnych, zasiadał w prezydium zarządu wojewódzkiego ZOSP.

Od 1988 należał do komunistycznego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego (Czerwoni ludowcy), a od 1990 jest członkiem Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Marek Sawicki swoją karierę rozpoczął pod koniec lat 80, wstępując za namową Waldemara Pawlaka (którego poznał działając w Ochotniczej Straży Pożarnej) do komunistycznego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego( Czerwoni ludowcy). W 1990 roku partia przekształciła się w Polskie Stronnictwo Ludowe, a sam Marek Sawicki został z ramienia ugrupowania wójtem gminy Repki. Urząd sprawował przez 6 lat. W między czasie został też wybrany na posła drugiej kadencji Sejmu, podczas której przez rok zajmował stanowisko sekretarza stanu w Ministerstwie Łączności.

Od 1997 roku zaczął zasiadać w najwyższych organach partii. Najpierw piastował urząd wiceprezesa Naczelnego Komitetu Wykonawczego PSL, następnie był sekretarzem Rady Naczelnej PSL, a w 2008 został ponownie wiceprezesem NKW partii. Przez większość czwartej kadencji Sejmu sprawował stanowisko szefa klubu parlamentarnego - do momentu, gdy latem 2004 roku zastąpił go Waldemar Pawlak. W tym samym czasie poniósł też kolejną porażkę, przegrywając wybory do Europarlamentu.

Mimo to Sawickiemu udało się dostać do Sejmu w kolejnej kadencji. Po przedterminowych wyborach w 2007 roku i zawiązaniu koalicji PO - PSL polityk objął w nowym rządzie stanowisko ministra rolnictwa.

Z pierwszej kadencji został zapamiętany przez opinię publiczną głównie ze stanowczego sprzeciwu wobec reformy KRUS-u. Z drugiej kadencji związany z aferą taśmową PSL, aferą solną, aferą suszu jajecznego i aferą uboju rytualnego!

16 listopada 2007 objął urząd ministra rolnictwa i rozwoju wsi w pierwszym rządzie Donalda Tuska. W wyborach w 2011 po raz szósty wybrano go do Sejmu. W drugim rządzie Donalda Tuska zachował stanowisko ministra rolnictwa i rozwoju wsi.

16 lipca 2012 media ujawniły nagranie rozmowy między byłym prezesem ARR Władysławem Łukasikiem i prezesem kółek rolniczych Władysławem Serafinem, w której pierwszy z nich sugerował m.in. nepotyzm i niegospodarność w spółkach Skarbu Państwa, jakich mieli się dopuszczać działacze PSL uznawani za związanych z Markiem Sawickim. Marek Sawicki złożył dymisję 18 lipca 2012. 26 lipca 2012 został odwołany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego ze stanowiska ministra rolnictwa i rozwoju wsi.

Afera Solna

Afera solna rozpoczęła się po tym, jak CBŚ i poznańska prokuratura ustaliły, że trzy firmy sprzedawały sól niejadalną, szkodliwą dla zdrowia, używaną m.in. do posypywania zimą dróg, jako sól spożywczą. Odbiorcami byli głównie odbiorcy hurtowi, ubojnie rytualne, wytwórnie wędlin, mleczarnie i piekarnie. Proceder mógł trwać nawet od 1997 roku.

Z ustaleń śledczych wyłania się cały obraz afery solnej. Na na terenie Wielkopolski nabywano sól wypadową, stanowiącą odpad przemysłowy, a następnie po osuszeniu, sól pakowana była w worki i sprzedawana jako pełnowartościowa sól spożywcza. Odbiorcami soli były zakłady na terenie Wielkopolski, w woj. kujawsko-pomorskim i mazowieckim.

Śledczy zajmujący się aferą solną podejrzewają, że do takiego procederu mogło dochodzić od kilku lat, a każda z firm wprowadzająca sól wypadową do obrotu, kupowała średnio około tysiąca ton miesięcznie tego produktu.

Minister rolnictwa Marek Sawicki nie ujawnił listy firm produkujących żywność z użyciem soli wypadowej – ze względu na ich powiązania z PSL! (sól taka była stosowana w ubojniach rytualnych w Polsce m.in. do uszlachetniania odpadów koszernych dla gojów czyli Polaków)

Sam zaś twierdził że sól wypadowa jest...smaczna i zdrowa!

Afera Suszu Jajecznego

Nieuczciwi przedsiębiorcy spod Kalisza latami igrali ze zdrowiem, a nawet życiem Polaków. Żeby sprzedać susz jajeczny z dodatkowym zyskiem, podrabiali go. Tak jak w przypadku fałszowanej soli polegało to na kupowaniu tańszego półproduktu. Były to... zepsute jaja. Strach pomyśleć, co jeszcze trafiało do fałszywego suszu. Wykryto w nim kawałki kości zwierząt, metale ciężkie. Z rynku wycofano 300 ton skażonej suszem żywności. To głównie ciasta, słodkie bułki, pączki, a także makarony, wędliny, pasztety, produkty uboju rytualnego, kluski śląskie, gotowe pierogi.

Niebezpieczne są zwłaszcza bakterie coli i salmonella. Wykryto też kadm i ołów. Fakt, że w suszu były groźne bakterie to już bardzo poważna sprawa. Taka żywność wywołuje ostre biegunki, które mogą prowadzić do odwodnienia - ostrzega ekspert.

Jak to możliwe, że proceder oszustów trwał latami? Według "Gazety Wyborczej" szef kaliskiego sanepidu to... szwagier właściciela firmy Viga, producenta fałszywego suszu! Do siedzib oddziałów inspektoratu sanitarnego w Kaliszu i Nisku weszli funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Właściciel Vigi Krzysztof Z. (56 l.) został zatrzymany.

Susz jajeczny, który jest do produkcji makaronów, wędlin, ale także ciast i pieczywa zawierał śladowe ilości jajek. Producent dosypywał do niego za to dużo suszu rybnego z dodatkiem wapnia i kurkumy. Produkt może być rakotwórczy.

Minister Sawicki pytany o to, czy Polacy dowiedzą się gdzie trafiał trefny susz jajeczny, zrzuca odpowiedzialność na prokuraturę – To jest ich decyzja, czy powiadomią społeczeństwo.

PSL było przeciwne ujawnieniu listy firm które stosowały taki susz jajeczny w swoich produktach!

Afera Taśmowa PSL

Wyprowadzanie z państwowej firmy gigantycznych funduszy, trak­to­wa­nie jej jako prywatnego folwarku, informacje o układach towarzyskich w urzędach - takie sprawy poruszali w rozmowie, były szef Agencji Rynku Rolnego Władysław Łukasik i polityk PSL Władysław Serafin. Sen­sa­cyj­ny zapis rozmowy opisujący pozbawione kontroli społecznej me­cha­niz­my zjawisk na styku polityki i biznesu publikuje "Puls Biz­ne­su".

 

Sawicki i Serafin – kumple z PSL

 

Andrzej Łukasik został odwołany z funkcji szefa Agencji Rynku Rolnego. W tym kontekście żali się Serafinowi opowiadając o sytuacji panującej w resorcie rolnictwa. Mówi, że na decyzję o odwołaniu podjętą przez ministra Marka Sawickiego, miał Andrzej Śmietanko, dyrektor generalny w państwowej spółce Elwarr, zajmującej się handlem zbożem, któremu utrudniał wyprowadzanie publicznych pieniędzy.

"Oni są tam zaprzyjaźnieni towarzysko, myślę, że biznesowo i w każdym innym obszarze. Także razem imprezują i w różny sposób to raz. On traktuje ten Elewarr(spółka należąca do ARR) jako swoją spółkę." - powiedział Władysław Łukasik, były szef Agencji Rynku Rolnego.

Łukasik wymienia nazwiska Dyrektora Generalnego Elewarru i członka rady nadzorczej jej spółki córki — TDM Arrtrans Andrzeja Śmietanko i Anity Szczykutowicz Dyrektora departamentu promocji i komunikacji ministerstwa rolnictwa kierowanego przez Marka Sawickiego.

"Także mecenas to jest słup. Ja nie chciałem się na to zgodzić, wymusili to na mnie z ministrem, że on ustępuje z prezesa. Bo ja wolę, żeby on był prezesem, a nie słup. A w ten sposób to słup wszystko mu firmuje. A to, co Andrzejek lubi, za nic on sam nie odpowiada. Wiesz, on sobie może wnioskować… On zawnioskował o wynagrodzenie 50 tysięcy złotych miesięcznie. Ja mu tego nie mogłem podpisać, ale ten słup mu podpisał. Miesięcznie..." - mówi były szef Agencji Rynku Rolnego o kulisach korupcji

"Ale nie tylko to sobie wpisał. On sobie wpisał, na przykład, że nie 1 proc. udziału w zysku, tylko 3 proc. będzie miał. Albo teraz to on uważa, że 10 proc. powinien mieć. W ogóle, że te pieniądze — tam jest 90 milionów na koncie — że to w ogóle wszystko jest jego. I on to, powiedzmy, w sposób bardzo taki różny to eksploatuje" - czytamy w scenogramie rozmowy opublikowanej przez "Puls Biznesu".

W rozmowie padają też nazwiska byłego wiceminstra pracy Mirosława Mielniczuka, Andrzeja Łuszczewskiego pełniącego obowiązki prezesa ARR.

"Więc oni wszyscy traktują to jako swój folwark teraz. Czy tam Mielniczuk taki, to teraz gabinet mu szykują" - ujawnia w rozmowie Łukasik.

"Chociaż formalnie według ustawy, to żebyś wiedział, to nie jest całkiem legalne p.o. [pełniącym obowiązki, chodzi o Łuszczewskiego — red.]. Dlatego, że w ustawie nie przewidziano czegoś takiego jak p.o. i premier właściwie powinien najpierw ogłosić konkurs, a potem dopiero zrobić, albo zmienić przepis. Ale tam pal sześć. Zrobili, jak zrobili. To będzie trwać dłużej, oni się nie będą śpieszyć z konkursem. Dlatego, że wygodnie jest dla Śmietanki, wygodnie jest dla tej całej bandy, tej grupy, żeby oni rządzili" - miał powiedzieć były szef szef ARR.

O sprawie miał być poinformowany minister rolnictwa - "...w listopadzie podszedłem i mówię, że tam współpracownicy różnie mówią o przemeblowaniu, przewietrzeniu...Jak ma tutaj minister jakiś inny pomysł… On mówi: nie słuchaj plotek, pracuj, jak coś, to będziemy rozmawiać" - relacjonuje Łukasik.

"On wymyślił, że on odejdzie z tego prezesa, bo tu go ustawa kominowa hamuje. Chociaż też ją tam całkiem nie przestrzegano w tym wypadku, bo on miał dziewięć średnich w sumie, dziewięć średnich plus udziały w zysku — uważał, że to jest mało — i nieograniczoną ilość kosztów, jakie sobie chcesz. Od Honolulu po wszystkie wyjazdy, cały świat, co chcesz. Nie wiadomo, co wszystko. Nieograniczona liczba. Jak coś, to refakturujesz jako usługi prawnicze, czy coś, bo tam są podpięte, wiesz, kilka firm, jeszcze jest Zamość podległe i te w Łodzi Atlas, czy dowolna ilość. Ale dobra, to tam ja taki upierdliwy nie byłem. Wymyślił, że on sobie wynagrodzenie praktycznie podwoi. I to było w tajemnicy przede mną." - mówi dalej

"Rada nadzorcza Elewarru, czyli Łuszczewski, Groszek i tam jeszcze Śmietanko, Szczykutowicz, o i tam jeszcze znajomi od niego są. Sąsiad do tej rady, on takich pobrał w tajemnicy pojechali do Mołdawii, tam była rada nadzorcza. Utworzyli przedstawicielstwo. No przedstawicielstwo mogli otworzyć. Pracownika zatrudnili tak jakiegoś tam. Natomiast, natomiast nie, samego kapitału nie wytransferowali. Ja zresztą rozmawiałem z tą prezes z Łodzi i mówiłem, że powinna mieć jakieś dokumenty trochę lepsze na… bo wiesz wysłać za granicę kilka milionów to ja się nie spieszę. Więc powiedziałem, że ja takiej zgody dla Elewarru nie daję. Ona jak chce niech sobie działa. Nie utworzyli tej spółki. Potem, za miesiąc się wygadał Śmietanko, jaki interes popsułem. On chciał te kilka milionów, żeby ta spółka w Mołdawii powstała i natychmiast przeniosła do innej spółki jako wkład 20 procent w spółce, gdzie byłby Polski Cukier, Pol-Mot i jeszcze ktoś i Elewarr miałby…" - zdradza kulisy afery Łukasik

"Śmietanko ma w tym udział jeden, drugi… bo on uważa, że cały, że cała ta spółka... On chce się tam okopać i uwłaszczyć. Tam w tej chwili jest około 80 milionów na koncie. Spółka jest warta, nie wiem, około 150-160 milionów, spółka ta Elewarr...On de facto tak to chce prywatyzować, żeby to było jego, żeby to było nieodwołalne i wiecznie jego. Czyli każda ich koncepcja jest dobra, w którym to się staje jego." - opowiada o planach uwłaszczenia spółki skarbu państwa.

Łukasik mówi o bezkarności tych działań - "NIK za bardzo się tego nie wnika. NIK tam patrzy, czy nie przekroczył ustawy kominowej. CBA itd. i ci inni, oni się tam takimi rzeczami tam na razie…. To jest totalnie bezkarne, to ci mówię." - czytamy w stenogrami rozmowy opublikowanej przez dziennik.

- "Włos mi dęba staje na głowie, Władek" - nie może uwierzyć Władysław Serafin, szef kółek rolniczych.

Cały stenogram dostępny stronach portalu "Puls biznesu". Gazeta podkreśla, że nie zna okoliczności utrwalenia rozmowy, ale ze względu na jej treść, czuje się w obowiązku ją upublicznić.

Afera Uboju Rytualnego

Afera wybuchła na początku 2013 roku na skutek prób„siłowego” zalegalizowania w Polsce, krwawego i okrutnego uboju rytualnego zwierząt pod naciskiem międzynarodowego lobby ubojowego, którego interesy reprezentuje Minister Rolnictwa – Stanisław Kalemba i PSL!!!

Rząd PO-PSL chce zalegalizowania uboju rytualnego, czyli podrzynania na żywca zwierząt bez ich ogłuszania. Minister rolnictwa zapowiedział, że ustawa zabraniająca tego procederu powinna zostać znowelizowana. Zdaniem Stanisława Kalemby jest to konieczne ze względu na poszanowanie grup wyznaniowych w Polsce które stanowią 0,01% populacji oraz utrzymanie rosnącego eksportu takiego mięsa czym jest najbardziej zainteresowany PSL.

Polski Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis rozporządzenia ministra rolnictwa, który pozwala na rytualne zabijanie zwierząt, jest sprzeczny z ustawą o ochronie zwierząt, a przez to - z konstytucją. Zakwestionowany przepis stracił moc prawną z końcem 2012.

Decyzja Polskiego Trybunału rozwścieczyła Europejskie Stowarzyszenie Żydów (EJA) w Brukseli , które zaapelowało do polskich i unijnych władz o natychmiastową zmianę tego orzeczenia, zgodnie z zaleceniami EJA. Rabbin Menachem Margolin wysłał w tej sprawie list do polskiego prezydenta i ministra sprawiedliwości z żądaniem natychmiastowego wykonania zalecenia EJA.

W swym liście udając naukowca stwierdził autorytarnie: Jest dowiedzione naukowo, że koszerne zabijanie zwierząt nie sprawia im bólu. Przeprowadzono wiele eksperymentów sprawdzających system nerwowy zwierząt, z których wynika, że nie czują one bólu albo wpadają w nagły szok, który nie dopuszcza sygnału bólu do mózgu z powodu nagłego spadku ciśnienia krwi w mózgu”. (jest to typowa retoryka nazistowska!)

Ubój rytualny, praktykowany w tzw. „kulturze judaizmu i islamu”, kulturze okrucieństwa i zła znajduje uzasadnienie w religijnej ortodoksji. Rytuał uboju należy do zbioru reguł, ściśle określających co jest właściwe, "czyste" (kosher, halal) a co niewłaściwe, "nieczyste". Reguły te, ich zakres i praktyczne szczegóły ich stosowania, są jednak dalece niejednolite i zmienne. Ubój rytualny zasadniczo wyklucza pozbawianie zwierzęcia przytomności. Z przyczyn trudnych do racjonalizacji, motywowanych tradycją, opartą na interpretacji świętych tekstów, choć nigdzie w nich nie jest jednoznacznie nakazany. Mordowane ubijane zwierzę traktowane jest jako uczestnik rytuału, co wymaga by było "czyste", tj. pozbawione chorób i wad, a taką właśnie był by brak przytomności. Mordowanie odbywa się głównie po to aby zaspokoić instynkty sadystyczne oprawców którzy dokonują tych mordów oraz nabić kasę ich zleceniodawcom czyli mułłom i rabinom oraz ich pośrednikom!

Dla Żydów i Muzułmanów przytomność i świadomość to „naukowo” stwierdzona wada i choroba!!!

W praktyce ubój ten polega na specjalnym unieruchomieniu zwierzęcia i przecięciu obu tętnic szyjnych razem z tchawicą i przełykiem. Jednak bez naruszenia kręgów i tętnic kręgowych, które podtrzymują ukrwienie mózgu,tak aby cierpiało jak najdłużej! W rezultacie zwierzę jest przytomne, cierpi i szamoce się w długiej agonii ku uciesze jej oprawców!

Od 2013 rozpoczęła się brutalna nagonka na Polskę i Polaków, bo międzynarodowe lobby ubojowego straciło nagle spore zyski z rynku polskiego!

W Polsce interesy lobby ubojowego, reprezentują goje z PSL oraz tercet egzotyczny czyli żydowska tajna organizacja B'nai B'rith (po hebrajsku: Synowie Przymierza) i Związek Wyznaniowy Gmin Żydowskich w RP oraz Muzułmański Związek Religijny w RP.

"Jewish Cronicle" - jedno z najstarszych pism żydowskich wydawane na Wyspach Brytyjskich alarmuje, że zakaz uboju rytualnego w Polsce może zagrozić dostawom mięsa koszernego i mięsa halal do szeregu państw islamskich a to poważne straty finansowe. Polska jest jednym z największych dostawców takiego mięsa spożywanego przez wyznawców judaizmu i islamu w Europie, Izraelu oraz Turcji. "Jewish Cronicle" donosi też o tym, że rynek koszernego jedzenia na Wyspach Brytyjskich, ale i na całym kontynencie "dostał poważny cios". "Polska to jeden z liderów w dostawach koszernego mięsa. Z niej pochodzi jedna piąta mięsa zjadanego we Francji i Izraelu" -Gazeta cytuje Henry'ego Grunwalda, przewodniczącego brytyjskiego stowarzyszenia "Szechita" dbającego m.in. o czystość mięsa pozyskiwanego z rytualnego uboju, który stwierdził, że "ta decyzja to zagrożenie dla żydowskiego sposobu życia".

Redakcja "Jewish Cronicle" stwierdza wyrok, który nadszedł z Polski, traktuje jako "kolejny w ostatnim czasie atak na praktyki wyznawane przez Żydów, po toczącej się w Niemczech batalii dotyczącej rytualnego obrzezania". "Ubój jest też zagrożony w kolejnych krajach, np. w Holandii i może się okazać, że wyrok ogłoszony w Polsce stanie siędrogowskazem dla innych krajów, które mierzą się z pozwami obrońców praw zwierząt"

Ze względu na olbrzymią korupcje w Polsce, międzynarodowe lobby żydowskomuzułmańskie znalazło - grupę polskich skorumpowanych i głupich gojów z PSL którzy za kasę wykonają krwawą i brudną robotę a nawet złamią polskie prawo!!!

Schemat korupcyjny jest prosty: lobby zleca PSL zalegalizowanie tego krwawego procederu, poprzez kupowanie przychylności urzędników i posłów RP aby wprowadzić do polskiego prawa zapisy zgodne z ich życzeniem. Ubojnie (PSL) dokonują krwawych mordów rytualnych na zwierzętach i eksportują tak pozyskane mięso na eksport do Izraela i krajów muzułmańskich. Zarobioną tak krwawo kasę przeznaczają na wsparcie PSL i lobbowanie w rządzie i parlamencie! Polskie goje wykonują brudną i krwawą robotę ale frykasy finansowe trafiają już tylko do zleceniodawców z lobby ubojowego!

Goje z PSL służą lobby ubojowemu zgodnie z zaleceniem rabina Owiada!

Rabin Owadia Josef, duchowy przywódca partii Szas (nacjonalistyczno-rasistowskiej) wchodzącej w skład koalicji rządzącej Izraelem oznajmił, że "goje rodzą się po to, by służyć Żydom". – Po co goje są tak naprawdę potrzebni? Będą pracować, będąorać, będą zbierać plony. My zaś będziemy tylko siedzieć i jeść jak panowie -zapowiedział rabin podczas przemówienia w synagodze. Potem porównał osoby, które nie są Żydami do... zwierząt pociągowych.

Zdaniem rabina, gdyby goje nie mogli służyć Żydom "nie mieliby po co istnieć".Tłumacząc zaś długowieczność ludzi pochodzenia nie-Żydowskiego rabin Josef użyłplastycznej metafory porównując takich ludzi do... osłów. – Wyobraźcie sobie, że zdechłwam osioł. Stracilibyście w ten sposób pieniądze. To jest taki sam sługa. Właśnie dlatego goj otrzymuje długie życie. By dobrze pracować dla Żyda - mówił rabin.

Afera uboju rytualnego w Polsce - to jedna z największych afer RP!

I etap tej afery - to tajne porozumienie Głównego Lekarza Weterynarii RP – Janusza Związka z naczelnym Rabinem Polski - Michaelem Josephem Schudrich z dn. 13.12.2011 przekazujące mu faktyczną kontrolę nad polskimi rzeźniami?! Z porozumienia tego wynika, że jednostka państwowa czyli Inspekcja Weterynaryjna przekazała nielegalnie i niezgodnie z prawem swoje ustawowe zadania w kwestii kontroli polskich ubojni - związkowi wyznaniowemu?! Rabin nie ukrywa radości z interesu jaki zrobił z polskim gojem i liczy na olbrzymie zyski. Całe to porozumienie ma charakter korupcyjny i ze względu na złamanie polskiego prawa, sprawą ta powinno zająć się CBA.

II etap afery to - tzw. „szybka ścieżka” którą wprowadził na życzenie lobby ubojowego, Minister Rolnictwa -Kalemba (PSL) chcąc w ten sposób ominąć prawo oraz wymagane szerokie konsultacje społeczne, zastępując je doraźną konsultacją z zaprzyjaźnionymi firmami i stowarzyszeniami, które są powiązane interesami z PSL i które kierując się tylko własnym zyskiem chcą zalegalizować ten okrutny proceder w Polsce. Lobby ubojowe które zleciło „szybką ścieżkę”kupiło sobie przychylność urzędników państwowych , którzy dokonali zmian w Ustawie o Ochronie Zwierząt zgodnie z ich zaleceniami, co ma charakter korupcyjny oraz przy okazji naruszyło ustawę lobbingową (sprawa dla CBA).

III etap to – „decyzja Premiera Tuska” który „umył ręce” mówiąc do PSL to wasz biznes nie mój, ulegając w ten sposób lobby ubojowemu, jedyną jego rozterką było to czy zwierzęta podrzynane na żywca cierpią czy nie i zastanawiał się jak można zbadać odczuwanie bólu w oparciu o ryk zarzynanych zwierząt!!! Ciekawostką jest fakt że kancelaria Premiera RP jest całkowicie kontrolowana przez żydowską tajną organizację B'nai B'rith (po hebrajsku: Synowie Przymierza). Decyzja Donalda Tuska w tej sprawie była ściśle związana z jego zabiegami o lukratywną posadę w Komisji Europejskiej o obsadzie której decyduje EJA(Europejskie Stowarzyszenie Żydów). Kontrakt był prosty stanowisko w zamian za zalegalizowanie procederu uboju rytualnego na eksport kontrolowany przez EJA!!!

IV etap to Sejm – to właśnie w nim zapadnie decyzja dlatego skorumpowane PSL próbuje przekupić innych posłów aby wsparli lobby ubojowe!

Polsce i Polakom odgrażają się ortodoksyjni Żydzi i islamiści, tak w kraju jak i zagranicą!Polacy mają być zakładnikami i niewolnikami we własnym kraju oraz służyć pokornie swoim „nowym panom” z lobby ubojowego!

Od 1 stycznia 2013 - Ubój rytualny nielegalny? Owszem. Teoretycznie. Tylko co z tego, skoro w rzeczywistości bestialski proceder kwitnie w najlepsze? Reporterzy Tomasza Sekielskiego przygotowali wstrząsający materiał. Ale minister rolnictwa Kalemba z PSL udaje, że o niczym nie wie, a raczej nie chce wiedzieć bo dotyczy to PSL!!!

To nie był program dla ludzi o słabych nerwach. Być może nawet nie powinien się ukazać przed 22. Tym niemniej ukazał się i ujawnił całe bestialstwo i cynizm środowisk czerpiących zyski z uboju rytualnego. Temat podjął program Tomasza Sekielskiego "Po prostu" (TVP1). Jak udowodnili jego reporterzy wiele polskich rzeźni mimo faktu, że od pierwszego stycznia tzw. ubój rytualny (a więc uśmiercanie zwierząt bez ogłuszania, poprzez podcięcie im gardła i wykrwawienie) jest prawnie zakazany - prowadzi ten biznes nadal. Mięsem z takiego uboju są zainteresowani ortodoksyjni Żydzi i muzułmanie. Reporterzy "Po prostu" udając biznesmenów nagrali szereg rozmów z właścicielami rzeźni i pośrednikami handlowymi, którzy oferowali im mięso halali. Bez większych problemów udało im się też kupić drób z uboju rytualnego. Wypowiadający się w programie minister rolnictwa Stanisław Kalemba (PSL) twierdzi tymczasem,że nic mu nie wiadomo, by do takich wypadków w Polsce dochodziło. Jednak nie kryje, że robi wszystko, by taki ubój ponownie zalegalizować. Sprawa była już rozpatrywana przez radę ministrów.

Program Sekielskiego ujawnił w jaki sposób PSL łamało prawo wspólnie z ortodoksyjnym Żydami i islamistami dla których polskie prawo nie ma najmniejszego znaczenia.

Minister Kalemba został zapoznany z materiałem o przestępstwach dokonanych przez takie ubojnie i ich klientów i powinien natychmiast zgłosić ten fakt Prokuraturze !!! Jeżeli nie zgłosił takiego przestępstwa to on również podlega odpowiedzialności karnej zgodnie z kodeksem karnym!

W programie pokazano też zdjęcia z przeprowadzania takiego uboju. Pochodzą z materiałów szkoleniowych dla studentów weterynarii.

Są porażające. Dla­te­go po­win­ny zos­tać po­ka­za­ne tak­że par­la­men­ta­rzys­tom, którzy niebawem będą głosować w sprawie zalegalizowania tego procederu. Obowiązkowo!

28 maja 2013 podczas obrad sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi ujawniono kolejną aferę związaną z ubojem rytualnym!!!

Ujawniono że tylko 20-30% mięsa z jednego tak okrutnie zamordowanego zwierzęcia to mięso koszerne i jako „frykasy” idzie na eksport do Izraela i krajów islamskich? Reszta mięsa z tego zwierzęcia, które umiera w okrutnych męczarniach, to odpad koszerny dla gojów-Polaków! Po odpowiednim przerobieniu i wymieszaniu trafia na polskie stoły jako zdrowa i smaczna polska żywność ! Prawdopodobnie też i te ubojnie były zamieszane w aferę solną PSL (minister Sawicki) czyli używania soli drogowej do „uszlachetniania” mięsa i wędlin zamiast soli spożywczej. Ubojnie prowadzące ubój rytualny również celowo nie oznaczają swoich”produktów” aby oszukiwać w ten sposób konsumentów którzy prawdopodobnie nie kupowali żywności z takich firm a to też jest przestępstwem!

Dlaczego konsumenci nie są o tym informowani? Dlaczego Ministerstwo Rolnictwa trzyma to w tajemnicy?

Ubój halal to „miejsca pracy” tylko dla muzułmanów (tylko muzułmanin może tak okrutnie zabijać poprzez wypowiedzenie praktycznie szahady) zwierzęta zabijane są okrutnie i na żywca. Krew żyje a zwierzęta walcząc o życie dodatkowo pochłaniają duże ilości tlenu dodatkowo dotleniając swoją krew czyli dodając sobie energii (dotleniając mózg układ nerwowy i komórki ciała) i przedłużając bólu czyli agonię uśmiercania.

Żydzi do uboju koszer zatrudniają przeważnie skorumpowanych i chciwych gojów którymi sami pogardzają!

Polacy są przeciwni zalegalizowaniu uboju rytualnego wg CBOS z maja 2013 roku - 65 procent jego uczestników uznało, że prawo nie powinno dopuszczać uboju rytualnego i ta tendencja jest wzrostowa, obecnie szacuje się że już ponad 80% Polaków jest zadeklarowanymi przeciwnikami zalegalizowania uboju rytualnego zwierząt w Polsce!

Według pisma do którego dotarła "Rzeczpospolita", w resorcie Sawickiego szerzył się nepotyzm, dochodziło do licznych nadużyć przy przetargach, a z publicznych pieniędzy finansowano kampanie samorządowe i parlamentarne - w tym ministra.

- Część zawartych tam informacji się potwierdziła i została wykorzystana w innych kontrolach - powiedział rzecznik NIK Paweł Biedziak.

Jedną z tych informacji jest ta, że w Departamencie Rozwoju Obszarów Wiejskich, o którą starała się blisko setka kandydatów, wygrała córka bardzo znanego działacza PSL i znajomego ministra. Pracę w resorcie miały też dostać siostry spokrewnione z ministrem, a jeden z konkursów dyrektorskich wygrała nawet córka nauczycielki Sawickiego - pisze "Rz".

Mówi także o wątpliwościach związanych z finansowaniem spotów reklamowych i kampanii wyborczej samego ministra Sawickiego. Zarzuty do ministra i jego protegowanych dotyczą także licznych nadużyć finansowych w spółce Elewarr, która podlega pod Agencję Rynku Rolnego, a ta bezpośrednio ministrowi.

CBA ma listę co najmniej 51 krewnych, którym Sawicki załatwił intratne posady państwowe.

Nie róbcie nagonki na rolników! - grzmiał minister rolnictwa, Marek Sawicki (PSL). A po chwili, na tym samym oddechu, zaatakował... studentów! I oświadczył, że skoro żąda się od zamożnych rolników wyższych składek na KRUS, to także bogaci studenci też powinni zacząć płacić składki zdrowotne na ZUS.

Polityka PSL tak rozjuszył wyrok Trybunału Konstytucyjnego (2010), według którego opłacanie z budżetu państwa składki zdrowotnej wszystkich rolników, niezależnie od ich przychodów, jest niezgodne z konstytucją, a rząd ma 15 miesięcy na zmienienie tego.
– Nie wszyscy studenci są biedni – zauważył więc minister rolnictwa, argumentując, że jeżeli budżet przestanie łożyć na składkę zdrowotną rolników, powinien przestać też łożyć i na ubezpieczenie studiujących.
Studenci są oburzeni. – Bardzo wielu z nich żyje z miesiąca na miesiąc, ledwo wiążąc koniec z końcem. Przymus dodatkowego opłacania składki zdrowotnej mógłby oznaczać, że nie mogliby studiować – wyjaśnia Patry Stanisz, przewodniczący Rady Naczelnej Zrzeszenia Studentów Polskich.

Ceny żywności rujnują kieszenie Polaków, nieuczciwi handlowcy wciskają nam w sklepach przeterminowane produkty, a pazerni ubojowcy i producenci wędlin robią parówki ze zmielonych kości i skór oraz odpadów koszernych po uboju rytualnym. Jak reaguje minister rolnictwa, który sprawuje pieczę nad polskim rynkiem spożywczym?

Marek Sawicki - reklamuje się w telewizji, w spocie, który według mediów kosztuje nawet trzy miliony złotych.

Aktorstwo szefa resortu rolnictwa można było podziwiać w autoreklamie emitowanej w TVP, m.in. w przerwach meczów Euro 2012, czyli najdroższym czasie antenowym. Według portalu onet.pl, reklamówka Sawickiego może kosztować nawet 3 mln zł! Co pokazuje? Uśmiechniętego ministra, który zachwala polskie plony oraz informację, że Polska produkuje zdrową żywność.

Jakie korzyści daje ten drogi klip Polakom? Żadnych. A ministrowi Sawickiemu? Ogromne, bo przed milionami Polaków chwali się swoimi „osiągnięciami”. Szkoda tylko, że w reklamie zapomniał powiedzieć, że ta zdrowa żywność kosztuje krocie, a Polacy w pogoni za niskimi cenami kupują produkty spożywczopodobne. Choć akurat na to Sawicki ma nich poradę – powinni kupować... drogą żywność. – Jeśli sugerują się tylko ceną, to być może kupują produkty spożywczopodobne, a niekoniecznie zdrowe i wartościowe pod względem żywnościowym – stwierdził minister.

yły minister rolnictwa Marek Sawicki nie czuje żadnej odpowiedzialności za aferę Polskiego Stronnictwa Ludowego. - Od strony prawnej czuję się niewinny, od strony moralnej także - oznajmił polityk PSL. Sawicki dodał także, że żałuje, iż media nagłośniły sprawę taśm PSL.

Sawicki nie czuje się winny, jednak podał się do dymisji. Zapytany o powody swojej rezygnacji odparł wymijająco, że to "ten system sprawowania władzy jest powszechny".

Były minister usprawiedliwił także sprawę nepotyzmu politycznego w jednym zdaniu. - Jeśli jest obszar, gdzie pracuje kilkanaście tysięcy ludzi, to wyeliminowanie zatrudnienia kogoś znajomego czy kuzyna nie jest łatwe - wyjaśnił Sawicki.

O Marku Sawickim

  • Sawicki nie tylko nie pokajał się i za swoje karygodne niedbalstwo, nie przeprosił, lecz cynicznie wytoczył mi proces. Zażądał przeprosin, odwołania zarzutów i 10 tysięcy złotych na rzecz PCK. Dziś Sąd Okręgowy w Łodzi oddalił powództwo Sawickiego przeciwko mojej skromnej osobie o ochronę rzekomo naruszonych dóbr osobistych. Oddalił - to za mało powiedziane. Sąd powództwo to zmiażdżył.

Autor: Janusz Wojciechowski
Źródło: Janusz Wojciechowski: bez wyrównania dopłat polska wieś zginie , rp.pl, 5 maja 2011

  • Znacząca liczba rolników została skrzywdzona przez rozporządzenie ministra rolnictwa. Jest ono niezgodne z ustawą ustalającą zasady, jakie powinny obowiązywać wszystkich, a także sprzeczne z Konstytucją, bo różnicuje rolników na lepszych i gorszych. Minister nie zadbał o wystarczającą ilość środków na ten cel i postanowił zmienić zasady przyznawania rent strukturalnych w trakcie trwania programu. To niedopuszczalne, gdyż z rolników spełniających te same kryteria jedni dostali renty, a inni nie.

Autor: Lucjan Cichosz
Źródło: Rolniku, nie przegap renty , naszdziennik.pl, 26 lipca 2011

A co o polskim goju Sawickim mówi rabin Owiada z Izraela?!
"...to zwierze pociągowe, gdyby ten goj nie mógł służyć Żydom to nie miałby po co istnieć!"

 

                                                             https://www.youtube.com/watch?v=6A5VINpy_Bw

                                                             https://www.youtube.com/watch?v=R5uc7Sq9rfg&t=35s

                                                             https://www.youtube.com/watch?v=I-xIljAg2Xs&t=40s

                                                             https://www.youtube.com/watch?v=jp1QpZcGpSE

 

 

Dokąd zmierzasz, Polsko?

Od 36 lat trwa niewypowiedziana wojna przeciwko społeczeństwu polskiemu, zainicjowana przez ludzi „Solidarności”, a kontynuowana przez polityków z różnymi znaczkami w klapach. Politycy – niezależnie od tych znaczków – mają mentalność sprzedawczyków, skłonnych za różne dobra być na usługach wrogów. Do tego dochodzą medialne pieski na łańcuszkach, szczekające na każdego, kto ma inne poglądy.

Statystyka już dawno zapaliła czerwone światło, lecz oni udają, że tego nie widzą – dla nich liczy się walka o pozostałe ochłapy. Nie znają realnego życia. Bo na przykład na co może sobie pozwolić emeryt z emeryturą 1730 zł miesięcznie, jeśli kwota ta nie wystarcza na opłaty, lekarstwa, żywność i ubranie? Jak w takiej sytuacji żyć? Medialne pieski dzielnie wtórują politykom i rozprawiają o finansach, a jednocześnie w TVP podaje się, że 1/3 Polaków żyje poniżej progu nędzy. Jeśli wszyscy decydenci są tacy, to wiadomo, skąd ta nędza trwająca od 36 lat i dlaczego cofamy się w rozwoju, bez widocznego końca. Jednak to nie jest szczyt bezczelności rządzących – według nich suma 1100 zł miesięcznie w zupełności wystarcza na przeżycie.

Pewien gość w czerwonej czapeczce (nie mylić z Czerwonym Kapturkiem) zachowuje się raczej jak wilk i uwielbia często zmieniać poglądy. Doszedł do wniosku, że po stokroć taniej jest zapłacić sprzedawczykom, by doprowadzili Polskę i świat do zagłady, a przy okazji zrobić geszeft stulecia. Postępuje według zasady: „Kochajmy się jak bracia, ale liczmy się jak Izraelici”. Mam tu na myśli sprzedaż złomu wojskowego jako wyjątkowo zaawansowanego sprzętu n-tej generacji. Przykład: Ukraina kupiła samoloty F-16 oraz czołgi Abrams M1 z armatą 105 mm. F-16 są zestrzeliwane przez rosyjskie samoloty mające 40 lat i wywodzące się z ZSRR. Abramsy z kolei są dziurawione przez armaty rosyjskich T-72, również wywodzących się z ZSRR. Najlepszym czołgiem w warunkach ukraińskich okazuje się modyfikacja T-72 wykonana przez Polaków. Mogliśmy kupować czołgi z Korei Południowej – K2 – ale Amerykanie je zdyskredytowali, twierdząc, że mają słaby pancerz, ponieważ są lekkie. Prawda jest taka, że pancerz wykonany jest z nowego rodzaju ceramiki, znacznie lżejszej od stali stopowej.

Zamiast wypracowywać porozumienia, ustanowiono internet jako gigantyczną tubę propagandową, by zagłuszać zdrowy rozsądek i przekonywać opornych, że nie mają racji. Niepokornym zafundowano wojny pseudo-wyzwoleńcze. Wrodzy mocodawcy nie mogą przecież czekać wiecznie na wykończenie Polaków, więc uchwalono, że ma być wojna z Rosją. Tymczasowo musi wystarczyć „wspaniałe kapitalistyczne jedzonko” z bogatą wkładką trucizn w pożywieniu.

Mało tego – nasz największy patriota i sympatyk USA, prezydent Karol Nawrocki, zwolennik zakupów w USA wszystkiego, co potrzebne Wojsku Polskiemu (bo przecież USA ma wszystko najlepsze), lansuje teraz pomysł, by za 1 miliard dolarów zasiadać w Radzie Pokoju, która w praktyce miałaby być Radą Legalizacji Ludobójstwa na masową skalę. Absolutnym hitem jest marzenie o polskich bombach jądrowych.

Ale do rzeczy: czy warto się sprzeczać, kto zdradza Polaków i Polskę? Czy ma znaczenie, pod czyim batem będziemy się uginać? Kto ma dawać pseudo-ochronę Polakom i Polsce za miesięczną opłatą 5 tysięcy zł za jednego żołnierza USA? Wydaje mi się, że najwyższy czas skończyć tę jałową dyskusję, która – poza regresem w każdej dziedzinie – nie przynosi nic dobrego Polakom i Polsce, a jedynie sprzedajnym politykom z różnymi znaczkami w klapach, udającym świętych albo patriotów. Bo jedynym naprawdę dobrym wyrobem powstałym w ciągu tych 36 lat jest obecny prom Jantar Unity.

Może by tak zwyczajnie, po gospodarsku, postawić dosłownie we wszystkim na Polaków?

Przecież część polityków – sympatyków USA – teoretycznie powinna zaakceptować rozwiązanie zastosowane przez prezydenta Johna Kennedy’ego. Problem polegał na tym, że w tamtym czasie USA w dziedzinie podboju kosmosu odstawały od ówczesnego ZSRR. Chcąc wygrać wyścig, Kennedy zaapelował do narodu: jeśli ktoś ma jakiekolwiek rozwiązania lub choćby pomysły, niezależnie od wykształcenia czy jego braku, niech zgłosi się do odpowiedniej komisji i przedstawi swoją wizję. Tak powstała NASA. Rezultat? Amerykanie byli pierwsi na Księżycu.

Wracając do czasów dzisiejszych: zamiast ślepo trwać w sojuszu z USA i UE, które dbają przede wszystkim o własne interesy, powinniśmy się zastanowić. W obecnym świecie trwa wojna o surowce, zwłaszcza o zasoby rudy miedzi, której zaczyna brakować – konflikt ten ma być rozpętany przez USA.

Powinniśmy myśleć realnie, a nie życzeniowo: lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Aby tak się stało, musimy wyzwolić się od urojonego, chorego myślenia o innych i przestać udzielać im dobrych rad, skupiając się na własnych sprawach.

Aby to osiągnąć, trzeba utworzyć naprawdę wolne media, które umożliwią publikację scenariuszy naprawy Polski – nie drogą rewolucji, lecz demokratycznie. Nie powinno być w nich miejsca na pyskówki, porachunki osobiste czy międzypartyjne, ani na wciskanie Polakom propagandowego „chłamu” i zatruwanie umysłów czytelników. Powinny opisywać wyłącznie tanie i szybkie sposoby wyjścia z kryzysu, bo lada moment to, co nazywa się III RP, może się zawalić. I żadne USA, NATO, UE ani wiara nie pomogą. Polska próbuje balansować między NATO a dominacją USA – i to może się zemścić. Historia zawsze wystawia rachunek za głupotę.

Jestem przekonany, że Polaków stać na wystąpienie z UE i NATO, aby nie niszczyć polskiej gospodarki i stworzyć system bezpieczeństwa zdolny reagować natychmiast, bez uzgadniania czegokolwiek z „fałszywym gospodarzem”. Bo kto najlepiej będzie strzegł Polaków i Polski, jeśli nie polski żołnierz i żołnierka, mający rodziny i dzieci w Polsce, wyposażeni w broń zaprojektowaną i wyprodukowaną w kraju – na potrzeby Polski – i odpowiednio wyszkoleni?

Projekty takiego sprzętu dla wojska powstawały w latach 1995–2015, a więc minęło już 30 lat. Gdyby zostały zrealizowane, postawiłyby nasz przemysł zbrojeniowy na pierwszym miejscu na świecie, ponieważ do tej pory – jak twierdzą ich zwolennicy – nie mają odpowiedników nawet w teorii.

Autorstwo: niecowiedzacy
Źródło: WolneMedia.net

wtorek, 17 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                     Beata Dorota Sawicka

 

(ur. 23 marca 1964 w Oławie) – po­li­tyk, z wykształcenia na­uczy­ciel­ka, posłanka na Sejm V kadencji z listy Platformy Obywatelskiej. A­fe­rzys­tka która przyjęła 50 tyś. ła­pów­ki!

W 1995 ukończyła pedagogikę na Uniwersytecie Opolskim. W 1997 ukończyła także studia po­dyp­lo­mo­we z pedagogiki readaptacji, mediacji i negocjacji na tej samej uczelni. W 1999 została starszym wizytatorem w Kuratorium Oświaty we Wrocławiu.

W latach 1997–2000 należała do Unii Wolności. W 2001 przystąpiła do Platformy Obywatelskiej w Jeleniej Górze. Była członkiem władz re­gio­nal­nych i krajowych tej partii.

W wyborach parlamentarnych w 2001 bez powodzenia ubiegała się o mandat poselski, a w wyborach w 2005 została wybrana do Sejmu z okręgu legnickiego, uzyskując 8764 głosy. W Sejmie V kadencji pracowała w Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych oraz Komisji do Spraw Kontroli Państwowej. Od 10 lipca 2007 do 11 października 2007 zasiadała w Radzie Służby Publicznej przy Prezesie Rady Ministrów.

1 października 2007 została zatrzymana przez funkcjonariuszy CBA w związku z podejrzeniem przyjęcia korzyści majątkowej za próbę tzw. ustawienia przetargu publicznego, wspólnie z burmistrzem Helu Mirosławem Wądołowskim. Posłanka została zatrzymana po odebraniu drugiej raty pieniędzy. 16 października 2007 na konferencji zorganizowanej przez szefa CBA przedstawiono część materiałów operacyjnych. Na zaprezentowanym materiale filmowym uwidoczniono, jak posłanka przyjęła torbę z ustaloną wcześniej, pierwszą ratą w wysokości 50 tys. zł.

Agent Tomek (36 l.) z CBA tak uwodził posłankę Beatę Sawicką (48l.), że ta była mu gotowa oddać się na plaży. Do zbliżenia w ostateczności nie doszło, bo agent dosłownie w ostatniej chwili... uciekł z wydm na Helu.

– Za dużo wypiłem, przepraszam – tłumaczył oblubienicy swą rzekomą niemoc. Pikantne szczegóły operacji specjalnej CBA wyszły na jaw podczas procesu sądowego oskarżonej o korupcję byłej posłanki.

Sawicka wybrała się z agentem Tomkiem nad morze w czerwcu 2007 r. Znali się już od zimy i byli ze sobą bardzo blisko. Pojechali na Hel, gdzie zatrzymali się w hotelu. Tutaj zaczął się wyjątkowo romantyczny wieczór. Przy winie, wyśmienitym jedzeniu, wspólnych śpiewach i tańcach spędzali upojne chwile. – Jesteś cudowna – szeptał Sawickiej udający biznesmena agent. W restauracji bawili się do 4 nad ranem. Wtedy postanowili pójść na plażę. Tam omal nie doszło do zbliżenia. W ostatniej chwili agent Tomek uciekł z plaży.

– Przepraszam, za dużo wypiłem... nie mogę. Muszę wrócić do hotelu – tłumaczył się Sawickiej.

posłankę samą na plaży i czmychnął do pokoju. Wiedział, że zgodnie z instrukcją operacyjną CBA nie może przekroczyć granicy fizycznego zbliżenia, bo zabrania tego prawo. Ale postanowił pocieszyć zasmuconą, porzuconą nad brzegiem morza posłankę.

– Przepraszam cię, wiem, co czujesz – mówił jej potem. – Coś takiego zrobić kobiecie... wybacz mi.

– Na plaży nie doszło do zbliżenia, bo agent w ostatniej chwili się wycofał – potwierdza mecenas Jacek Dubois, obrońca Sawickiej.

Po tym incydencie na plaży agent Tomek nieco złagodził swą intensywność w bliskich kontaktach z Sawicką. – Został „wycofany” przez Biuro, bo sprawy zaszły za daleko. Sawickiej powiedział, że na jakiś czas musi wyjechać w interesach, a jego sprawy poprowadzi kuzyn. CBA wprowadziło do akcji na jakiś czas drugiego agenta.

Beata Sawicka (mężatka) przyznała przed sądem, że jej znajomość z agentem Tomkiem miała charakter damsko-męski. – Wykorzystał moją seksualność – mówiła. – Podstawiono mi młodego, przystojnego mężczyznę, z którym się najpierw zaprzyjaźniłam, a potem uległam fascynacji i zauroczeniu.

Sam agent w rozmowie z Faktem nie chciał odnosić się do szczegółów swych działań i zapowiedział, że wypowie się dopiero po wyroku sądu. Prokurator za korupcję domaga się dla Sawickiej 5 lat więzienia.

W swoim oświadczeniu wydanym 17 października 2007 Beata Sawicka zasugerowała, że została wytypowana i uwikłana w sytuację korupcyjną, przez mającego nieszablonowo działać funkcjonariusza CBA (którym okazał się Tomasz Kaczmarek, określany jako "agent Tomek") przy pomocy "miłych i czułych sms-ów, kwiatów" oraz "upominków". Sugerowała, że została uwiedziona i zmanipulowana. Szef CBA Mariusz Kamiński nazwał te informacje oszczerstwem i podkreślił, że wszystkie spotkania agenta CBA z Beatą Sawicką są udokumentowane. Beata Sawicka złożyła zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, wskazując, że funkcjonariusze CBA, "uciekając się do wyrafinowanych i nieetycznych praktyk, przekraczając swoje uprawnienia, mogą bezkarnie wzbudzać u obywateli zamiar popełnienia przestępstwa". Postępowanie w tej sprawie umorzono w 2010 wobec niestwierdzenia znamion czynu zabronionego i uznania, że funkcjonariusze działali w ramach prawa.

5 listopada 2007 w Poznaniu Beata Sawicka po zakończeniu kadencji została ponownie zatrzymana przez funkcjonariuszy CBA. 7 listopada Sąd Rejonowy w Poznaniu odrzucił wniosek o jej tymczasowe aresztowanie oraz uznał zatrzymanie za bezzasadne. 19 listopada 2007 Sąd Okręgowy w Poznaniu, uwzględniając częściowo zażalenie prokuratora, zdecydował, że musi ona wpłacić 300 tys. zł poręczenia majątkowego, co była posłanka bezproblemowo uczyniła. W czerwcu 2008 akt oskarżenia w tej sprawie został skierowany do sądu. Przewód sądowy w procesie karnym rozpoczęto 5 października 2009. 18 kwietnia 2012 w mowie końcowej prokurator wniósł o wymierzenie jej za korupcję oraz nakłanianie do płatnej protekcji kary 5 lat pozbawienia wolności i 54 tys. zł grzywny.

Wyrokiem z 16 maja 2012 została przez sąd I instancji uznana za winną popełnienia zarzucanych jej czynów i za to skazana na karę 3 lat pozbawienia wolności, pozbawienie praw publicznych na 4 lata, przepadek uzyskanej korzyści majątkowej oraz grzywnę.

Sąd Apelacyjny w Warszawie w 26 kwietnia 2013 zmienił zaskarżony wyrok i prawomocnie uniewinnił Beatę Sawicką od popełnienia zarzucanych jej czynów. Według ustnych motywów orzeczenia podstawą takiej decyzji było uznanie działań operacyjnych stosowanych przez funkcjonariuszy CBA za nielegalne. Sąd ten potwierdził ustalenia co do faktu, iż Beata Sawicka przyjęła korzyść majątkową (łapówkę ), za co odpowiada za to tylko moralnie ale nie karnie!

W związku z toczącym się postępowaniem w 2010 Beata Sawicka złożyła dwie skargi konstytucyjne, w sprawach których Trybunał Konstytucyjny w 2012 umorzył postępowania.

Ja tego wyroku nie akceptuje – powiedział na konferencji prasowej były szef CBA Mariusz Kamiński. "Wyrok jest sprzeczny z elementarnym poczuciem sprawiedliwości i przyzwoitości Działania CBA były w pełni legalne. Każde działanie było podejmowane za zgodą sądu – dodał Kamiński.

Jest mężatką, ma jedno dziecko.

poniedziałek, 16 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                          Dariusz Przywieczerski

                                                      Dariusz Tytus Przywieczerski (ur. 8 maja 1946 we Włocławku).

 

Ko­mu­ni­sta, biznesmen, w prze­szło­ści notowany na liście 100 naj­bo­ga­t­szych Polaków "Wprost" (najwyższe w roku 1994 - 32.), skazany w aferze FOZZ. Do dziś poszukiwany jest listem gończym.

Jego ojciec, Edmund, pracował po wojnie w resorcie handlu za­gra­ni­cz­ne­go. Dariusz Przywieczerski ukończył szkołę podstawową w Falenicy. Po maturze wstąpił do komuistycznej PZPR, należał do niej aż do 1989. Stu­dio­wał na SGPiS w Warszawie.

Po studiach pracował w Centrali Handlu Zagranicznego "Paged", gdzie szybko został zastępcą dyrektora. Od 1974 pracował w Komitecie Cen­tra­l­nym PZPR. W 1980 został radcą handlowym ambasady PRL w Nairobi. Zarabiał pieniądze na dostawach kawy i herbaty do sąsiedniej Ugandy. Po powrocie do kraju w 1985 został dyrektorem firmy "Universal", eksportera AGD.

Po 1989 nadal kierował Universalem. W lipcu 1992 wprowadził Universal na Giełdę. Firma została z Giełdy wyrzucona w 1998 za notoryczne łamanie obowiązku informacyjnego.

W 1989 założył Bank Inicjatyw Gospodarczych (obecnie Bank Millennium). W 1994 kupił za 300 mld starych złotych 20% akcji Polsatu.

Był jednym z zamieszanych w sprawie FOZZ, doradzał jego prezesowi Grzegorzowi Żemkowi. W 2005 został skazany na 3,5 roku więzienia oraz 330 tys. zł grzywny za wyprowadzenie z Funduszu około 1,5 mln dolarów. Przebywał wówczas na Białorusi, skąd uciekł do Londynu, potem do No­we­go Jorku, skąd uciekł w nieznanym kierunku.

Do dziś poszukiwany jest listem gończym.

W 2008 roku ustalono jego miejsce pobytu na USA, a urzędnicy Mi­ni­ster­stwa Sprawiedliwości odpowiadający za wnioski o ekstradycje, dysponują jego adresem i aktualnym numerem telefonu. Przedstawiciele władz USA nie chcą wydać poszukiwanego, a proces ekstradycyjny ciągnie się od kil­ku lat.

Występował w telewizyjnych reklamówkach jako Napoleon. Był nawet po­dob­ny: niewysoki, pulchny, z szeroką twarzą i wielkim podbródkiem. Tak oto Dariusz Tytus Przywieczerski reklamował Universal, pierwszą spry­wa­ty­zo­wa­ną centralę handlu zagranicznego.

W 1990 r. Universal wyemitował akcje i stał się symbolem sukcesu w ka­pi­ta­li­z­mie. W styczniu 1999 Komisja Papierów Wartościowych usunęła jego akcje z publicznego obrotu, co oznacza opuszczenie giełdy. Ukarała go za to, że nie informował akcjonariuszy o wszystkich transakcjach. Długi Uni­ver­sa­lu przekroczyły 300 mln zł.

Pracowali u niego i robili z nim interesy PRL-owscy ministrowie i dzia­ła­cze SdRP

Po maturze wstąpił do PZPR. Członkiem partii komunitycznej został do jej rozwiązania.

W 1967 r., mając 21 lat, dostał pracę w Centrali Handlu Zagranicznego "Pa­ged", która eksportowała drzewo, papier, meble. Skończył studia w Szko­le Głównej Planowania i Statystyki i awansował na zastępcę dyrektora Pagedu.

Przyznał się w 1995 r., że pracował w Komitecie Centralnym PZPR: "Zostałem tam oddelegowany na dwa lata 1974-76 i nie uważam tego za okoliczność obciążającą".

W czerwcu 1976 KC wysłał Przywieczerskiego do Radomia, by zbadał nastroje przed podwyżkami cen szykowanymi przez ekipę Gierka. Po og­ło­sze­niu podwyżek radomscy robotnicy wyszli na ulice. - Przywieczerski prze­ma­wiał do załogi Zakładów Metalowych im. gen. Świerczewskiego "Walter" - mówi Jacek Indelak, autor scenariusza filmu dokumentalnego "Miasto z wyrokiem" (powstał w 1996 r.). - Przemówienie odtwarzano z radiowęzła.

"Mówi Dariusz Przywieczerski, opiekun województwa radomskiego z ra­mie­nia Komitetu Centralnego partii. Uczciwą pracą, tak jak uczciwi ludzie, wyrazimy swoje poparcie dla towarzysza Gierka...”

 

                                         Radom Miasto z wyrokiem Czerwiec 1976 from MrArpone on Vimeo.


Janusz Prokopiak, ówczesny I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Radomiu, tłumaczy: - Nie znam tego przemówienia. Przywieczerski szu­kał kontaktu z ludźmi, chciał zyskać ich zaufanie

"Kim jestem? Hedonistą" - wyznał Dariusz Tytus Przywieczerski " "Ja nie lubię wydawać pieniędzy. Lubię je mieć. Sam fakt ich posiadania i mo­ż­li­wość pomnażania dają mi przyjemność".

Opowiedział także, jak zarobił pierwszy milion dolarów. Było to w Afryce, dokąd pojechał w 1980 r. jako radca handlowy Ambasady PRL w Nairobi: "Wtedy obowiązywała tzw. umowa kawowa: producenci kawy i herbaty byli ograniczeni kwotami eksportowymi oraz cenami minimalnymi. Jed­no­cze­ś­nie np. w Ugandzie, gdzie była wojna, codziennie tysiące ton używek prze­je­ż­dża­ło nielegalnie przez granicę. Moja działalność nie do końca była zgo­d­na z prawem, ale wtedy bardzo niewiele można było zrobić zgodnie z pra­wem".

Przywieczerski został mianowany dyrektorem Universalu w 1985 r., po po­wro­cie z Afryki. Universal był już od dwóch lat spółką prawa handlowego: 51 proc. miał skarb państwa, resztę - państwowe fabryki, które przez Uni­ver­sal eksportowały. Jednym z udziałowców była Fabryka Lin i Drutu "Dru­met" we Włocławku. Jej dyrektor Marek Olewiński (były poseł SdRP, były szef komisji przekształceń własnościowych) zasiadał wówczas w radzie nadzorczej Universalu.

 

Marek Olewiński
 
 Marek Olewiński odszedł z posady dy­rek­to­ra Drumetu w 1990 r. We wrześniu 1991 został szefem spółki Universal Ku­ja­wy Trade, założonej przez Przy­wie­czer­skie­go we Włocławku. Spółka otworzyła mar­ket spożywczy i hurtownię AGD. Ale mia­ła kłopoty finansowe. Olewiński zre­zy­g­no­wał w 1992r., rok później spółka splaj­to­wa­ła.

W 1989 r. Przywieczerski startował do Se­na­tu jako kandydat niezależny. - Do dziś nikt we Włocławku nie prowadził kampanii wyborczej z takim rozmachem, w amerykańskim stylu - Olewiński jest wciąż pod wrażeniem.

Po porażce politycznej Przywieczerski kupił sobie rezydencję niedaleko Włocławka: XIXwieczny dworek w Głodowie, koło Lipna.

Gdy na Kujawach trwała kampania wyborcza Przywieczerskiego, w War­sza­wie powstał pierwszy w Polsce prywatny bank - Bank Inicjatyw Go­s­po­dar­czych. BIG założyło w czerwcu 1989 siedem firm i 14 osób - wśród nich Universal i Dariusz Przywieczerski, który został szefem rady banku. BIG pomógł prywatyzować Universal: wiosną 1990 przygotował publiczną emisję akcji Universalu. Przywieczerski osobiście reklamował je w te­le­wi­zji. Wystąpił jako Napoleon polskiego biznesu. Klip nadawano przed amerykańskim serialem "Północ - Południe", kupionym dla TVP przez Uni­ver­sal.

Jesienią 1990 r. Universal został sprywatyzowany, udziały skarbu państwa spadły z 51 do 17,5 proc. BIG kupił około 11 proc. akcji. Tak więc BIG i Uni­ver­sal stały się nawzajem swymi właścicielami. Pojawili się też zagraniczni udziałowcy Universalu; najwięksi to szerzej nieznane w Polsce brytyjskie fundusze inwestycyjne Servepart Ltd. i Ullman Shore Ltd.

Tygodnik "Polityka" i Business Centre Club uznały Przywieczerskiego za biznesmena roku.

W 1991 r. Universal kupił państwową Walcownię Metali "Norblin" w War­sza­wie.

Kolejny minister prywatyzacji Wiesław Kaczmarek wspominał: - W połowie 1994 r. prezes Przywieczerski deklarował, że Universal chce kupić wło­cła­w­ski Drumet. Ale spóźnił się, bo Drumet kupił już poznański biznesmen Krzysztof Niezgoda. Tę transakcję oprotestował mój kolega z SdRP Marek Olewiński, szef sejmowej komisji przekształceń własnościowych.

 

min. Wiesław Kaczmarek (SLD)
 
W listopadzie 1991 Przywieczerski na­gle zrezygnował z fotela szefa Uni­ver­sa­lu i zniknął (potem okazało się, że wyjechał do Londynu). Re­zy­g­na­cja zbiegła się w czasie z do­cho­dze­niem prokuratury w sprawie Funduszu Obsługi Zadłużenia Za­gra­ni­cz­ne­go.

FOZZ powstał u schyłku PRL. W la­tach 1989-90 potajemnie skupował długi Polski w zachodnich bankach, gdyż cena długu na wolnym rynku była znacznie niższa od nominalnej. Mi­ni­ster­stwo Finansów przeznaczyło na to ok. 10 bln starych złotych. Pieniądze wysyłano za pośrednictwem central handlu zagranicznego, a skupem dłu­gu zajmowały się podstawione firmy. Ale w FOZZ panował bałagan. Nie księ­go­wa­no wykupywania długów i nie dało się ustalić, dokąd po­wę­d­ro­wa­ły wszystkie pieniądze.

Na początku 1991 r. FOZZ skontrolowała Najwyższa Izba Kontroli. Ujawniła, że udzielał na własną rękę kredytów i poręczeń (jak pisała "Gazeta", kredyt dostał w 1989 r. komitet wyborczy Przywieczerskiego, kandydata na se­na­to­ra). Latem 1991 aresztowano dyrektora FOZZ Grzegorza Ż. i jego za­s­tęp­czy­nię Janinę Ch., w latach 80. główną księgową Universalu. Prokurator za­rzu­cił im "narażenie skarbu państwa na szkody". Przy okazji wyszło na jaw, że Przywieczerski miał z nimi wspólną firmę TRAST.

W styczniu 1998 prokuratura przesłała do sądu akt oskarżenia w sprawie FOZZ.

Universal najlepiej prosperował w latach 1994-97, gdy dyrektorem ge­ne­ral­nym był Jerzy Napiórkowski (wiceminister finansów z lat 1986-90). W 1992 r. został jednym z bohaterów tzw. afery karabinowej. Amerykanie are­sz­to­wa­li go pod zarzutem nielegalnej sprzedaży do Iraku kałasznikowów z radomskiego Łucznika. Dyrektorem Universalu Napiórkowski został w 1994 r. po uwolnieniu i powrocie do kraju. W 1996 r., za jego czasów, Uni­ver­sal przyniósł rekordowy zysk 33 mln zł.

Napiórkowski odszedł nieoczekiwanie w połowie 1997 r. i zotał szefem spół­ki kontrolowanej przez Sobiesława Zasadę.

Universal nie kupił Łucznika. Za to w grudniu 1997 na giełdzie długów po­ja­wi­ło się ponad 500 tys. zł, których Universal nie zapłacił Łucznikowi za do­s­ta­wy. W 1992 r., tuż przed sezonem pielgrzymek, do częstochowskich skle­pów Veritasu trafił oryginalny towar: ziemia z Ziemi Świętej, woda z Jo­r­da­nu oraz różańce i krzyże z drzewa sandałowego. Universal sprowadził je z Izraela. Ziemia w foliowych torebkach i woda w owalnych buteleczkach miały certyfikaty pochodzenia. Ale klienci z Częstochowy nie dowierzali. Py­ta­li, czy woda nie jest z Wisły. Veritas uznał ryzyko handlowe za zbyt wielkie i odesłał towar Universalowi. Firma znalazła kupca na dewocjonalia aż w Argentynie.

W tym samym czasie Universal zaczął zarabiać na produkcji i handlu pre­ze­r­wa­ty­wa­mi. Zajęła się tym spółka Unimil, założona w 1990 r. przez Uni­ver­sal i krakowski Stomil. Zarząd Unimilu był przekonany, że rynek kon­do­mów w Polsce będzie się dynamicznie rozwijał. Wyliczył w 1995 r., że sta­ty­sty­czna polska para używa rocznie sześć kondomów, a na przykład para hiszpańska aż 36! I miał rację. Przez siedem lat produkcja wzrosła dzie­się­cio­krot­nie do ponad 100 mln sztuk. Unimil okazał się jedną z najlepszych inwestycji Universalu. W 1997 r. wszedł jako samodzielna spółka na gieł­dę. Universal zarobił, sprzedając część jego akcji.

Z Universalem wiąże się historia giełdowej spółki Farm Food. Założył ją Dominik Jastrzębski, minister współpracy gospodarczej w rządzie Ra­ko­w­skie­go (1988-89). W 1989 r. kandydował do Senatu z Łomżyńskiego. Po przegranej zbudował w Czyżewie fabrykę mięsa. Jastrzębski był jednym z główn­ych bohaterów tzw. afery alkoholowej. Trybunał Stanu uznał, że jako minister dopuścił do masowego importu do Polski taniego alkoholu, na czym skarb państwa stracił olbrzymie kwoty.

 

Dominik Jastrzębski
 
Z Przywieczerskim znali się z Pa­ge­du, gdzie pracowali w latach 70. Obaj byli dyrektorami. Darzyli się za­u­fa­niem. Przywieczerski i Universal zainwestowali w Farm Food. Mieli wię­cej udziałów niż sam Ja­s­trzęb­ski. W 1995 r., tuż przed wejściem Farm Foodu na giełdę, do Uni­ver­sa­lu i jego prezesa należało prawie 18 proc. akcji, do Jastrzębskiego - tylko 10 proc.

Jastrzębski osiadł w Bieszczadach, przejął ziemie po pegeerze i zaczął hodować jałówki na mięso dla Farm Foodu. W swojej rezydencji powiesił na ścianie głowę żyrafy, którą upolował w Afryce. Z jej nóg zrobił stolik. "Bar­w­na postać. Kontrowersyjna. Eleganckie garnitury i krawaty. Na dziesięć słów pięć niecenzuralnych" - pisała o nim "Polityka".

Universal sprzedał większość swoich akcji Farm Foodu w 1997 r.

Janusz Prokopiak, były I sekretarz PZPR w Radomiu, dowiedział się w 1994 r., że Universal będzie remontował budynek przejęty po zakładach im. Róży Luksemburg w Warszawie. Produkowano tam kiedyś lampy ja­rze­nio­we. - Chciałem, by moja firma uczestniczyła w przebudowie. Poszedłem do Przywieczerskiego. Obiecał pomóc. Podpisałem nawet umowę wstę­p­ną - opowiada.

Przywieczerski zamierzał przerobić budynek na siedzibę Głównego Urzędu Ceł. Ówczesny prezes GUC, poseł SLD Ireneusz Sekuła (w latach 1983-88 prezes ZUS, potem wicepremier w rządzie Rakowskiego), przyrzekł w gru­d­niu 1994, że kupi budynek. Zapłacił Universalowi zaliczkę 35 mld starych złotych (3,5 mln nowych). Ale GUC nie kupił budynku po Róży Luksemburg. Okazało się, że mury są nasycone rtęcią używaną do produkcji ja­rze­nió­wek. Universal bronił się, przedstawiając ekspertyzę, że stężenie rtęci nie zagraża ludziom.

 

Ireneusz Sekuła (SLD) – zastrzelony w 2000 r.
 
 W marcu 1995 premier Oleksy odwołał Se­ku­łę ze stanowiska szefa GUC. A z ekspertyz, które zlecił następca Sekuły Mieczysław No­gaj, wynikało co innego: przebywanie w bu­dyn­ku grozi uszkodzeniem nerek i ow­rzo­dze­nia­mi, a koszty usunięcia rtęci mogą prze­wy­ż­szyć jego wartość.

W raporcie kontroli skarbowej zarzucono Se­ku­le, że "niedostatecznie zabezpieczył in­te­re­sy skarbu państwa", a płacąc Universalowi zaliczkę, "faktycznie kredytował działalność tej firmy". Prasa ujawniła też, że Sekuła jako pre­zes GUC oferował poręczenie dla Universalu na kredyt w banku.

W listopadzie 1996 Sejm uchylił immunitet poselski Sekuły, a prokurator wszczął postępowanie.

- Szkoda, że z budynkiem zaczęły się problemy - ubolewa przedsiębiorca budowlany Janusz Prokopiak. - Gdyby nie to, ja i moja firma mielibyśmy zajęcie na parę lat.

Były minister prywatyzacji Wiesław Kaczmarek opowiadał: - W 1995 r. sprze­da­łem Universalowi Warszawską Fabrykę Platerów "Hefra". Miała od­dział w Pułtusku. Za PRL zaczęto budować tam wytwórnię aluminiowych sztućców dla armii Układu Warszawskiego. Ale Układ przestał istnieć i nie potrzebował sztućców.

W 1996 r. Universal ogłosił, że na terenie wytwórni sztućców będzie mon­to­wać koreańskie auta Hyundai. Szefem montowni został Andrzej Jedynak, w la­tach 70. dyrektor Zjednoczenia Przemysłu Motoryzacyjnego "Polmo", a potem wicepremier (1981-82) i ambasador PRL w Czechosłowacji.

- W tym czasie Unia Europejska protestowała, że w Polsce jest za dużo mon­tow­ni aut - opowiadał ówczesny premier Włodzimierz Cimoszewicz.

Zdarzało się, że producenci samochodów zakładali w Polsce montownie, by ominąć cło. Części aut do montażu na skalę przemysłową są zwolnione z cła. Wystarczyło więc za granicą rozkręcić auto na kilka części i za­de­kla­ro­wać, że zostanie złożone w Polsce. Z tego patentu skorzystał koreański kon­cern Daewoo. Ale w lutym 1996 Daewoo kupiło za duże pieniądze wa­r­sza­w­ską FSO. - Prezes Daewoo przysłał do mnie protest, że zezwalamy kon­ku­ren­cji, czyli Hyundaiowi, montować auta w stodole - opowiadał Wło­dzi­mierz Cimoszewicz.

21 sierpnia 1996 rząd zdecydował, że nie będzie nowych montowni. Roz­po­rzą­dze­nie podpisane przez premiera miało wejść w życie nazajutrz - w dniu ogłoszenia. Ale Universal miał szczęście. Rozporządzenie - nie wiadomo dla­cze­go - wydrukowano w Dzienniku Ustaw z trzydniowym opóźnieniem. W ciągu tych trzech dni czeską granicę zdążył przekroczyć pierwszy tran­sport części do hyundaiów i Universal rozpoczął montaż. A rozporządzenie nie dotyczyło montowni, które już działały.

 Dariusz Szymczycha, były redaktor naczelny "Trybuny" (Universal ją fi­nan­so­wał), opowiada: - Chcieliśmy poprzeć Universal w sporze z rzą­dem.

 

Dariusz Szymczycha
 

 Od początku 1994 r. "Trybuna" pub­li­ko­wa­ła o­fi­cjal­ne komunikaty Universalu. Prezes prze­ko­ny­wał akcjonariuszy na walnym zgro­ma­dze­niu: "Wspieramy polskie interesy, a >Try­bu­na< jest jednym z niewielu dzien­ni­ków w na­szym kraju, który pozostaje w pol­skich rę­kach" ("Rzeczpospolita", 12.01.1994). Nie ujawnił, że w tym właśnie czasie "Trybuna" przechodziła w ręce Uni­ver­sa­lu.

Dawny organ prasowy PZPR "Trybuna Ludu" był od 1991 r. własnością SdRP.

- Ale partia była finansowym bankrutem. A wokół "Trybuny" zaczęła zaciskać się pętla długów - wspomina Szymczycha. W 1993 r. gazeta była dłużna około 10 mld starych złotych. - Zaczęliśmy szukać inwestora na własną rękę. Poszliśmy z kolegami do Przywieczerskiego. Potem po­in­for­mo­wa­li­śmy partię, że jest chętny inwestor - mówi Szymczycha.

Partia zgodziła się. Należąca do Universalu firma UnivComp na początku 1994 r. przejęła większościowy pakiet akcji spółki Ad Novum - wydawcy "Trybuny". SdRP zatrzymała prawo do tytułu i wskazania redaktora na­czel­ne­go. UnivComp handlował komputerami (dziś telefonami komórkowymi); wyposażył redakcję "Trybuny" w nowoczesne komputery.

Przywieczerski podrzucał swoje tematy. Jak nie lubił prezesa innej fir­my, sugerował, aby mu przywalić.

W 1996 r. UnivComp sprzedał swe udziały w wydającej "Trybunę" spółce Ad Novum - Fundacji "Bliżej Świata". Ją także finansował Universal. W "Try­bu­nie" pojawił się prezes tej fundacji Janusz Rolicki.

 

Janusz Rolicki
 
W lipcu 1997 Przywieczerski za­wia­do­mił Józefa Oleksego, szefa rady nad­zor­czej Ad Novum, że zarząd tej spółki odwołał Szymczychę i wnosi o powołanie Rolickiego na na­czel­ne­go. Szymczycha był na urlopie i do­wie­dział się o tym z radia. Jako ofi­cja­lny powód zmiany podano sy­tu­a­cję finansową "Trybuny".

 

Jerzy Szmajdziński
 
Jerzy Szmajdziński, od grudnia 1997 wice­prze­wo­d­ni­czą­cy SdRP, zasiadał w radzie na­d­zor­czej Trans Universal Poland, spółki na­le­żą­cej do Universalu, która tirami rozwoziła towary po Europie. W styczniu 1999 weszła na giełdę. - Nie zaprzeczam, że znalazłem się w radzie na skutek osobistej znajomości z pa­nem Przywieczerskim. Poznaliśmy się, gdy zostałem w 1993 sekretarzem ge­ne­ral­nym SdRP – powiedział Szmajdziński.

"Dziennikarze niektórych gazet bardzo by się zdziwili, gdyby się dowiedzieli, że ich gazety są częściowo własnością Universalu" - chwalił się Przywieczerski w "Wia­do­mo­ś­ciach Kulturalnych" w 1995 r. Przyznał, że należą do niego: "Kobieta i Styl", "Zwierciadło", "Przegląd Tygodniowy" oraz że negocjuje zakup "Życia Warszawy" (nie doszło do niego).

We wrześniu 1996 Universal złożył Ministerstwu Prywatyzacji ofertę zakupu Ruchu, największej w Polsce sieci sprzedaży prasy. Zaproponował - w za­le­ż­no­ści od liczby akcji - od 80 do 120 mln dolarów! W 1997 r. ministerstwo ogłosiło nowy przetarg na Ruch.

Ale największą inwestycją Universalu w media był Polsat. W połowie 1994 r. Universal kupił za 300 mld starych złotych (30 mln nowych) 20 proc. jego akcji. Pół roku wcześniej Polsat dostał koncesję na nadawanie. Groziła mu jej utrata, gdyby nie zgromadził wymaganego kapitału. - Universal był jedyną firmą, która chciała kupić nasze akcje - mówi bez ogródek Zygmunt Solorz, właściciel Polsatu.

 

Zygmut Solorz – właściciel Polsatu.
 
Przez trzy lata między Universalem a Polsatem panowała sielanka. Przy­wie­cze­r­ski oskarżał w prasie te­le­wi­zję publiczną o "nastawienie an­ty­le­wi­co­we" i "nieuczciwą kon­ku­ren­cję" z Polsatem, któremu od­bie­ra reklamodawców. Polsat bronił Uni­ver­sa­lu. Między piosenkami dis­co polo nadawał programy, w któ­rych krytykował rząd za utrudnianie Universalowi montażu koreańskich hyundaiów.

Konflikt wybuchł na początku 1998 r. - Straciłem zaufanie do Przy­wie­czer­skie­go. Dowiedziałem się, że za naszymi plecami zastawił nasze akcje w ban­ku za kredyt - twierdził Solorz. - Obawiałem się, że dowiem się z pra­sy, kto jest ich nowym właścicielem. Musieliśmy się bronić.

Obrona polegała na tym, że Polsat i związane z nim firmy skupowały akcje i tzw. obligacje zamienne na akcje Universalu. Polsat był o krok od prze­ję­cia Universalu. Gdyby zdołał wymienić obligacje na akcje, stałby się naj­wię­kszym akcjonariuszem. Universal oskarżył Polsat o zamiar "wrogiego przejęcia" i z kolei zaoferował akcje Polsatu jego zachodnim konkurentom, w tym koncernowi ITI, właścicielowi TVN.

W maju 1998, po trzech miesiącach wojny, doszło do ugody. Polsat odkupił swoje akcje od Universalu za 120 mln zł. Universal zarobił więc na nich w ciągu trzech lat 400 proc.! Większość tej sumy zabrał bank, który udzielił kredytu pod zastaw akcji Polsatu.

Wiesław Kaczmarek: - Universal był przychylny SdRP, finansował nasze kampanie wyborcze

Przywieczerski starał się pozyskać także polityków przeciwnego obozu: "Nasza firma jest typowym konglomeratem środowiskowym. Jednym z czło­n­ków rady nadzorczej jest Jacek Merkel, były wiceprzewodniczący >Solidarności<, zastępca Wałęsy" ("Przekrój", 28.05.1995). O Merklu mówił publicznie "mój przyjaciel".

- Poznaliśmy się w 1991, gdy prowadziłem kampanię prezydencką Le­cha Wałęsy. Któregoś dnia do naszego sztabu przyszedł Przywieczerski i zaoferował pomoc finansową - wspomina Merkel

 

Jacek Merkel
 
 Merkel trafił do rady nadzorczej Universalu, gdy w 1993 r. liberałowie przegrali wybory do Sejmu, a on przestał być posłem.

Na liście członków rady nadzorczej w jed­nym z prospektów Universalu był także in­ny liberał Andrzej Arendarski, minister współ­pra­cy gospodarczej w rządzie Su­cho­c­kiej, były szef Krajowej Izby Gos­po­dar­czej.

Siedzibą Universalu był 13-piętrowy wie­żo­wiec w centrum Warszawy. Wybudowano go w końcu lat 60. Był przedmiotem oso­bli­wej transakcji między Universalem a Bankiem Inicjatyw Gospodarczych. W 1993 r. Universal sprzedał go bankowi po to, by go odkupić w 1994 r. Transakcja ukazuje, jak Universal działa i jak w trudnych chwilach potrafił utrzymać się na powierzchni.

Dzięki sprzedaży wieżowca Universal w 1993 r. nie miał długów i mógł nawet pochwalić się zyskiem. W 1994 r. wyemitował nowe akcje, zarobił na nich, wyszedł na prostą i odkupił wieżowiec. Wszyscy byli zadowoleni: BIG dostał swoje pieniądze, a Universal - siedzibę.

Być może Przywieczerski liczył na kolejne takie transakcje z BIG-iem; w koń­cu w 1989 r. był jednym z jego założycieli, a BIG miał akcje Universalu (prawie 11 proc.). Ale prezes BIG-u Bogusław Kott postanowił wziąć roz­wód z Universalem i w 1993 r. sprzedał jego akcje.

W lutym 1998 "Trybuna" zamieściła cykl artykułów: "Warto inwestować w akcje Universalu". "Ta spółka ma przyszłość", "Giełda powie prawdę".

W maju do wieżowca Universalu zapukał komornik. W imieniu dwóch banków: Banku Rozwoju Eksportu i BIG Banku Gdańskiego zażądał zwrotu kilkunastu milionów złotych. Gdy ich nie otrzymał, zablokował konta firmy. W czerwcu do sądu wpłynął wniosek o upadłość Universalu. Zażądał jej austriacki Raiffeisen Centrobank. Bank ten organizował emisję tzw. bonów dłużnych Universalu. W uproszczeniu - to rodzaj pożyczki udzielanej spółce przez inwestorów. Na bony Universalu zabrakło jednak chętnych, a na wy­ku­pie­nie tych, które były w obiegu z wcześniejszej emisji, Universal nie miał pieniędzy.

"Trybuna" oskarżyła w tytule: "Banki napędziły kłopoty".

Od lutego do sierpnia 1998 cena akcji Universalu spadła z 6 do 2 zł.

Holding Universal składał się w 1997 r. z 51 firm (12 za granicą). W 34 spółka-matka miała ponad połowę udziałów, a w 17 pozostałych - co naj­mniej 20 proc. Z giełdowych raportów trudno czegokolwiek się dowiedzieć. Nie wiadomo, czym zajmują się niektóre spółki za granicą. Nie ma nawet informacji o związku Universalu z "Trybuną". Pada tylko nazwa właściciela jej wydawcy, Fundacji "Bliżej Świata", i jest wiadomość, że Universal sku­pu­je wielomilionowe długi fundacji.

Na początku stycznia 1999 Komisja Papierów Wartościowych i Giełd wy­klu­czy­ła akcje Universalu z obrotu publicznego. Oznacza to wy­rzu­ce­nie z giełdy. Za to, że Universal nie informował o wydarzeniach, które do­pro­wa­dzi­ły go nad krawędź bankructwa.

Pod koniec 1998 r. straty Universalu sięgnęły zawrotnej sumy 230 mln zł! Ale Universal zdołał uniknąć upadłości. Zawarł z wierzycielami układ. Sąd zatwierdził go w styczniu 1999, już po decyzji KPWiG o wykluczeniu akcji Universalu z publicznego obrotu.

Universal obiecał wierzycielom, że w ciągu czterech lat spłaci 60 proc. dłu­gów. Na takie warunki musieli zgodzić się wierzyciele, na których przypada ponad dwie trzecie długów.

Universal miał ułatwione zadanie. Wszystkie jego długi objęte układem to 339 mln zł. Z tego aż 106 mln zł (czyli jedna trzecia) skupiona jest w ręku firmy UnivComp, która należy do holdingu Universal. Dla porównania - na wierzycieli, którzy zgodzili się na układ, przypada "tylko" 94 mln zł (m.in. Pekao SA, Bank Handlowy International, AmerBank, KGHM Polska Miedź). Przeciwni układowi byli m.in. Raiffeisen, BGŻ i BPH.

Politycy SLD twierdzili, że z Raiffeisenem związany był niegdyś minister skarbu Emil Wąsacz (AWS). Był prezesem konsorcjum Raiffeisen Atkins, firmy zarządzającej Narodowym Funduszem Inwestycyjnym "Progress".

Splajtowała też kolejna spółka należąca do Universalu - Fabryka Kuchenek Gazowych "Acanta" (dawniej Polmetal) w Radomiu. Złośliwy los sprawił, że upadłość ogłoszono w dniach, kiedy w Radomiu obchodzono rocznicę wydarzeń czerwcowych z 1976 r. 700 robotników fabryki wyszło na ulice. Krzyczeli jak 20 lat wcześniej: "Chleba i płacy!". I tak jak przed laty okrzyki były skierowane do Dariusza Tytusa Przywieczerskiego.

Był barwną postacią schyłku socjalizmu. Symbolizował wtedy namiastkę wolnego rynku. Chciał się odnaleźć w latach 90., ale jego firma nie prze­sz­ła próby - mówi Janusz Lewandowski, b. minister prywatyzacji.

 

Janusz Lewandowski
 
Gdy Dariusz Przywieczerski wpadł w kłopoty, rodzinne więzi wygrały z wieloletnim zwią­z­kiem. Przez wiele lat jego partnerką życiową i wspólniczką w biznesach była Janina Chim. Kiedyś zwierzył się dziennikarzowi „Dzien­ni­ka”, że nikomu nie może ufać – „może z wy­ją­t­kiem Janki”. Gdy on szefował Universalowi, ona była tam kierownikiem działu. Po­czą­t­ko­wo nie obnosili się ze swym związkiem – ona mężatka, on żonaty. W 1989 r. zmarł jej mąż. Wielu tych, którzy poznali Przywieczerskiego i Chim po tej dacie, było przekonanych, że są małżeństwem – bywali razem, publicznie okazywali sobie uczucia. W 1989 r. Chim została wicedyrektorem FOZZ. Rok później wraz z szefem FOZZ Grzegorzem Żemkiem i Przywieczerskim zarejestrowali firmę Trast. Potem miało okazać się, że na jej założenie zaciągnęli kredyty – łącznie ponad 500 tys. dol. (z tego 167 tys. Przywieczerski), których zabezpieczeniem były środki FOZZ. Pożyczki nie spłacili i bank ściągnął je z konta Funduszu. To tylko jedna z transakcji, które wspólnie przeprowadzili, a na których stracił Fundusz.

 

Grzegorz Żemek i Janina Chim
 
W 1991r. Żemka i Chim are­szto­wa­no. Ona – wów­czas 41-latka, matka dwóch do­ro­s­łych córek, od dwóch lat wdo­wa, była w drugim mie­sią­cu ciąży. Wypuścili ją z are­sztu na dwa tygodnie przed narodzinami syna Ale­k­san­dra. Zamieszkała wraz z nim u starszej córki, 22-let­niej Urszuli. Regularnie – raz, dwa razy w tygodniu odwiedzał ich Przywieczerski. Po wyjściu z aresztu Chim próbowała prowadzić jeszcze własne biznesy – ostatni padł w 2002r. Potem utrzymywała ją córka. Z trudem wiązały koniec z końcem.

W 2005 r. za zagarnięcie wspólnie z Żemkiem i Przywieczerskim 3,5 mln zł z FOZZ i narażenie Funduszu na stratę co najmniej 19 mld zł – poprzez ich przelewanie na konta różnych spółek (m.in. związanych z Dariuszem Przywieczerskim) – sąd skazał Chim na 6,5 roku więzienia. Odsiedziała trzy. Gdy trafiła za kraty, dziennikarka „Polityki” spytała ją o Przy­wie­cze­r­skie­go. Przekonywała, że jest niewinny tak jak ona. „Uciekł, bo zdał sobie spra­wę z nieobiektywności procesu”.

Jeszcze w czasie trwania procesu rozpłynął się majątek Przywieczerskiego. Nieoficjalnie wiadomo, że część dobytku w Polsce przepisał na żonę Zofię, dziennikarkę. Córka Anna i syn Tomasz firmowali spółki, które przez jakiś czas były właścicielami firmy Ad Novum – wydawcy „Trybuny”. Anna – spółkę ATH, Tomasz – ATZ. Choć wtajemniczeni twierdzą, że Przywieczerski nigdy nie oddał im kontroli nad gazetą.

W 2004 r., w trakcie procesu FOZZ, Przywieczerski oświadczył sądowi, że nie ma pracy. Żyje z tego, co mu przyśle córka. Anna mieszkała już wówczas w Wielkiej Brytanii, miesiąc przed zakończeniem procesu FOZZ wzięła tam ślub i zmieniła nazwisko na Roberts. Prawdopodobnie to właśnie w Anglii schronił się początkowo przed więzieniem Przywieczerski. Zarejestrowane tam były wówczas co najmniej dwie kontrolowane przez niego spółki – Harsley Dean Ltd. oraz The Pendle Trust Ltd. Dyrektorami obu byli Przywieczerski, jego córka Anna oraz były pracownik FOZZ Radosław Musiał. Druga z tych spółek była niegdyś dystrybutorem Zelmera na Wyspach.

W 2006 r. okazało się, że Przywieczerski jest w USA. Interpol namierzył go w niewielkim miasteczku w stanie New Jersey. Prowadzi firmę handlującą gwoździami, drewnianymi panelami i sprzętem Zelmera. Jak ustaliliśmy, do Stanów ściągnął także swojego syna Tomasza. Do niego należy dziś rezydencja w Apollo Beach na Florydzie, którą cztery lata temu Dariusz Przywieczerski kupił za pół miliona dolarów. On sam – według oficjalnego rejestru hrabstwa Manatee na Florydzie – jest właścicielem innej re­zy­den­cji – w Bradenton.

Od 2006 r. polskie władze zabiegają o jego ekstradycję. Parę lat temu wła­dze USA zażądały uzupełnienia wniosku.

Do dziś poszukiwany jest listem gończym.

W 2008 roku ustalono jego miejsce pobytu na USA, a urzędnicy Mi­ni­ster­stwa Sprawiedliwości odpowiadający za wnioski o ekstradycje, dysponują jego adresem i aktualnym numerem telefonu. Przedstawiciele władz USA nie chcą wydać poszukiwanego, a proces ekstradycyjny ciągnie się od kil­ku lat. Pojawiły się informacje, że do ekstradycji nie dojdzie, bo Przy­wie­cze­r­ski podjął współpracę z wywiadem USA – CIA.

 

 
FOZZ Informacja Wojskowa i inne tabu - wykład z 2006 roku
 
 
https://www.youtube.com/watch?v=MP7VFZk8a9g 
 
 
 www.yelita.pl

 

                                     AFERZYŚCI ELIT                                                                    Marek Sawicki   (ur. ...