niedziela, 8 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                                  Lech Grobelny


 

Lech Grobelny (ur. 18 czerwca 1949 roku w Warszawie, zm. prawdopodobnie 28 marca 2007 roku w Warszawie) – aferzysta, przedsiębiorca, założyciel Bezpiecznej Kasy Oszczędności.

Ukończył studia na Wydziale Me­cha­nicz­nym, Elektrycznym i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, działał w tym czasie w komunistycznym ZSP. Za czasów PRL był właścicielem studia fotograficznego. Pierwsze wielkie pieniądze zarobił pod koniec lat 70. i na początku lat 80., handlując w całej Polsce obrazkami z fotografią Jana Pawła II. Utworzył następnie zakład obróbki fotograficznej AFT (Art-Foto Projekt) i sieć w całej Polsce.

W 1988 roku założył spółkę Dorchem Sp. z o.o. (był prezesem jednoosobowego zarządu), początkowo handlująca chemikaliami fotograficznymi, a po transformacji ustrojowej będącą właścicielem sieci kantorów wymiany walut. Największy rozgłos przyniosła mu Bezpieczna Kasa Oszczędności - parabank zbierający długoterminowe pożyczki od ludności i oferujący znacznie wyższe oprocentowanie niż lokaty w PKO BP. Grobelny, osobiście reklamujący swoje przedsięwzięcie, stał się wówczas znaną osobą życia publicznego.

Utrzymywał też kon­tak­ty z przes­tęp­czoś­cią zor­ga­ni­zo­wa­ną, zat­rud­nia­jąc gang­ste­rów do ochrony interesów.

O Lechu Grobelnym i jego Bezpiecznej Kasie Oszczędności stało się głośno w drugiej połowie 1990 roku, gdy nadszedł termin spłaty pożyczek. Wyjeżdżając za granicę w czerwcu 1990 roku nie pozostawił nikomu pełnomocnictw do prowadzenia dużego przedsiębiorstwa. W lipcu 1990 roku zaginął bez wieści na wiele miesięcy. Ludzie chcąc odzyskać swoje pieniądze przypuścili szturm na BKO. W tym parabanku ulokowało swoje oszczędności ok. 7,5 tys. Polaków (szacowano je przed denominacją na 32 mld starych złotych). Syndyk masy upadłości Dorchemu Sp. z o.o. wypłacił wierzycielom w sumie ok. 7 mld starych zł nie pokrywając nawet połowy sumy ulokowanych przez nich środków. Poszukiwanego przez Interpol przedsiębiorcę zatrzymano w 1992 roku w Niemczech, a następnie dokonano jego ekstradycji do Polski. W 1996 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał go na 12 lat więzienia za zagarnięcie w latach 1989-1990 ponad 8 mld starych zł (przed denominacją - dzisiejsze 800 tys. zł) z kasy Dorchemu. W 1997 jednakże Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił wyrok i zwrócił sprawę prokuraturze, a przedsiębiorcę zwolnił z aresztu. Prokuratura ostatecznie w 2002 roku umorzyła sprawę w braku wystarczających dowodów.

Lech Grobelny przesiedział w areszcie pięć lat, za co domagał się od Skarbu Państwa miliona złotych zadośćuczynienia oraz 14,93 mln zł odszkodowania za niesłuszne aresztowanie. W październiku 2005 roku Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił jego powództwo.

Po wyjściu na wolność Grobelny założył firmę Odzysk do windykacji długów, lecz działalność nie przynosiła dochodów. Był niewypłacalny, mieszkał w pawilonie handlowym w Warszawie przy ul. Wysockiego, gdzie poprzednio było stoisko Dorchemu.

O Lechu Grobelnym zrobiło się głośno ponownie w styczniu 2007 roku po tym, jak przekazał policji uzyskane od nieżyjącego już gangstera informacje na temat zagrożenia życia premiera Jarosława Kaczyńskiego. Biuro Ochrony Rządu mając na uwadze powyższe informacje wzmocniło ochronę zarówno premiera, jak i prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Według Lecha Grobelnego, na premiera wydano wyrok śmierci, którego wykonawcą miał być gangster o pseudonimie Szczur.

Pod koniec życia Lech Grobelny nadużywał alkoholu, był zewnętrznie zaniedbany, a przez jego mieszkanie przewijało się wiele osób, z którymi spożywał alkohol. 2 kwietnia 2007 roku w pawilonie sklepowym na warszawskim Targówku przy ul. Wysockiego policja znalazła ciało Lecha Grobelnego. Poinformowano, że miał ranę kłutą klatki piersiowej, w okolicy serca. Według ustaleń, Lech Grobelny zmarł pięć dni wcześniej, tj. 28 marca.

Po roku od wszczęcia śledztwa w sprawie okoliczności śmierci Lecha Grobelnego, zostało ono umorzone na skutek niewykrycia sprawców. Ekspertyzy śledcze potwierdziły fakt, że do śmierci byłego przedsiębiorcy przyczyniły się osoby trzecie.

Grobelny był pierwszym z grona aferzystów III RP. Suma, której zagarnięcie mu zarzucono, 800 tys. „dzisiejszych” złotych to niewiele w porównaniu z milionami zagarniętymi przez FOZZ czy Art-Bi. O Grobelnym nie mówiono, że jest zamieszany w handel bronią, że ma niejasne powiązania ze służbami albo esebcką przeszłość. Ale w latach osiemdziesiątych nie dało się zrobić nic wielkiego, nie znając „odpowiednich ludzi.” I Lech Grobelnych takich ludzi znał. Z jego spółką bardzo ścisłe kontakty utrzymywał Andrzej Stuglik (w latach 1975-1980 pracownik kontrwywiadu, od 1982 r. instruktorem ds. propagandy w KW PZPR, od 1988 r. główny specjalista ds. rozliczeń dewizowych w Ministerstwie Finansów, od 1989 r. doradca finansowy Marka Pietkiewicza w Towarzystwie Handlu Międzynarodowego DAL S.A., zastrzelony w 1991 roku). W tym czasie Lech Grobelny przebywał już za granicą. Oficjalnie – uciekł przed odpowiedzialnością za niewypłacalność. Ale biorąc pod uwagę chociażby tę znajomość, jego ucieczka mogła zostać spowodowana także innymi okolicznościami. Wiadomo, że Andrzej Stuglik zajmował się kontaktami handlowymi ze wschodem a jego kontrahentami byli ludzie z rosyjskich spec służb. Stuglik odszedł z „układu” w 1990 roku. Od tego momentu jego życie znalazło się w niebezpieczeństwie. Lech Grobelny mógł o tym wiedzieć. Może data jego zniknięcia z Polski nie była przypadkowa. Śledczy, badający sprawę zabójstwa generała Marka Papały ustalili powiązania Stuglika z międzynarodowym handlem bronią. Wiązali zresztą jego śmierć ze śmiercią gen. Papały. Być może Grobelny był tylko małym, nic nie znaczącym „dodatkiem” do wiedeńskiego tortu, ukręconego przez polskich polityków, aferzystów, gangsterów i rosyjski wywiad. Ale może też zorientował się, że jako mały „dodatek” bez problemu zostanie z tortu usunięty...

Kiedy Lech Grobelny został zatrzymany, media skoncentrowały się na pieniądzach wyprowadzonych z BKO, jednak po osadzeniu go w więzieniu szybko przestały się nim interesować. Nie wzbudziło też większych emocji jego wyjściu na wolność. Nikt nie dociekał wówczas, jakie powiązania łączyły go ze Stuglikiem. Ta sprawa nie ujrzała światła dziennego, poza zdawkowymi wzmiankami przy okazji omawiania tematu „układu wiedeńskiego.” Oczywiście nic nie usprawiedliwia zagarnięcia pieniędzy ludzi, ale Lech Grobelny do końca życia zdawał się być głęboko przekonany, że to on padł ofiarą gigantycznej zmowy. Czyżby czuł się oszukany i opuszczony przez znajomych z „układu”? Zaskakujący jest jeszcze jeden fakt. Grobelny nawet po wyjściu z więzienia wciąż posiadał w Warszawie nieruchomości, choć teoretycznie powinny one zostać zajęte i sprzedane na poczet długów kierowanej przez niego spółki Dorchem. Tymi nieruchomościami były pawilony handlowe, m.in. przy ulicy Ogińskiego na Pradze, czy Wysockiego (tam też mieszkał). Sąsiedzi wspominają, że w ostatnich latach życia utrzymywał się ze zbierania złomu, chodził brudny, niechlujnie ubrany. Zdarzały mu się zachowania co najmniej „dziwne” - potrafił pokazać się na ulicy w szlafroku z psem ubranym w ludzkie ubrania, albo w nocy udawać się na policję ze skargą na sąsiadów. Policja zresztą często bywała u Grobelnego, co nikogo nie dziwiło. Na Bródnie wszyscy znali jego przeszłość. Wszyscy też mówili, że choć zachowywał się dziwnie, znał mnóstwo ludzi i miewał zadziwiającą wiedzę. Informacje przekazywane przez niego były często nieprawdopodobne, ale też... sprawdzały się.

Sąsiedzi wspominają, że na krótko przed śmiercią zmienił się. Zaczął się starannie ubierać, założył firmę „Odzysk.” Wciąż był też właścicielem Dorchemu. I ciągle bywali u niego jacyś ludzie. Sąsiedzi zauważyli też, że Lech Grobelny zaczął się wtedy czegoś bardzo obawiać. Już nie tylko ryglował drzwi natychmiast po wejściu do domu, ale nie wychodził z niego bez trzech wielkich noży, które stale nosił w kieszeni. Być może miało to związek z informacjami, których udzielił policji. Na początku 2007 roku Grobelny poinformował policję o zleceniu na zamordowanie ówczesnego premiera Jarosława Kaczyńskiego. Egzekucję miał wykonać gangster o pseudonimie „Szczur.” BOR wzmocnił ochronę premiera i prezydenta, funkcyjne media przez jakiś czas miały serdeczny ubaw, a policja ogłosiła, ze Szczur nie żyje. Zbiegło się to z oświadczeniem ministra Macieja Łopińskiego, który w styczniu 2007 roku, w audycji „Sygnały dnia” w polskim radiu powiedział, że rząd Jarosława Kaczyńskiego naruszył interesy różnych grup. Jednocześnie minister Łopiński nie powiązał tych informacji z ostrzeżeniami Lecha Grobelnego. W marcu 2007 roku do Kancelarii Premiera dotarła z kolei przesyłka dla Jarosława Kaczyńskiego zawierająca trzy ostre pociski oraz „list” - „Dla kota, dla twojej matki, dla ciebie." Do zamachu na szczęście nie doszło. Jedynym oddźwiękiem ostrzeżeń Grobelnego i listów z kulami, były drwiny z braci Kaczyński ochoczo podjęte przez „salon.” Grobelny znowu został odsunięty na „boczny tor”, choć zastanawiające jest, że po latach „niebytu” w ogóle znał pseudonimy gangsterów. Oczywiście Lechowi Grobelnemu łatwo było zarzucić fantazjowanie – w końcu zapracował na miano oszusta. Nie pomagał mu też fakt, że Szczur zgodnie z opinią policji miał nie żyć. Ale też można założyć, że w sprawie śmierci Szczura policja mogła się mylić. Nie byłby to ani pierwszy, ani jedyny taki przypadek. Wystarczy wspomnieć powiązanego ze Stuglikiem, Mieczysława Zapióra, o którym pisano, że utonął podczas wakacji w Egipcie, podczas gdy w rzeczywistości – zaginął podczas nurkowania. Jego ciała nie znaleziono, więc równie dobrze mógł po prostu... popłynąć do Izraela. Tereny nurkowe znajdują się w Egipcie także tuż przy granicy z Izraelem.

Policja i prokuratura nie mają żadnych wątpliwości – Lech Grobelny został zasztyletowany. Jego ciało leżało co najmniej 5 dni zanim znaleźli je strażnicy miejscy. Leżałoby zapewne dłużej, gdyby nie fakt, że sąsiedzi eks-biznesmana zaniepokoili się o jego kota, który najwyraźniej głodny przez kilka dni siedział w oknie. I choć śledztwo w sprawie morderstwa Grobelnego z braku dowodów zostało umorzone, nikt z mieszkańców jego ulicy nie ma żadnych wątpliwości – zamordował go ktoś, kogo znał. Obsesyjnie chroniący swój dom Grobelny nie wpuściłby do środka nikogo obcego. A gdy policja i straż miejska weszły do mieszkania, nie było ono zamknięte. Czy Grobelny zginął, bo wplątał się w ciemne interesy, czy zemścił się na nim jakiś oszukany człowiek, czy też musiał umrzeć, bo za dużo wiedział i powiedział – tego już się nie dowiemy. Jedno jest pewne. Morderca Lecha Grobelnego pozostał na wolności.

Bibliografia

  • Piotr Pytlakowski: Nasza pierwsza piramida w: Polityka nr 35 (2872) /2012
  • Katarzyna Jaroszyńska: „Ostatnie dni Lecha Grobelnego”, Życie Warszawy 04.04.2007, „Lech Grobelny nie żyje” www.wprost24.pl 02.04.2007

 

Znicz czy piec krematoryjny?

Otwarcie wielkich imprez sportowych od dekad było świętem jedności, humanizmu i czystej rywalizacji. Jednak ostatnie lata przynoszą niepokojącą zmianę kursu. Po skandalach związanych z ceremonią w Paryżu, oczy całego świata zwróciły się na inaugurację Zimowych Igrzysk w Mediolanie. Zamiast pochwały hartu ducha i piękna sportu, widzowie otrzymali mroczne widowisko, w którym dominowały symbole budzące jednoznaczne skojarzenia z okultyzmem. Czy to jeszcze sztuka, czy już celowa prowokacja wymierzona w tradycyjne wartości?

Symboliczne zapalenie krematorium na Igrzyskach?

Podczas ceremonii otwarcia w Mediolanie uwagę milionów widzów przykuły elementy, które trudno wpisać w kanon sportowej radości. Centralnym punktem uroczystości było zapalenie znicza olimpijskiego, które jednak w niczym nie przypominało radosnego święta – dla wielu wyglądało raczej na symboliczne „otwarcie bram piekieł”. Wewnątrz konstrukcji o kształcie odwróconego pentagramu nastąpiło zapalenie ognia w zamkniętym, okrągłym wizjerze, kojarzącym się jednoznacznie z krematorium.

Kiedy przyjrzymy się nagraniom z momentu kulminacyjnego, obraz staje się jeszcze bardziej drastyczny. To nie był strzelający ku niebu płomień nadziei, do jakiego przywykliśmy przez dekady. Moment zapłonu znicza przypominał raczej otwarcie komory pieca. Ogień nie buchnął swobodnie – on „zakipiał” wewnątrz surowej, metalowej konstrukcji, budząc przerażające skojarzenia z procesem spopielania zwłok. Ta przemysłowa, zimna estetyka śmierci, podana w oprawie okultystycznych znaków, sprawia, że trudno tu mówić o pomyłce artystycznej. To wizualny komunikat, który uderza w podświadomość widza, wywołując pierwotny lęk.

                              https://www.youtube.com/watch?v=Q8Cw-HKNAHQ

Przyjrzyjmy się samej symbolice. W tradycji europejskiej kula ognia utożsamiana jest z piekielną pożogą, zniszczeniem i chaosem. Z kolei odwrócony pentagram uznaje się w świecie okultyzmu za znak o najbardziej złowrogiej wymowie. Podczas gdy tradycyjny pięcioramienny znak symbolizuje dominację ducha nad materią, jego odwrócenie stanowi całkowitą negację tego porządku. Dwa wierzchołki skierowane w górę tworzą zarys rogów, co w ikonografii satanistycznej wprost nawiązuje do wizerunku Baphometa.

Obecność tak radykalnego symbolu w sercu sportowego święta budzi uzasadniony opór. Trudno uznać to za „przypadkową kompozycję”, skoro każdy profesjonalny projektant zna konotacje tego znaku. Wykorzystanie go w połączeniu z agresywną, ognistą scenografią nie pozostawia pola do interpretacji – to symbolika, która ze szlachetnym sportem nie ma nic wspólnego.

Łańcuch mrocznych wydarzeń

Analiza ceremonii z ostatnich dwóch dekad dowodzi, że przypadek Mediolanu nie jest odosobniony, lecz stanowi ogniwo w łańcuchu coraz mroczniejszych widowisk.

Już w 2012 roku w Londynie widzów uderzyły surrealistyczne sceny z gigantyczną figurą śmierci, co po latach zyskało miano ponurej przepowiedni.

W 2016 roku, podczas otwarcia tunelu Gotarda, świat obserwował spektakl pełen demonicznych postaci i masek kóz, które w żaden sposób nie korespondowały z inżynieryjnym sukcesem inwestycji.

Szczególny niepokój wzbudził występ Madonny na Eurowizji w 2019 roku. Artystka zaprezentowała rytualny spektakl: postacie w maskach gazowych, mroczna kapłanka z zasłoniętym okiem i tło wojennej pożogi ogarniającej świat. Wielu odczytało to jako masowy rytuał okultystyczny zapowiadający nadchodzące nieszczęścia.

W 2022 roku w Birmingham (Igrzyska Commonwealthu) tancerze oddawali pokłon mechanicznemu bykowi o płonących ślepiach, co przywoływało biblijne obrazy kultu Baala.

Kulminacją stał się Paryż (2024) z jego obrazoburczą estetyką i mrocznym jeźdźcem na bladym koniu.

To wszystko, w połączeniu z odwróconym pentagramem i zapaleniem krematorium w Mediolanie, tworzy spójny obraz celowej ofensywy symboliki mroku. Krytycy zauważają, że ma ona na celu „oswojenie” opinii publicznej z obrazami, które dawniej budziły sprzeciw moralny. Sport stał się jedynie tłem dla spektaklu dekonstrukcji naszej kultury.

To tylko sztuka, czy informacja od elit pociągających za sznurki?

Ludzka intuicja rzadko myli się w ocenie zagrożenia. Trudno uwierzyć, by przy budżetach liczonych w setkach milionów euro jakikolwiek symbol pojawił się przypadkiem. Skoro wybrano pentagram i ogień, zrobiono to z pełną świadomością wywołania określonych skojarzeń. Igrzyska, zamiast być światłem nadziei, coraz częściej zdają się kierować nasz wzrok w stronę otchłani.

Dopełnieniem tej aury stał się incydent z drugiego dnia zawodów. Jak poinformował reporter TVN24, Paweł Łukasik, olimpijski ogień w Mediolanie – ten sam, który zapłonął wewnątrz pentagramu – niespodziewanie zgasł. W tradycji olimpijskiej to fatalny omen, jednak w tym kontekście wielu widzi w tym coś więcej – symboliczną niemoc „ognia”, który zamiast rywalizacji, reprezentował chaos.

Czy to ukryty przekaz wieszczący mroczne plany elit?

Pół roku po występie Madonny wybuchła pandemia, która drastycznie ograniczyła wolność ludzkości. Obecnie wyraźnie czuje się narastające napięcie. Pamiętajmy o ostrzeżeniu z filmu „Szach-mat dla ludzkości” z 2012 roku, którego przesłanie doskonale koreluje z wydarzeniami ostatnich lat. Czy dziś, w dobie destabilizacji świata i napięć po dojściu do władzy Donalda Trumpa – który wywrócił pionki na politycznej szachownicy, aby ustawiać je po swojemu – czeka nas coś gorszego niż w 2020 roku? Wojenne werble biją coraz głośniej, a piewcy pokoju są traktowani jak wrogowie państwa.

Czy symboliczne zapalenie pieca krematoryjnego to ostatnia wiadomość? Czas pokaże…

Autorstwo: Aurelia
Źródło: WolneMedia.net

 

 Reaktywacja piractwa

 
https://www.youtube.com/watch?v=r9oVDS19MKk

 

Wojna o ropę przenosi się śmielej na morskie wody. Już nie jako odosobnione incydenty, bo NATO obiera za cel rosyjskie tankowce. Poprzedzona sabotażem, wojna o paliwa płynne przechodzi w fazę piractwa morskiego.

Po delegalizacji cywilizowanych warunków handlu, stajemy się świadkami realizowanej polityki przemocy. Kiedy sankcje okazały się prostą drogą do zapaści gospodarczej, międzynarodowa organizacja zbrojna gotowa zdobywać ropę po piracku. Doświadczona w tym historycznie Wielka Brytania, postanawia reagować na odczuwalne wahania koniunktury rynków paliwowych. Zbrojne przejęcia tankowców rosyjskich, podsunięto właśnie jako rozwiązanie przez rozdyskutowane kręgi decydentów obronności Wielkiej Brytanii. Obiektem eskalacji ma być rosyjska „flota cieni”. O decyzji donosi „the Guardian”.

Sankcje zamienione piractwem, uderzą w tankowce zaopatrujące Chiny, Indie, Turcję – głównych importerów rosyjskich paliw płynnych. Przedstawiciele tych państw zwracają uwagę, że to praktyka naruszająca prawo międzynarodowe o swobodzie handlu i dostępności szlaków wodnych. Jako środek przestępczy, piractwo wyzwoli reakcję na rabunek.
Wielka Brytania zasłania się chęcią finansowania w ten sposób ukraińskich zmagań wojennych. Marynarka królewska już otrzymała stosowne instrukcje związane z przejmowaniem tankowców.

John Healey – minister obrony Wielkiej Brytanii zasugerował, by skonfiskowany towar był sprzedawany, co rozmyje granice między sankcjami i zaborem przejętego dobra. Minister uzasadnia wykorzystanie nowego narzędzia przejmowania mienia wolą wojny przeciw Rosji i ograniczenia jej dochodów z obrotu paliwami. Uzyskany z tego tytułu fundusz trafiałby na Ukrainę.

Jednoznaczne stanowisko NATO najwyraźniej reorganizuje geopolityczną grę wojenną przenosząc działania z lądu na morskie wody.

Dzienna sprzedaż surowców płynnych Rosji wynosi 5 milionów baryłek. Środki zaradcze na zuchwałe piractwo już zostają podejmowane. Rosja postanawia rozszerzyć własną flotę, by pod własną banderą, bez czarterowania gwarantować terminowe dostawy kontraktowe.

Legalizacja procederu znanego pod nazwą paserstwa, czyni je przestępstwem. W polskim prawie osoba popełniająca taki czyn musi liczyć się z karą od 3 miesięcy do 5 lat więzienia i przepadkiem majątku pochodzącego z tego zajęcia. A jak współmierna może być kara za współsprawstwo, kiedy skala obejmuje aparat państwa, bo jak zwykle usłyszymy o zobowiązaniach sojuszniczych?

Opracowanie: Jola
Na podstawie: YouTube.com
Źródło: WolneMedia.net

 

Bruksela sterowała narracją ws. szczepień na COVID-19

To nie była wyłącznie „walka z dezinformacją” – to była presja polityczna! Taką konkluzję sformułował Komitet Sądownictwa Izby Reprezentantów USA, analizując wewnętrzną korespondencję Komisji Europejskiej z 30 października 2020 r.

W apogeum pandemii — gdy miliony ludzi podlegały lockdownom, obowiązkom i restrykcjom — gabinet wiceprzewodniczącej Komisji UE Věry Jourovej zwrócił się bezpośrednio do kierownictwa Facebooka, Twittera (aktualnie X), Google’a, Microsoftu, ByteDance i Meta. Celem było wywarcie nacisku na platformy społecznościowe, by cenzurowały informacje o COVID-19 i szczepionkach, w tym dziecięcych, zawsze wtedy, gdy podważały oficjalną narrację.

W mailu oznaczonym jako pilny Komisja domagała się od platform szczegółowych danych dotyczących krytycznych narracji, reakcji użytkowników oraz przyszłych trendów — nie po to, by informować opinię publiczną, lecz by stworzyć „ukierunkowany plan” interwencji. Jak zaznaczono w treści, plan ten nie miał zostać ujawniony.

Najbardziej kontrowersyjny fragment dotyczył jednak moderacji treści. Komisja wprost żądała informacji o praktykach „promowania i degradowania” postów związanych ze szczepieniami. Innymi słowy: kto miał zyskać zasięg, kto miał zniknąć z feedów, a kto miał zostać wyciszony bez formalnego usunięcia treści.

Nie była to rekomendacja zdrowotna. Było to żądanie kontroli algorytmów i cenzury.

Z treści maila wynika, że inicjatywa została podjęta za zgodą wiceprzewodniczącej Jourovej i „za wiedzą przewodniczącego” Komisji. Dla amerykańskich republikanów stanowi to dowód, że nie była to inicjatywa techniczna, lecz polityczna decyzja zapadła na najwyższym szczeblu Unii Europejskiej.

Według raportu od tego momentu treści podnoszące wątpliwości dotyczące obowiązku szczepień, bezpieczeństwa dzieci, skutków ubocznych lub po prostu krytykujące oficjalną narrację były systematycznie degradowane lub usuwane — nawet wtedy, gdy nie były fałszywe lub miały charakter opinii.

Źródło zagraniczne: TuttoImola.it
Źródło polskie: WolneMedia.net

sobota, 7 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                  Andrzej Janusz Gąsiorowski (Andre Gasiorowski)

 


 

ur. 26 czerwca 1959 w Nysie) – żydowski aferzysta i biznesmen, z wykształcenia lekarz.

Od 1991 roku mieszkający i działający w Izraelu. Właściciel i prezes zarządu: Art-B, Network Intelligence, Network Intelligence Technology Group, Media Network Intelligence. Ukończył Państwową Szkołę Muzyczną I i II stopnia im. Stanisława Moniuszki w Wałbrzychu. Absolwent I Liceum Ogólnokształcącego im. Ignacego Paderewskiego w Wałbrzychu (rocznik 1978). Studiował w Akademii Medycznej we Wrocławiu (dyplom lekarza 1984). Początkowo pracował jako laryngolog w szpitalu miejskim w Wałbrzychu.

Trzy i pół miesiąca po tym, jak Gąsiorowski wraz z rodziną uciekł do Izraela z pieniędzmi ukradzionymi Polakom, 13 listopada 1991 roku, polskie organa ścigania wydały za nim list gończy. Izrael, który wcześniej przyznał mu obywatelstwo, odmówił ekstradycji „swojego” biznesmena do Polski.

Niektóre zarzuty polskiej prokuratury wobec niego (o działanie na szkodę spółki Art-B) przedawniły się w lipcu 2001, tj. po dziesięciu latach od ucieczki z Polski. Inne, dotyczące wyłudzenia co najmniej 424 mln PLN, i drugi - kradzieży na szkodę spółki Art-B 45 mln PLN miały przedawnić się w roku 2006 (po piętnastu latach), ale zmiana prawa w Polsce uchwalona w 2005 spowodowała, iż przedawnienie nastąpiło w 2011. Według prokuratury jednak najważniejszy zarzut (oszustwa wobec polskich banków na ponad 4 biliony starych zł) przedawni się dopiero w 2016 roku, w związku z czym w 2011 r. odmówiono reprezentującemu Gąsiorowskiego prawnikowi wydania dla jego klienta listu żelaznego, na podstawie którego mógłby przyjechać do Polski bez groźby aresztowania. Gąsiorowski ze swej strony oświadczył publicznie, że nie zamierza na razie opuszczać Izraela, a do Polski przyjedzie najwcześniej w roku 2016 kiedy jego przestępstwa ulegną przedawnieniu.

W 2012 r. Andrzej Gąsiorowski jako obywatel Izraela, wystąpił ze skargą przeciwko Polsce do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. W skardze stawia zarzut, że "Polska dopuściła się w jego sprawie rażącego i trwałego naruszenia praw człowieka”.

Andrzej Gąsiorowski jest poszukiwany listem gończym przez Interpol, który w tej sprawie jest bezsilny!

Drogi Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego, muzyka i lekarza, splotły się na warszawskim koncercie Cliffa Richardsa w połowie lat 80. Zamiłowanie do muzyki –obaj grywali w amatorskich zespołach, a Bagsik bywał nawet organistą – przerodziło się we wspólny interes. Spółka Art-B ("Artyści Biznesu"), założona w 1988 roku, handlowała niemal wszystkim: telewizorami, samochodami, odzieżą, mlekiem w proszku. Zyski, które początkowo miały starczyć na zakup instrumentów muzycznych, zaczęły iść w tysiące, a potem w miliony dolarów. Rynek błyskawicznie chłonął każdą ilość towaru, bo szalejąca hiperinflacja pozbawiała oszczędzanie jakiegokolwiek sensu. U szczytu swojej potęgi w 1991 roku Art-B zatrudniała tysiące osób, a w siedzibie spółki wisiały obrazy Picassa i Renoira. Do drzwi obu prezesów ustawiały się kolejki polityków, proszących o dotacje dla partii i wsparcie dla dogorywających państwowych przedsiębiorstw. Niedługo te znajomości okazały się bardzo cenne.

 

Andrzej Gąsiorowski mieszka w izraelskiej Cezarei

 

Wraz z rodziną mie­szka pod Tel A­wi­wem i nie opuszcza Izraela. Jednak i on nie uniknął kłopotów z prawem – w 1996 roku był aresztowany za udział w grupie fałszującej karty kre­dy­to­we VISA. Dziś swój majątek lokuje w spółkach z branży nowych technologii, zaś jego firma organizuje w Izraelu plenerowe widowiska amerykańskich tele-ewangelistów. Zajmuje się też doradztwem inwestycyjnym. Co jakiś czas media obiegają informacje o możliwym powrocie Gąsiorowskiego do Polski, jednak zarzuty wobec niego jeszcze się nie przedawniły. Szefowie Art-B podobno już nie utrzymują ze sobą kontaktów, z dawnych czasów pozostało im jednak zamiłowanie do muzyki. Bagsik jeszcze w 1999 roku wydał, bezlitośnie zresztą ocenioną przez krytykę, jazzową płytę 2B In Art, zaś Gąsiorowski hobbystycznie komponuje piosenki łączące gospel z muzyką elektroniczną.

Zarówno Bogusław Bagsik, jak Andrzej Gąsiorowski wspominają, odegrali ważną rolę w akcji pod kryptonimem Most. Była to ogromna, bardzo dyskretnie przeprowadzona operacja przerzucenia setek tysięcy rosyjskich Żydów do Izraela przez Polskę. Czym dwaj młodzi ludzie zasłużyli sobie na takie zaufanie nieufnego wywiadu Izraela? Gąsiorowski w rozmowie telefonicznej przyznaje, że nie dziwi się, iż służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo naszego kraju takie pytanie sobie zadawały. W tym dopatruje się też jednej z przyczyn dramatu Art B. Uznano ich za izraelskich agentów.

Bagsik i Gąsiorowski finansowali wszystkie liczące się wtedy partie. Wspomogli też finansowo kampanię prezydencką. Lecha Wałęsy – Ich ewentualne aresztowanie nikomu nie byłoby na rękę. Po ich ucieczce odetchnęli wszyscy.

W Izraelu, Bagsik i Gąsiorowski konsumowali spokojnie ukradzione Polakom 420 mln dolarów. Bagsik zastanawiał się jeszcze co robić, a w przerwach jeździł na narty w szwajcarskie Alpy, Gąsiorowski zaś uruchomił nowy geszeft. Polegał on na elektronicznym nabijaniu w butelkę żydowskich posiadaczy kart kredytowych. Zapomniał biedak, że w Talmudzie, oprócz religijnego obowiązku kantowania gojów, szczególnie miłego ich Bogu, znajduje się też zasada: "oko za oko i ząb za ząb", a Żydzi są bezlitośni dla tych, którzy ich oszukują. Skazany za oszukiwanie Żydów na 30 lat ciężkiego więzienia Gąsiorowski pisze rozpaczliwe listy do różnych organizacji praw człowieka uskarżając się, że w więzieniu, w którym go osadzono, żyją ogromne karaluchy.

Najsłynniejsi aferzyści III RP - Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski - pokłócili się też o bardzo duże pieniądze. "Dziennik" dotarł do dokumentów, z których wynika, że ścigany listem gończym Gąsiorowski dostanie miliony dolarów, bo donosił na Bagsika.

Konflikt między dawnymi przyjaciółmi i wspólnikami wykorzystał likwidator tej spółki. Zawarł tajną umowę, na podstawie której Gąsiorowskiemu należy się honorarium za każdy odnaleziony przez niego majątek Bagsika. "Dziennik" dotarł do tej umowy.

Obowiązuje od dawna, bo od 1996 r. Gąsiorowski i dawny współ­pra­cow­nik Art-B Meir Bar (mózg afery) zobowiązują się w niej do pokazania likwidatorowi Art-B Jerzemu Cyranowi, gdzie Bogusław Bagsik ukrywa majątek spółki. W zamian mają dostać nawet połowę pieniędzy, które uda się odzyskać likwidatorowi dzięki tym donosom.

Z ustaleń gazety "Dziennik" wynika, że Gąsiorowski już sypnął byłego wspólnika. Nie wiadomo jednak, czy wskazał np. konta i spółki Bagsika w Szwajcarii, czy jakieś inne dobra. Ani czy już zainkasował swoją prowizję. Ale to nie wszystko. Gąsiorowski zapewnił sobie również prawo do części odszkodowania, jeśli Art-B wygra pewien proces w Izraelu.

Rzecz dotyczy pieniędzy wziętych pod stołem przez Bagsika w zamian za zgodę na odsprzedanie rodzinie Libermanów należących do niego akcji izraelskiego koncernu naftowego PAZ. To m.in. na kupno akcji tego przedsiębiorstwa "artyści biznesu" wydali pieniądze przewiezione w workach z Polski do Izraela.

Wyraźnie dziś przygaszony Andrzej Gąsiorowski zapewnia, że ciągle jest w biznesie, że jest w bardzo dobrej formie. Jedną z dziedzin jego obecnej aktywności są zaawansowane technologie umożliwiające odzyskiwanie i magazynowanie wodoru. – Żeby można go było wykorzystywać jako źródło energii albo do produkcji wody – mówi Gąsiorowski. – Głównie na takich rynkach jak Indie Brazylia czy Izrael.

Sporo czasu poświęca muzyce. Daje mu ona możliwość kontaktów z ludźmi z innego niż biznesowy świata. Żeby organizować duże koncerty, nie musi przecież wyjeżdżać z Izraela. O przyjeździe do Polski nie myśli. Spekuluje, że państwo po raz kolejny wydłuży czas, po którym przedawniają się afery gospodarcze. Można odnieść wrażenie, że na swój sposób zazdrości Bagsikowi. Tego, że wyrok ma już za sobą, jest wolnym człowiekiem.

W maju 2013 roku zagrał dla 4 tys. osób w największej sali koncertowej w Izraelu, potem przemawiał premier Beniamin Netanjahu. Dość niecodzienne jak na osobę ściganą listem gończym.

- Tylko akompaniowałem genialnemu chłopcu Danielowi Pruzansky'emu, który zresztą dwa miesiące wcześniej śpiewał dla Baracka Obamy, gdy był w Izraelu – tłumaczył się Gąsiorowski Ale przede wszystkim razem z Bożeną, moją żoną, zorganizowaliśmy i prowadziliśmy tę wielką międzynarodową imprezę związaną z obchodami zakończenia II wojny światowej i Holocaustu. Na widowni siedzieli Żydzi ocaleni z Zagłady, urzędnicy ministerialni, dyplomaci, był generał Mosadu, który złapał Eichmanna, oraz kombatanci, bo podczas wojny walczyło 1,5 mln Żydów, większość w Armii Radzieckiej. Z całego świata przyjechali też przedstawiciele ewangelicznych chrześcijan.

Andrzej Gąsiorowski wspólnie z żoną Bożeną są założycielami organizacji pozarządowej Helping Hand Coalition (HHC), która działa na rzecz ocalonych z Holocaustu. Fundacja realizuje wiele programów, prowadzi działania na rzecz pokrzywdzonych: ofiary wojen, terroru, prześladowanych: na tle rasowym, religijnym, politycznym oraz osamotnionych w podeszłym wieku.

W czerwcu 2013 Andrzej Gąsiorowski wspólnie z ministrem Aron Azulay (Minister for Senior Citizens General Director Kneset) rozpoczęli działania w misji ratowania Muzeum Josepha Bau w Tel Awiwie. W 1958 roku Josef Bau założył prywatne studio filmowe z kinem, w którym realizował animacje do filmów. W 2002 roku Studio filmowe zostało przekształcone w Muzeum Josepha Bau.

                                                   Bożena Gąsiorowska -żona Andrzeja Gąsiorowskiego.

Bożena i Andrzej Gąsiorowscy

 

Izraelska celebrytka, wice­pre­zes Fundacji Helping Hand Coalition.

Bożena Łagoda, od 1983 roku w związku małżeńskim z Andrzejem Gąsiorowskim, z wykształcenia e­ko­no­mis­tka, po ucieczce z Polski w 1991 roku wraz z pieniędzmi ukradzionymi Polakom do Izraela, została izraelską ce­le­bryt­ką i współ­za­ło­ży­ciel­ką Fundacji Helping Hand Coa­li­tion.

Marzy aby powrócić do Polski po 2016 roku tj. okresie kiedy przedawnią się przestępstwa popełnione przez jej męża w Polsce i założyć filę HHC w celu zwalczania polskiego antysemityzmu oraz polskiej ciemnoty prowincjonalnej z której to ona sama paradoksalnie pochodzi!

Odznaczenia

  • 2012: honorowe członkostwo w Światowej Federacji Żydów Ma­ro­kań­skich.
  • 2011: honorowa odznaka "Za wybitne zasługi dla Związku Kom­ba­tan­tów Rzeczypospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych"
  • 2011: Nagroda Knesetu za działalność na rzecz ofiar holocaustu, pomoc Izrealowi i rozwijaniu przyjaźni między Narodami Izraelem a Polską


http://www.youtube.com/watch?v=uNrakjwCWsw&feature=c4-overview-vl&list=PL473CF26FCD8DBE4C

                                                                                     www.yelita.pl

piątek, 6 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                           Aleksander Gawronik

 

(ur. 30 sierpnia 1948 w Poznaniu) – przedsiębiorca, senator III kadencji, komunista, aferzysta.
W okresie PRL był aktywistą komunistycznej PZPR i etatowym pracownikiem SB, a także tajnym współpracownikiem (konfidentem) wywiadu PRL.

Aleksander Gawronik, zanim został znanym biznesmenem aferzystą, był aktywistą komunistycznej PZPR, a w latach 70. zdążył zaliczyć służbę w więziennictwie i Służbie Bezpieczeństwa. Do pracy w tych instytucjach miał jak najlepsze referencje. Był aktywnym działaczem Związku Młodzieży Socjalistycznej, a w 1966 r. ukończył Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu. Jako ideowy i zaangażowany towarzysz Gawronik łatwo dostał pracę w więzieniu jako wychowawca. Po kilku miesiącach, w sierpniu 1972 r., postanowił jednak zmienić profesję. Napisał wtedy podanie o przyjęcie do bezpieki: »Zwracam się do obywatela komendanta z prośbą o przyjęcie mnie do pracy w Służbie Bezpieczeństwa w Wydziale Śledczym. Prośbę swoją uzasadniam tym, że chciałbym być jednym z tych, którzy stoją na straży ładu i porządku publicznego«". Rzeczpospolita, 23.08.2007 r.

Czerwiec 1992 r. Pod dom Gawroników w podpoznańskiej Długiej Goślinie zajeżdża kawalkada limuzyn. Najważniejszym gościem jest dr Horst Assmann, prezes niemieckiego oddziału spółki ESSO, która otworzyła z pomocą Gawronika pierwszą w Wielkopolsce całodobową stację benzynową. Z wieloma stanowiskami do tankowania, z myjnią i sklepem.

Na niemieckich gości czekają kolorowe drinki o niezbyt apetycznie brzmiących nazwach E-94, E-98. Potem przejażdżka bryczką po lesie. Wreszcie obiad: stek, indyk i brzoskwinie. Nazajutrz Aleksander Gawronik zaprowadzi dr. Assmanna do zakładu jubilerskiego na poznańskim rynku i wręczy mu prezent: znaczek ESSO z białego złota, wysadzany brylancikami. Tak się w tamtych latach sprowadzało do Polski wielki kapitał.

Poznańscy cinkciarze mówili o nim Walizeczka. Skupował od nich dolary i marki, wpłacał na konto dewizowe, by po kilku dniach wypłacić i legalnie wywieźć za zachodnią granicę. Tam się kupowało towar. Problemu ze zbytem nie było, lata 80. to był u nas czas pustych półek. Zarobione pieniądze znów wymieniał na waluty.

Prywaciarz z rozmachem: sklep, warsztat, pieczarki, kurnik. I sieć kontaktów. Jeszcze w szkole zapisał się do komunistycznego ZMS, potem do PZPR. Za Gierka był między innymi wychowawcą w poznańskim areszcie śledczym. Potem zgłosił się do pracy w SB. W latach 90. opowiadał, że poznał esbeków pracując w areszcie: „Na co dzień chodzili w garniturach, białych koszulach pod krawatem. Palili fajki, zagraniczne papierosy dobrych marek, a kiedy przechodzili więziennym korytarzem, ciągnęły się za nimi zapachy kosmetyków z peweksu”.

W wydziale śledczym wytrwał ledwie miesiąc, może dwa. Z dokumentów IPN wynika, że uznano go za funkcjonariusza pozbawionego „właściwych predyspozycji”, a jego zachowanie „budziło poważne obawy o pełną równowagę psychiczną”. Ze służbami jednak nie zerwie. Gdy na początku lat 80. zaczął sprowadzać z Niemiec samochody, zgłosili się do niego panowie z wywiadu. Podczas rozmowy werbunkowej miał się dopytywać, czy w razie kłopotów z urzędem finansowym może liczyć na wsparcie.

Rok 1988. Oszukany przez warszawskiego cinkciarza dochodzi do wniosku, że czas na zmiany. Po co drobni waluciarze mają na nim zarabiać? Robią swoje geszefty, bo oficjalny kurs złotego jest przeszacowany i nikomu nie opłaca się wymieniać złotówek na dewizy w banku. A gdyby tak przejąć obrót walutami, ale już w pełni legalnie? Warunek jest jeden: państwo musi zrezygnować z dziurawego monopolu.

Jeszcze rok wcześniej byłaby to mrzonka. Ale więdnąca komuna ratowała właśnie skórę pierwszymi rynkowymi reformami rządu Mieczysława Rakowskiego. Z dnia na dzień otwierały się gospodarcze nisze, a cały problem polegał na tym, aby je w porę dostrzec, a potem znaleźć dojścia i kapitał. W tym świecie Aleksander Gawronik stanie się wirtuozem.

Pisze więc list do samego Rakowskiego z propozycją zmiany prawa dewizowego. O dziwo, premier odpisał. W efekcie Gawronik staje przed obliczem wicepremiera Ireneusza Sekuły. Ten proponuje kolację. – I czy mógłby pan przywieźć prawdziwego cinkciarza? – pyta. Jadą do rządowej willi na Parkowej. Gawronik, jego współpracownicy Marek Roszak i Agenor Gawrzyał (późniejszy prezes Warty) oraz wiodący poznański waluciarz (dziś właściciel kantoru). Onieśmieleni wchodzą, a tam: wicepremier, minister finansów, prezes NBP, rzecznik rządu. Na stole zupa ze szparagów i suflety oraz gruziński koniak. Rozmowa jest obiecująca.

14 marca 1989 roku Gawronik odbiera zezwolenie otwarcia na przejściu granicznym w Świecku pierwszego w Polsce kantoru wymiany walut. Za kilka godzin ma wejść w życie nowe prawo dewizowe, znoszące państwowy monopol. Pod warszawskim hotelem Victoria, gdzie się zatrzymał, grzeją już silniki samochody.

– Ruszyliśmy w pięć fur na granicę. Wieźliśmy kasjerki, kasę, sprzęt. W Świecku buda już stała. Tylko było czekać, jak przyjdzie pierwszy Helmut z markami do wymiany – wspomina Grzegorz Koczdański, wówczas właściciel firmy taksówkowej, który wiózł Gawronika spod Victorii. Marek Roszak pamięta, że kontener pomagali składać wopiści. „Pan Aleksander” ich załatwił. Kwadrans po wejściu w życie nowego prawa kantor już działał.

Tak narodził się w Polsce wolny rynek usług finansowych. Po kilku tygodniach kantory Gawronika stoją już na całej zachodniej granicy. Cinkciarze zostają wyparci z rynku. Poznański prywaciarz w kilka tygodni staje się pierwszym herosem raczkującego kapitalizmu, kontrolowanego przez SB.

W 1990 r. znajdzie się na czele pierwszej listy najbogatszych Polaków „Wprost”.

Pierwsze zatrzymanie to jeszcze sensacja. Gawronik był na topie. Jak sprzedał kantory, to wszedł w paliwa. Rwały się dostawy z Rosji i na poznańskich stacjach ustawiały się gigantyczne kolejki. Gawronik sprowadził paliwo z Niemiec i na pośrednictwie zarobił kolejne miliardy. 23 września 1992 r. zdążył jeszcze spotkać się z wicepremierem Henrykiem Goryszewskim (usłyszał, że jest szpicą polskiej gospodarki). Kilka godzin później siedział już w celi pod zarzutem działania na szkodę spółki Art-B. A przeszukujący jego dom funkcjonariusze UOP sporządzali listę obrazów z kolekcji Gawronika.

Płótna nie byle jakie: Renoir, Picasso, Malczewski, Chełmoński, Witkacy. Do Art-B trafił po ucieczce Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego. Obiecywał, że spółka jeszcze stanie na nogi, ale już po miesiącu ogłaszał rezygnację. Prokurator stwierdzi, że obrazy z domu Gawronika są własnością Art-B. Wyjdzie za kaucją, a w przededniu rozpoczęcia procesu zdobędzie mandat senatora. Na kilka lat ma spokój, chroni go immunitet.

W Senacie forsuje ustawę podwyższającą prestiż Służby Więziennej.

Grzegorz Koczdański, który jeździł z Gawronikiem instalować w Świecku pierwszy kantor, mówi o num – Mądry człowiek był, dawał dobrze zarobić, nie był „żydzicho” – wspomina Koczdański. – Elegancki, wypachniony, żadnej słomy w butach. Nie był baletmistrz jak inni, co tylko nachlać się chcieli i pójść na kurwy. On wiedział, o co mu chodzi.

– Miałem trudność w oddzieleniu jego wizji od konfabulacji – twierdzi z kolei Marek Roszak, współpracownik z czasów kantorowych. – Uwielbiał snuć opowieści o wielkich projektach, a gdy pytałem, co konkretnie zrobić, odpowiadał: „A to już pana rola, panie Marku”. Po paru miesiącach byłem tym zmęczony, odszedłem. Benon Połczyński, współpracownik z etapu paliwowego: – Z pomysłem organizował kolejne spółki, potrafił dobierać ludzi. Miałem jednak wrażenie, że coraz bardziej ulegał czyimś wpływom. Później śledziłem jego karierę już tylko z oddali. Zabrnął...

Kiedy znalazł się na równi pochyłej? Chyba po epizodzie z Art-B. Tracił rozmach i pozycję na salonach. – Opowiadał mi, że drogi w Polsce są fatalne, więc będzie wozić tiry pociągami, od zachodniej granicy aż do Brześcia i Terespola – wspomina poznański dziennikarz ekonomiczny Krzysztof Gołata. Pomysł lansował wspólnie z dawnym znajomym Ireneuszem Sekułą, wtedy prezesem Głównego Urzędu Ceł. Ale bez skutku. Już nie był ikoną wielkopolskiego biznesu. W połowie lat 90. zaczynały się czasy innego poznaniaka, Jana Kulczyka.

W 1999 r. Aleksander Gawronik, za którym stali mocni ludzie z "Pruszkowa", odkupił od ówczesnego posła AWS Marka Kolasińskiego udziały w jego firmie Italmar Ca za pieniądze gangsterów. Częścią firmy był m.in. skład celny w Żarnowcu. Gawronik i "spółka" od początku planowali wykorzystać firmę do wyłudzeń VAT za papierosy i alkohol oraz jako przemytniczy punkt przerzutowy. Aby interes się kręcił, gangsterzy nie poprzestali na skorumpowaniu celników. W pobliskich Słubicach, gdzie jest przejście graniczne z Niemcami, mafiosi kupili sklep delikatesowy i zatrudnili w nim jako kasjerki wyłącznie żony "zaprzyjaźnionych" celników.

W 2001 r. pierwszy wyrok skazujący – w sprawie Art-B. Zaraz potem kolejny proces. Prokurator zarzuca Gawronikowi wyłudzenie podatku VAT na milion złotych. Świadek koronny, gangster „Masa”, zeznaje, że poznański biznesmen prowadził interesy z „Pershingiem”, przywódcą mafii pruszkowskiej. Wyrok: osiem lat więzienia.

– Nie można dopuścić się przestępstwa gospodarczego, nie kierując się chęcią zysku. „Wyłudzone” od państwa pieniądze nie zasiliły żadnej z moich firm – przekonuje mnie teraz Aleksander Gawronik.
– To dlaczego został pan skazany?
– To proste. Przesłuchuje się przestępcę, który ratuje swoją skórę. Mówi mu się: wskaż tego pana, my też go nie lubimy.
– A dlaczego pana nie lubili?
– Byłem zwierzęciem medialnym, a oni potrzebowali sukcesu.

Jacy „oni”? Tego Gawronik otwarcie nie powie, ale aluzje są precyzyjne: postępowanie przeciwko niemu prowadziła prokuratura katowicka, a jej zwierzchnikiem był w 2001 r. ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. Gawronik zapowiada, że jeszcze w tym roku ruszy jego proces rehabilitacyjny. Na wolności jest od niemal trzech lat, ale dopiero teraz może myśleć o powrocie do biznesu. Do tej pory był na zwolnieniu warunkowym, co oznaczało stały nadzór kuratora i obowiązek znalezienia pracy na etacie. Gdzie był zatrudniony? Tego nie powie.

W 1991 został zarządzającym spółką Art-B, wcześniej kierowaną przez Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego. W tym samym roku funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa dokonali jego zatrzymania w związku z zarzutem przywłaszczenia mienia o wartości ok. 7,6 mld starych zł na szkodę spółki Art-B oraz zagarnięcie 10 mld starych zł, które miał przejąć bezprawnie od dłużnika tej spółki na konto swojej firmy. Został zwolniony po trzech tygodniach za poręczeniem majątkowym. Utworzył również duży holding Biuro Handlowo-Prawne AG.

W 2000 na zlecenie Prokuratury Rejonowej w Słubicach dokonano przeszukania w biurach i magazynach należącej do niego firmy. W 2001 Aleksander Gawronik został zatrzymany i następnie tymczasowo aresztowany, w związku z podejrzeniem oszustw celnych i podatkowych.

Sąd Rejonowy w Słubicach w 2004 skazał go na karę 8 lat pozbawienia wolności i 200 stawek dziennych po 250 zł grzywny, za wyłudzenie ponad 9 mln zł nienależnego podatku VAT. Były senator nie przyznał się do winy, twierdząc, że oszustw dopuścili się jego pracownicy.

Wcześniej zakończył się jego proces w sprawie przywłaszczenia mienia na szkodę spółki Art-B, w którym wymierzono mu karę 3 lat i 8 miesięcy pozbawienia wolności. W 2009 roku były senator opuścił przedterminowo więzienie, gdzie odbywał karę dziewięciu lat więzienia za założenie grupy przestępczej, której celem było wyłudzanie podatku VAT. Suma wyłudzeń sięgnęła 9,5 mln zł. W maju 2009 roku wyszedł na wolność - 11 miesięcy przed zakończeniem odbycia kary.

Kierowana przez Gawronika grupa za pośrednictwem sklepu z papierosami w Słubicach w 1999 i 2000 r. uprawiała proceder fikcyjnej sprzedaży papierosów cudzoziemcom i ich wywozu za granicę. W ten sposób dochodziło do wypłacania nienależnego podatku VAT na podstawie sfałszowanych czeków tax-free za papierosy, które miały opuścić Polskę.

W 2011 orzeczono wobec niego karę zastępczą 350 dni pozbawienia wolności w zamian za grzywnę wynikającą z wyroku Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa. Aleksander Gawronik został doprowadzony do odbycia kary w 2012.

W październiku 2012 roku, opuścił areszt z elektroniczną obrożą na nodze, będzie w ten sposób odbywał karę za wyłudzenia jako areszt domowy.

Z elektroniczną obrożą na nodze Aleksander Gawronik będzie musiał przebywać w domu od godz. 19:00 do 10:00 rano. Nie może się nigdy spóźniać, a w niedzielę ma pięć godzin na praktyki religijne i rekreację. Były senator sam poprosił o wymierzenie mu dozoru elektronicznego. To alternatywa dla 350 dni aresztu, które miał odbyć w więzieniu za niezapłacenie 175 tys. zł grzywny za przestępstwa popełnione przed laty.


                                                                                             www.yelita.pl

czwartek, 5 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                     Gromosław Józef Czempiński

  

Gromosław Józef Czempiński (ur. 12 października 1945 w Obornikach) – komunista, generał brygady Sił Zbrojnych RP, funkcjonariusz ko­mu­ni­s­ty­cz­nych służb specjalnych PRL i III RP, w latach 1993–1996 szef Urzędu Ochrony Państwa, milioner zamieszany w Aferę STOEN i LOT. Agent komunistycznego wywiadu o pseudonimie „Roy”.


 

Żeby zrozumieć bły­s­ko­t­li­wą karierę Gromosława Cze­m­piń­skie­go w III RP, trze­ba odwołać się do jego służby w PRL. To zdo­by­te wówczas cenne kontakty biznesowe za­o­wo­co­wa­ły lu­kra­ty­w­ny­mi ko­n­tra­k­ta­mi w końcu lat 90., dzięki którym stał się jednym z najbardziej ma­ję­t­nych ludzi w Polsce. Na próżno szukać jednak jego nazwiska na liście najbogatszych rodaków – stan jego majątku jest głęboką tajemnicą, podobnie jak akta Gromosława Czempińskiego, które trafiły do zbioru zastrzeżonego w Instytucie Pamięci Narodowej.

Jego ojciec Mieczysław Czempiński, działacz PPR, a później PZPR, zgłosił się na ochotnika do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Jak po­d­kre­ś­la­li przełożeni – wybitny pracownik operacyjny zwalczający wrogie siły Polski Ludowej był pasjonatem lotnictwa (zamiłowanie to udzieliło się później starszemu synowi Gromosławowi).

W opiniach służbowych podkreślano, że Mieczysław Czempiński zasłużył się w „zwalczaniu band reakcyjnego podziemia”. Sam zainteresowany wykazywał jako swoje zasługi „czynny i bezpośredni udział w walkach ze zbrojnym podziemiem na terenach powiatów: obornickiego – banda „Tarzana” i „Norwida”, powiatu nowotomyskiego – WSGO „Warta” i banda „Szefa Czesia”, kościańskiego – banda „Kościuszki”, kępińskiego – banda „Otta” i „Waldemara” oraz wielu innych grup zbrojnych działających na terenie powiatów Ostrowa, Krotoszyna, Gniezna i Poznania, a w 1951 r. na terenie powiatu włodawskiego przeciwko bandzie „Żelaznego” – pisał do kierownictwa SB kpt Mieczysław Czempiński w październiku 1970 r.

Warto przypomnieć, że ppor. Edward Taraszkiewicz „Żelazny”, o którym w ra­po­r­cie pisał Czempiński senior, to żołnierz WiN, który zginął w za­sa­dz­ce urządzonej przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Pu­b­li­cz­ne­go. Trzy lata wcześniej – 6 listopada 1948 r. – w obławie MBP zginęli żołnierze „Żelaznego”: Henryk Wybranowski „Tarzan” i Jan Torbicz „Łoś”. Żona „Łosia” została wtrącona do więzienia, a jej sześcioletnia córeczka trafiła pod opiekę dziadka. O swoim udziale w walkach z „bandą Tarzana” z dumą pisał w raportach do przełożonych Mieczysław Czempiński.

W dokumentach IPN znajduje się świadectwo z Kursu Inspektorów De­pa­r­ta­me­n­tu I (wywiadu) MSW, który Mieczysław Czempiński ukończył 7 czerwca 1957 r.

Idąc szlakiem rodzinnej tradycji, Gromosław Czempiński wzorem ojca przeszedł szkolenie w szkole wywiadu. Był pierwszym rocznikiem w nowo powstałym Ośrodku Kształcenia Kadr Wywiadu w Kiejkutach. Ośrodek podlegał Departamentowi I, który był częścią Służby Bezpieczeństwa. Warto o tym przypominać, ponieważ byli funkcjonariusze wywiadu PRL kreują się na oficerów, którzy z SB nie mieli nic wspólnego. Przeczą temu dokumenty – każdy funkcjonariusz wywiadu i kontrwywiadu musiał ukończyć szkołę Służby Bezpieczeństwa.

Po szkoleniu w Kiejkutach przyszły szef UOP wyjechał do USA.

„Jako agent służb PRL w USA Gromosław Czempiński szczególnie uważnie obserwował działalność »polonijnego kleru«. W 1976 r. w ra­po­r­tach dla warszawskiej centrali SB opisywał wizytę abp. Karola Wojtyły w Ameryce. Czempiński był faktycznie rezydentem Departamentu I MSW, który przyjął kryptonim operacyjny »Roy«. Posługiwał się nim w ko­re­s­po­n­de­n­cji z centralą Departamentu I MSW. Szpiegował Amerykanów, polskich emigrantów, Polonię i Kościół katolicki. Na ślady tej działalności natrafiłem przed laty w Ośrodku Dokumentacji Wychodźstwa Polskiego w Pułtusku, gdzie przechowywano akta powiązanego ściśle z wywiadem Towarzystwa Łączności z Polonią Zagraniczną Polonia, które w latach 1955– 1990 prowadziło dość przemyślaną działalność dezintegracyjną wobec wy­cho­dź­stwa i Polonii (…). »Roy« starał się śledzić poczynania Wojtyły. Wyraźnie zaniepokojony charyzmą krakowskiego kardynała, informował centralę w Warszawie, że polscy biskupi »z kard. Wojtyłą na czele od początku swego pobytu w USA na różnego rodzaju spotkaniach, ro­z­mo­wach itp. gloryfikowali działalność i znaczenie Ligi Katolickiej, zna­nej ze swej prawicowej, skrajnie reakcyjnej politycznie działalności«”

Czempiński musiał opuścić USA, ponieważ został zdemaskowany – jego kolega, por. Andrzej Kopczyński, przeszedł na stronę Amerykanów i ujawnił nazwiska rezydentów wywiadu PRL pracujących na Zachodzie.

Kolejnym ważnym etapem była praca Czempińskiego w Szwajcarii. Stam­tąd donosił na Światową Radę Kościołów. Pracując oficjalnie jako I se­kre­tarz Stałego Przedstawicielstwa PRL przy Biurze ONZ w Genewie, poznał młodego, zdolnego ekonomistę Andrzeja Olechowskiego.

„Olechowski przyznał, że współpracował z wywiadem. Rzeczywiście był on kontaktem operacyjnym Wydziału X Departamentu I MSW o pseu­do­ni­mie Must (wcześniej, o czym mało wiadomo, miał pseudonim Tener, nr ewidencyjny 9606). Pracownikiem tego samego pionu SB był Czempiński”

W latach 60. w Poznaniu Gromosław Czempiński poznał Jana Kulczyka, syna biznesmena Henryka Kulczyka działającego głównie w Republice Fe­de­ra­l­nej Niemiec. Henryk Kulczyk, według dokumentów służb specjalnych PRL, został pozyskany do współpracy z SB w 1961 r., a w latach 70. prze­ka­za­ny na nieformalny kontakt Departamentu I MSW. Według dokumentów IPN Henryk Kulczyk przekazał służbom specjalnym PRL pisemne in­fo­r­ma­cje m.in. na temat środowiska działających w Niemczech polskich prze­d­się­bio­r­ców.

Służby specjalne PRL interesowały się także Janem Kulczykiem i jego sio­s­trą Marią – sprawa o kryptonimie Kloda została zamknięta w 1989 r. przez Henryka Jasika, dyrektora I Departamentu.

Jasik to dobry znajomy Gromosława Czempińskiego jeszcze z czasów poznańskich. W wywiadzie pracował od 1970 r. Sześć lat później został oddelegowany do RFN, gdzie przebywał do 1980 r. W wywiadzie PRL pracował do samego końca, a później – podobnie jak Gromosław Czem­piń­ski – przeszedł do UOP.

Generał Gromosław Czempiński to postać nietuzinkowa III RP. Swego czasu publicznie chwalił się, że był jednym z założycieli głównej partii opozycyjnej, czyli Platformy Obywatelskiej, ale to nie jedyne jego dokonanie. Generał wie dużo, a co najważniejsze wie, jak wiedzę, wyniesioną ze służb, spożytkować w życiu prywatnym. Dla przykładu, za pośrednictwo w prywatyzacji koncernu STOEN, firma G. Czempińskiego zainkasowała 1,2 mln EURO od niemieckiego koncernu RWE (i jego doradcy), który STOEN zakupił.

Widocznie jednak nie wystarczały mu legalne miliony, zarobione na tzw. pośrednictwie, albowiem G. Czempiński stoi pod zarzutem korupcyjnym. Chodzi o prywatyzację kluczowych polskich przedsiębiorstw, tj. STOEN, PLL LOT czy TP S. A. G. Czempiński został zatrzymany w 2011 roku przez CBA (niestety dla totalnej opozycji - to nie są czasy rządu PiS). Zgodził się wówczas na podawanie swoich danych i zapowiedział proces o od­szko­do­wa­nie, ponieważ - jak podkreślał - jest niewinny. Minęło sporo lat i ani nie ma jeszcze aktu oskarżenia w sądzie, ani też generał nie doprowadził do wpłaty na swoje konto odszkodowania ze strony Skarbu Państwa.

Od 2016 roku śledztwo przyspieszyło, lecz mimo to końca nie widać. To jest w pewnym sensie zrozumiałe, albowiem G. Czempiński jest uosobieniem cwaniactwa i niejasnych powiązań, których w III RP jest co niemiara. Śledztwo prowadzone jest w kierunku art. 229 § 1 k.k., czyli udzielenia lub obietnicy udzielenia korzyści majątkowej osobie pełniącej funkcję pu­b­li­cz­ną. Warto obserwować tę sprawę, albowiem gen. Gromosław Czempiński jest w pewnym sensie papierkiem lakmusowym. Jeśli jemu powinie się noga, to jednocześnie powinie się jedno z odnóży III RP.

 
Prywatyzacje - cz. 2. Bogucki Czempiński Siwiec i inni...

 
 
Zbiór zastrzeżony IPN. Cenckiewicz_ Czempiński rozpracowywał agentkę CIA
 


                                    AFERZYŚCI ELIT                                                                    Lech Grobelny   Lech G...