sobota, 20 czerwca 2026

              ELITY - DRUGI GARNITUR

                                         Władysław Serafin

 

 

 (ur. 24 lipca 1950 w Piasecznie) – polityk, związkowiec, rolnik, poseł na Sejm X, I i II kadencji, były komunista i działacz PZPR, bohater Afery taśmowej w PSL, polski goj na usługach międzynarodowego lobby uboju rytualnego zwierząt(żydowskiego i muzułmańskiego), zwolennik mordów rytualnych czyli podrzynania zwierząt na żywca bez ich ogłuszania!

W 1970 ukończył Zasadniczą Szkołę Zawodową w Warszawie. Pracował jako ślusarz remontowy w Polskich Zakładach Optycznych. Prowadzi indywidualne gospodarstwo rolne. Od 1989 pełnił funkcję wiceprezesa Krajowego Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych, od 1999 stoi na czele tej organizacji. Był też wiceprzewodniczącym Komitetu Zawodowych Organizacji Rolniczych Unii Europejskiej (COPA).

Od 1969 aż do jej upadku, należał do komunistycznej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W latach 1975–1983 zasiadał w Miejsko-Gminnej Radzie Narodowej Góry Kalwarii.

Jako przedstawiciel strony rządowej (komunistycznej) brał udział w obradach Okrągłego Stołu w podzespole do spraw środków masowego przekazu oraz grupie roboczej do spraw ustawy o związkach zawodowych rolników indywidualnych.

W 1989 został wybrany posłem X kadencji z listy komunistycznej PZPR. Zasiadał w prezydium Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej.

W latach 1991–1997 był posłem I i II kadencji z ramienia Polskiego Stronnictwa Ludowego z województwa częstochowskiego. Bezskutecznie ubiegał się o mandat w Sejmie w 1997, 2001, 2005, 2007 i 2011. Od 1998 zasiadał w radzie powiatu kłobuckiego, w 2006 nie został ponownie wybrany. W 2004 i 2009 bez powodzenia kandydował do Parlamentu Europejskiego.

W 2010 po śmierci jednego z radnych wszedł ponownie w skład rady powiatu kłobuckiego, obejmując funkcję jej przewodniczącego. W wyborach samorządowych w tym samym roku zdobył mandat radnego sejmiku śląskiego.

W 2011 kandydował w wyborach parlamentarnych z 1. miejsca na liście komitetu wyborczego Polskiego Stronnictwa Ludowego w okręgu wyborczym nr 28 w Częstochowie, jednak nie uzyskał mandatu poselskiego.

16 lipca 2012 "Puls Biznesu" ujawnił nagranie rozmowy między byłym prezesem ARR Władysławem Łukasikiem i Władysławem Serafinem, w której pierwszy z nich sugerował m.in. nepotyzm i niegospodarność w spółkach Skarbu Państwa, jakich dopuszczali się działacze PSL uznawani za związanych z Markiem Sawickim. W konsekwencji ujawnionych faktów Marek Sawicki dwa dni później podał się do dymisji z zajmowanego stanowiska ministra rolnictwa i rozwoju wsi.

To Serafin nagrał tą rozmowę aby pogrążyć ministra Sawickiego!

Agencji Rynku Rolnego Władysław Łukasik. Zanim panowie na dobre się rozsiądą i przystąpią do rozmowy, która wstrząsnęła opinią publiczną, Serafin kieruje się w stronę telewizora, gdzie stoi ukryta kamera. Co robi były działacz PSL? Zabiera pilota do telewizora, odkładając go w inne miejsce, a tym samym odsłaniając obiektyw kamery. - Tylko zrobię to... piloty położę - mówi na nagraniu Serafin.

To klasyczne nagrywanie z ukrytej kamery. Łukasik wchodząc do pokoju nie widział ukrytej kamery, bo zasłaniał ją pilot. Dopiero gdy usiadł, Serafin wstał i przełożył pilota w inne miejsce. Sposób prowadzenia rozmowy również wskazuje na Serafina. Dopytuje on Łukasika kilka razy o ministra Marka Sawickiego. Podsuwa mu tematy do rozmowy. Rzuca nazwiska. Mówi podniesionym głosem. Podprowadza go... To klasyka tajnych nagrań.

Jako szef kółek rolniczych wykorzystał dotacje budżetową niezgodnie z prawem.

W rozmowie z Informacyjną Agencją Radiową Serafin przyznał, że przelał część dotacji na swoje konto, bo wcześniej - kiedy Krajowa Izba Rolnicza nie wypłaciła części dotacji - on ratował swój związek z własnych pieniędzy.

Polskie organizacje rolnicze są reprezentowane w Unii Europejskiej dzięki corocznym dotacjom z budżetu państwa. Środki te wydawane są na wymagane składki, funkcjonowanie biur, opłacenie pracowników, przelotów i hoteli. Ale zanim trafią do poszczególnych organizacji najpierw trafiają na konta Krajowej Rady Izb Rolniczych, a ona podpisuje umowy na dofinansowanie z poszczególnymi organizacjami.

Serafin zapewnia, że ówczesny minister rolnictwa Marek Sawicki wiedział, że dotacje w jego przypadku często są wykorzystywane na pokrycie wcześniej zaciągniętych długów.

Były minister rolnictwa Marek Sawicki nie chciał o tej sprawie rozmawiać. Jedyne zdanie które wypowiedział brzmiało: "Nie mam nic wspólnego z panem Serafinem".

Szef Krajowego Związku Kółek i Organizacji Rolniczych, działacz PSL Władysław Serafin został też przesłuchany w jednej z warszawskich komend policji, jako sprawca wykroczeń. W styczniu 2013 roku, został on zatrzymany przez policję za przekroczenie prędkości i miał zasłaniać się immunitetem.

- Czynności były wykonywane przez warszawskich policjantów w ramach pomocy prawnej w związku ze wskazaniem tamtejszego miejsca pobytu kierowcy. Został on przesłuchany w charakterze sprawcy wykroczeń. Czekamy na powrót tych dokumentów i wtedy sieradzcy policjanci skierują sprawę do sądu z wnioskiem o ukaranie - powiedziała rzeczniczka łódzkiej policji podinsp. Joanna Kącka. Za wykroczenie grozi kara do 5 tys. zł grzywny.

Serafin został zatrzymany przez policję w styczniu 2013 roku na jednej z ulic w Sieradzu za przekroczenie prędkości, prowadzone przez niego auto jechało z prędkością 111 km/godz. zamiast dozwolonych 50. Serafin pokazał legitymację z unijnymi pieczęciami ważną do 2015 r. Według policji oświadczył też, że korzysta z immunitetu europarlamentarzysty.

Pokazał funkcjonariuszom prawo jazdy, ale w policyjnej bazie znajdowała się informacja, że ma od 2009 r. odebrane uprawnienia do kierowania pojazdami decyzją starostwa w Kłobucku w związku z przekroczeniem liczby punktów karnych. Od tamtej pory nie miał ponownie wydanego dokumentu. Później starostwo poinformowało, że kierowca sporządził oświadczenie, że zgubił prawo jazdy.

W związku z relacją kierującego, okazanym dokumentem oraz faktem, że była to osoba znana publicznie jako polityk i kojarzona jako poseł, policjanci przyjęli do wiadomości, że korzysta z immunitetu i odstąpili od ukarania za przekroczenie prędkości i jazdę bez uprawnień - Kierowcy za przekroczenie prędkości groził mandat w wysokości 500 zł i 10 punktów karnych.

Policjanci sporządzili dokumentację z incydentu, która - poprzez KGP - miała trafić do odpowiedniej instytucji, która może immunitet uchylić.

Wtedy okazało się, że mężczyzna nie jest ani europarlamentarzystą, ani posłem lub senatorem. - Doszło więc trzecie wykroczenie, czyli podszywanie się pod funkcję.

W związku z tym incydentem postępowanie dyscyplinarne wobec Serafina wszczął krajowy rzecznik dyscyplinarny PSL, kierując do koleżeńskiego sądu wojewódzkiego wniosek o jego wykluczenie z partii. W poniedziałek Serafin stanął w Katowicach przed sądem koleżeńskim Stronnictwa województwa śląskiego.

Inni członkowie PSL-u mają na sumieniu gorsze działania niż ja. Nie chciałbym wskazywać kumpli, jeżeli jednak będę musiał ujawnić takie rzeczy, to to zrobię - stwierdza twardo w rozmowie z Onetem Władysław Serafin (nadal w PSL-u). To jego reakcja na zapowiedź prezes PSL-u Janusza Piechocińskiego, że Serafin zapewne zostanie z partii usunięty. Jak dodaje, nie zamierza odchodzić z partii, a całą sprawę traktuje jako zemstę.

Wniosek o wykluczenie Serafina z PSL złożył do wojewódzkiego sądu partyjnego rzecznik dyscypliny PSL Franciszek Stefaniuk. Serafin deklarował nawet, że sam złoży legitymację członka PSL, ale jego rezygnacji z członkostwa w partii nie przyjęli przedstawiciele koła PSL w Kłobucku, które również zajmowało się jego sprawą (Serafin należy do tego koła).

Macierzyste koło ukarało Serafina upomnieniem, a wojewódzki sąd partyjny stwierdził, że... statut PSL-u nie pozwala na dwukrotne karanie za to samo przewinienie i umorzył sprawę.

Ostatnim wybrykiem Serafina jest wysługiwanie się mię­dzy­na­ro­do­we­mu lobby uboju rytualnego zwierząt (żydowskiemu i muzułmańskiemu) w zamian za profity!

Rząd chce utrzymania uboju rytualnego, czyli podrzynania na żywca zwierząt bez ich ogłuszania. Minister rolnictwa Stanisław Kalemba z PSL (kumpel Serafina) zapowiedział, że ustawa zabraniająca tego procederu powinna zostać znowelizowana. Zdaniem Stanisława Kalemby jest to konieczne ze względu na poszanowanie grup wyznaniowych w Polsce które stanowią 0,01% populacji oraz utrzymanie rosnącego eksportu takiego mięsa czym jest najbardziej zainteresowany PSL.

Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że rozporządzenie dopuszczające rytualny ubój jest niezgodne z ustawa zasadniczą.

Europejskie Stowarzyszenie Żydów (EJA) w Brukseli zaapelowało do polskich i unijnych władz o zmianę tego orzeczenia. Rabbin Menachem Margolin wysłał w tej sprawie list do polskiego prezydenta i ministra sprawiedliwości z żądaniem uchylenia tej decyzji poprzez zmianę ustawy którą mają poprzeć „zaprzyjaźnieni z EJA” polscy posłowie których zadaniem jest wykonanie „na kolanach zlecenia EJA oczywiście za późniejsze profity z tego procederu. Na haczyk złapał się jako pierwszy Minister Rolnictwa który stwierdził że tak zwana grupa wyznaniowa stanowiąca 0.01% ma prawo dyktować z pełna butą swoje warunki populacji blisko 99% Polaków którzy mają na to płacić swoje podatki

Jednak aby to zrobić należy zdewastować dobrą Ustawę o Ochronie Zwierząt tak aby usunąć z niej zapisy niewygodne dla lobby ubojowego, blokujące ich interesy w Polsce! Minister Kalemba ochoczo przystąpił do działania angażując cała armię urzędników aby kombinowała przy ustawie,nie przeprowadził konsultacji społecznych ale wprowadził tzw” szybką ścieżkę” którą sfinansowali zainteresowani sprawą „ubojowcy”!

Drugim był Serafin który wysłał wiernopoddańczy list ministra Kalemby (kumpla z PSL) w którym w imieniu Kółek Rolniczych i wszystkich rolników poparł bezwarunkowo. zalegalizowanie uboju rytualnego w Polsce! Serafin liczy na duże zyski dla siebie i PSL dlatego uważa że firmy zaprzyjaźnione z PSL które będą dokonywać mordów rytualnych na zwierzętach nie mogą być za to karane. Niestety nie wspomniał nic na temat karania polskich rolników indywidualnych za naruszenie prawa o ochronie zwierząt ,prawa które ich będzie nadal obowiązywało a ubojowców rytualnych - nie !!!

W tej sprawie wyszła cała hipokryzja Serafina, które traktuje polskich rolników jako gorszych i głupszych a jego PSL jest tylko z nazwy polskie!!!

 

Bunt ludu przeciwko korporacyjnej chciwości

https://www.youtube.com/watch?v=hC-v3-D-W_4 

Od szesnastu dni trwają masowe protesty w Albanii. Mieszkańcy prowadzą wojnę rewindykacyjną przeciwko skorumpowanej klasie politycznej i ich zagranicznym mocodawcom. Chaos objął nie tylko Tiranę, ale i całą resztę kraju. Bunt jest tak silny, że rząd premiera Ediego Ramy został całkowicie sparaliżowany, a policja upokorzona. Ludzie wzięli los we własne ręce. Zdjęcia oraz krótkie filmy dokumentujące te wydarzenia są niezwykłe. W miejscowości Librazhd wściekłość ludzka osiągnęła punkt kulminacyjny w konfrontacji z korporacyjną chciwością po około sześciu miesiącach pozbawienia mieszkańców ich podstawowego prawa – dostępu do wody pitnej. Elektrownia wodna zarządzana przez koncesjonowaną firmę „Lucente” pod zarządem Luona Fasuli zbudowała potężne ogrodzenie oddzielające obywateli od źródła wody. Ludzie zostali odcięci od życiodajnego zasobu tylko po to, aby można było zwiększyć zyski prywatnego przedsiębiorstwa. Dotychczasowe źródło dostarczało wodę pitną i niezbędną do celów irygacyjnych pól uprawnych, jednak niezliczone skargi składane w urzędach nie przynosiły żadnego pożądanego skutku.

Piątego czerwca bieżącego roku Krajowy Inspektor Ochrony Terytorialnej nałożył sądownie na firmę karę finansową w wysokości dwóch milionów leka, zobowiązując ją zarazem do zaspokojenia potrzeb mieszkańców jako priorytetowych. Firma całkowicie zignorowała orzeczenie sądu. Ponieważ lokalne władze były zamieszane w tę kradzież, ludzie postanowili sami wyegzekwować sprawiedliwość. Pozbawieni wody mieszkańcy szturmem pokonali zasieki, wkraczając na odgrodzony teren budowy. Wynieśli sprzęt i odzyskali to, co należało im się zgodnie z prawem. Jeden z mieszkańców zauważył, że woda została zanieczyszczona, a ludziom potrzebna jest woda pitna – czysta, jaką zawsze mieli od pokoleń. Silne oddziały policyjne trzymały się z dala, obserwując bezradnie działanie rozgniewanej ludności doprowadzonej do ostateczności. Jeden z uczestników tych działań komentuje krótko: „To nie są zamieszki, to kwestia przeżycia”.

Kto sądzi, że był to odosobniony incydent, ten głęboko się myli. To iskra, od której zajął się potężny ogień. W północno-zachodniej miejscowości Arjol ludność stanowczo upomniała się o zagrabione ziemie. Dwieście rodzin zostało tam pozbawionych spuścizny przodków. Maszerując ulicami, skandowali głośno hasło: „Albania nie jest na sprzedaż”. Jedna z osób występujących w imieniu prawowitych właścicieli gruntów, Nicole Shalani, zapowiedziała wprost, że protesty nie ustaną, dopóki mieszkańcy nie dostaną należnych im odszkodowań. W efekcie budowa rzekomo luksusowych osiedli i hoteli została całkowicie zablokowana.

Sytuację do reszty zaogniło stanowisko przedstawicielki Izraela, Galit Peleg, które rozsierdziło Albańczyków. Oto ludzie walczą o odcięty dostęp do wody pitnej, a pani ambasador, krążąc po Tiranie, udziela publicznych pouczeń na temat celowości wsparcia projektów budowlanych Jareda Kushnera. Pretensje do obywateli o ich rzekomo złe zachowanie wygłasza ze szczególną bezczelnością. Oczekuje wręcz, że w mediach społecznościowych znajdzie się miejsce dla symboliki Izraela, która przez protestujących traktowana jest już jako okupacyjna. Z ogromną łatwością przychodzą jej ostrzeżenia przed popadaniem w antysemityzm, w ramach których porównuje obecne protesty do wydarzeń z czasów nazistowskich Niemiec z lat 1930. Ta groteskowa żonglerka historią i moralizatorstwo, w zestawieniu z drastycznymi obrazami napływającymi z Bliskiego Wschodu, są odbierane przez Albańczyków jako wyjątkowa arogancja. Zdaniem pani ambasador obchodzony hucznie Tydzień Kultury Izraela, z akcentem flag tego państwa rozwieszonych wzdłuż głównej ulicy stolicy, miał być świętowany godnie, zamiast nieustannego wypominania sytuacji w Gazie, Libanie czy Iranie. Oczekując od lokalsów wyłącznie kulturalnego sposobu komunikowania się, pani ambasador zadeklarowała, że jest gotowa wyjaśnić szereg źle zrozumianych zjawisk wyłącznie osobom zachowującym nienaganne maniery.

O tym, o co tak naprawdę chodzi w całym sporze, świadczą niepokojące szczegóły planu zagospodarowania terenu. Wyspa Sazan jest strategicznym skrawkiem lądu o ogromnym znaczeniu dla placówek wojskowych, z widokiem na Adriatyk i Morze Jońskie. Leży zaledwie o rzut kamieniem od Cieśniny Otranto, która łączy ten region z Morzem Śródziemnym. Geopolitycy szybko skojarzyli fakty i szczegóły, odkrywając dużo bardziej złowrogi podtekst całego projektu. Ekspansja Kushnerów jest w rzeczywistości próbą ustanowienia stałego przyczółka wojskowego i wywiadowczego na tym terenie. Jak sami to nazywają, ma to być specyficzne zaplecze irańskiego podwórka. Ustanawiając swoją bazę na spornym dziś terenie, siły zewnętrzne zamierzają przejąć kontrolę nad kluczowym szlakiem wodnym, by stale monitorować działania sił zbrojnych Iranu na Morzu Śródziemnym, blokując wszelką swobodę ruchów tamtejszych oddziałów w regionie. Stanowi to istotną część większego projektu strategicznego, w którym Bałkany wyznaczają kluczową granicę wpływów. Nowi dysponenci terenu nie budują tam zwykłych ośrodków wypoczynkowych. Tworzą wysunięty punkt bazy operacyjnej, nowoczesny punkt nasłuchowy Mossadu oraz lotnisko potrzebne do potencjalnych ataków na dowolne państwo, które ośmieliłoby się stanąć na drodze tego planu.

Przesiedlenie Palestyńczyków w celu rozbudowy państwa nie jest żadną fikcją. To historyczny precedens, który przypomina to, co obecnie dzieje się w Albanii. Wykorzystując sprawdzony mechanizm gigantycznych inwestycji w nieruchomości, zagraniczni gracze doskonalą metodę kradzieży terenów, przejmując je w zupełnie innych celach, niż deklarowane. Poraża ironia, z jaką siły te oraz wspierający je amerykańscy zwolennicy, tacy jak Donald Trump, usiłują prezentować się opinii publicznej jako całkowicie neutralni inwestorzy.

Jednak ulice w Albanii skutecznie ich upokarzają. Doświadczając farsy niesprawiedliwych wywłaszczeń, głębokiej korupcji władzy politycznej oraz brutalnej dewastacji terenów chronionych, zwykli ludzie powiedzieli wreszcie „dość tego”. Wśród protestujących znajduje się ogromna liczba ludzi młodych, urodzonych już po przełomowym upadku komunizmu. To oni najwyraźniej nie godzą się na życie w państwie wasalnym. Im nie chodzi wyłącznie o uratowanie zagrożonej laguny, co potwierdzają hasła wypisane na transparentach niesionych w tłumie: „Bronimy naszej przyszłości”.

Wszczęte niedawno śledztwa w sprawach korupcyjnych zaczęto prowadzić bardzo nieśmiało i zdecydowanie za późno. Policja, bezradna wobec rozgniewanych tłumów, doskonale wie, że ich gniew jest w pełni uzasadniony. Funkcjonariusze mają świadomość, że strzelanie do protestujących obywateli byłoby jak wrzucenie zapałki do beczki prochu, co zagwarantowałoby wybuch krwawej wojny domowej. Sprzeciw narasta z każdym dniem, podkreślany głośnymi hasłami: „Kochamy Albanię. Niech Bóg błogosławi Albanii”. Protestujący chcą, by świat zauważył ich desperacki wysiłek i by raz na zawsze zakończyło się podstępne odbieranie narodom ziemi oraz suwerennego prawa do zarządzania własnym państwem. Każdy kolejny dzień umacnia w nich przekonanie, że nieważne jak silne zasieki zbuduje agresor, należy go bezwzględnie pozbawić swobody działania. Nieważne, ile kolczastego drutu zużyje na nowe ogrodzenia – sprawiedliwy gniew ludzki ostatecznie je pokona. Nieważne również, ilu zagranicznych ambasadorów przyśle się do obrony tej kradzieży, trzeba ich odesłać z kwitkiem i jasnym przekazem: „Nigdy więcej”.

Opracowanie: Jola
Na podstawie: YouTube.com
Źródło: WolneMedia.net

 

Zastrzel psa!

Dyplomacja na zakręcie. Czy amerykański kompas moralny jeszcze działa?

Dyplomaci posługują się terminami takimi jak „realpolitik”, „idealpolitik” i „interes narodowy”. Nie jestem dyplomatą, ale poznałem te i inne koncepcje, czytając dzieła wybitnych praktyków tej sztuki, w tym klasyczną książkę Henry’ego Kissingera pod tytułem „Dyplomacja”. Całe życie poświęciłem wdrażaniu w życie praktycznych konsekwencji dyplomacji, w szczególności porozumień o kontroli zbrojeń, rzekomo mających na celu uczynienie świata bezpieczniejszym miejscem do życia. Zaczynałem od traktatu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu (INF), a później, działając na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych, kierowałem zespołami inspekcji uzbrojenia w Iraku. Dla mnie porozumienia o kontroli zbrojeń stanowią najwyższy wyraz ludzkiej racjonalności, łącząc intelektualną zdolność rozumienia i doceniania inherentnej wartości życia z moralnym kompasem, który zobowiązuje do działania zgodnie z tym zrozumieniem.

Traktat INF był dla mnie kwintesencją kontroli zbrojeń – złotym standardem łączącym „idealpolitik” ery Ronalda Reagana, europejską „realpolitik” i radziecki „interes narodowy” w jedną spójną całość. Po raz pierwszy w erze nuklearnej ustanowiono porozumienie, które nie miało na celu jedynie ograniczenia wzrostu arsenałów nuklearnych poszczególnych stron zaangażowanych w konflikt, ale ich faktyczne wyeliminowanie. Był to logiczny wniosek ze wspólnego przekonania, że wojen nuklearnych nie da się wygrać, a zatem nigdy nie powinno się ich toczyć, co automatycznie eliminowało potrzebę utrzymywania tej śmiercionośnej broni. Traktat INF odniósł sukces, ponieważ leżało to we wspólnym interesie Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. Nie było to porozumienie narzucone jednej stronie przez drugą, lecz raczej wymuszone wzajemnym zrozumieniem, że warunki umowy są niezbędne dla podtrzymania samego życia. Z punktu widzenia dyplomacji prewencyjnej traktat INF stanowił racjonalny przejaw unikania ryzyka, w którym strony rozumiały, że dotychczasowe ścieżki rozwoju i rozmieszczania systemów uzbrojenia nieuchronnie doprowadzą do konfliktu, który może zakończyć się jedynie nuklearnym Armagedonem. W związku z tym mocarstwa nie miały innego wyboru, jak tylko podjąć surowe, ale konieczne kroki w celu wyeliminowania tej broni na warunkach akceptowalnych dla obu stron.

Rozbrojenie Iraku miało rzekomo naśladować model traktatu INF, jako porozumienia opartego na deklaracjach dotyczących materiałów podlegających rozbrojeniu, które następnie podlegałyby weryfikacji zgodności w droze inspekcji. Tym, co odróżniało doświadczenia Iraku od wcześniejszych traktatów, był fakt, że odzwierciedlało ono zbiorową wolę świata wyrażoną w formie wiążącej rezolucji Rady Bezpieczeństwa, narzuconej państwu członkowskiemu w wyniku działań zbrojnych. Rozbrojenie nie było wynikiem sprawiedliwej dyplomacji prewencyjnej, lecz dyplomacji popartej nieodłączną groźbą użycia siły. Doświadczenia Organizacji Narodów Zjednoczonych w Iraku powinny być początkiem ewolucyjnego procesu rozbrojenia, wielostronnego porozumienia wynikającego ze wspólnego zrozumienia, że broń masowego rażenia stanowi zagrożenie dla całej ludzkości – zwłaszcza gdy znajduje się w rękach strony, która wykazała chęć jej użycia. Jako taka, musi zostać usunięta, zniszczona lub unieszkodliwiona.

W przypadku Iraku jednak ten szlachetny ideał został podważony przez działania jednej strony. Stany Zjednoczone wykorzystały proces przymusowej kontroli zbrojeń nie dla dobra całej ludzkości, lecz w celu realizacji narodowych celów zmiany reżimu w Iraku, co znacznie wykraczało poza ramy rozbrojeniowe uzgodnione przez Radę Bezpieczeństwa. Doświadczenia z Iraku powinny stanowić fundament, na którym zbudowano przyszłość kontroli zbrojeń – zbiorowe przekonanie, że broń masowego rażenia stanowi nieodłączne zagrożenie dla całej ludzkości i powinna zostać wyeliminowana w oparciu o wspólne rozumienie rodziny narodów. Zamiast tego, cała operacja skończyła się jako ostateczny wyraz hegemonii Ameryki, gdzie interesy jednego narodu zostały postawione ponad dobrem wspólnym. Krótko mówiąc, doświadczenie rozbrojenia w Iraku stanowi ostateczny wyraz wypaczenia dyplomacji prewencyjnej, w której rządy prawa zostały zastąpione rządami jednego podmiotu.

Przenieśmy się do czasów obecnych. Amerykańskiemu hegemonowi udało się stworzyć świat pozbawiony kontroli zbrojeń. Iracki model jednostronności położył kres idei obopólnie korzystnych porozumień, a zamiast tego stworzył środowisko, w którym Stany Zjednoczone wykorzystywały kontrolę zbrojeń jako narzędzie do zdobywania i utrzymywania strategicznej przewagi nad Rosją. A gdy dane porozumienie stawało się niewygodne, Waszyngton po prostu się z niego wycofywał, czego najlepszym dowodem są traktaty o pociskach przeciwbalistycznych (ABM) oraz wspomniany traktat INF. Podczas gdy Ameryka dążyła do utrzymania swojej dominującej pozycji, nalegając, by reszta świata przestrzegała ram dobrowolnego podporządkowania, znanych jako porządek międzynarodowy oparty na regułach, reszta świata przekształciła się w nową, wielostronną rzeczywistość, skrajnie niechętną do uczestniczenia w tej grze. W rezultacie Stany Zjednoczone uwolniły się od jakiejkolwiek idei rządów prawa, funkcjonując jako państwo zbójeckie, dążące do utrzymania dominacji za pomocą brutalnej siły. Polityka spod znaku „America First” stała się w praktyce wyrazem doktryny „America only”. Kontrola zbrojeń jako taka nie ma już w oczach Waszyngtonu sensu, ponieważ w tej amerykanocentrycznej konstrukcji jedyne wartościowe życie to życie obywateli Ameryki. Krótko mówiąc, amerykański kompas moralny przestał działać.

Sytuację dodatkowo komplikuje pojawienie się Europy jako konstruktu, który przestał funkcjonować wyłącznie pod bezpośrednim nadzorem Stanów Zjednoczonych. Od zakończenia II wojny światowej Europa Zachodnia funkcjonowała jako niewiele więcej niż zbiór osłabionych, pokonanych narodów, których przetrwanie i znaczenie zależały od ich relacji gospodarczych i bezpieczeństwa z Ameryką. Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) stanowiła bezpośrednie przedłużenie amerykańskiego aparatu bezpieczeństwa narodowego. Wraz z upadkiem Związku Radzieckiego Europa wkroczyła w nowy, wspaniały świat, w którym dążyła do przekształcenia jedności militarnej osiągniętej dzięki NATO w nową jedność polityczną znaną jako Unia Europejska. Jednak ten nowy byt jedynie uczynił z Europy zbiór nicości. Tożsamość narodowa, która niegdyś definiowała kontynent europejski, została wymazana i zastąpiona nową konstrukcją, pozbawioną jakichkolwiek stabilnych fundamentów, jeśli chodzi o zasady definiujące i zazwyczaj jednoczące narody. W rezultacie dzisiejsza Europa to niewiele więcej niż zbiór narodów, które zapomniały, kim są, a które zjednoczyły się, by stworzyć fikcyjną unię, która nigdy nie istniała i nigdy nie będzie istnieć. Europa dosłownie nic nie znaczy.

A teraz ten niebyt został wyrwany z orbity swojego dawnego pana i pozostawiony sam sobie. W panice, wynikająca z tego walka o znaczenie zmusza rozproszone byty narodowe tworzące Europę do desperackiej próby reidentyfikacji. Biorąc pod uwagę fakt, że utraciły wszelki pretekst do autentycznej ekspresji narodowej opartej na ich obecnej konstrukcji, narody te zmuszone są spojrzeć wstecz, do czasów, gdy posiadały autentyczną tożsamość narodową. Rezultat jest jeszcze groźniejszy niż ten, który wywołało pojawienie się zbuntowanego amerykańskiego hegemona. Stany Zjednoczone, w przeciwieństwie do Europy, posiadają tożsamość narodową opartą na jasno określonych zasadach i wartościach zapisanych w Konstytucji. Ostatecznie Ameryka, funkcjonując jako republika konstytucyjna, odzyska równowagę, jej kompas moralny zostanie zresetowany i ponownie podejmie działania w ramach dyplomacji prewencyjnej, reprezentowanej przez kontrolę zbrojeń i rozbrojenie.

Europa jednak nie ma takiego fundamentu w postaci zbiorowych zasad. Zamiast tego Wielka Brytania i Francja dążą do odrodzenia się jako mocarstwa zimnej wojny, podczas gdy Niemcy cofają się jeszcze bardziej w czasie, wskrzeszając geopolityczne konstrukcje polityki nazistowskiej przeszłości. Jedyne, co jednoczy dziś Europę, to duchy dawnych konfliktów, w których Rosja była głównym wrogiem. To myślenie pogłębia fakt, że nowy europejski militaryzm nie jest ograniczony żadną ideą kontroli zbrojeń. Francja i Wielka Brytania połączyły siły, aby stworzyć zjednoczoną postawę nuklearną, skoncentrowaną wyłącznie na Rosji, i rozciągają swój nowo utworzony parasol atomowy nad Polską i Niemcami. Francja dąży do rozmieszczenia samolotów uzbrojonych w broń jądrową na terytorium Finlandii, zagrażając drugiemu co do wielkości miastu Rosji, Sankt Petersburgowi, i strategicznemu Półwyspowi Kolskiemu, podczas gdy Niemcy głośno mówią o potrzebie rozwoju własnego, niezależnego odstraszania nuklearnego.

To szaleństwo na punkcie postawy nuklearnej jest dodatkowo podsycane przez konstrukcję polityki zbudowaną wokół rzekomej nieuchronności wojny z Rosją. Niemcy wyznaczyły szacunkową datę tej wojny na 2029 rok, podczas gdy Wielka Brytania przygotowuje się do takiego konfliktu do 2030 roku. Sekretarz generalny NATO publicznie powiedział społeczeństwu europejskiemu, że musi przygotować się na wojnę, jaką przeżyli ich dziadowie, co jest bezpośrednim nawiązaniem do wojny światowej. A wszystko to dzieje się w kontekście trwającego konfliktu między Rosją a Ukrainą, który przerodził się w wojnę zastępczą między zbiorowością Zachodu, na czele z Europą, a Moskwą. Europa finansuje i zapewnia środki na wojnę, w której broń, którą buduje, jest używana przeciwko Rosji bez żadnych konsekwencji poza śmiercią Ukraińców, którymi Europa wcale się nie przejmuje.

Co powinna zrobić Rosja w obliczu takich wydarzeń? Rosyjska dyplomacja zawsze była pragmatyczna i nie ulegała napadom reakcyjnego gniewu. To podejście może odnieść sukces – i miejmy nadzieję, że tak się stanie – w przypadku Stanów Zjednoczonych. Istnieją wszelkie powody, by sądzić, że Ameryka może odzyskać i odzyska swoją pozycję racjonalnego podmiotu opierającego się na wartościach moralnych, posiadającego taki kompas moralny, który umożliwia zawieranie korzystnych dla obu stron porozumień o kontroli zbrojeń. Europa to zupełnie inna sprawa. Pozostawiona sama sobie, stała się niczym więcej niż wylęgarnią nihilizmu, kipiącą masą autodestrukcyjnych tendencji, których nie da się opanować od wewnątrz. Krótko mówiąc, Europa stała się wściekłym psem, zagrażającym wszystkiemu, co spotka na swojej drodze.

W tym miejscu chciałbym przytoczyć przykład Rosji podany w klasycznej amerykańskiej powieści „Zabić drozda”. Atticus Finch, bohater opowieści, jest prawnikiem, dla którego najwyższą wartością jest prawo i rządy prawa. Jest również weteranem I wojny światowej i uchodził za najlepszego strzelca w swojej jednostce. Kiedy wściekły pies zagraża lokalnej społeczności, ludzie zwracają się o ochronę do Atticusa Fincha. Nie robią tego z powodu jego zasadniczych poglądów prawnych, ale dlatego, że potrafi strzelać. Prawo nie uratuje jego społeczności przed wściekłym psem – zrobi to tylko kula. A teraz wróćmy do Europy. Prawo nie uratuje Rosji przed tym wściekłym psem. Co więc ma zrobić Rosja? Zastrzel psa.

Znajdą się jednak tacy, którzy potraktują to stwierdzenie dosłownie i zaczną odwoływać się do apokaliptycznych obrazów doktryny Siergieja Karaganowa, zgodnie z którą Rosja prewencyjnie atakuje Europę, używając broni konwencjonalnej, takiej jak rakieta średniego zasięgu Oresznik. Zwolennicy tej teorii zakładają, że jeśli to nie ostudzi zapału Europy do wojny z Rosją, Kreml przeprowadzi ograniczony atak nuklearny. Jednakże ten wpis nie ma na celu promowania konfliktu nuklearnego, a wręcz przeciwnie – ma na celu znalezienie ścieżki, która przeniesie nas z powrotem do czasów, gdy porozumienia o kontroli zbrojeń uważano za najwyższy wyraz ludzkiej racjonalności, a narody posiadały moralny kompas, który pozwalał im działać zgodnie z tym zrozumieniem.

Europejski pies może zostać wyeliminowany po prostu poprzez odmowę uznania go za podmiot godny jakiegokolwiek zaangażowania dyplomatycznego. Fikcja europejskiej jedności jest spoiwem, które spaja fantazję o europejskim znaczeniu militarnym. Rzeczywistość jest taka, że Niemcy nie są w stanie sfinansować swoich militarystycznych fantazji. Ani Wielka Brytania, ani Francja również tego nie potrafią. Zamiast podejmować działania, które mogłyby stać się iskrą jednoczącą Europę lub – co gorsza – przywracającą ją pod parasol bezpieczeństwa wspieranego przez Amerykę, Rosja powinna po prostu zachęcać do rozwiązania NATO, wycofania się Amerykanów z Europy i nieuchronnego upadku samej Unii Europejskiej.

Rosja w dużej mierze uodporniła się na konieczność zaangażowania Europy, częściowo dzięki samoizolacyjnym sankcjom gospodarczym nałożonym na nią przez samych Europejczyków. W związku z tym Moskwa może być wybiórcza w swoim podejściu do zaangażowania europejskiego, decydując się na współpracę z poszczególnymi państwami, a nie z Europą jako całością. Elity polityczne i gospodarcze, które rządzą dziś Europą, są problemem, a nie rozwiązaniem. Wielu z największych winowajców – Friedrich Merz z Niemiec, Emmanuel Macron z Francji, Keir Starmer z Wielkiej Brytanii – widzi, jak ich polityczne znaczenie dobiega końca. Rosja nie musi robić nic innego, jak tylko pozwolić Europie gotować się w kotle własnej konstrukcji, gotując wszystko, do czego miała nadzieję i aspirowała, aż pozostanie tylko pusta komora parującej nicości.

W pewnym momencie poszczególne narody okupujące kontynent europejski uświadomią sobie, że europejski gulasz to nic innego jak przepis na ich wspólną zagładę, i zrezygnują z tego szaleństwa. Wtedy ta sztuczna konstrukcja znana jako Europa ostatecznie umrze. Słowa „Zastrzel psa” nie należy więc traktować dosłownie. Jest to metafora agresywnego stosowania dyplomacji prewencyjnej, rozumianej jako broń. I oby rosyjski Atticus Finch władał nią równie sprawnie, jak jego literacki imiennik.

Autorstwo: Scott Ritter
Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz
Źródło zagraniczne: ScottRitter.Substack.comsubstack.com
Źródło polskie: WolneMedia.net

 

Gdy wojna zagląda na wyspy – uruchom Polaka

W potopie szwedzkim zginęło nawet 33% wszystkich Polaków, naszych rodaków. Straciliśmy 50% majątku narodowego. W czasie, kiedy przez nasz kraj przelewała się protestancka, północna barbaria, państwo angielskie Olivera Cromwella wspierało tę antypolską siłę dostawami broni, zaopatrzenia, innych materiałów wojennych, żywności, a nawet żołnierzy czy też chęcią dostarczenia 30 okrętów wojennych. Polska miała spłonąć, zniknąć z mapy Europy. Tego chcieli Anglicy.

Pomimo tego wieki później, czy nawet jedynie wiek później, w 1790 roku, wielokrotnie popychali nas do wojny z naszymi sąsiadami. Mieliśmy być ich armią rezerwową, rzucaną na Niemców (Prusy) bądź też na Rosjan wtedy, kiedy zajdzie taka potrzeba. Kiedy równowaga sił, dominacja brytyjska na kontynencie, będzie zagrożona. Polska nie była Anglikom do niczego potrzebna. Król angielski z dumą ogłaszał, gdy nas rozbierano, że rozbiory Polski ratują pokój w Europie.

W XIX wieku Anglicy potrzebowali Austriaków. Ponieważ potrzebowali niepodległej Austrii, nie potrzebowali niepodległej Polski. Polacy byli potrzebni tylko do jednej rzeczy: do powstań przeciwko naszym sąsiadom, aby osłabić konkurencję do dominacji w Europie i ostatecznie na świecie.

Na początku XX wieku także Polska nie była do niczego Londynowi potrzebna. Potrzebna była Austria i Rosja. Polska miała być częścią Rosji i się nie wychylać.

Kiedy jednak Niemcy oraz Rosjanie zadeklarowali chęć odbudowy Polski, Brytyjczycy musieli zrobić to samo. Polska miała stać się częścią ich siły – Austrii – konfrontowaną z Niemcami i Rosją. Polacy nie mogli w koncepcjach brytyjskich zasilać Niemiec czy Rosji, bo powstała potęga gwałciłaby ich równowagę sił. Mieliśmy więc być słabym narzędziem w rękach mocnych, rzucanym przeciwko jeszcze mocniejszym. Bo przecież Niemcy biły na głowę Anglików w początkach XX wieku we wszystkim z wyjątkiem obozów koncentracyjnych, w których specjalizowała się Anglia. Zwłaszcza dla białych Europejczyków w Południowej Afryce, gdzie ginęły kobiety z dziećmi, wycieńczone bydlęcymi warunkami znanymi z późniejszego Auschwitz czy też Dachau.

Józef Retinger, Żyd, mason, szpieg brytyjski, robił wszystko w trakcie I wojny światowej, aby Polska nie weszła w żaden alians z Niemcami czy Rosjanami. Żebyśmy zostali częścią słabego imperium austriackiego, które Londyn chciał rzucać przeciwko potężnemu Berlinowi czy też Petersburgowi/Moskwie. Kiedy więc powstawała Armia Hallera, oparta na Romanie Dmowskim, wielkim wrogu Retingera oraz brytyjskich koncepcji przygotowywanych dla naszego kraju, oraz na Komitecie Paryskim (KNP) i carskich oficerach, Retinger chciał nie dopuścić do jej utworzenia. Nie może powstać silna Polska, sprzymierzona z Francją, oparta o rosyjski zaciąg. Polska ma być minimalna, kadłubowa, aby tylko była i aby nasze (brytyjskie) cele idealistyczne zostały pokazowo zrealizowane. Tak samo myśleli Amerykanie.

Retinger, wysłannik Londynu, przegrał. Bo przegrać musiał. Jeden żydowski szpicel na usługach Londynu nie mógł pokonać siły francusko-polskiej. Został persona non grata w kraju zamków nad Loarą i musiał go opuścić. Udał się więc do Meksyku, aby tam zwalczać amerykańskie interesy oraz, oczywiście, promować brytyjskie. Były to jeszcze czasy, kiedy alians brytyjsko-amerykański wcale nie był tak oczywisty.

Polska powstała mniej więcej taką, jaką chciała jej Francja. To Francja zresztą w największej mierze przyczyniła się do jej uratowania podczas wojny z bolszewikami. Byli jeszcze oczywiście Węgrzy, ale pomoc francuska – ta, która dotarła, wraz z tą, którą zablokowała lewicująca Czechosłowacja – była jednak bezcenna.

Nie było dużej wojny w Europie w latach 1921–1938 (nie licząc wojen domowych), toteż Anglia nie interesowała się specjalnie kontynentem. Jednak już w 1934 roku Churchill wiedział, że to Niemcy trzeba będzie pokonywać. Że tym razem to Berlin, a nie Moskwa, będzie siłą, na którą trzeba będzie rzucić nas, Polaków.

W 1934 roku w kościele (o zgrozo) wygadał się Majskiemu, żydobolszewikowi znanemu jako ambasador ZSRR w Londynie, że Sowieci będą sojusznikami Londynu w przyszłej wojnie z Niemcami. Już wówczas wszyscy wiedzieli, jak podzieli się Europa. Pozostawał jeden dylemat: z kim pójdzie Polska? Z Żydami, bolszewikami i Anglosasami, czyli zniknie z mapy świata jako suwerenne państwo, czy też z Niemcami i Europą Środkową?

Dla Polski wybór był oczywisty, jednak z poważnych ludzi Władysław Studnicki jako jeden z nielicznych go rozumiał. Reszta albo wierzyła w sojusze, albo wiedziała, że sojusze nie są nic warte, lecz honor jest najważniejszy. A więc Polski z mapy Europy należy pozbyć się honorowo, u boku Wielkiej Brytanii.

Anglia nie posiadała wojsk lądowych, nie posiadała przeszkolonych rezerw. Potrzebowała miesięcy na nową, wielką remilitaryzację kraju. Miesiące te, konkretnie 8 ich, mieli dać Polacy. 8 miesięcy Polska miała się wykrwawiać, aby Anglia mogła być bezpieczna.

Potem wykrwawiała się jeszcze kolejne lata. W Boże Narodzenie roku 1940 minister wojny ekonomicznej Hugh Dalton zakomunikował 200 polskim żołnierzom w Szkocji, którzy przebywali w towarzystwie prezydenta Raczkiewicza oraz premiera Sikorskiego, że po wojnie, w trakcie parady zwycięstwa, Polska będzie maszerować w pierwszym rzędzie. Kilkanaście dni temu obchodziliśmy 80. rocznicę tej parady, w której Polaków, poza pojedynczymi żołnierzami, po prostu nie było. Polska została upokorzona przez Anglików, nie po raz pierwszy.

Ale do tego Polska służy Anglosasom, także Amerykanom. Do używania jako siła wojskowa i do upokarzania. Roosevelt zakomunikował w 1943 roku towarzyszowi Stalinowi, „wujkowi Joe”, jak mawiała propaganda wojenna, że Polska Wschodnia zostanie sprezentowana bolszewikom. Ale wiecie, rozumiecie, towarzyszu Stalin, o tym porozmawiamy po wyborach, jak już 4 mln Polaków w USA odda swój głos. Najlepiej na mnie, na F. D. Roosevelta.

Dzisiaj niewątpliwie trwa coś w rodzaju III wojny światowej. Arsenały jądrowe sprawiają, że nie toczy się ona pomiędzy największymi potęgami otwarcie, lecz często poprzez pełnomocników. Jak Ukraińcy, a w przyszłości może także Tajwańczycy, Filipińczycy, Japończycy czy też Polacy.

Europa jest w innej konfiguracji niż w okresie II wojny światowej. Rosji nie da się pokonać, bo ma 4 tys. głowic jądrowych. Co najwyżej trochę pognębić. Rękoma Ukraińców, a więc „anglosaskich Polaków” XXI wieku. Jednak pognębienie Rosji zdaje się wchodzić na niebezpieczne tory. Oto Brytyjczycy, jak mieli w zwyczaju to robić przez setki lat, zaczynają okradać Rosjan z ich ropy naftowej. Po prostu zajmują za pomocą jednostek specjalnych tankowce z rosyjską ropą. Jakby Rosjanie, mocarstwo z kilkoma tysiącami głowic jądrowych, to byli Murzyni z Afryki w XIX wieku, mieszkający w lepiankach, którym da się trochę koralików w zamian za ich surowce. A nawet gorzej, bo przecież brytyjscy złodzieje po prostu kradną. Bezczelnie kradną czyjeś surowce.

Rosjanie oczywiście bardzo szybko oddali salwy w kierunku brytyjskich złodziei, aby dać im do zrozumienia, że chyba coś się tam na Wyspach komuś poprzewracało w głowach. Że nikt nie będzie okradał innych narodów z ich zasobów. Swoją drogą, jak to historia płata figle. Jeszcze 100 lat temu Anglicy wysyłali do rewolucyjnej Rosji korpusy ekspedycyjne do walki z bolszewikami, których naczelnym celem była kradzież, a dzisiaj sami kradną niczym Trocki i Lenin w 1920 roku w Polsce.

Niewiele zapowiadało, że Anglicy zaczną okradać Rosjan, ryzykując wojnę z mocarstwem dużo lepiej od siebie uzbrojonym, ale jednak sojusz morski, który Brytyjczycy zaanonsowali ostatnio, mógł to zwiastować.

Przecież po to się zaprzęga do własnych sań, przez siebie prowadzonych, cudze wilki, aby to one nas ciągnęły, a my tylko je poganiali i wydawali im rozkazy.

Dokładnie w dniu, w którym Rosjanie zakomunikowali angielskim złodziejom, że nie będą okradać ich narodu, oraz dokładnie w przeddzień podpisania polsko-niemieckiego traktatu – tego, co zaciekle zwalczał Józef Retinger w przeddzień II wojny światowej, kiedy przyjeżdżał do Polski montować zamach stanu, aby obalić sanację i nie dopuścić do bliskiego związku Warszawy i Berlina – w Berlinie doszło do awantury z udziałem propisowskich parabojówkarzy. Jeden z nich, Robert Bąkiewicz, w trakcie obchodów rocznicy powstania warszawskiego 1 sierpnia 2025 roku w Warszawie, krzyczał „Jeden pocisk, jeden Niemiec!”. Gdyby w RFN rządziło narodowo-patriotyczne AfD, a nie paraprawicowe CDU, siedziałby już w obozie odosobnienia.

Przypomnijmy, że jednym z najważniejszych prowokatorów, podżegaczy, którzy popychali Polskie Państwo Podziemne do samobójczego powstania, był Józef Retinger. Ten sam, który sabotował naszą współpracę z Rosjanami i Niemcami podczas I wojny światowej, ten sam, który sabotował polsko-niemiecką współpracę w 1938 roku. Ten sam, który chciał w tym samym 1938 roku zamachu stanu w Polsce.

Retinger uratował także powstanie warszawskie ’44, kiedy brytyjscy dowódcy wojskowi zaprzestali zrzutów nad Polską na samym początku sierpnia owego 1944 roku. Retinger domagał się ich wznowienia, ale tylko w taki sposób, aby powstanie trwało, ale nie zostało przez nas wygrane. SOE, brytyjska tajna służba, dla której pracował Retinger, chciała, aby polscy powstańcy wiązali niemieckie dywizje na wschodzie, odciążając tym samym front zachodni.

Dziwnym trafem Retinger jest rodzinnie powiązany (w XIX wieku) z Jarosławem Kaczyńskim, którego parabojówka z zadymy berlińskiej jest „uliczną” ekspozyturą polityczną. Ciągłość musi być zachowana. Anglosasi stają oko w oko z kontynentalną siłą, więc trzeba uruchomić Polaków. Oraz odciągnąć ich od Niemiec, aby Polska została sam na sam z siłą rosyjską.

Bo przecież w Rosji działa 1600 niemieckich przedsiębiorstw. Logiczne jest więc, że żadnej wojny niemiecko-rosyjskiej nie będzie, bo Niemcy nie będą bombardować swoich fabryk, a Rosjanie nie będą pozbywać się niemieckiej technologii, kapitału, myśli technicznej oraz miejsc pracy dla swoich ludzi.

Kiedy więc Polska po raz kolejny niebezpiecznie zbliża się do tego, aby w trakcie kolejnej wojny światowej nie być samą w Europie Środkowej przeciwko wszystkim, kiedy Rosja strzela do Anglii, pokazując, że czas okradania Rosjan z ich zasobów minął wraz z odejściem Jelcyna, Polacy po raz kolejny są uruchamiani. Aby najpierw skłócić nas z Niemcami, a następnie rzucić samemu na pożarcie przeciwko Rosjanom.

Dlaczego jednak proniemiecki i proeuropejski obóż w Polsce zamierza pozwolić na anglosaską (amerykańską) stałą bazę okupacyjną, której celem także jest izolacja Polski od Europy Zachodniej (oraz izolacja Rosji od Niemiec) oraz potencjalne rzucenie przeciwko Rosji zaraz po Ukraińcach? Sam na sam.

Oto jest pytanie. Do rządu warszawskiego.

Autorstwo: Terminator 2019
Zdjęcie: domena publiczna
Źródło: WolneMedia.net

              ELITY - DRUGI GARNITUR                                           Władysław Serafin       (ur. 24 lipca 1950 w Piasecznie) – po...