poniedziałek, 9 marca 2026

                           TUZY ELITY

                                        Konstanty Gebert

 

 

 Konstanty Gebert, ps. Dawid Warszawski (ur. 22 sierpnia 1953 w Warszawie) – dziennikarz, publicysta żydowskiego pochodzenia o charakterze antypolskim.

W 1976 ukończył psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1989 dziennikarz i współpracownik Gazety Wyborczej (gdzie publikuje dla zmyłki pod pseudonimem Dawid Warszawski), za­ło­ży­ciel i by­ły redaktor naczelny mie­sięcz­ni­ka o tematyce żydowskiej Midrasz.

Jest synem Bolesława Geberta (1895–1986), jednego z założycieli Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych, agenta sowieckiego oraz zdrajcy Polski i Krystyny Poznańskiej-Gebert (1916– 1991), pierwszej żony Artura Starewicza i agentki UB. Jest mężem Małgorzaty Jasiczek-Gebert, członka zarządu i dyrektora Centrum Pomocy Uchodźcom Polskiej Akcji Humanitarnej, ojcem Natalii, Jana, Zofii i Szymona.

Jest publicystą i międzynarodowym reporterem „Gazety Wyborczej”, a także prezesem Stowarzyszenia "Midrasz", wydającego miesięcznik pod tym samym tytułem. Autor książek o Okrągłym Stole, wojnie w Bośni i o współczesnym Izraelu.

Konstanty Gebert związany z KOR-em, był jednym z założycieli niezależnego Żydowskiego Uniwersytetu Latającego (1979), Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów oraz – we wrześniu 1980 roku – Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Pracowników Nauki, Techniki i Oświaty, który wkrótce połączył się z NSZZ „Solidarność”. Uniknąwszy internowania w czasu stanu wojennego, jako Dawid Warszawski publikował w prasie podziemnej. W 1989 r. relacjonował obrady Okrągłego Stołu. Od początku współtworzył „Gazetę Wyborczą”, dla której w latach 1992- 95 pisał korespondencje z wojny w Bośni.

CIEKAWOSTKA:

UB podesłało Bolesławowi Gebertowi [ojcu] swoją agentkę, Krystynę Poznańską, która została jego kochanką, aby tym lepiej mogła go śledzić. Otóż Bolesław Gebert [senior] nie wiedząc o tym, ożenił się z Krystyną Poznańską. Ministerstwo Bezpieczeństwa pozwoliło jej na małżeństwo, aby w roli żony mogła jeszcze lepiej śledzić Bolesława Geberta jako męża. Tak więc konfident Moskwy dostał na stałe przydział innego konfidenta.


Antypolonizm Dawida Warszawskiego

Zrozumienie powyższych uwarunkowań (matka K. Geberta szpiegująca swego męża), które mogły nader boleśnie i deformująco oddziałać na psychikę Konstantego Geberta (Dawida Warszawskiego), nie może jednak usprawiedliwiać jego tak zajadłych fobii wobec polskiego patriotyzmu i Kościoła i wynikłych stąd ogromnych szkód, jakie wyrządził obrazowi Polski za granicą.

Warszawski niejednokrotnie narzekał na rzekomy polski "antysemityzm" i brak odpowiedniej gotowości polskich katolików do dialogu z Żydami. Sam zaś "najlepiej" pokazał, jak rozumie ten "dialog" już w 1989 r., wulgarnie i oszczerczo atakując Prymasa Polski Józefa Glempa na łamach wychodzącego w Stanach Zjednoczonych żydowskiego czasopisma "Tikkun". Nazwał tam poglądy Prymasa Polski "aroganckimi i głupimi" - dość szczególny przejaw "skłonności do dialogu" ze strony członka gminy żydowskiej (!).

26 lipca 1996 r. Warszawski opublikował na łamach dodatku "Ex Libris" do "Życia Warszawy" jeden z najbardziej paszkwilanckich tekstów, gruntownie zafałszowujących historię stosunków polsko-żydowskich. Twierdził tam m.in., że przed wojną jakoby niemal żaden Żyd nie mógł zostać wyższym oficerem w Polsce, tak silna była dyskryminacja Żydów. Okazało się, że Warszawski jest tak leniwy, że nie czyta dokładnie nawet współredagowanej przez niego "Gazety Wyborczej". Mógłby się bowiem z niej dowiedzieć, że w Katyniu zginęło ok. 400 oficerów Żydów z pochodzenia. Wyjątkowo niebezpieczne dla obrazu Polski i Kościoła katolickiego w Polsce okazały się rozliczne "donosy" Warszawskiego na Polskę na użytek zagraniczny, w stylu cytowanego już wcześniej tekstu publikowanego w "Tikkun". Warszawski szczególnie mocno nasilił swą kalumniatorską działalność tego typu przy okazji "Sąsiadów" Grossa. Między innymi w artykule publikowanym w niemieckim "Die Welt" pisał, że: "Polacy powinni swoje zbrodnie na Żydach zaakceptować jako część własnej historii" (cyt. za korespondencją W. Maszewskiego z Hamburga "Warszawski szkaluje Polaków", "Nasz Dziennik" z 18 lipca 2002 r.).

Dawid Warszawski stał się czołowym wyrazicielem żydowskiego nacjonalistycznego triumfalizmu w Polsce, przekonania, że mniejszość żydowska powinna odegrać rolę dominującą. Jakże wymowne pod tym względem były jego uwagi zamieszczone na łamach amerykańskiego miesięcznika "Moment" w 1998 roku w artykule pt. "By 2050 Poland will become an economic powerhouse with Polish Jews as its drawing force" (Przed 2050 r. Polska będzie ekonomiczną potęgą z polskimi Żydami jako jej siłą napędową). Warszawski pisał tam m.in.: "Do roku 2000 Polska będzie miała społeczność żydowską liczącą około 30 000 osób, sześć razy większą niż w 1989 r., kiedy to żydowskie odrodzenie rozpoczęło się na serio. (...) W swej determinacji przystąpienia do Unii Europejskiej i wyzbycia się przekonań politycznych, które czyniły naród polski zakładnikiem historii przez 2000 lat, młodzi Polacy porzucili zarówno złe, jak i dobre tradycje. Wolą uczyć się niemieckiego niż historii wojen z Niemcami. (...) Antysemityzm został zmarginalizowany do księżycowych peryferii. Zarazem całe połacie tożsamości narodowej i tradycji zostały zapomniane (...). W roku 2010 żydowscy profesorowie zdominują wydziały polskiej historii i tradycji na uniwersytetach (...). Polskie lobby żydowskie wkrótce wzrośnie w siłę powiązaną z zadziwiającym rozwojem polskiej gospodarki (...). W połowie przyszłego wieku Polska stanie się kontynentalną potęgą gospodarczą, a polscy Żydzi, w całej Europie, będą jej siłą przewodnią (cyt. za: T. Pająk "A Naród śpi!", wyd. II, Tomaszowice 2002, s. 291-292).

http://suwerennosc.blogspot.com/2008/12/konstanty-gebert-vel-dawid-waszawski-i.html

                                                                 www.yelita.pl

 

Brytyjczycy tłumnie na ulicach


https://www.youtube.com/watch?v=MUEWJJ6i3Yg


Tłumy mieszkańców Królestwa Wielkiej Brytanii, zorganizowane do różnych form protestów ulicznych, wypowiadały się ostatniej soboty przeciwko wojnie sojuszniczej USA i Izraela przeciwko Iranowi.

Hasła wypisane na kawałkach tektur, niesione przez uczestników, zwracały uwagę, że rzekome powody zmiany rządu, przejęcia kontroli nad produkcją ropy, czy nawet spornej kontroli nad programem atomowym, są tematami przesłaniającymi rzeczywiste zbrodnie i przestępstwa władzy zjednoczonej jako „Elity Epsteina” (EE).

„EE” fundują mieszkańcom kolejnego regionu kolejną rzeź dzieci, kolejną wojnę, w której najbardziej giną od kul jedni cywile, a inni ucierpią niebawem płacąc za skutki zarządzania wojnami. Tłumy nawołują, by światowym elitom stawić światowy sprzeciw, skoro ich świadomość nie odnotowuje, że 90% ludności nie chce wojen. Niewybaczalne jest lekceważenie stanowiska tak ogromnej liczby ludności, by tolerować kosztowne zachcianki 1% elit, za którymi stoi 9% aparatu wojskowo-policyjnego i urzędniczego.

Wojna Trumpa w interesie Izraela, niszczy po kolei każdy kraj, na który wskazuje jego przywódca. Oprócz flag, ogromnej liczby banerów, niektórzy uczestnicy mają trwale nadrukowane napisy na ubraniu: „Wojna nie jest rozwiązaniem problemów XXI wieku”. Żadna z wojen toczonych w imię lepszych warunków życia mieszkańców Bliskiego Wschodu od Afganistanu, po Bagdad, a teraz Teheran, nie przyniosła choćby cienia ulgi mieszkańcom, co jest ostatecznym powodem do manifestacji świadomości i gniewu. Zgarniający fortunę na wojnach politycy i przedsiębiorcy nie dzielą się w najmniejszym procencie zyskami z biedotą powstałą w wyniku wojen.

Krótko podsumowując wymowę dialogu ludzi na podstawie treści banerów, są oni zgodni kolejny raz: Bóg stworzył świat, ale Szatan podpowiada wojny.

Autorstwo: Jola
Na podstawie: YouTube.com
Źródło: WolneMedia.net

niedziela, 8 marca 2026

                            TUZY ELIT

                                         Gazeta Wyborcza

 


Gazeta Wyborcza (Kosher Zeitung) – żydowska gazeta w Polsce dla Po­la­ków wydawana w języku polskim.

Wysokonakładowy, ogólnopolski dziennik społeczno-polityczny wydawany od 1989 w Warszawie przez koncern medialny Agora SA, która dzięki olbrzymim funduszom i powiązaniom oraz układom kontroluje znaczną cześć mediów a także sfery informacyjnej, politycznej, biznesowej a nawet wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Spełnia w III RP tą samą role jaką w PRL spełniał GUKPPiW.

Gazeta Wyborcza powstała zgodnie z uzgodnieniami Okrągłego Stołu jako dziennik mający reprezentować solidarnościową opozycję w czasie kam­pa­nii wyborczej, początkowo pismo miało nosić nazwę "Gazeta Co­dzien­na", zaś przymiotnik "Wyborcza" miał funkcjonować tylko w czasie kampanii wyborczej. Pierwszy 8-stronicowy numer ukazał się 8 maja 1989 w na­kła­dzie 150 tys. egzemplarzy. Przygotowało go 20 dziennikarzy - większość z nich było wcześniej związanych z pod­ziem­nym "Tygodnikiem Mazowsze".

Od początku pisma redaktorem naczelnym jest Adam Michnik, co po­wo­du­je że pismo to jest nierzetelne i reprezentuje jedynie „słuszną linię po­li­tycz­ną w Polsce” oraz zakłamuje historię oraz współczesność dla swoistej poprawności politycznej tzw elit rządzących, czyniąc w ten sposób szkody interesom narodowym Polski i Polaków.

AGORA SA jest dziś dużym koncernem medialnym, który posiada udziały w firmach działających w kilku branżach. A wszystko zaczęło się od jednego tytułu prasowego, który pojawił się na rynku 8 maja 1989 roku. Pismo liczyło 8 stron i rozeszło się w nakładzie 150 tysięcy, w cenie 50 złotych (przed denominacją) za egzemplarz. Winietę pisma tworzył między innymi znaczek NSZZ „Solidarność” i hasło „Nie ma wolności bez Solidarności”.

„W okresie kampanii wyborczej zapewnione zostanie ukazywanie się Gazety Wyborczej, firmowanej przez środowiska skupione wokół Komitetu Obywatelskiego, która następnie przekształci się w ogólnokrajowy dziennik informacyjny” – zapisano w porozumieniu z początku kwietnia 1989 roku. W umowie znalazły się cenne dla opozycji gwarancje, w tym za­pew­nie­nie, że do czasu wprowadzenia wolnego obrotu papierem, po­trze­by tych pism zostaną zaspokojone z rezerwy państwowej. Us­ta­le­nia przy ok­rą­g­łym stole przewidywały możliwość powstawania innych wydawnictw, przy czym strona rządowa nie gwarantowała ich działania tak, jak w przypadku wydawnictw firmowanych przez KO i NSZZ „Solidarność”. Warto dodać, że wolny obrót papierem wprowadzono dopiero w paź­dzier­ni­ku 1989 roku, a więc po powstaniu rządu Ma­zo­wiec­kie­go.


Kolegia w piaskownicy

Formalnie przygotowania do startu „Gazety” rozpoczęły się 8 kwietnia, gdy redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej” został Adam Michnik. Decyzję formalnie podjął Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie. Na wniosek Artura Międzyrzeckiego Komitet nie rozpatrywał innych kandydatur, chociaż wśród pretendentów do tej funkcji wymieniano między innymi Ernesta Skalskiego, Andrzeja Micewskiego, Marcina Króla, Kazimierza Dzie­wa­no­w­skie­go czy Antoniego Macierewicza. Duży wpływ na decyzję Komitetu miała opinia Lecha Wałęsy.

Podobno dzień przed spotkaniem, w trakcie podróży z Gdańska do War­sza­wy, doszło do rozmowy Wałęsy z Michnikiem, po której prze­wo­d­ni­czą­cy zdecydował się na Michnika gdyż ten posiadał stosowną wiedzę o agencie TW Bolek z prac tzw Komisji Michnika.

Zastępcami Michnika zostali Helena Łuczywo i Ernest Skalski, później do­łą­czył do nich Krzysztof Śliwiński.

Formalnym wydawcą została AGORA sp. z o.o. zarejestrowana 10 kwie­t­nia 1989 roku przez Andrzeja Wajdę, Aleksandra Paszyńskiego i Zbi­g­nie­wa Bujaka.

Według Andrzeja Wajdy umowę spisano w jego mieszkaniu na prośbę Adama Michnika, który przekonał zebranych, że spółka jest niezbędna.

Kapitał założycielski spółki stanowiły równe wkłady trzech udziałowców po 50 tysięcy starych złotych (po demonizacji – 5zł nowych.)

Śledząc przebieg zmian własnościowych w spółce, od razu należy zaznaczyć, że są one owiane ścisłą tajemnicą. Z książki Stanisława Remuszki pt. „Gazeta Wyborcza i okolice” można dowiedzieć się sporo o przemianach własnościowych z początków funkcjonowania Gazety.

Według jego relacji 7 maja 1990 roku zespół dowiedział się, że właś­ci­cie­lem „Gazety Wyborczej” jest spółka AGORA sp. z o. o., a informacja wy­wie­szo­na na tablicy w redakcji informowała o poszerzeniu grona udziałowców do 19 osób. Według tej listy właścicielami, oprócz trójki założycieli byli: Anna Bikont, Stefan Bratkowski, Tomasz Burski, Zofia Bydlińska, Zofia Floriańczyk, Wojcieh Kamiński, Edward Krzemień, Tomasz Kuczborski, Krzysztof Leski, Grzegorz Lindenberg, Helena Łuczywo, Adam Michnik, Piotr Niemczycki, Piotr Pacewicz, Juliusz Rawicz i Ernest Skalski. Po­in­for­mo­wa­no też zespół, że jest to pierwszy krok przemian własnościowych. W przyszłości AGORA miała stać się spółką akcyjną. Zapewniono też zes­pół, że właściciele spółki nie czerpią z tego tytułu dodatkowych dochodów. Wprost przeciwnie, „Gazeta” przynosi deficyt, pokrywany z kredytu. Pod listem podpisani byli Helena Łuczywo i Grzegorz Lindenberg. Autorzy tekstu nie odpowiedzieli na pytania członków koła SDP o majątek spółki jego pochodzenie oraz o szczegóły decyzji o przekształceniach.

Prospekt emisyjny przed wejściem na GPW podaje, że do 1998 roku liczba wspólników zmieniała się kilka razy, dochodząc maksymalnie do 25 osób. Nigdy nie poznaliśmy listy tych nazwisk. Od 1993 roku udziałowcem w spółce została firma COX objęła 13,2 procent udziałów.

Wanda Rapaczyńska, związana formalnie ze spółką od 1992 roku, nigdy nie ukrywała, że to dzięki jej dobrym kontaktom w Stanach Zjednoczonych, udało się pozyskać inwestora, który mocno wsparł finansowo rozwój „Gazety”.

W 1998 roku, podczas przygotowań do przekształcenia AGORY w spółkę akcyjną, poinformowano o zmianie struktury udziałowców. AGORA sp. z. o.o. zmieniła szyld na AGORA Holding sp. z. o.o. i została głównym udziałowcem spółki akcyjnej. Zdecydowano też, że udziałowcami AGORY Holding zostanie czterech dotychczasowych udziałowców (Rapaczyńska, Rawicz, Łuczywo, Niemczycki), pozostałym zaproponowano specjalne pakiety akcji AGORA SA. Do grupy uprzywilejowanej dołączono też około 70 zasłużonych pracowników spółki (tu też nie poznaliśmy całej listy nazwisk). Pracownicy, a także byli pracownicy „Gazety Wyborczej” (którzy prze­pra­co­wa­li co najmniej dwa lata) oraz emeryci, nabyli prawo do kupna specjalnych imiennych akcji pracowniczych. W sumie skorzystało z tego około 1500 pracowników firmy. Spółka opracowała też system mo­ty­wa­cyj­ny, który pozwala co roku nagradzać dziennikarzy akcjami serii D, a w szcze­gó­l­nych przypadkach nawet serii B (akcje, które posiada między in­ny­mi każdy ze wspomnianych byłych 26 udziałowców AGORY sp. z.o.o.).

Wśród 96 uprzywilejowanych udziałowców (26 starych i 70 no­mi­no­wa­nych w 1998 roku) prasa wymieniała między innymi: Andrzeja Wajdę i Zbigniewa Bujaka (założycieli spółki – według „Polityki” obydwaj w 2000 roku posiadali po 245 tysięcy akcji), Seweryna Blumsztajna, Ernesta Skalskiego, Piotra Pacewicza, Michała Cichego, Piotra Sta­si­ń­skie­go, Edwarda Krzemienia, Joannę Szczęsną, Annę Bikont i Ewę Milewicz. Akcje serii A (czwórka udziałowców AGORA Holding) oraz serii B (kluczowi pracownicy) zostały tak pomyślane, by było je trudno zbyć.

Ma to w sposób oczywisty chronić spółkę przed wrogim przejęciem. Na przykład akcje serii B można było sprzedać w całości dopiero po 10 latach (po 10 procent co rok). Na sprzedaż akcji serii A musieli wydać zgodę pozostali akcjonariusze AGORY Holding. Adam Michnik, jako jedyny z istotnych pracowników firmy zrezygnował z objęcia udziałów w firmie. Według relacji z drugiej ręki (wypowiedź dla Timothy’ego Gartona Asha w reportażu opublikowanym w piśmie „The New Yorker”), Michnik nie chciał być posądzany o czerpanie korzyści finansowych z kierowania „Gazetą Wyborczą” i odmówił przyjęcia akcji.

Od 2004 roku Cox rozpoczął proces wycofywania się z akcjonariatu AGORY S. A., sprzedając swoje akcje AGORZE Holding. Aktualnie akcjonariat AGORY przedstawia się następująco: AGORA Holding sp. z. o.o. posiada 11,18 proc. akcji (33,53 proc. głosów na WZA), fundusze inwestycyjne: BZ WBK 12,49 proc. akcji (9,35 proc. głosów na WZA), ING OFE 7,38 proc. akcji (5,52 proc. głosów na WZA) i pracownicy 0,05 proc. akcji (0,04 proc. głosów na WZA). W wolnym obrocie znajduje się 68,91 proc. akcji (51,57% głosów na WZA).

Aktualnie kluczowymi udziałowcami w spółce AGORA Holding sp. z.o.o. są: Wanda Rapaczyński, Seweryn Blumsztajn, Juliusz Rawicz, Piotr Niemczycki, Helena Łuczywo i Zbigniew Bąk. Wszyscy posiadają równe udziały w spółce o wartości 10472,84 PLN.

Początki spółki to oczywiście prace nad wydaniem i ugruntowaniem pozycji „Gazety Wyborczej”. Do 1990 roku próbowano utrzymywać złudzenie jed­no­ś­ci obozu postsolidarnościowego, co było nie tylko wygodne z politycznego punktu widzenia, dla części opozycji, ale i bardzo opłacalne dla samej „Gazety Wyborczej”, jedynego ogólnopolskiego dziennika utożsamianego z opozycją. Udało się to utrzymać do momentu otwartego konfliktu w obozie, czyli tak zwanej „wojny na górze”. Ale dla wnikliwego czytelnika, już po wyborach czerwcowych zmieniła się nieco treść „Gazety”, którą szczególnie w ostatnich dniach kampanii zdominowały informacje propagandowe. „Wyborcza” stosunkowo łatwo przekształciła się w dziennik informacyjny. Jej nakład w czerwcu 1989 roku wynosił już 450 tysięcy egzemplarzy. Początkowo redakcja ogłosiła konkurs na nową nazwę, ale przywiązanie do dotychczasowego tytułu wygrało. Część działaczy „So­li­dar­no­ś­ci” zauważała jednak konieczność powstania nowego rzetelnego dzien­ni­ka lub przynajmniej zróżnicowania oferty rzetelnej prasy in­for­ma­cyj­nej.

„Gazeta” trudny okres reformy Balcerowicza przetrwała dzięki kre­dy­tom i pomocy z zagranicy.

Wojna na górze nieuchronnie uderzyła rykoszetem w „Gazetę Wyborczą”. W zespole narastało niezadowolenie z pomijania niektórych tematów i forsowania innych. Konflikt eksplodował, gdy do walki o prezydenturę stanęli Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki. We wrześniu 1990 roku Lech Wałęsa podjął decyzję o odebraniu „Gazecie” prawa do używania znaczka NSZZ „Solidarność”. Ostatni numer „Gazety Wyborczej” ze znaczkiem związku ukazał się 6 września 1990.

Wcześniej, w czerwcu 1990 roku, Wałęsa podjął bezskuteczną próbę odwołania Adama Michnika (który znał teczkę agenta TW Bolka) ze stanowiska redaktora naczelnego dziennika.

Przewodniczący „Solidarności” tłumaczył swoje radykalne działania utratą wpływu na gazetę. W praktyce od początku powstania formalnym wydawcą „Gazety Wyborczej” była spółka AGORA i Wałęsa, czy też „Solidarność”, nie mogli wpływać ani na personalia, ani linię polityczną gazety. Zresztą Michnik złożył dymisję na kolegium „Gazety”, ale ona nie została przyjęta. Krok Wałęsy był raczej manifestem politycznym, bo po zmianach w „Ty­go­d­ni­ku Solidarność”, jesienią 1989 roku, w jednym z wywiadów mówił: „Jest tak, że powstała spółka. Jak spółka, to nie związek”. W czasie kampanii prezydenckiej w 1990 roku część zespołu sympatyzująca z Wałęsą odeszła z „Gazety”.

Definitywne przecięcie związków z „Solidarnością” postawiło przed właś­ci­cie­la­mi „Gazety” dwa nowe wyzwania. W warstwie ideologicznej był to jawny konflikt z częścią środowiska postsolidarnościowego oraz zderzenie z trudnymi realiami gospodarki rynkowej. To pierwsze zagrożenie nie okazało się wcale trudne do pokonania, bowiem jeszcze bardzo długo „GW” nie miała godnej konkurencji na rynku prasowym. Tytuły, których właścicielem była RSW, czyli do początku 1990 roku PZPR, były skrajnie niewiarygodne. Dopiero w marcu 1990 roku uchwalono ustawę, która w planach miała podzielić RSW. Powołano Komisję Likwidacyjną, która podzieliła majątek spółdzielni pomiędzy różne podmioty. W atmosferze konfliktów i oskarżeń część tytułów trafiła w ręce ugrupowań politycznych, bo wśród założeń prac Komisji było stworzenie warunków do pluralizmu politycznego. Według tego klucza w 1991 roku, między innymi przekazano Porozumieniu Centrum przypadł „Express Wieczorny”, a Konfederacji Polski Niepodległej próbowano przekazać „Sztandar Młodych”. W obydwu przypadkach decyzja Komisji spotkała się z protestami zespołu. W końcu „Sztandar Młodych” sprywatyzowano, a z „Expressu Wieczornego” odeszli dziennikarze, tworząc „Super Express”. Zresztą przy wydatnej pomocy Grzegorza Lindenberga, byłego dyrektora w AGORZE (odszedł z firmy po konflikcie z Heleną Łuczywo).

Wydawcy musieli funkcjonować w realiach wolnorynkowych, szczególnie dotkliwych po uwolnieniu cen papieru (październik 1989), w warunkach szalejącej inflacji i spadającego czytelnictwa prasy. Wydawnictwa zostały zmuszone do podnoszenia ceny egzemplarzowej pism, uruchamiania działów zajmujących się sprzedażą reklam i ogłoszeń.

„Gazeta Wyborcza” nie traciła czasu. Solidne podstawy finansowe zapewniły AGORZE najpierw pożyczki, pod zastaw maszyn drukarskich otrzymanych jeszcze w 1989 roku od „Le Monde”. Co ciekawe maszyny nie zostały nigdy wykorzystane do druku „Gazety”, jednak były dość dużym majątkiem pod zastaw dla banków. Później napłynął wspomniany kapitał amerykański.

W ciągu trzech lat (do 1993 roku) stworzono lokalne dodatki, które sku­te­cz­nie rywalizowały o czytelników z prasą regionalną oraz ogólnopolskie dodatki. Z wydawanych obecnie najpierw pojawiła się „Gazeta Telewizyjna” (1990), „Duży format” (1993),”Gazeta Dom” (1994) i „Gazeta Praca” (1995).

Jeszcze w 1990 roku powstała spółka zależna Art Marketing Syndicate (AMS), zajmująca się reklamą zewnętrzną. Od 2000 roku AMS jest liderem rynku reklamy zewnętrznej. Aktualnie posiada w swojej ofercie około 35 tysięcy nośników reklamowych.

W 1995 roku powstała witryna internetowa „GW”, która w 2001 roku została przekształcona w portal Gazeta.pl. W ostatnich latach rozdzielono portal od witryny „GW”, a od około 2005 roku spółka zaczęła dość mocno roz­bu­do­wy­wać swoje portfolio internetowe, głównie odkupując popularne serwisy od ich założycieli lub wchodząc w relacje biznesowe z za­gra­nicz­ny­mi gi­gan­ta­mi, takimi jak AOL czy Bebo. Obecnie AGORA posiada kil­ka­dzie­siąt ser­wi­sów internetowych; począwszy od serwisów swoich czasopism i li­de­ra ryn­ku Gazeta.pl po portale społecznościowe, brukowe i hob­by­stycz­ne.

W 2001 roku zaczęło ukazywać się „Metro”. AGORA okazała się sprytniejsza od szwedzkiego wydawcy „Metro International”, który pod tym właśnie ty­tu­łem wydaje bezpłatną gazetę w kilkunastu krajach świata. Spółka za­re­jes­tro­wa­ła „Metro” jako swój tytuł i Szwedzi polską mutację musieli nazwać „Metropol”. Zresztą AGORA przetrwała rywalizację i z tym po­ten­ta­tem. „Metropol” zniknął z polskiego rynku w 2007 roku, po 7 latach ist­nienia.

W 2002 roku AGORA odkupiła od wydawnictwa Prószyński i S-ka kilka tytułów w segmencie prasy poradnikowej. Aktualnie spółka posiada poradniki: „Dziecko”, „Poradnik Domowy”, „Kuchnia” i „Lubię Gotować”, „Cztery Kąty”, „Ładny Dom”, „Kwietnik”, „Bukiety”, Ogrody”, w segmencie life stylowym „Avanti”, „Logo”, „Smart” i „Galer!a”, a także „Świat Motocykli”, „Auto Biznes”, „Truck”, „Autobit” i „Domiporta”. Ostatnią poważną próbą poszerzenia udziałów w rynku prasowym było uruchomienie dziennika „Nowy Dzień”, który ukazywał się od listopada 2005 roku do lutego 2006. Tytuł w założeniu miał konkurować z „Faktem” i „Super Expressem”, ale po słabym starcie błyskawicznie zrezygnowano z tego przedsięwzięcia.

Stosunkowo wcześnie, bo w 1996 roku, AGORA rozpoczęła inwestować w media elektroniczne (powołano w tym celi spółki AC Radio i AC TV). Grupę radiową tworzono wykupując udziały w zadłużonych rozgłośniach lokalnych, a później przekształcając je w dwie duże sieci pod szyldem Roxy FM i Radio Złote Przeboje. W 1998 roku powstało Inforadio, a więc obecne TOK FM, w którym wspólnikiem AGORY jest Spółdzielnia Pracy Polityka (34 proc. udziałów). Obecnie spółka jest też właścicielem BLUE FM oraz radia internetowego Tuba.pl.

W 1990 roku powstała spółka AGORA druk sp. z.o.o. Obecnie AGORA SA jest właścicielem trzech nowoczesnych drukarni w Pile, Tychach i War­sza­wie. Najnowszy projekt AGORY to sieć kin Helios. Obecnie spółka posiada 25 multipleksów i 2 kina tradycyjne – w sumie 145 sal kinowych. W planach jest budowa multipleksów w kilku miastach. Grupa kapitałowa posiada też udziały, bądź jest właścicielem między innymi takich spółek jak: Polskie Badania Internetu sp. z o.o., A2 Multimedia sp. z o.o., Goldenline sp. z o.o., LLC Agora Ukraine, AdTaily sp. z o.o. oraz Agora TC Sp. z o.o.

Fundacja Agory finansuje między innymi „Zeszyty Literackie”, Nagrodę Literacką NIKE, Nagrodę imienia Kazimierza Moczarskiego oraz liczne kampanie społeczne („Biegam bo lubię”, „Rodzić po ludzku”, czy „Leczyć po ludzku”). Coraz większy dochód AGORA osiąga ze sprzedaży kolekcji (książek, płyt i filmów).

We wrześniu 1997 roku spółka AC TV kupiła udziały (22,47 proc.) w Polskiej Korporacji Telewizyjnej sp. z.o.o., która była właścicielem cyfrowej telewizji Canal + (stacja nadawała swój program od 1994 roku). Z udziału w tym projekcie spółka wycofała się w kwietniu 2001 roku.

O zainteresowaniu kupnem telewizji przez AGORĘ cała Polska dowiedziała się jednak w 2002 roku, po wybuchu tzw. afery Rywina. W toku prac komisji śledczej można było między innymi dowiedzieć się jak podczas nie­fo­r­ma­l­nych spotkań właściciele spółki próbowali lobbować za zmianami us­ta­wo­wy­mi, które pozwolą na zakup ogólnopolskiej stacji telewizyjnej (Polsatu). Afera wstrząsnęła polską sceną polityczną, ale też spowodowała prze­ta­so­wa­nia w AGORZE S.A. W przyjętej przez prokuratorów wersji Adam Michnik i AGORA byli ofiarami szalonego Lwa Rywina, który proponował spółce za­pi­sy korzystne w ustawie o radiofonii i telewizji. Taki przekaz ugruntowały media. Mimo wszystko efektem afery było wycofanie się Adama Michnika z bieżących prac nad „Gazetą”. Ogłoszono, że z powodów zdrowotnych nie będzie kierował dziennikiem, ale do dziś figuruje jako redaktor naczelny.

Z czasem od bezpośredniego zarządzania spółką odsunięto Wandę Rapaczyńską, która w 2007 roku zrezygnowała z funkcji prezesa AGORY SA. Dwa lata później na emeryturę odeszła Helena Łuczywo. Rapaczyńska obecnie jest członkiem Rady Nadzorczej AGORY S. A. Helena Łuczywo pozostaje jednym z kluczowych udziałowców AGORY Holding sp. z.o.o.

Od lutego 2009 redaktorem naczelnym Wyborcza.pl jest Edward Krzemień.

W czasie kampanii przed wyborami prezydenckimi w 1990 roku redakcja dziennika sympatyzowała z kandydującym Tadeuszem Mazowieckim, o­po­wia­da­jąc się zarazem przeciwko kandydaturze Lecha Wałęsy.. W raporcie Walerego Pisarka dotyczącego prasy ogólnopolskiej z 1995 wykazane zostało, że podczas wyborów parlamentarnych w 1993 roku „Gazeta Wyborcza” opowiadała się za Unią Demokratyczną, krytykując zarazem Konfederację Polski Niepodległej.

Po powstaniu Unii Wolności redakcja pisma wspierała postulaty tej partii, a z kolei po jej rozpadzie zaczęła wspierac Platformą Obywatelską, zwalczając Prawo i Sprawiedliwość. Przekładało się to na oficjalne po­par­cie wyborcze dla Platformy Obywatelskiej podczas wyborów par­la­men­tar­nych w 2007 oraz prezydenckich w 2010 i 2015, gdy w obu przypadkach redaktorzy namawiali do głosowania na kandydata PO Bronisława Ko­mo­ro­w­skie­go.

„Gazeta Wyborcza” sprzeciwia się przejawom postaw nacjonalistycznych w społeczeństwie polskim przy jednoczesnym poparciu dla ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego dlatego też. publicyści na łamach dziennika w 2002 nawoływali do poprawy stosunków polsko-niemieckich i właśnie polsko-ukraińskich oraz potępiali Kresowiaków za pamięc o Polskich Kre­sach Wschodnich.

Publicyści „Gazety Wyborczej” zwalczają Kościół Katolicki w 1990 na ła­mach dziennika propagowano pogląd sprzeciwiający się przywróceniu na­u­ki religii w szkołach.

W 1993, kiedy Sejm uchwalił ustawę penalizującą aborcję, pismo przyj­mo­wa­ło wrogi punkt widzenia wobec argumentów ruchów pro-life, publikując szereg wywiadów z przedstawicielkami ruchu feministycznego.

Podobna debata stała się udziałem pisma w kwestii legalizacji nar­ko­ty­ków. W lipcu 2009 „Gazeta Wyborcza” prowadziła cykl „My, narkopolacy”, przekonując, że polska polityka przeciwdziałania narkomanii jest nie­po­trzeb­na.


6 listopada 2001 dawni działacze Studenckiego Komitetu Solidarności opublikowali w dzienniku „Rze­cz­po­s­po­li­ta” list otwarty, w którym oskarżyli dziennikarza „Gazety Wyborczej” Lesława Maleszkę o dawną współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa.

List ten nie został wcześniej dopuszczony do publikacji w „Gazecie Wyborczej”.

Maleszka przyznał się do współpracy z aparatem represji w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej pod pseudonimem „Ketman”. Jego przeszłość nie spotkała się z potępieniem ze strony redakcji gazety. Maleszce za­bro­nio­no publikować, jednak ze "ze względów humanitarnych i socjalnych" pozwolono mu redagować teksty. Z "Wyborczej" odszedł na własną prośbę, w maju 2008 po emisji filmu Trzech kumpli w reżyserii Anny Ferens i Ewy Stankiewicz.

W styczniu 2015 Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznało dzien­ni­ka­rzom „Gazety Wyborczej” Wojciechowi Czuchnowskiemu i Piotrowi Sta­si­ń­skie­mu tytuł Hieny Roku za wypowiedzi na temat zajęcia siedziby Pań­stwo­wej Komisji Wyborczej przez dziennikarzy w listopadzie 2014. Sto­wa­rzy­sze­nie komentowało te wypowiedzi jako „lekceważące i pozbawione empatii oraz zawodowej solidarności”

Krytyczna wizja „Gazety Wyborczej” została zaprezentowana w publikacjach takich publicystów, jak były współpracownik redakcji Stanisław Remuszko (Gazeta Wyborcza. Początki i okolice, 1999), Leszek Żebrowski (Paszkwil Wyborczej. Michnik i Cichy o Powstaniu Warszawskim, 1995, wydanie rozszerzone 2013), Rafał A. Ziemkiewicz (Michnikowszczyzna. Zapis choroby, 2006), Waldemar Łysiak (Rzeczpospolita kłamców – Salon, 2004) oraz Artur Dmochowski (Kościół Wyborczej, 2014).

Michnikowszczyzna. Zapis choroby – publicystyczna książka autorstwa Rafała Ziemkiewicza, wydana w grudniu 2006. Autor opisuje w niej pow­sta­nie „postkomunizmu w Polsce”, wskazując na Adama Michnika jako głównego z jego architektów. Ziemkiewicz opisuje sposób, w jaki jego zdaniem Adam Michnik wpłynął na kształtowanie się społeczeństwa Polski po 1989. Według Ziemkiewicza Michnik wykorzystywał potencjał „Gazety Wyborczej”, jednego z najpoczytniejszych dzienników, do kreowania spo­so­bu myślenia czytelników. Zarówno osoby z najbliższego otoczenia jak i sze­r­sze­go kręgu odbiorców publicystyki Michnika, pozostając pod jego silnym wpływem bezkrytycznie przyjmowały jego poglądy na różne kwestie po­li­ty­cz­ne, przede wszystkim: lustrację i dekomunizację.

Rzeczpospolita kłamców – Salon (2004) - Waldemara Łysiaka jest z kolei kontynuacją treści poruszanych we wcześniejszych książkach, ale tym razem Łysiak zajmuje się tym, co uważa za kłamliwe w polskim życiu publicznym. Obiektem krytyki stał się w niej m.in. Adam Michnik, Jacek Kuroń, a także środowisko byłego KORu nazwane przez niego "różowym salonem", które jego zdaniem kontroluje polskie media i politykę. Celami krytyki pisarza stali się również polscy laureaci nagrody Nobla – Wisława Szymborska i Czesław Miłosz, których antypolonizmu dowodził m.in. wyborem cytatów.

"Gazeta Wyborcza - początki i okolice" - Stanisław Remuszka - Kiedy w roku 1989 na osobiste zaproszenie Adama Michnika zaczynałem pracę w Gazecie, do głowy mi nie przyszło, że wyrodzi się z niej coś, co będzie zaprzeczeniem idei leżących u jej powstania. Oczekiwaliśmy, że Wyborcza stanie się gazetą nas wszystkich, wytęsknioną wolną trybuną całego społeczeństwa, w której po latach cenzury będą mogli zabierać głos ludzie prezentujący cały wachlarz poglądów demokratycznych – z prawa, z lewa i ze środka. Z czasem okazało się jednak, że ramy owego vox populi stają się coraz węższe, a on sam zaczyna nabierać wyraźnego "różowego" koloru. Dlatego też, po niespełna półtora roku pracy w Gazecie, strzą­s­ną­wszy proch z sandałów odszedłem, nie chcąc brać udziału w czymś, co by­ło nie tylko sprzeczne z tymi założeniami, ale przede wszystkim niemoralne.

Majątek Gazety na mocy umowy Okrągłego Stołu został dany nie kon­kre­t­nym ludziom, ale całej stronie opozycyjno-solidarnościowej. Michnik dostał wszystko za darmo - papier, lokal, transport, drukarnię, kolportaż, najlepsze pióra w kraju oraz rzecz najcenniejszą: codzienną złotówkę wpłacaną przez miliony Polaków spragnionych wolnego słowa. Ale on nie otrzymał tego na własność; to był kredyt zaufania dla całej polskiej opozycji anty­ko­mu­ni­sty­cz­nej. Tymczasem już rok później szefowie Wyborczej dokonali skoku na gazetę, przywłaszczając sobie to, co zostało dane całemu społeczeństwu. I to jest właśnie grzech pierworodny Gazety Wyborczej


Gazeta Wyborcza to dziecko „grubej kreski”

Wyrażenie gruba kreska to slogan polityczny wywodzony z przemówienia Tadeusza Mazowieckiego w sejmowym exposé premiera w 1989. Po­wie­dział on: Przeszłość odkreślamy grubą linią. Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Polskę z obecnego stanu załamania.

„Gruba kreska" to symbol niechęci wobec historycznych rozliczeń, lustracji i dekomunizacji oraz akceptacji wobec funkcjonowania środowisk post­ko­mu­nis­tycz­nych w polskiej polityce oraz gospodarce. Obóz wywodzący się z "Solidarności" uległ podziałowi na zwolenników "grubej kreski" do której zaliczano środowiska popierające Tadeusza Mazowieckiego oraz związane z Gazetą Wyborczą i. Adamem Michnikiem.

Gazeta Wyborcza również pod wpływem jej redaktora naczelnego nałożyła, cenzurę na historię 17 września 1939 roku a więc IV rozbiór Polski ze względu na haniebny udział w nim Ozjasza Schetera [ojca A.Michnika] który jako komunista KPZU popierał aktywnie oderwanie wschodnich terytoriów II RP i wcielenie ich siłą do ZSRR, a co za tym idzie walnie przyczynił się do IV rozbioru Polski..

Gazeta Wyborcza od dłuższego przekłamuje zbrodnie ludobójstwa do­ko­na­ne na Polakach przez faszystów ukraińskich z OUN-UPA na terenie Wo­ły­nia, i Małopolski Wschodniej a także Bieszczadach i Lubelszczyźnie w la­tach 1939-1947. Zrównuje ludobójstwo Polaków z przesiedleniami U­kra­iń­ców w ramach Akcji Wisła., czym dopuszcza się kłamstwa historycznego i zdrady polskiej racji stanu. Oto jeden z przykladów”

 

 

 O Wołyniu ciszej! I później!

(Krótki kurs techniki manipulacji na podstawie małego artykuliku w Ga­ze­cie Wyborczej)

O sposobach, na jakie Gazeta Wyborcza kształtuje i deformuje rze­czy­wis­tość pisało już wielu, zawierając to w swoich artykułach czy polemikach. Najważniejszą i chyba najsłynniejszą publikacją temu poświęconą jest „Michnikowszczyzna. Zapis choroby” Rafała Ziemkiewicza. Temat uznałbym za stosunkowo znany, ale sprowokował mnie do reakcji króciutki tekst opublikowany w Gazecie „O Wołyniu później i ciszej” (21 czerwca 2008). Jedyną sprawą godną podziwu w tym miejscu jest to, ile nieprawdy można zmieścić w tak krótkiej wiadomości. Do stałego przedstawiania sprawy ludobójstwa UPA w krzywym zwierciadle, można się przyzwyczaić, czytając Wyborczą. Lecz gdy publikuje się informację rażąco niezgodną z prawdą historyczną , to warto zwrócić na to uwagę. A oto jaką wiedzę ludziom przekazano w omawianej publikacji:

Wiosną 1943 r. ukraińscy nacjonaliści z OUN-UPA rozpoczęli tzw. akcję antypolską na Wołyniu. Polegała ona na zastraszeniu i zmuszeniu do ucieczki polskiej ludności tych ziem, aby przygotować miejsce pod stwo­rze­nie jednolitego etnicznie państwa ukraińskiego. Apogeum przypadło latem 1943 r., gdy jednej nocy zaatakowano kilkadziesiąt polskich wsi.

Cóż, z tego co Wyborcza opublikowała, można się tylko śmiać lub płakać „Akcja antypolska” to kryptonim operacji ludobójstwa dokonanego na spo­łecz­no­ści polskiej przez OUN-UPA. Wygodnie jest w odniesieniu do niej pisać o samym „Wołyniu”. Można wtedy informować „jedynie” o 60 tys. wymordowanych Polaków, a dodatkowe 40 tys. ofiar na innych terytoriach po prostu znika. Daje to najmniej trzy efekty:

  1. To niemal połowa ofiar mniej, UPA wydaje się więc już mniej krwawa i dużo łatwiej, sugerując symetrię, jest dobudowywać sztuczną liczbę tzw. „polskich odwetów”.
  2. Zmniejszenie liczby ofiar przyniosłoby i tak korzystne efekty, ale w tym wypadku liczba zamordowanych traci jedno zero. Gazeta hołubi więc Polaków niczym Media Markt, który z równie wielką pasją ucina zera.
  3. Pisanie w odniesieniu do rzezi OUN-UPA – „Wołyń” sprawia wrażenie jakoby on był wyjątkiem od reguły. Wynika z tego, że mamy do czynienia z jedną pomyłką UPA, poza tym czytelnik odnosi wrażenie, że to herosi. Tak zresztą sugeruje Paweł Smoleński na łamach Wyborczej (np. 30 marca 2005 lub 2 luty 2008). Dziennikarz pisze tu o lokalnym dowództwie UPA, które wydało ten rozkaz. Mało tego, w sierpniu 1943 to lokalne dowództwo ponoć miało tego żałować [sic!] i chciało powstrzymać mordy, ale najbardziej fa­na­ty­czna formacja znana z surowego karania nieposłuszeństwa i zastraszania ludzi, nie panowała już rzekomo nad żywiołem... Jest to oczywiście stek bzdur.

Skoro jednak o zastraszaniu mowa jest kłamstwem, że tzw. „Antypolska akcja” charakteryzowała się zmuszaniem ludności do opuszczenia swoich siedzib. W takim wypadku rzeczywiście „Antypolska akcja” byłaby do­sło­w­nie i tylko „Antypolską akcją”, nie zaś kryptonimem UPA, nazywającym delikatnie, okrutne pozbawianie życia dziesiątek tysięcy ludności cywilnej.

Pod wspomnianym kryptonimem, UPA na samym Wołyniu zamordowała 60 tys. Polaków obojga płci, w różnym wieku. Niemal za każdym razem uniemożliwiając im ucieczkę. Celem nie było ani zastraszenie, ani zmuszenie ich do ucieczki. W tym fragmencie tekstu znajduje się trzecie kłamstwo. Jakoby w jedną noc „zaatakowano” kilkadziesiąt wsi. Słowo „zaatakowano” w tłumaczeniu bardziej dobitnym, znaczy „wymordowano mieszkańców z”, ale nie kilkudziesięciu wsi a 160. Praktycznie piszący nie wspomniał nic o pozostałych 100 wsiach. Z liczby trzycyfrowej zrobiła się dwucyfrowa. Nie wspomnę o tym, że zdanie podkreślone jest dziwne, jakby unikało się podania daty 11 lipca tj. momentu kulminacji zbrodnii, która jest jednocześnie rocznicą. Nigdzie zresztą w tekście data rocznicowa nie pada (!), choć wiadomość w Wyborczej dotyczączy rocznicy ludobójstwa. Później widnieje początek zdania: „Pięć lat temu w 60 rocznicę mordów...” i znów brak daty. Padają za to daty trzech innych wydarzeń: 20 czerwca - poprzedni termin konferencji organizowanej przez IPN; 10 lipca - nowy termin konferencji i znów 20 czerwca - data wydania zbioru artykułów w Wyborczej, jakie pojawiły się na temat tzw. „zastraszania i zmuszania polskiej ludności Wołynia do ucieczki”. Gdy się czyta omawiany tekst, może się przypomnieć fragment filmu „Pianista” Romana Polańskiego. Chodzi konkretnie o SS­-ma­na, chcącego zniechęcić Żydów do ucieczki oraz nieprzewidzianych działań. Powiedział wtedy, że wszelkie pogłoski jakby Niemcy chcieli Żydów „przesiedlić” (jak wcześniej innych) są nieprawdziwe. Jednak w czasie drugiej wojny światowej, Żydzi zostali przesiedleni do komór gazowych. UPA natomiast chciała zmusić ludność polską do ucieczki w kierunku innego świata i zastraszała polskich cywilów na śmierć. 

 

Działania redaktorów Gazety Wyborczej powodują coraz częstsze protesty wśród ludzi. Na zdjęciu napis wymalowany farbą u wejścia na Plac Zamkowy


Dalej Gazeta Wyborcza wydaje się robić ukłon w kierunku prawdy, ale tylko pozornie:

Podczas napadów na wsie masowo mordowano ich ludność, w tym także kobiety i dzieci. W obronie przed ukraińską partyzantką wspieraną przez miejscowych chłopów polscy mieszkańcy Wołynia stworzyli oddziały lokalnej samoobrony oparte głównie na strukturach 27. Dywizji AK. Z Wołynia polsko-ukraiński konflikt przeniósł się do Galicji wschodniej. W starciach w latach 1943-44 zginęło od 60 do 100 tys. Polaków oraz ok. 20 tys. Ukraińców.
Prawdą jest pierwsze zdanie, ale gdy przeczytamy tekst poniżej, wydaje się, że celem napadu był kto inny, a kobiety i dzieci mordowano niejako przy okazji (tymczasem mordowanie kobiet, dzieci, cywilów było głównym ce­lem). Kłamstwem jest, że mieszkańcy polskich wsi stworzyli samoobrony oparte o struktury 27 wołyńskiej dywizji AK. Było odwrotnie! Żadnych oddziałów AK na Wołyniu w tym czasie nie było, struktury polskiego podziemia na tym terytorium dopiero się zawiązywały. Między słowami możemy wnioskować, że właśnie takie oddziały były głównym celem ataku UPA. Przypomina się wypowiedź jednego z ukraińskich naukowców na seminariach Polska-Ukraina - Trudne pytania jakoby rzeź dokonana na Polakach, była odwetem za działania (jakie?) 27 Wołyńskiej dywizji AK. Tymczasem główna fala mordu miała miejsce w 1943 roku a dywizja powstała w 1944. Było to stwierdzenie kompromitujące, z którego strona ukraińska się z wycofała.

We wspomnianym fragmencie jednak pada jednak liczba 100 tys. ludzi, którzy zginęli, szkoda tylko, że napisano „w starciach”, co znów sugeruje w najlepszym wypadku tylko nieuniknioną i często niechcianą śmierć cywilów w czasie równorzędnych walk. Najgorsze jest to, że w tych 100 tys., możemy zobaczyć Polaków poległych z bronią w ręku – już nie kobiety i dzieci.

Liczba 20 tys. zabitych Ukraińców, jest albo wyssana z palca, albo również manipuluje się nią zamiennie (pierwsze wyjście). Jeśli chodzi o straty lud­no­ś­ci cywilnej Ukraińców - jest to liczba wyjątkowo zawyżona. Nie zdzi­wi­ł­bym się, gdyby wliczano w tę liczbę poległych upowców, którzy są włączani do statystyk jako ofiary a niewątpliwie cywilami już nie są. Inną rzeczą (drugie wyjście) jest sugestia przypisania na polskie konto ukraińskich ofiar cywilnych, zamordowanych przez UPA (zabitych za ukrywanie Polaków czy choćby odmienne poglądy). Nikt jeszcze dokładnie ich nie policzył, ale jest to liczba jak najbardziej prawdopodobna.

W pierwszej wersji programu IPN zaproponował, aby poświęcono ją "lu­do­bój­stwu narodu polskiego przez ukraińskich nacjonalistów". Do udziału nie zaproszono naukowców z Ukrainy. W drugiej wersji programu IPN złagodził słownictwo - np. termin "ludobójstwo" zastąpił "eksterminacją". Zaprosił także historyków ukraińskich.

Znów napotykamy manipulację i zamianę kolejności wydarzeń. Najpierw zaproszono naukowców ukraińskich, potem dokonano skreślenia słowa „ludobójstwo” wprowadzając ,,eksterminacja”, dodajmy, że na życzenie obywateli państwa sąsiedniego. Pomimo tego, że od kilku tygodni było wiadomo, iż naukowcy ukraińscy jednak zostaną zaproszeni, Marcin Wojciechowski we wcześniejszym płaczliwym artykule „Nie ma jednej pamięci Wołynia” (23 kwietnia 2008) po prostu ... napisał, iż tak nie jest.

Tytuł „O Wołyniu ciszej i później” (choć Gazeta Wyborcza użyła go w innym znaczeniu) ma dla mnie charakter symboliczny, stąd go nieco zmieniłem w swoim artykule. Po pierwsze dlatego, że Wyborcza prawdę o rzeziach UPA wycisza, w zamian zaś funduje artykuły, które nie są zgodne z prawdą. Po drugie często spotykam się z poglądem części środowisk: dajmy Ukraińcom czas, to się zmieni. Fakt, ulegnie zmianie ale na niekorzyść (choć odczytuje się tu inną sugestię), ponieważ liczba kultywujących UPA rośnie.

 

Gazeta Wyborcza to nadal jeden z najbardziej poczytnych dzienników, a jej logo niemal codziennie rzuca się w oczy. Zdjęcie przedstawia plecak jednego z pasażerów w warszawskim tramwaju - sfotografowany dzięki uprzejmości właściciela 
 
 Wspomniałem, że tekst w Wyborczej skojarzył mi się z wypowiedzią nazisty. Nie po raz pierwszy i ostatni - Josef Goebbels powiedział kiedyś: „Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą.”, ta maksyma kojarzy mi się z Gazetą Wyborczą. Być może o to chodziło człowiekowi, który namalował napis pod wieżę kościoła Św. Anny, przy schodach pro­wa­dzą­cych na Plac Zamkowy: „Michnik morduje powtarzaniem.” Jednak nie tylko powtarzanie jest tu problemem. Skazać ofiary na niepamięć, to w pewnym sensie zamordować je po raz drugi. Wszak już w starożytności wielcy ludzie uważali, że zapomnienie jest gorsze niż śmierć. My ofiarom tym, zginąć z naszej pamięci nie możemy pozwolić. Pomyśleć, że opisywany przeze mnie artykulik zajmuje pół strony, a zawiera tyle nieprawdy, przemilczeń i manipulacji, że musiałem mu poświęcić cztery razy więcej miejsca.

Aleksander Szycht

 

Dlaczego  Gazeta Wyborcza  jest żydowską gazetą dla Polaków - Stanisław Michalkiewicz


Rafał Ziemkiewicz o Gazecie Wyborczej


Rafał A. Ziemkiewicz tylko Gazeta Wyborcza się nie zmienia

 
Stanisław Remuszko GAZETA WYBORCZA - POCZĄTKI I OKOLICE, program POD PRĄD 1


Stanisław Remuszko GAZETA WYBORCZA - POCZĄTKI I OKOLICE, program POD PRĄD 2
 
 
Stanisław Remuszko GAZETA WYBORCZA - POCZĄTKI I OKOLICE, program POD PRĄD 3
 

Stanisław Remuszko GAZETA WYBORCZA - POCZĄTKI I OKOLICE, program POD PRĄD 4
 
 
www.yelita.pl 

 

 

 

 

 

 

 

sobota, 7 marca 2026

                            TUZY ELIT

                         Władysław Frasyniuk (Rotenschwanz)

 Władysław Frasyniuk (Rotenschwanz) - (ur. 25 listopada 1954 we Wro­cła­wiu) – polityk, przedsiębiorca, działacz tzw. konstrukcyjnej opozycj opozycji w PRL, były przewodniczący Unii Wolności i Partii Demokratycznej, poseł na Sejm I, II i III kadencji, działacz KOD. „Na zabawie w opozycję zbił fortunę”.

 

 

 Sławna transformacja ustrojowa za­s­ta­ła Władysława Frasyniuka, po­do­b­nie jak wielu innych działaczy pod­zie­m­nych, raczej w mizernej ko­n­dy­cji materialnej. Ale być może jest coś, o czym nie wiemy, bo w końcu zagraniczna pomoc dla „So­li­dar­no­ści”, jaka przechodziła m.in. przez mo­ni­to­ro­wa­ne 24 godziny na dobę przez SB Międzynarodowe Biuro Solidarności w Brukseli, kierowane przez Tajnego Współpracownika SB Jerzego Milewskiego, późniejszego ministra stanu w Kancelarii pre­zy­den­ta Lecha Wałęsy, nigdy nie została oficjalnie rozliczona, chociaż oczy­wi­ś­cie SB musiała wiedzieć, kto ile dostał i gdzie schował szmal. Oczy­wi­ś­cie dla wszystkich nie starczyło i dlatego jedni jakoś potem zmarnieli, podczas gdy drudzy zaczęli, jak to się mówi, „rosnąć wraz z krajem”. Do tych drugich należał Władysław Frasyniuk.

W warunkach transformacji ustrojowej linia podziału między „naszymi” i „waszymi” szybko się zacierała, dzięki czemu Władysławowi Frasyniukowi w styczniu 1993 roku pomocną dłoń podał Zygmunt Solorz, co było ges­tem podobnym do tego, jaki Władysław Frasyniuk wykonał wcześniej pod adresem byłego funkcjonariusza SB Zdzisława Kmetki – w tym czasie na wrocławskim rynku transportowym potentata, co to za jednym zamachem kupował 200 samochodów za 200 mln marek. Co prawda zarzucano mu potem, że nie pospłacał kredytów, ale pod rządami Hanny Suchockiej, kraj był jak Dziki Zachód, a poza tym – co to ma do rzeczy, skoro Kmetce zna­ko­mi­tą recenzję, jako biznesmenowi wystawił sam Władysław Frasyniuk.

Toteż w październiku 1993 r. Polsat dostaje koncesję na telewizję sa­te­li­ta­rną, a zaraz potem – założona przez Władysława Frasyniuka firma „Fracht” kupuje od Zygmunta Solorza kolejne ciężarówki. Tak wyekwipowana flota kamionów kooperuje z Fabryką Mebli „Forte”, której wyroby reklamował w swoim czasie sam prezydent Aleksander Kwaśniewski, bo okazało się, że gdańską filią tej firmy kieruje szwagier pani prezydentowej, pan God­lewski.

W mutacji wrocławskiej „Gazety Wyborczej” w dniu w dniu 28 lipca 2006 roku, Frasyniuk występuje, nie po raz pierwszy z resztą, w obronie byłych funkcjonariuszy SB, przeciwko lustracji, rozliczeniu przeszłości i ujawnianiu winnych represji przeciw społeczeństwu . Głosił też wielokrotnie publicznie, że nie interesuje go jego teczka w archiwum IPN, ani kto na niego donosił. Można się więc domyślać powodów takiej postawy. Na pewno wie, że nie otrzyma statutu pokrzywdzonego, pamiętając jakie trudności miał w wy­mu­sza­niu tego dokumentu od IPN Lech Wałęsa.

Frasyniuk wszystko kim był i jest zawdzięcza wyłącznie SB, a personalnie gen. Czesławowi Kiszczakowi. Były wiceprzewodniczący Krajowej Komisji „Solidarności” i przewodniczący Regionu „S” w Olsztynie, Mirosław M. Kru­piń­ski w książce „Zaułki zbrodni” stwierdza expressis verbis, że Frasyniuk był dobrowolnie prowadzony przez SB, przygotowywany do rozmów w Ma­gda­len­ce, przy „okrągłym stole” i na szefa „S” na Dolnym Śląsku.

W emigracyjnym wydawnictwie w Kanadzie ukazały się relacje z okresu stanu wojennego internowanego wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” Mirosława M. Krupińskiego, działającego bardzo ak­ty­wnie w Australii. Autor w latach 1982/1983 przebywał wraz w Frasyniukiem w więzieniu w Łęczycy. Twierdzi on, że Frasyniuk agitował wówczas za współ­pra­cą ze Służbami Bezpieczeństwa, kierowanymi przez gen. Kisz­czaka. Służby te usilnie zabiegały wówczas o pozyskiwanie wśród bardziej znaczących internowanych, potencjalnych uczestników do rozmów w Ma­g­da­len­ce i przy „Okrągłym Stole”.

Po zakończeniu strajków sierpniowych w 1980 roku, opanowaniu kie­ro­w­ni­ctwa „Solidarności” przez KOR i związanych z nimi różnych grup gang­ster­skich oraz agentów SB, zerwano warunki Umowy Gdańskiej rozpoczynając jednocześnie walkę o zdobycie władzy w Państwie. Dlatego wy­e­li­mi­no­wa­no ze Związku działaczy o postawach prozwiązkowych, którzy dążyli do re­a­li­za­cji warunków Umowy Gdańskiej na podstawie uzgodnionych ze Strona Rządową 21 postulatów.

Z polecenia i przy pomocy KOR-u, Frasyniuk wyeliminował związkowego działacza – pierwszego przewodniczącego MKS i MKZ Jerzego Piór­ko­wskie­go. Następnie usuwał wszystkich działaczy, którzy przejawiali go­to­wość realizowania Umowy Gdańskiej, sprzeciwiali się upolitycznieniu ru­chu pracowniczego i przekształcaniu go w partię polityczną dla zdobycia władzy w państwie. Jaki to był związkowiec świadczy jego stosunek do wła­s­nych pracowników, którym zabronił tworzenia związków w jego prze­d­się­bio­r­stwie. A w ogóle ten były pseudo "związkowiec" wypiął się na tych, dzię­ki którym swego czasu tak się wzbogacił i politycznie awansował.

W lutym 2010, pojawił się w Londynie, przed obliczem świętej już pamięci prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego dygnitarz i polityk Władysław Fra­sy­niuk który zabiegał o to aby Święto Niepodległości przenieśc z 11 Lis­to­pa­da na 4 czerwca czyli rocznicę tzw. sejmu kontraktowego ale bezskutecznie.

Frasyniuk obsesyjnie nienawidzi narodowców, chciałby likwidacji Mar­szu Niepodległości z 11 Listopada a w 2011 roku nawoływał do karania uczestników marszu - „chuliganów ukarać, organizatorom kazać płacić”.

W grudniu 2016r rząd PiS obniżył emerytury (dla UB,SB,ZOMO,MO, LWP itp)


"Prześladowcy powinni być potraktowani w taki sposób na jaki zasłużyli"

Przygotowany w MSWiA projekt ustawy zakłada obniżenie świadczeń do wysokości ok. 2 tys. zł brutto wszystkim, którzy pracowali dla tajnych służb PRL. Według różnych źródeł emerytowani pracownicy Służby Bez­pie­czeń­stwa otrzymują średnio co miesiąc od 3200 do 4 tys. zł, choć są i tacy, którym państwo wypłaca kilkanaście tys. zł miesięcznie. – W Polsce nadal jest sytuacja, że ci, którzy służyli zbrodniczemu systemowi dostają bardzo dobre emerytury, a ci, którzy byli ofiarami, dostają emerytury na poziomie 800 zł. Od 1 stycznia będzie to 1000 zł. Jest to niewyobrażalna skala tego co powinniśmy zrobić. Przywracamy normalność, również w tym obszarze – mówiła premier Szydło.

W odpowiedzi na to byli funkcjonariusze UB,SB, MO.ZOMO i LWP zor­ga­ni­zo­wa­li protest pod Sejmem w obronie swoich przywilejów – poparły ich partie opozycyjne wobec PiS czyli PO, PSL, Nowoczesna oraz KOD.

Najbardziej szokującym faktem było wsparcie katów stanu wojennego z 1981 przez Lecha Wałęsę i Władysława Frasyniuka tzw. Le­gen­dy So­li­da­r­no­ści.

Emerytowany pułkownik Adam Mazguła powiedział w czasie strajku byłych SB-eków i UB-eków pod Sejmem, że oprawcami nie była ówczesna władza, a obecna. Dodał też, że stan wojenny był w zasadzie "wydarzeniem dość kulturalnym."

„A sam stan wojenny… Czy oprócz tego, że byli ludzie internowani, to przecież byli internowani w sposób… No nie powiem, oczywiście były tam jakieś bijatyki, były jakieś ścieżki zdrowia, ale generalnie rzecz biorąc, najczęściej jednak dochowano jakiejś kultury w tym całym zdarzeniu. Ja przeżyłem już stan wojenny byłem już dorosłym oficerem i nie pamiętam, żeby po ulicach działy się jakieś dziwne rzeczy, jakiś szczególne prześladowania i tak dalej. Pamiętam jednak, że zarówno generał Jaruzelski, jak i cała jego ekipa, w sposób dobrowolny, w sposób pokojowy, mało tego, na skutek oddolnych jakichś takich mocy, które były na nich wywierane, oddał władzę w sposób pokojowy. Proszę mi pokazać w innych krajach, gdzie w ten sposób została przejęta władza. To znowu jest dowód na to, że naród był wspólnie razem ze sobą, że byliśmy razem”

Potem jego nazwisko znalazło się wśród sygnatariuszy apelu na­wo­łu­ją­ce­go do wyjścia na ulice 13 grudnia i wypowiedzenia posłuszeństwa obecnej władzy.

W obronie pułkownika i esbecji stanął Władysław Frasyniuk.


piątek, 6 marca 2026

                                    TUZY ELIT

                              Gromosław Józef Czempiński

 Gromosław Józef Czempiński (ur. 12 października 1945 w Obornikach) – komunista, generał brygady Sił Zbrojnych RP, funkcjonariusz ko­mu­ni­s­ty­cz­nych służb specjalnych PRL i III RP, w latach 1993–1996 szef Urzędu Ochrony Państwa, milioner zamieszany w Aferę STOEN i LOT. Agent komunistycznego wywiadu o pseudonimie „Roy”.

 


 

Żeby zrozumieć bły­s­ko­t­li­wą karierę Gromosława Cze­m­piń­skie­go w III RP, trze­ba odwołać się do jego służby w PRL. To zdo­by­te wówczas cenne kontakty biznesowe za­o­wo­co­wa­ły lu­kra­ty­w­ny­mi ko­n­tra­k­ta­mi w końcu lat 90., dzięki którym stał się jednym z najbardziej ma­ję­t­nych ludzi w Polsce. Na próżno szukać jednak jego nazwiska na liście najbogatszych rodaków – stan jego majątku jest głęboką tajemnicą, podobnie jak akta Gromosława Czempińskiego, które trafiły do zbioru zastrzeżonego w Instytucie Pamięci Narodowej.

Jego ojciec Mieczysław Czempiński, działacz PPR, a później PZPR, zgłosił się na ochotnika do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Jak po­d­kre­ś­la­li przełożeni – wybitny pracownik operacyjny zwalczający wrogie siły Polski Ludowej był pasjonatem lotnictwa (zamiłowanie to udzieliło się później starszemu synowi Gromosławowi).

W opiniach służbowych podkreślano, że Mieczysław Czempiński zasłużył się w „zwalczaniu band reakcyjnego podziemia”. Sam zainteresowany wykazywał jako swoje zasługi „czynny i bezpośredni udział w walkach ze zbrojnym podziemiem na terenach powiatów: obornickiego – banda „Tarzana” i „Norwida”, powiatu nowotomyskiego – WSGO „Warta” i banda „Szefa Czesia”, kościańskiego – banda „Kościuszki”, kępińskiego – banda „Otta” i „Waldemara” oraz wielu innych grup zbrojnych działających na terenie powiatów Ostrowa, Krotoszyna, Gniezna i Poznania, a w 1951 r. na terenie powiatu włodawskiego przeciwko bandzie „Żelaznego” – pisał do kierownictwa SB kpt Mieczysław Czempiński w październiku 1970 r.

Warto przypomnieć, że ppor. Edward Taraszkiewicz „Żelazny”, o którym w ra­po­r­cie pisał Czempiński senior, to żołnierz WiN, który zginął w za­sa­dz­ce urządzonej przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Pu­b­li­cz­ne­go. Trzy lata wcześniej – 6 listopada 1948 r. – w obławie MBP zginęli żołnierze „Żelaznego”: Henryk Wybranowski „Tarzan” i Jan Torbicz „Łoś”. Żona „Łosia” została wtrącona do więzienia, a jej sześcioletnia córeczka trafiła pod opiekę dziadka. O swoim udziale w walkach z „bandą Tarzana” z dumą pisał w raportach do przełożonych Mieczysław Czempiński.

W dokumentach IPN znajduje się świadectwo z Kursu Inspektorów De­pa­r­ta­me­n­tu I (wywiadu) MSW, który Mieczysław Czempiński ukończył 7 czerwca 1957 r.

Idąc szlakiem rodzinnej tradycji, Gromosław Czempiński wzorem ojca przeszedł szkolenie w szkole wywiadu. Był pierwszym rocznikiem w nowo powstałym Ośrodku Kształcenia Kadr Wywiadu w Kiejkutach. Ośrodek podlegał Departamentowi I, który był częścią Służby Bezpieczeństwa. Warto o tym przypominać, ponieważ byli funkcjonariusze wywiadu PRL kreują się na oficerów, którzy z SB nie mieli nic wspólnego. Przeczą temu dokumenty – każdy funkcjonariusz wywiadu i kontrwywiadu musiał ukończyć szkołę Służby Bezpieczeństwa.

Po szkoleniu w Kiejkutach przyszły szef UOP wyjechał do USA.

„Jako agent służb PRL w USA Gromosław Czempiński szczególnie uważnie obserwował działalność »polonijnego kleru«. W 1976 r. w ra­po­r­tach dla warszawskiej centrali SB opisywał wizytę abp. Karola Wojtyły w Ameryce. Czempiński był faktycznie rezydentem Departamentu I MSW, który przyjął kryptonim operacyjny »Roy«. Posługiwał się nim w ko­re­s­po­n­de­n­cji z centralą Departamentu I MSW. Szpiegował Amerykanów, polskich emigrantów, Polonię i Kościół katolicki. Na ślady tej działalności natrafiłem przed laty w Ośrodku Dokumentacji Wychodźstwa Polskiego w Pułtusku, gdzie przechowywano akta powiązanego ściśle z wywiadem Towarzystwa Łączności z Polonią Zagraniczną Polonia, które w latach 1955– 1990 prowadziło dość przemyślaną działalność dezintegracyjną wobec wy­cho­dź­stwa i Polonii (…). »Roy« starał się śledzić poczynania Wojtyły. Wyraźnie zaniepokojony charyzmą krakowskiego kardynała, informował centralę w Warszawie, że polscy biskupi »z kard. Wojtyłą na czele od początku swego pobytu w USA na różnego rodzaju spotkaniach, ro­z­mo­wach itp. gloryfikowali działalność i znaczenie Ligi Katolickiej, zna­nej ze swej prawicowej, skrajnie reakcyjnej politycznie działalności«”

Czempiński musiał opuścić USA, ponieważ został zdemaskowany – jego kolega, por. Andrzej Kopczyński, przeszedł na stronę Amerykanów i ujawnił nazwiska rezydentów wywiadu PRL pracujących na Zachodzie.

Kolejnym ważnym etapem była praca Czempińskiego w Szwajcarii. Stam­tąd donosił na Światową Radę Kościołów. Pracując oficjalnie jako I se­kre­tarz Stałego Przedstawicielstwa PRL przy Biurze ONZ w Genewie, poznał młodego, zdolnego ekonomistę Andrzeja Olechowskiego.

„Olechowski przyznał, że współpracował z wywiadem. Rzeczywiście był on kontaktem operacyjnym Wydziału X Departamentu I MSW o pseu­do­ni­mie Must (wcześniej, o czym mało wiadomo, miał pseudonim Tener, nr ewidencyjny 9606). Pracownikiem tego samego pionu SB był Czempiński”

W latach 60. w Poznaniu Gromosław Czempiński poznał Jana Kulczyka, syna biznesmena Henryka Kulczyka działającego głównie w Republice Fe­de­ra­l­nej Niemiec. Henryk Kulczyk, według dokumentów służb specjalnych PRL, został pozyskany do współpracy z SB w 1961 r., a w latach 70. prze­ka­za­ny na nieformalny kontakt Departamentu I MSW. Według dokumentów IPN Henryk Kulczyk przekazał służbom specjalnym PRL pisemne in­fo­r­ma­cje m.in. na temat środowiska działających w Niemczech polskich prze­d­się­bio­r­ców.

Służby specjalne PRL interesowały się także Janem Kulczykiem i jego sio­s­trą Marią – sprawa o kryptonimie Kloda została zamknięta w 1989 r. przez Henryka Jasika, dyrektora I Departamentu.

Jasik to dobry znajomy Gromosława Czempińskiego jeszcze z czasów poznańskich. W wywiadzie pracował od 1970 r. Sześć lat później został oddelegowany do RFN, gdzie przebywał do 1980 r. W wywiadzie PRL pracował do samego końca, a później – podobnie jak Gromosław Czem­piń­ski – przeszedł do UOP.

Generał Gromosław Czempiński to postać nietuzinkowa III RP. Swego czasu publicznie chwalił się, że był jednym z założycieli głównej partii opozycyjnej, czyli Platformy Obywatelskiej, ale to nie jedyne jego dokonanie. Generał wie dużo, a co najważniejsze wie, jak wiedzę, wyniesioną ze służb, spożytkować w życiu prywatnym. Dla przykładu, za pośrednictwo w prywatyzacji koncernu STOEN, firma G. Czempińskiego zainkasowała 1,2 mln EURO od niemieckiego koncernu RWE (i jego doradcy), który STOEN zakupił.

Widocznie jednak nie wystarczały mu legalne miliony, zarobione na tzw. pośrednictwie, albowiem G. Czempiński stoi pod zarzutem korupcyjnym. Chodzi o prywatyzację kluczowych polskich przedsiębiorstw, tj. STOEN, PLL LOT czy TP S. A. G. Czempiński został zatrzymany w 2011 roku przez CBA (niestety dla totalnej opozycji - to nie są czasy rządu PiS). Zgodził się wówczas na podawanie swoich danych i zapowiedział proces o od­szko­do­wa­nie, ponieważ - jak podkreślał - jest niewinny. Minęło sporo lat i ani nie ma jeszcze aktu oskarżenia w sądzie, ani też generał nie doprowadził do wpłaty na swoje konto odszkodowania ze strony Skarbu Państwa.

Od 2016 roku śledztwo przyspieszyło, lecz mimo to końca nie widać. To jest w pewnym sensie zrozumiałe, albowiem G. Czempiński jest uosobieniem cwaniactwa i niejasnych powiązań, których w III RP jest co niemiara. Śledztwo prowadzone jest w kierunku art. 229 § 1 k.k., czyli udzielenia lub obietnicy udzielenia korzyści majątkowej osobie pełniącej funkcję pu­b­li­cz­ną. Warto obserwować tę sprawę, albowiem gen. Gromosław Czempiński jest w pewnym sensie papierkiem lakmusowym. Jeśli jemu powinie się noga, to jednocześnie powinie się jedno z odnóży III RP.

 

Zbiór zastrzeżony IPN. Cenckiewicz Czempiński rozpracowywał agentkę CIA
 
 
Prywatyzacje - cz. 2. Bogucki, Czempiński, Siwiec i inni...

 
 www.yelita.pl

 

 

Ostre groźby Zełenskiego pod adresem Orbána


Spór o rurociąg „Przyjaźń” eskaluje. Orbán grozi użyciem siły, Zełenski odpowiada ostrą retoryką.

Aby zrozumieć, skąd wzięła się gwałtowna wymiana słów między Kijowem a Budapesztem na początku marca 2026 roku, trzeba cofnąć się do wydarzeń sprzed kilku tygodni. 27 stycznia 2026 roku rosyjski dron uderzył w infrastrukturę rurociągu „Przyjaźń” na terytorium Ukrainy. W wyniku uderzenia zapalił się zbiornik o pojemności 75 000 metrów sześciennych. Pożar gaszono przez dziesięć dni, a instalacje zostały poważnie uszkodzone. Rurociąg, którym rosyjska ropa płynie przez Ukrainę na Węgry i Słowację, przestał działać.

Kijów utrzymuje, że wznowienie tranzytu jest technicznie niemożliwe do czasu zakończenia napraw. Budapeszt twierdzi natomiast, że to w rzeczywistości polityczna blokada.

Premier Węgier Viktor Orbán, stojący w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych i rosnących cen paliw, zażądał natychmiastowego przywrócenia dostaw ropy. W ostrych wypowiedziach zapowiedział, że jeśli Ukraina nie wznowi tranzytu, Węgry mogą użyć siły, aby odblokować rurociąg: „Jeśli Ukraina nie wznowi tranzytu ropy, Węgry użyją siły, aby odblokować »Przyjaźń«. Nie będzie żadnych porozumień, żadnych kompromisów. Złamiemy blokadę naftową Ukrainy siłą. Ropa węgierska wkrótce znów będzie płynąć rurociągiem”.

Spór szybko nabrał wymiaru politycznego. Węgry od kilku tygodni blokowały w Unii Europejskiej pakiet finansowy dla Ukrainy o wartości około 90 miliardów euro. Pieniądze miały zostać przeznaczone między innymi na zakupy uzbrojenia, w tym myśliwców Gripen i Rafale. Budapeszt uzależnił zgodę na uruchomienie środków od rozwiązania sporu o rurociąg. W Kijowie odebrano to jako presję polityczną i działanie korzystne dla Rosji.

5 marca 2026 roku podczas konferencji prasowej w Kijowie prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski odniósł się do blokady unijnej pomocy. Mówiąc o sprzeciwie jednego z przywódców UE, zasugerował, że dalsze blokowanie środków może spotkać się z reakcją Ukrainy. „W przeciwnym razie podamy adres tego człowieka naszym Siłom Zbrojnym, i niech nasze chłopaki do niego dzwonią i rozmawiają z nim w swoim języku” – powiedział ukraiński prezydent. Zełenski nie wymienił nazwiska, jednak było powszechnie jasne, że chodzi o Viktora Orbána. Słowa padły bez uśmiechu i natychmiast wywołały międzynarodową burzę dyplomatyczną.



Reakcja węgierskiego rządu była natychmiastowa. Orbán opublikował na platformie „X” krótki wpis: „Nie będzie żadnych umów, żadnych kompromisów. Złamiemy siłą ukraińską blokadę naftową. Energia wkrótce znów popłynie rurociągiem »Przyjaźń«”. Minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó skomentował słowa Zełenskiego: „To jest rodzaj kultury z Kijowa”. Doradca premiera Balázs Orbán stwierdził natomiast: „Groźby Zełenskiego są absolutnie nieakceptowalne. To nie dyplomacja, to otwarta groźba”.

Dzień później, 6 marca, napięcie jeszcze wzrosło. Węgierskie służby zatrzymały w Budapeszcie siedmiu pracowników ukraińskiego banku Oschadbank. Przewozili oni z Austrii na Ukrainę około 40 milionów dolarów, 35 milionów euro oraz dziewięć kilogramów złota. Ukraiński minister spraw zagranicznych Andrij Sybiha nazwał to działanie „wzięciem zakładników” oraz „państwowym terroryzmem” i wezwał Unię Europejską do natychmiastowej interwencji. Część komentatorów powiązała zatrzymanie z wcześniejszymi zapowiedziami Orbána o „użyciu siły” wobec Ukrainy.

Konflikt szybko nabrał wymiaru geopolitycznego. Ukraińskie media i organizacje, takie jak „Kyiv Independent”, bronią stanowiska Zełenskiego, wskazując, że działania Budapesztu – blokowanie pomocy i naciski w sprawie rurociągu – de facto pomagają Rosji.

Z kolei część mediów konserwatywnych w Europie, w tym „European Conservative”, uznała wypowiedź ukraińskiego prezydenta za niedopuszczalną groźbę wobec przywódcy państwa członkowskiego UE. Frakcja „Patriots for Europe” w Parlamencie Europejskim potępiła słowa Zełenskiego jako „nieakceptowalne”. Słowacja, podobnie jak Węgry uzależniona od rurociągu „Przyjaźń”, wyraziła solidarność z Budapesztem. Hiszpański polityk Juan Carlos Girauta powiedział wprost: „Zełenski nie może grozić śmiercią liderowi Unii Europejskiej”.

Zełenski zapowiedział jednocześnie, że rurociąg „Przyjaźń” powinien zostać naprawiony w ciągu około półtora miesiąca. Dodał jednak: „Mówiąc szczerze, ja bym go nie odbudowywał, dlatego że to rosyjska ropa. To moje stanowisko. Przekazałem je europejskim przywódcom i tym, którzy dzwonili do mnie w tej sprawie”.

Warto zwrócić uwagę, że słowa o „podaniu adresu naszym Siłom Zbrojnym” mogą być aluzją do działalności serwisu „Myrotworec Center”, który publikuje dane osób uznawanych przez jego twórców za „wrogów Ukrainy”. W przeszłości trafiali tam politycy, dziennikarze i działacze publiczni z różnych państw, w tym z Polski.

Autorstwo: Aurelia
Źródło: WolneMedia.net

                            TUZY ELITY                                          Konstanty Gebert       Konstanty Gebert, ps. Dawid Warszawsk...