wtorek, 10 lutego 2026

                                  AFERZYŚCI ELIT

                                                          Dominik Jastrzębski

 

Dominik Jastrzębski
 
 

Dominik Jastrzębski (ur. 21 czerwca 1942 w Tabędzu, zm. 13 listopada 2010) – komunista, przedsiębiorca i myśliwy.

W 1967 ukończył Wydział Leśny SGGW, a&nbp;następnie podyplomowe studium handlu zagranicznego na SGH. Od 1967 na­le­żał do komunistycznej PZPR.

Od 1976 pracował w resorcie handlu za­gra­ni­cz­ne­go. Od 14 października 1988 do 1 sierpnia 1989 był ministrem współ­pra­cy gospodarczej z zagranicą w rządzie Mie­czy­sła­wa Rakowskiego.

18 czerwca 1997 Trybunał Stanu uznał go za winnego w tzw. aferze alko­ho­lo­wej.

U schyłku PRL rząd Rakowskiego próbował, z różnym skutkiem, "uryn­ko­wić" gospodarkę socjalistyczną. Pod koniec 1988 roku minister współ­pra­cy gospodarczej z zagranicą w tym rządzie, Dominik Jastrzębski, zniósł koncesje na import alkoholu. Osoby prywatne, sprowadzające al­ko­hol na własny użytek, miały płacić jedynie niewielkie cło.

Gdy tylko nowe przepisy weszły w życie, przez granicę ruszyły konwoje cystern z alkoholem. Według zasady "kto pierwszy, ten lepszy"- kto wcze­ś­niej wiedział o decyzji Jastrzębskiego, ten wyprzedzał kon­ku­rencję.

Rynek był wygłodzony, Polacy mieli za sobą wiele lat alkoholu na kartki (niepijący wymieniali go na czekoladę dla dzieci) i pokątnego pędzenia bimbru, niczym w filmie "Poszukiwany, poszukiwana".

W sierpniu 1989 roku podniesiono krajowe ceny wyrobów spirytusowych, co sprawiło, że ich import stał się jeszcze bardziej opłacalny. Jak to się działo, że hektolitry wysokoprocentowych trunków stawały się - na papierze - alkoholem na własny użytek? Importerzy stosowali różne chwyty, np. "na wesele córki". Czasem ordynarnie fałszowali faktury. Przy działalności na większą skalę opłacało się założyć cały łańcuch spółek, które "czyściły" sprowadzany z zagranicy alkohol.

Powołanie rządu Mazowieckiego niczego na tym rynku nie zmieniło. Karawany cystern nadal ciągnęły przez przejścia graniczne, a celnicy - niekoniecznie za darmo - brali za dobrą monetę wyjaśnienie, że to wszy­st­ko "na własny użytek". Owszem, rząd parę razy uszczelniał przepisy, ale natychmiast znajdowano nowe luki i furtki prawne: możliwość spro­wa­dza­nia alkoholu bez żadnych ograniczeń przez "osoby zagraniczne" albo "w ob­ro­cie niehandlowym".

Od listopada 1989 roku towary sprowadzane przez składy celne obłożone były niższym cłem. Dla bogacących się w ekspresowym tempie importerów nie był to żaden problem - skierować rzekę alkoholu przez składy celne.

W lipcu 1990 roku opublikowany został alarmujący raport NIK. Szacował on straty budżetu państwa z tytułu importu alkoholu na prawie 2 biliony ówczesnych złotych. Ubocznym skutkiem "schnapsgate" był spadek pro­du­kcji alkoholu w Polsce. "NIK przesadza" - uspokajali prze­d­sta­wi­cie­le rządu Mazowieckiego.

W Sejmie, uwieńczonej powołaniem komisji nadzwyczajnej do zbadania sprawy importu alkoholu. Przewodniczył jej ówczesny szef Poselskiego Klubu Lewicy Demokratycznej, Włodzimierz Cimoszewicz.

Komisja oczywiście nie znalazła dowodów, że wysocy urzędnicy od­po­wie­dzial­ni za tworzenie i stosowanie prawa czerpali z tego osobiste korzyści. Byłoby dziwne, gdyby takie dowody znalazła - nie miała własnego "aparatu śledczego", musiała polegać na ustaleniach prokuratury i służb spe­c­ja­l­nych PRL, które w tamtym okresie dopiero przepoczwarzały się w instytucje demokratycznego państwa.

W raporcie końcowym z czerwca 1991 roku komisja uznała, że aferze winni są wicepremierzy i ministrowie odpowiedzialni za gospodarkę, celnicy i po­li­cja. Wszyscy oni wykazali "niekompetencję, lekceważenie bądź wręcz nieświadomość własnych powinności".

Według komisji, przed Trybunałem Stanu powinni stanąć: wicepremier i minister finansów w rządzie Mazowieckiego, Leszek Balcerowicz; kolejni ministrowie spraw wewnętrznych w tym rządzie - Czesław Kisz­czak i Krzysztof Kozłowski, a także były prezes Głównego Urzędu Ceł, Jerzy Ćwiek.

Wreszcie w kwietniu 1996 roku, sześć lat po ujawnieniu afery, przed Trybunałem Stanu stanęli tylko: Dominik Jastrzębski, Andrzej Wróblewski, Czesław Kiszczak, Jerzy Ćwiek oraz nowa postać w tym gronie, Aleksander Mackiewicz, minister rynku wewnętrznego w rządzie Mazowieckiego. Wszystkich oskarżono o zaniechanie, bezczynność i niedopełnienie obowiązków. Przy okazji Trybunał rozstrzygnął istotny problem prawny: konstytucję lub inne ustawy można naruszyć także "z winy nieumyślnej".

Ostatecznie Jastrzębski i Ćwiek skazani zostali na utratę biernego prawa wyborczego na 5 lat, co trudno uznać za realną dolegliwość. Trybunał orzekł, że obaj nie popełnili przestępstwa, ale sprawowali urzędy "w spo­sób niedbały i lekkomyślny". Pozostali oskarżeni doczekali się oczywiście uniewinnienia.

Z Universalem wiąże się historia giełdowej spółki Farm Food. Założył ją Dominik Jastrzębski.

W 1989 r. kandydował do Senatu z Łomżyńskiego. Po przegranej zbudował w Czyżewie fabrykę mięsa.

Z Przywieczerskim znali się z Pagedu, gdzie pracowali w latach 70. Obaj byli dyrektorami. Darzyli się zaufaniem. Przywieczerski i Universal za­in­wes­to­wa­li w Farm Food. Mieli więcej udziałów niż sam Jastrzębski. W 1995 r., tuż przed wejściem Farm Foodu na giełdę, do Universalu i jego prezesa należało prawie 18 proc. akcji, do Jastrzębskiego - tylko 10 proc.

Jastrzębski osiadł w Bieszczadach, przejął olbrzymie ziemie po pegeerze i zaczął hodować jałówki na mięso dla Farm Foodu. W swojej rezydencji powiesił na ścianie głowę żyrafy, którą upolował w Afryce. Z jej nóg zrobił stolik. Słynął z braku empatii dla zwierząt!

"Barwna postać. Kontrowersyjna. Eleganckie garnitury i krawaty. Na dziesięć słów pięć niecenzuralnych" - pisała o nim "Polityka".

Universal sprzedał większość swoich akcji Farm Foodu w 1997 r.


                                                                                        www.yelita.pl

 

KSeF – 5 – Imperva, czyli suwerenność sprzedana na raty



KSeF nie je­st wy­pad­kiem przy pra­cy. Nie je­st też po­my­słem jed­ne­go rzą­du ani błę­dem wdro­że­nio­wym, któ­ry da się zrzu­cić na urzęd­ni­ków śred­nie­go szcze­bla. KSeF je­st pro­jek­tem cią­głym. De­cy­zją sys­te­mo­wą. A to ozna­cza, że od­po­wie­dzial­no­ść rów­nież je­st cią­gła. Od­po­wia­da­ją za to rzą­dy PiS i PO, Mo­ra­wiec­kie­go i Tu­ska. W tym od­da­wa­niu su­we­ren­no­ści są wy­jąt­ko­wo zgod­ni. Za­nim to zro­zu­mie­cie prze­czy­taj­cie po­przed­nie czę­ści se­rii o KSeF (część 1 – 2 – 3 – 4).

W ty­ch not­ka­ch po­ka­za­łem, że KSeF nie po­sze­rza for­mal­nie za­kre­su in­wi­gi­la­cji, le­cz ra­dy­kal­nie zwięk­sza jej roz­dziel­czo­ść. Że w prak­ty­ce ude­rza asy­me­trycz­nie w ma­ły­ch, a wzmac­nia du­ży­ch. Że re­al­na wła­dza nie le­ży w usta­wie, le­cz u ad­mi­ni­stra­to­ra sys­te­mu. I że su­we­ren­no­ść koń­czy się tam, gdzie koń­czy się ka­bel. Te­raz po­ra po­łą­czyć te wąt­ki w ca­ło­ść i na­zwać rze­czy po imie­niu.

Kwe­stia tech­nicz­na, o któ­rej wspo­mi­nam not­ce „Tech­no­lo­gia KSeF – su­we­ren­no­ść koń­czy się tam, gdzie koń­czy się ka­bel!” – czy­li wy­ko­rzy­sta­nie roz­wią­zań fir­my Im­pe­rva ja­ko ze­wnętrz­nej bram­ki WAF (Web Ap­pli­ca­tion Fi­re­wall) dla KSeF nie je­st no­wym ele­men­tem wpro­wa­dzo­nym przez obec­ną ko­ali­cję, le­cz in­te­gral­nym skład­ni­kiem ar­chi­tek­tu­ry KSeF od sa­me­go po­cząt­ku je­go pu­blicz­ny­ch te­stów. Za­nim przej­dzie­my da­lej, na­le­ży zro­zu­mieć, czym do­kład­nie je­st bram­ka WAF.

Dla­cze­go „Bo­un­cer” (WAF) mu­si zaj­rzeć do Two­jej fak­tu­ry?

Wy­obraź so­bie, że KSeF to pil­nie strze­żo­ny sejf w cen­trum War­sza­wy. Przed tym sej­fem stoi bram­ka bez­pie­czeń­stwa ob­słu­gi­wa­na przez ze­wnętrz­ną fir­mę (Im­pe­rva/Tha­les). Kie­dy wy­sy­ła­sz fak­tu­rę, wkła­da­sz ją do cy­fro­wej ka­set­ki (szy­fro­wa­nie SSL/TLS). To spra­wia, że nikt po dro­dze – np. Twój do­staw­ca in­ter­ne­tu – nie wi­dzi, co je­st w środ­ku.

Straż­nik (WAF/DDoS Pro­tec­tion) ma za za­da­nie za­trzy­mać ha­ke­rów. Jed­nak ha­ke­rzy są spryt­ni – oni też cho­wa­ją swo­je bom­by (zło­śli­wy kod) w ta­ki­ch sa­my­ch za­szy­fro­wa­ny­ch ka­set­ka­ch. Aby straż­nik mó­gł od­róż­nić uczci­wą fak­tu­rę od ata­ku ha­ker­skie­go, mu­si tę ka­set­kę otwo­rzyć na sa­mej bram­ce. W in­for­ma­ty­ce na­zy­wa się to SSL Ter­mi­na­tion. W tym krót­kim mo­men­cie, na brze­gu sys­te­mu (któ­ry ob­słu­gu­je Tha­les), Two­ja fak­tu­ra je­st od­pa­ko­wa­na. Sys­tem ana­li­zu­je: „czy to fak­tu­ra, czy wi­rus?”. Je­śli wszyst­ko je­st OK, pa­ku­je ją z po­wro­tem i wy­sy­ła da­lej do ser­we­rów Mi­ni­ster­stwa Fi­nan­sów.

Gdzie tu pro­blem z su­we­ren­no­ścią?

Gdy­by Straż­nik (WAF) nie otwie­rał prze­sy­łek, był­by śle­py. Nie wie­dział­by, czy prze­pusz­cza 100 fak­tur, czy 100 wi­ru­sów. Dla­te­go mu­si wi­dzieć ru­ch. To ozna­cza, że fir­ma Tha­les (pod­le­ga­ją­ca pod fran­cu­skie pra­wo i służ­by) po­sia­da tech­no­lo­gicz­ną moż­li­wo­ść roz­pa­ko­wa­nia ru­chu, za­nim tra­fi on do pol­skie­go urzę­du.

Me­ta­da­ne

Na­wet je­śli ad­mi­ni­stra­to­rzy nie czy­ta­ją i nie ana­li­zu­ją każ­dej fak­tu­ry (bo to by­ło­by nie­le­gal­ne, choć tech­nicz­nie moż­li­we), to ich sys­te­my wi­dzą me­ta­da­ne — kto wy­sy­ła, ile wy­sy­ła, jak czę­sto i skąd. To gi­gan­tycz­na wie­dza o kon­dy­cji ca­łe­go pol­skie­go biz­ne­su w cza­sie rze­czy­wi­stym. Nie da się fil­tro­wać ru­chu, nie wi­dząc go. Je­śli po­wie­rza­sz fil­tro­wa­nie za­gra­nicz­nej fir­mie, da­je­sz jej pra­wo do otwie­ra­nia każ­dej cy­fro­wej ko­per­ty, któ­rą pol­ski przed­się­bior­ca wy­sy­ła do swo­je­go pań­stwa.

Im­pe­rva

Roz­wią­za­nia Im­pe­rva by­ły obec­ne w ar­chi­tek­tu­rze KSeF już w mo­men­cie, gdy sys­tem był wdra­ża­ny przez rząd Pra­wa i Spra­wie­dli­wo­ści. Co naj­mniej od 2021 (śla­dy In­cap­su­la), gdy star­to­wał do­bro­wol­ny KSeF, ana­li­za re­kor­dów DNS oraz ru­chu sie­cio­we­go API wska­zy­wa­ła na ko­rzy­sta­nie z in­fra­struk­tu­ry ame­ry­kań­skiej fir­my Im­pe­rva (daw­niej In­cap­su­la). KSeF od po­cząt­ku był pro­jek­to­wa­ny w mo­de­lu, w któ­rym Cen­trum In­for­ma­ty­ki Re­sor­tu Fi­nan­sów (CIRF) oraz spół­ka ce­lo­wa Apli­ka­cje Kry­tycz­ne ko­rzy­sta­ły z ze­wnętrz­ny­ch do­staw­ców usług ochro­ny przed ata­ka­mi DDoS i za­bez­pie­czeń war­stwy apli­ka­cji (WAF). To wła­śnie za rzą­dów PiS za­pa­dły de­cy­zje o wy­bo­rze tech­no­lo­gii za­bez­pie­cza­ją­cy­ch sys­tem, któ­ry ma prze­twa­rzać mi­liar­dy fak­tur rocz­nie. Im­pe­rva by­ła wte­dy nie­za­leż­ną fir­mą ame­ry­kań­ską. Fran­cu­ska gru­pa Tha­les ogło­siła jej prze­ję­cie do­pie­ro w lip­cu 2023 ro­ku, a sfi­na­li­zo­wała je w grud­niu 2023.

War­stwa tech­no­lo­gicz­na KSeF — ta, któ­rej ofi­cjal­ne ko­mu­ni­ka­ty Mi­ni­ster­stwa Fi­nan­sów kon­se­kwent­nie nie opi­su­ją — od sa­me­go po­cząt­ku opie­ra­ła się na ze­wnętrz­nej bram­ce bez­pie­czeń­stwa ty­pu WAF/CDN. Nie je­st to roz­wią­za­nie wpro­wa­dzo­ne przez obec­ną ko­ali­cję w ja­kimś ak­cie zdra­dy czy na­głe­go zwro­tu. To ele­ment ar­chi­tek­tu­ry, któ­ry ist­niał już w fa­zie KSeF do­bro­wol­ne­go, w la­ta­ch 2021–2022 – gdy sys­tem star­to­wał, gdy był te­sto­wa­ny, gdy po­dej­mo­wa­no klu­czo­we de­cy­zje pro­jek­to­we. Za rzą­dów Pra­wa i Spra­wie­dli­wo­ści.

Wte­dy tę war­stwę ob­słu­gi­wa­ła Im­pe­rva — ame­ry­kań­ska fir­ma pry­wat­na, zna­na z roz­wią­zań ochro­ny apli­ka­cji we­bo­wy­ch i in­fra­struk­tu­ry brze­go­wej. To nie by­ła żad­na ta­jem­ni­ca tech­nicz­na dla lu­dzi, któ­rzy po­tra­fi­li spoj­rzeć w DNS i zo­ba­czyć, gdzie na­praw­dę koń­czy się po­łą­cze­nie. Ta­jem­ni­cą sta­ło się to do­pie­ro na po­zio­mie po­li­tycz­nym.

Pro­jek­tu­jąc KSeF w ta­kim mo­de­lu, pań­stwo pol­skie już wte­dy zre­zy­gno­wa­ło z peł­nej kon­tro­li nad brze­giem sys­te­mu. Nie nad da­ny­mi za­pi­sa­ny­mi w ba­zie. Nie nad ser­we­ra­mi sto­ją­cy­mi fi­zycz­nie w kra­ju. Nad brze­giem. Nad tym miej­scem, przez któ­re prze­cho­dzi ca­ły ru­ch. Nad punk­tem, w któ­rym da się fil­tro­wać, blo­ko­wać, ana­li­zo­wać i kształ­to­wać stru­mień ko­mu­ni­ka­cji. To tam le­ży re­al­na wła­dza w sys­te­ma­ch cy­fro­wy­ch.

Tha­les

Po­tem hi­sto­ria po­to­czy­ła się da­lej już bez udzia­łu III RP. W 2023 ro­ku Im­pe­rva zo­sta­ła prze­ję­ta przez Tha­les — kon­cern zbro­je­nio­wo-tech­no­lo­gicz­ny, ści­śle po­wią­za­ny z pań­stwem fran­cu­skim, dzia­ła­ją­cy w sek­to­rze obron­nym, kryp­to­gra­ficz­nym i wy­wia­dow­czym — de­cy­zja biz­ne­so­wa, glo­bal­na kon­so­li­da­cja ryn­ku, nic nad­zwy­czaj­ne­go. Z punk­tu wi­dze­nia Pol­ski — kom­plet­na zmia­na za­sad gry. To już nie by­ła pry­wat­na fir­ma ame­ry­kań­ska, ale gieł­do­wa fir­ma kon­tro­lo­wa­na przez pań­stwo fran­cu­skie, któ­ra zaj­mu­je się wy­wia­dem.

Od te­go mo­men­tu war­stwa brze­go­wa sys­te­mu, przez któ­ry prze­cho­dzi ca­ły stru­mień fak­tur w pol­skiej go­spo­dar­ce, zna­la­zła się pod kon­tro­lą pod­mio­tu za­gra­nicz­ne­go, funk­cjo­nu­ją­ce­go w ści­słym eko­sys­te­mie pań­stwo­we­go bez­pie­czeń­stwa Fran­cji. I nie je­st tu istot­ne, czy ktoś czy­ta tre­ść fak­tur, czy ma klu­cze, czy ma złe in­ten­cje. To są py­ta­nia dla na­iw­ny­ch. Wła­dza sys­te­mo­wa nie po­le­ga na czy­ta­niu tre­ści. Po­le­ga na kon­tro­li ar­chi­tek­tu­ry.

Rząd ukry­wa do­staw­cę WAF/CDN

I te­raz do­cho­dzi­my do punk­tu naj­bar­dziej kom­pro­mi­tu­ją­ce­go. Obec­ny rząd o tym wie. Wie, bo nie da się nie wie­dzieć. Wie, bo in­fra­struk­tu­ra się nie zmie­ni­ła. Wie, bo nie za­prze­cza. Wie, bo w ofi­cjal­ny­ch ko­mu­ni­ka­ta­ch mó­wi o kra­jo­wej in­fra­struk­tu­rze, ser­we­ra­ch w Pol­sce i WAF Clo­ud, ale kon­se­kwent­nie nie mó­wi, kto ten WAF ob­słu­gu­je. To nie je­st przy­pa­dek. To je­st świa­do­me prze­mil­cze­nie.

Gdy­by to by­ło po­li­tycz­nie obo­jęt­ne, pa­dła­by na­zwa. Tak jak pa­da­ją na­zwy SAP, Orac­le czy Mi­cro­so­ft w in­ny­ch sys­te­ma­ch pań­stwo­wy­ch. Sko­ro na­zwa nie pa­da, to zna­czy, że ktoś uznał ją za pro­blem. A sko­ro uznał za pro­blem, to zna­czy, że ro­zu­mie kon­se­kwen­cje su­we­ren­no­ścio­we. I mi­mo to wy­brał ma­ta­cze­nie.

Cią­gło­ść wła­dzy w Pol­sce

W ten spo­sób do­cho­dzi­my do me­cha­ni­zmu, któ­ry naj­le­piej opi­su­je ca­ły pro­jekt KSeF. PiS pod­jął de­cy­zje ar­chi­tek­to­nicz­ne, któ­re od­da­ły brzeg sys­te­mu w rę­ce ame­ry­kań­skiej fir­my pry­wat­nej, któ­ra zo­sta­ła ku­pio­na przez wy­wia­dow­czą fran­cu­ską fir­mę pań­stwo­wą. Obec­na ko­ali­cja ty­ch de­cy­zji nie od­wró­ci­ła. Nie zmie­ni­ła ar­chi­tek­tu­ry. Nie ze­rwa­ła za­leż­no­ści. Za­mia­st te­go po­sta­no­wi­ła ją ukryć pod war­stwą PR-u o rze­ko­mej dez­in­for­ma­cji i nie­uza­sad­nio­ny­ch za­rzu­ta­ch — ni­żej cy­tu­ję ca­ły ten ko­mu­ni­kat.

To nie je­st spór par­tyj­ny. To je­st cią­gło­ść pań­stwa w od­da­wa­niu su­we­ren­no­ści tech­no­lo­gicz­nej bez py­ta­nia oby­wa­te­li o zgo­dę. KSeF nie je­st na­rzę­dziem jed­ne­go rzą­du. Je­st na­rzę­dziem no­we­go mo­de­lu wła­dzy, w któ­rym pań­stwo sta­je się użyt­kow­ni­kiem wła­sne­go sys­te­mu, a nie je­go wła­ści­cie­lem w sen­sie peł­nej kon­tro­li.

Utra­ta su­we­ren­no­ści

Je­że­li ktoś po tym wszyst­kim na­dal uwa­ża, że su­we­ren­no­ść spro­wa­dza się do lo­ka­li­za­cji ser­we­ra, to zna­czy, że nie zro­zu­miał nic z ar­chi­tek­tu­ry in­ter­ne­to­wej w dzi­siej­szy­ch cza­sa­ch. Al­bo ro­zu­mie, ale ukry­wa istot­ne in­for­ma­cji. Su­we­ren­no­ść koń­czy się tam, gdzie koń­czy się ka­bel. A ka­bel KSeF od po­cząt­ku nie koń­czył się w Pol­sce.

W skró­cie

PiS od­dał su­we­ren­no­ść Pol­ski pry­wat­nej fir­mie ame­ry­kań­skiej, gdy rzą­dził Bi­den, a po cza­sie oka­za­ło się, że w USA rzą­dzi Trump, a fir­ma ame­ry­kań­ska sprze­da­ła się pań­stwo­wej fir­mie fran­cu­skiej po­wią­za­nej z wy­wia­dem. Tu­sk nie mu­siał się spe­cjal­ne sta­rać, by od­dać su­we­ren­no­ść Pol­ski Fran­cji, bo PiS od­da­ło Pol­skę USA, a te sprze­da­ły ją Fran­cji. Nie­mniej kon­tro­lę nad KSeF, a za­tem ca­łym biz­ne­sem w Pol­sce, ma­ją i USA, i Fran­cja po­przez swo­je fir­my i służ­by.

Autorstwo: Grzegorz GPS Świderski
Źródło: WolneMedia.net

poniedziałek, 9 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                       Krzysztof Habich

 


Krzysztof Habich (1947 - 2013) – polski prze­d­się­bior­ca. W 1997 roku był na 55 miej­scu Listy 100 Najbogatszych Polaków ty­god­ni­ka „Wprost”.

Legendarny weteran walki z polskim fis­ka­li­z­mem. Po dwóch latach porzucił studia na Politechnice Warszawskiej i zajął się biz­ne­sem. Biznesem wszelakim. To było jeszcze w czasach PRL. Jak nastał nowy ustrój, Ha­bich rozwinął skrzydła, najbardziej znaną jego firmą był World Leasing.

On sam twierdził, że w PRL studiów nie opłacało się kończyć – po dy­plo­mie trzeba było iść na rok do wojska. Studiował więc długo i nieskutecznie. Żeby zarobić, prowadził spółdzielnię studencką Estetyka, która zajmowała się sprzątaniem. Potem, już jako właściciel firm polonijnych, produkował papę, kosiarki i wszystko, co dało się dobrze sprzedać. Uważał, że soc­ja­lizm jest ustrojem, w którym łatwo zarobić – wszystkiego przecież brakuje.

Habichowi nie było żal lat spędzonych za kratkami, choć z ekspertyz kar­dio­lo­gów wynikało, że w każdej chwili jego serce może nie wytrzymać. Medycy sądowi uważali, że to jego linia obrony. Zwłaszcza że tryb życia na wolności nie sprzyjał choremu sercu. Lubił wino i szampana w ilościach hurtowych, uwielbiał ostrą jazdę szybkimi sportowymi samochodami. Ale bolała go opinia przestępcy. Do końca życia upierał się, że prawa nie złamał. To, że złe przepisy umożliwiają rujnowanie państwowej kasy, jest winą ich twór­ców, nie jego. Niech je poprawią. Jego zaś specjalnością było wyjmowanie pieniędzy, których nigdy do państwowej kasy nie włożył.

Habich chwalił się, że jego firmy – w połowie lat 90. jedna z nich, World Leasing, miała obroty większe niż Giełda Papierów Wartościowych – dzięki lukom w prawie nie płacą żadnych podatków.

Wręczano mu wszelkie możliwe nagrody – Asa Biznesu, Menedżera Ro­ku. Trafił na szczyt rankingu najbogatszych Polaków. I publicznie na­zy­wał kolejnych ministrów finansów leniami i nieukami.

Żeby ich więc zdopingować do większej troski o dobre przepisy, Habich potraktował państwową kasę jak pulę w kasynie, którą trzeba rozbić. Tro­pie­niem jego przekrętów zajmowała się policja, skarbówka i kilka pro­ku­ra­tur. O wiele łatwiej było jednak podszepnąć mediom coraz większe sumy, które wyciągał z budżetu, niż przepis prawa, który złamał. Łatwiej było Ha­bi­cha zamknąć, niż prawo poprawiać. Choć bardzo się starano. Ale gdy jedną lukę uszczelniono, on znajdował następną.

Pierwszy wyrok na Habicha wydano w 1995 r. Skazano go na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu za tzw. aferę rublową, która stała się zaczątkiem fortun wielu szanowanych potem biznesmenów.

Nie mogła nie wybuchnąć, państwo wręcz podsunęło ją na tacy. W 1990 r., gdy polska gospodarka otworzyła się na świat, w handlu z byłym już Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich ciągle rozliczaliśmy się za pomocą wirtualnego rubla transferowego. Bank Handlowy określił jego kurs na 1 tys. zł, ale eksporterzy płodów rolnych mogli uzyskać 2,1 tys. zł. Jak łatwo się domyślić, żadne zboże ani ziemniaki na Wschód z Polski nie wyjechały. Ale w papierach wszystko się zgadzało, odbiorcy urzędowo poświadczali dostawy.

Sąd wyższej instancji wyrok Habichowi uchylił i nakazał ponowne rozpatrzenie sprawy. Nie odbyło się to nigdy. Może dlatego, że w wyniku afery łatwo było wskazać tych, którzy na niej zarobili, zabrakło natomiast pokrzywdzonych. Po raz pierwszy i ostatni za sprawą Habicha zyskał nawet budżet państwa. Gdyby nie fikcyjny eksport ziemniaków, do Polski nie wpłynęłoby wtedy 5,5 mld rubli transferowych i nasz ówczesny dług wobec Rosji wynosiłby 10 mld rubli. Wkrótce potem przewalutowano je na dolary, w relacji jeden do jednego. Aferzyści zmniejszyli zadłużenie Polski o 5,5 mld dol.

Larry Flint polskiego biznesu

Krzysztofa Habicha znała wtedy cała Polska. Między innymi dlatego, że swoje poglądy na temat marnej jakości prawa w bardzo kontrowersyjny sposób głosił na łamach popularnego wówczas pisma konsumentów „Veto” (które kupił).

Jego książka „Jak nie dać się oskubać fiskusowi” w pierwszej wersji miała tytuł: „Jak oskubać fiskusa”. Drukowana w odcinkach w jednym z tabloidów bardzo zwiększyła jego sprzedaż. Habich zakłada też STOP (Stowarzyszenie Obrony Podatników). Oczywiście przed fiskusem.

Był postacią kolorową. Wielu pamięta go z „cegłą” w jednej (pierwszy aparat komórkowy Centertel) i pokaźnym Rolexem na drugiej ręce. Stosował swoisty dress code – luksusowy zegarek świadczyć miał o jego pozycji w biznesie, a poza tym nosił się raczej luźno. Jeśli trzeba było wystąpić w garniturze, to najchętniej Vistuli – pasowały bez przymierzania. Na mniej formalne spotkania potrafił przyjść nawet w klapkach. Zyskał ksywę Larry Flint polskiego biznesu.

Był już na tyle znany i uznany, że z jego doradztwa podatkowego korzystali czołowi polscy aktorzy: Magdalena Zawadzka, Gustaw Ho­lo­u­bek, Marian Opania i wielu innych.

Gwiazdy zainteresowały się podatkami po tym, jak w 1994 r. Ministerstwo Finansów wprowadziło tak zwany ryczałt. Miał zmusić do płacenia małe firmy, które uporczywie nie wykazywały zysku, opodatkowywał bowiem przychody (7,5 proc.). Autorzy przepisu nie zorientowali się, że tworzą zachętę do pomniejszania obciążeń dla innych, do tej pory zatrudnionych na etacie – właśnie m.in. dla gwiazd filmu i teatru, płacących wtedy 45-proc. stawkę podatku PIT. Krzysztof Habich doradził, by stali się przedsiębiorcami i stawkę wyższą zamienili na niższą.

Przez wiele miesięcy żaden urząd skarbowy nie dopatrzył się w tym niczego niewłaściwego. Wątpliwości zaczęły natomiast dręczyć dyrektora Teatru Współczesnego, który postanowił rozwiać je w Urzędzie Skarbowym na Mokotowie. Dopiero wtedy Izba Skarbowa orzekła, że gwiazdy płacić ryczałtu nie mogą, bo „artyści nie uprawiają wolnego zawodu, lecz samodzielną działalność artystyczną”. Habich tylko na to czekał. Poproszony przez Związek Artystów Scen Polskich o pomoc, zaskarża wyrok. Naczelny Sąd Administracyjny decyzję izby uznał za nieważną.

Podczas gdy Habich święcił triumfy, a media pokazywały, jak pije szampana z Gustawem Holoubkiem, nad głową biznesmena zbierały się już ciemne chmury. Do nieustannych wizyt inspektorów skarbowych i wez­wań do prokuratury zdążył się przyzwyczaić. Większość gotówki trzyma – jak twierdził – w kartonach, w kawalerce, w której nie mieszkał. Do banków nigdy nie miał zaufania. W 1996 r. konta wszystkich jego firm oraz jego prywatne rachunki zostają zablokowane. Zablokowano też konta przedsiębiorstw korzystających z jego usług. Do depozytu Muzeum Narodowego trafiła bogata kolekcja obrazów, z dziełami Jacka Mal­cze­w­skie­go, Fałata, Wierusza-Kowalskiego, wcześniej ozdabiających ściany jego rezydencji w Magdalence (nigdy tam zresztą nie wróciły). Sprawa zrobiła się naprawdę poważna.

Powodem zainteresowania aparatu sprawiedliwości był system po­ży­czek, który Habich skonstruował. Jego firmy pożyczały spore, choć wirtualne sumy przedsiębiorstwom, naliczając od nich ogromne odsetki. Pikanterii dodaje fakt, że wśród klientów były firmy państwowe: Polfy, Cefarmy, zakłady tytoniowe, browary. Za pożyczone pieniądze państwowe przedsiębiorstwa kupowały obligacje emitowane przez prywatne firmy Habicha. Dzięki temu nie płaciły podatku dochodowego, bo państwo właśnie wprowadziło ulgi na zakup papierów. Autorom przepisu chodziło o to, by ludzie kupowali papiery skarbowe zadłużonego Skarbu Państwa, ale nie sformułowali go precyzyjnie. Habich skorzystał z kolejnej luki. Znów nie bardzo było się o co przyczepić.

Przyczepiono się więc o opłatę skarbową. Skarbówka uważa, że należy się ona fiskusowi. Ta opłata stała się istotą sporu prezentowanego często w mediach jako spór Krzysztofa Habicha z Grzegorzem Kołodką (Samuel Hanerman) który pełnił wtedy funkcję wicepremiera i ministra finansów.

min. Grzegorz Kołodko (Samuel Hanerman)
 

Habich się nie poddał. Większość z jego 400 największych klientów walczyło już tylko o przetrwanie, ale dziewięć firm biło się do końca ramię w ramię z biz­nes­me­nem. Kiedy sprawa dotarła do Sądu Naj­wy­ż­sze­go, ten przyznał biznesmenowi rację – urzędy skarbowe nie miały prawa żądać opłaty skarbowej od udzielanych przez nie­go pożyczek. „Zwrot pieniędzy dostała jed­nak tylko ta dziewiątka, której udało się dotrzeć do najwyższej instancji. Setki pozostałych dostało komunikat z Ministerstwa Finansów: opłata skarbowa raz zapłacona nie podlega zwrotowi” – donosiła „Rzeczpospolita”.

To był jednak początek końca. Nowi klienci bali się już korzystać z do­ra­dz­twa podatkowego Habicha. Jednocześnie MF zabiegało, by doradztwo podatkowe wymagało zdobycia koncesji. Wiadomo, że Ha­bich, bez pra­wni­cze­go dyplomu, z pewnością jej nie dostanie.

Afera filipińska

Zanim Habich wygrał w SN sprawę o opłaty skarbowe, został oskarżony w kolejnej sprawie karnej. Tym razem o stworzenie w 1994 r. zor­ga­ni­zo­wa­nej grupy przestępczej, której celem miały być wyłudzenia z budżetu podatku VAT. Aferami, których istotą było wykorzystywanie różnych stawek tego podatku, interesowały się prokuratury w całym kraju. I łamały sobie na nich zęby.

Kiedy w lipcu 1993 r. podatek od wartości dodanej wchodził w Polsce w życie, Habich zacierał ręce. Uznał, że teraz dopiero system podatkowy stwarza mu pole do popisu.

Twarzą VAT w Polsce stał się prof. Witold Modzelewski, ówczesny wi­ce­mi­ni­ster finansów i przeciwnik Habicha.

prof. W. Modzelewski


 

Potem role się odwrócą. Prof. Modzelewski ode­j­dzie z ministerstwa i zo­sta­nie pierwszym do­ra­d­cą podatkowym, już kon­ces­jo­no­wa­nym przez MF. Sporządzane przez niego ekspertyzy Habich przed­sta­wi w sądzie przy ko­lej­nych swoich sprawach jako dowód, że prawa nie złamał.

Wątków w aferach vatowskich z Habichem w roli głównej jest wiele. Najgłośniejsza była sprawa filipińska, która miała przyczynić się do awansu łódzkiego prokuratora Kazimierza Olejnika. W finezyjnej konstrukcji obmyślonej przez Habicha zgadzało się wszystko oprócz kasy.

Biznesmen w szkolnych warsztatach (na ich produkty obowiązywała zerowa stawka VAT) produkował bawełniane koszulki z wizerunkiem Kabili, prezydenta Konga, śpiewniki dla filharmonii filipińskiej oraz nagrywał kasety z obrzędami afrykańskimi. Prokuratorzy żmudnie wyliczyli koszty tej bezwartościowej produkcji: koszulki – 3,60 zł, śpiewniki – 7,50 zł. I po­rów­ny­wa­li je z cenami, po których gadżety zostały sprzedane za granicą – 100 dol. za koszulkę, 336 zł za śpiewnik dla filharmonii. Im wyższa była cena eksportowanego towaru, tym więcej eksporter dostawał od państwa zwrotu VAT. Podatku, którego nigdy wcześniej nie zapłacił. Miało to być dowodem przekrętu, ale być nie mogło. Prawo nie zabrania sprzedawać drożej, niż wynoszą koszty. Trzeba było szukać mocniejszych dowodów. O pomoc poproszono Interpol. Potwierdził, że filharmonia na Filipinach istnieje naprawdę, tak jak i inne zagraniczne firmy, które miały za absurdalne sumy importować od Habicha gadżety.

W żadnej z vatowskich afer wyrok na Habicha nie zapadł do tej pory, choć biznesmen w 1996 r. został oskarżony także o „wyłudzenie i usiłowanie wyłudzenia w 1994 r. około 40 mld starych zł na szkodę urzędów skarbowych w całej Polsce z tytułu fikcyjnych transakcji”. Jeszcze w 2004 r. przeniesiony do Ministerstwa Sprawiedliwości olsztyński prokurator uspokajał „Rzeczpospolitą”, że sprawa przedawnia się dopiero w 2009 r. Było mnóstwo czasu.

Krzysztof Habich miał na koncie kilkadziesiąt aktów oskarżenia i tylko jeden wyrok. Na rozprawę w Bielsku Podlaskim przywieziono go więźniarką z łódzkiego aresztu śledczego. Pod koniec kwietnia 2002 r. sąd skazał go na trzy lata więzienia i 60 tys. zł grzywny. Uznał, że w 1993 r. jedna z jego firm udzieliła spółce z Bielska Podlaskiego pożyczki, ale czek, który wy­sta­wi­ła, nie miał wtedy pokrycia. Skazano go jednak nie za wystawienie czeku bez pokrycia, ale „za zabór mienia znacznej wartości”.

Habich uważał, że obrońca nie udźwignął sprawy. Najczęściej zresztą z usług adwokatów nie korzystał. Bronił się sam.

W więzieniu, a zwłaszcza w areszcie, Krzysztof Habich cieszył się większym szacunkiem niż dyrektor zakładu karnego – zapewnia osoba, która go tam odwiedzała. Świadczył współwięźniom usługi prawne i dzięki niemu wielu z nich wcześniej wyszło na wolność. Pomagał w przygotowaniu linii obrony. Zyskał „pod celą” wielu przyjaciół.

Ostatnie lata spędził na wolności. Pisał blog, gościnnie wykładał prawo na wyższych uczelniach i borykał się z coraz większymi kłopotami fi­nan­so­wy­mi. Serce, które tak długo traktowano jako element linii obrony os­kar­żo­ne­go, w końcu wysiadło.

Habich zmarł 23.06.2013r.


Ostatnich gryzą psy (1996), (wyd. Hobby, Warszawa)

  • Bardzo łatwo zauważyć prostą zależność: im kraj bogatszy, tym mnie­j­sza część jego mieszkańców jest w stanie wyżywić resztę.
  • Wpływy z VAT stanowią główne źródło zasilania budżetu, prawie co dru­ga złotówka, trafiająca do kasy państwa pochodzi właśnie z podatku od towarów i usług. Warto zastanowić się też, ile kosztuje zdobywanie tych złotówek, czyli – jakie są koszty pozyskania VAT. Okazuje się jednak, że nie ma na ten temat żadnych informacji! Raz tylko wiceminister finansów powiedział, że podatek VAT nie może wynosić 7%, ponieważ nie wystarczyłoby to na pokrycie kosztów ściągalności!
    Jest to szalenie istotna informacja. Oznacza ona bowiem, że na­kła­da­jąc na towary i usługi 7% podatku – rząd tak naprawdę nie otrzymuje nic – jeszcze dokłada do tego interesu. Całe społeczeństwo, zo­sta­wia­jąc w sklepach o 7% więcej pieniędzy, nie przyczynia się wcale do po­pra­wie­nia ciężkiej doli emerytów, nauczycieli czy pielęgniarek, po­nie­waż oni z tej powszechnej „zrzutki” nie otrzymają ani grosza! Cały po­da­tek idzie bowiem na utrzymanie tych, którzy zajmują się jego wy­li­cza­niem, ściąganiem, kontrolowaniem, itp. Nareszcie mamy bardzo ogó­l­ny szacunek, jak potwornie drogo nas ten aparat kosztuje. 
 

 
Krzysztof Habich opowiada bajkę
 
 https://www.youtube.com/watch?v=z3TgLrYnlmo&t=1s
 

                                                                                         www.yelita.pl

 

Połamane kończyny, Zielony Ład i wojna na Ukrainie



W szpitalach sypnęło. Nie, nie pieniędzmi na leczenie chorych i ogólnie na funkcjonowanie zakładów uspołecznionej służby zdrowia. Tam bryndza, gorsza niż była. Dzienna stawka żywieniowa w szpitalach spadła z 25,62 zł do 21 zł. No cóż, szpital to nie dom wczasowy, poza tym można poprosić o jakąś wałówkę z domu, gdyby ktoś był głodny.

W końcu na te podarunki dla naszych sąsiadów ze wschodu, wkręconych w wojnę, skądś trzeba kasę zebrać. Taki prezydent Warszawy, na przykład, wysłał 90 aparatów prądotwórczych dla Kijowa. Razem wysłano ich już około 300 o wartości blisko 9 mln złotych. Warszawa ma „kasę”, prezydent ma gest. Gorzej z „kasą” na porządek w mieście. Zapytałem kierowcę piaskarki posypującej ulicę, czemu wyjechali tak późno. „Zielony Ład nie ma kasy na likwidację gołoledzi!” – odpowiedział z sarkazmem.

W metrze, na ekranie chwalącym osiągnięcia magistratu warszawskiego, przeczytałem: „piaskarki wyjechały w tym sezonie o pięćdziesiąt cztery razy częściej niż w ubiegłym”. W ubiegłym nie było zimy, piaskarek na lekarstwo, a w tym roku zima jest. Śniegowe „bulwiecie”, podtopniałe i zamarznięte na parkingach oraz chodnikach, koszą ludzi jak żeńcy słomę. Co chwilę, bez różnicy wieku, ktoś na nieposypanym lodzie poślizgnie się – i nie wstaje. Złamana noga, złamana kość szyjki udowej, złamana ręka, zerwane mięśnie… Starsi i młodsi… Pogotowie, izba przyjęć, łóżko na korytarzu – bo sale szpitalne pękają w szwach. Sypnęło połamańcami. Chirurdzy-ortopedzi obciążeni operacjami od rana do wieczora ledwo stoją na nogach. Żeby chociaż zarabiali tyle, co specjaliści od COVID-19 za czasów Niedzielskiego, ale gdzie tam.

Jak na ironię, bliski znajomy przewrócił się na przyszpitalnym, nie tylko nieodśnieżonym, ale nawet nieposypanym piaskiem, oblodzonym parkingu. Jest piątek po południu. Złamana szyjka kości udowej. Nie trzeba było nawet karetki: ratownicy zgarnęli go na nosze i zanieśli do izby przyjęć. Normalne zalecenia medyczne w takim przypadku – operacja, im szybciej, tym lepiej. Krótko leżał na korytarzu, miał szczęście, zwolniło się miejsce w sali. Tymczasowo przewiercono mu kość w nodze, przełożono bolec i linką przywiązano do drążka łóżka. Leży unieruchomiony: tu rurka, tam kroplówka – personel szpitalny zwija się jak w ukropie. Tam ktoś krzyczy, tu ktoś jęczy. Środki przeciwbólowe, leżymy i czekamy na operację. Podczas obchodu: „Panie doktorze, kiedy będę operowany?”. „Proszę pana, mamy taki wysyp połamańców, jakiego nigdy w życiu nie widziałem. Jak dobrze pójdzie – stół w przyszły piątek rano… I tak ma pan szczęście, bo nie trzeba endoprotezy, tylko zespolenie”. Faktycznie, miał szczęście. Przy endoprotezach terminy są takie, że ho ho!

Obraz nie byłby pełen, gdybym nie napisał, że lekarz chirurg-ortopeda, po szczęśliwym zoperowaniu mojego przyjaciela, następnego dnia rano wysiadając z samochodu na oblodzonym i nieposypanym szpitalnym parkingu sam się poślizgnął, przewrócił i połamał. Kto zoperuje teraz jego pacjentów?

Wszystko przez ten Zielony Ład – walczy z ociepleniem, walczy, no i przyszła zima, żeby to ocieplenie wstrzymać. Ale kasę podatników władza wydała na reglamentowanie gazów, na poradniki, jak bezpiecznie oddychać, żeby przeżyć, i jak chronić sygnalistę przed donosem innego sygnalisty, czy na dotacje dla sprawdzających długość psiego łańcucha… No i na agregaty dla Kijowa, do oświetlania ulic imienia Stepana Bandery.

Na piasek do posypywania chodników i parkingów – oraz na zapłacenie ludziom za pracę – nie wystarczyło. Nie ma to jak „oszczędna i racjonalna” polityka władzy. Z jednego 20-kilogramowego worka piasku można posypać do 70 m² śliskiego chodnika. Cena takiego piasku to poniżej 50 groszy za kilogram – worek za około 10 złotych. W hurcie taniej. Dołóżmy dla piaskarza jeszcze godziwą stawkę i za sto złotych mamy bezpieczne 100 metrów chodnika. Po zakończeniu zimy taki piasek można by zebrać i urządzić z niego plażę dla „młodych wykształconych” mieszkańców stolicy, uwielbiających pomysły swojego prezydenta.

Operacja zespolenia złamanego biodra kosztuje NFZ od 5 000 zł do ponad 8 000 zł. W przypadku endoprotezy – od 10 000 zł do nawet 20 000 zł. Do tego dochodzi rehabilitacja, płatne zwolnienia i ludzkie cierpienie. Nie byłoby tego, gdyby lodowiska na parkingach i chodnikach posypać niedrogim piaskiem.

Rozmawiałem z przyjaciółmi w innych miastach: przykład idzie ze stolicy, też nie posypują, a złamań jest epidemia. Po takim sezonie NFZ dostanie potężny cios w plecy od tej polityki i nie wiadomo, czy się po nim pozbiera. Mieliśmy już rządy różnych „elit”, ale jak nazwać te dzisiejsze? Dobrze chociaż, że nasze państwo pamięta o przybyszach i przeznacza na dzienny koszt utrzymania jednej osoby w ośrodku (z opieką medyczną) ponad 140 zł. Można jakoś wytrzymać. Będą chętniej nawiedzać „ten kraj”, który bardziej dba o przybyszy, niż o własnych obywateli.

Autorstwo: Barnaba d’Aix
Źródło: WolneMedia.net

niedziela, 8 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                                  Lech Grobelny


 

Lech Grobelny (ur. 18 czerwca 1949 roku w Warszawie, zm. prawdopodobnie 28 marca 2007 roku w Warszawie) – aferzysta, przedsiębiorca, założyciel Bezpiecznej Kasy Oszczędności.

Ukończył studia na Wydziale Me­cha­nicz­nym, Elektrycznym i Lotnictwa Politechniki Warszawskiej, działał w tym czasie w komunistycznym ZSP. Za czasów PRL był właścicielem studia fotograficznego. Pierwsze wielkie pieniądze zarobił pod koniec lat 70. i na początku lat 80., handlując w całej Polsce obrazkami z fotografią Jana Pawła II. Utworzył następnie zakład obróbki fotograficznej AFT (Art-Foto Projekt) i sieć w całej Polsce.

W 1988 roku założył spółkę Dorchem Sp. z o.o. (był prezesem jednoosobowego zarządu), początkowo handlująca chemikaliami fotograficznymi, a po transformacji ustrojowej będącą właścicielem sieci kantorów wymiany walut. Największy rozgłos przyniosła mu Bezpieczna Kasa Oszczędności - parabank zbierający długoterminowe pożyczki od ludności i oferujący znacznie wyższe oprocentowanie niż lokaty w PKO BP. Grobelny, osobiście reklamujący swoje przedsięwzięcie, stał się wówczas znaną osobą życia publicznego.

Utrzymywał też kon­tak­ty z przes­tęp­czoś­cią zor­ga­ni­zo­wa­ną, zat­rud­nia­jąc gang­ste­rów do ochrony interesów.

O Lechu Grobelnym i jego Bezpiecznej Kasie Oszczędności stało się głośno w drugiej połowie 1990 roku, gdy nadszedł termin spłaty pożyczek. Wyjeżdżając za granicę w czerwcu 1990 roku nie pozostawił nikomu pełnomocnictw do prowadzenia dużego przedsiębiorstwa. W lipcu 1990 roku zaginął bez wieści na wiele miesięcy. Ludzie chcąc odzyskać swoje pieniądze przypuścili szturm na BKO. W tym parabanku ulokowało swoje oszczędności ok. 7,5 tys. Polaków (szacowano je przed denominacją na 32 mld starych złotych). Syndyk masy upadłości Dorchemu Sp. z o.o. wypłacił wierzycielom w sumie ok. 7 mld starych zł nie pokrywając nawet połowy sumy ulokowanych przez nich środków. Poszukiwanego przez Interpol przedsiębiorcę zatrzymano w 1992 roku w Niemczech, a następnie dokonano jego ekstradycji do Polski. W 1996 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie skazał go na 12 lat więzienia za zagarnięcie w latach 1989-1990 ponad 8 mld starych zł (przed denominacją - dzisiejsze 800 tys. zł) z kasy Dorchemu. W 1997 jednakże Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił wyrok i zwrócił sprawę prokuraturze, a przedsiębiorcę zwolnił z aresztu. Prokuratura ostatecznie w 2002 roku umorzyła sprawę w braku wystarczających dowodów.

Lech Grobelny przesiedział w areszcie pięć lat, za co domagał się od Skarbu Państwa miliona złotych zadośćuczynienia oraz 14,93 mln zł odszkodowania za niesłuszne aresztowanie. W październiku 2005 roku Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił jego powództwo.

Po wyjściu na wolność Grobelny założył firmę Odzysk do windykacji długów, lecz działalność nie przynosiła dochodów. Był niewypłacalny, mieszkał w pawilonie handlowym w Warszawie przy ul. Wysockiego, gdzie poprzednio było stoisko Dorchemu.

O Lechu Grobelnym zrobiło się głośno ponownie w styczniu 2007 roku po tym, jak przekazał policji uzyskane od nieżyjącego już gangstera informacje na temat zagrożenia życia premiera Jarosława Kaczyńskiego. Biuro Ochrony Rządu mając na uwadze powyższe informacje wzmocniło ochronę zarówno premiera, jak i prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Według Lecha Grobelnego, na premiera wydano wyrok śmierci, którego wykonawcą miał być gangster o pseudonimie Szczur.

Pod koniec życia Lech Grobelny nadużywał alkoholu, był zewnętrznie zaniedbany, a przez jego mieszkanie przewijało się wiele osób, z którymi spożywał alkohol. 2 kwietnia 2007 roku w pawilonie sklepowym na warszawskim Targówku przy ul. Wysockiego policja znalazła ciało Lecha Grobelnego. Poinformowano, że miał ranę kłutą klatki piersiowej, w okolicy serca. Według ustaleń, Lech Grobelny zmarł pięć dni wcześniej, tj. 28 marca.

Po roku od wszczęcia śledztwa w sprawie okoliczności śmierci Lecha Grobelnego, zostało ono umorzone na skutek niewykrycia sprawców. Ekspertyzy śledcze potwierdziły fakt, że do śmierci byłego przedsiębiorcy przyczyniły się osoby trzecie.

Grobelny był pierwszym z grona aferzystów III RP. Suma, której zagarnięcie mu zarzucono, 800 tys. „dzisiejszych” złotych to niewiele w porównaniu z milionami zagarniętymi przez FOZZ czy Art-Bi. O Grobelnym nie mówiono, że jest zamieszany w handel bronią, że ma niejasne powiązania ze służbami albo esebcką przeszłość. Ale w latach osiemdziesiątych nie dało się zrobić nic wielkiego, nie znając „odpowiednich ludzi.” I Lech Grobelnych takich ludzi znał. Z jego spółką bardzo ścisłe kontakty utrzymywał Andrzej Stuglik (w latach 1975-1980 pracownik kontrwywiadu, od 1982 r. instruktorem ds. propagandy w KW PZPR, od 1988 r. główny specjalista ds. rozliczeń dewizowych w Ministerstwie Finansów, od 1989 r. doradca finansowy Marka Pietkiewicza w Towarzystwie Handlu Międzynarodowego DAL S.A., zastrzelony w 1991 roku). W tym czasie Lech Grobelny przebywał już za granicą. Oficjalnie – uciekł przed odpowiedzialnością za niewypłacalność. Ale biorąc pod uwagę chociażby tę znajomość, jego ucieczka mogła zostać spowodowana także innymi okolicznościami. Wiadomo, że Andrzej Stuglik zajmował się kontaktami handlowymi ze wschodem a jego kontrahentami byli ludzie z rosyjskich spec służb. Stuglik odszedł z „układu” w 1990 roku. Od tego momentu jego życie znalazło się w niebezpieczeństwie. Lech Grobelny mógł o tym wiedzieć. Może data jego zniknięcia z Polski nie była przypadkowa. Śledczy, badający sprawę zabójstwa generała Marka Papały ustalili powiązania Stuglika z międzynarodowym handlem bronią. Wiązali zresztą jego śmierć ze śmiercią gen. Papały. Być może Grobelny był tylko małym, nic nie znaczącym „dodatkiem” do wiedeńskiego tortu, ukręconego przez polskich polityków, aferzystów, gangsterów i rosyjski wywiad. Ale może też zorientował się, że jako mały „dodatek” bez problemu zostanie z tortu usunięty...

Kiedy Lech Grobelny został zatrzymany, media skoncentrowały się na pieniądzach wyprowadzonych z BKO, jednak po osadzeniu go w więzieniu szybko przestały się nim interesować. Nie wzbudziło też większych emocji jego wyjściu na wolność. Nikt nie dociekał wówczas, jakie powiązania łączyły go ze Stuglikiem. Ta sprawa nie ujrzała światła dziennego, poza zdawkowymi wzmiankami przy okazji omawiania tematu „układu wiedeńskiego.” Oczywiście nic nie usprawiedliwia zagarnięcia pieniędzy ludzi, ale Lech Grobelny do końca życia zdawał się być głęboko przekonany, że to on padł ofiarą gigantycznej zmowy. Czyżby czuł się oszukany i opuszczony przez znajomych z „układu”? Zaskakujący jest jeszcze jeden fakt. Grobelny nawet po wyjściu z więzienia wciąż posiadał w Warszawie nieruchomości, choć teoretycznie powinny one zostać zajęte i sprzedane na poczet długów kierowanej przez niego spółki Dorchem. Tymi nieruchomościami były pawilony handlowe, m.in. przy ulicy Ogińskiego na Pradze, czy Wysockiego (tam też mieszkał). Sąsiedzi wspominają, że w ostatnich latach życia utrzymywał się ze zbierania złomu, chodził brudny, niechlujnie ubrany. Zdarzały mu się zachowania co najmniej „dziwne” - potrafił pokazać się na ulicy w szlafroku z psem ubranym w ludzkie ubrania, albo w nocy udawać się na policję ze skargą na sąsiadów. Policja zresztą często bywała u Grobelnego, co nikogo nie dziwiło. Na Bródnie wszyscy znali jego przeszłość. Wszyscy też mówili, że choć zachowywał się dziwnie, znał mnóstwo ludzi i miewał zadziwiającą wiedzę. Informacje przekazywane przez niego były często nieprawdopodobne, ale też... sprawdzały się.

Sąsiedzi wspominają, że na krótko przed śmiercią zmienił się. Zaczął się starannie ubierać, założył firmę „Odzysk.” Wciąż był też właścicielem Dorchemu. I ciągle bywali u niego jacyś ludzie. Sąsiedzi zauważyli też, że Lech Grobelny zaczął się wtedy czegoś bardzo obawiać. Już nie tylko ryglował drzwi natychmiast po wejściu do domu, ale nie wychodził z niego bez trzech wielkich noży, które stale nosił w kieszeni. Być może miało to związek z informacjami, których udzielił policji. Na początku 2007 roku Grobelny poinformował policję o zleceniu na zamordowanie ówczesnego premiera Jarosława Kaczyńskiego. Egzekucję miał wykonać gangster o pseudonimie „Szczur.” BOR wzmocnił ochronę premiera i prezydenta, funkcyjne media przez jakiś czas miały serdeczny ubaw, a policja ogłosiła, ze Szczur nie żyje. Zbiegło się to z oświadczeniem ministra Macieja Łopińskiego, który w styczniu 2007 roku, w audycji „Sygnały dnia” w polskim radiu powiedział, że rząd Jarosława Kaczyńskiego naruszył interesy różnych grup. Jednocześnie minister Łopiński nie powiązał tych informacji z ostrzeżeniami Lecha Grobelnego. W marcu 2007 roku do Kancelarii Premiera dotarła z kolei przesyłka dla Jarosława Kaczyńskiego zawierająca trzy ostre pociski oraz „list” - „Dla kota, dla twojej matki, dla ciebie." Do zamachu na szczęście nie doszło. Jedynym oddźwiękiem ostrzeżeń Grobelnego i listów z kulami, były drwiny z braci Kaczyński ochoczo podjęte przez „salon.” Grobelny znowu został odsunięty na „boczny tor”, choć zastanawiające jest, że po latach „niebytu” w ogóle znał pseudonimy gangsterów. Oczywiście Lechowi Grobelnemu łatwo było zarzucić fantazjowanie – w końcu zapracował na miano oszusta. Nie pomagał mu też fakt, że Szczur zgodnie z opinią policji miał nie żyć. Ale też można założyć, że w sprawie śmierci Szczura policja mogła się mylić. Nie byłby to ani pierwszy, ani jedyny taki przypadek. Wystarczy wspomnieć powiązanego ze Stuglikiem, Mieczysława Zapióra, o którym pisano, że utonął podczas wakacji w Egipcie, podczas gdy w rzeczywistości – zaginął podczas nurkowania. Jego ciała nie znaleziono, więc równie dobrze mógł po prostu... popłynąć do Izraela. Tereny nurkowe znajdują się w Egipcie także tuż przy granicy z Izraelem.

Policja i prokuratura nie mają żadnych wątpliwości – Lech Grobelny został zasztyletowany. Jego ciało leżało co najmniej 5 dni zanim znaleźli je strażnicy miejscy. Leżałoby zapewne dłużej, gdyby nie fakt, że sąsiedzi eks-biznesmana zaniepokoili się o jego kota, który najwyraźniej głodny przez kilka dni siedział w oknie. I choć śledztwo w sprawie morderstwa Grobelnego z braku dowodów zostało umorzone, nikt z mieszkańców jego ulicy nie ma żadnych wątpliwości – zamordował go ktoś, kogo znał. Obsesyjnie chroniący swój dom Grobelny nie wpuściłby do środka nikogo obcego. A gdy policja i straż miejska weszły do mieszkania, nie było ono zamknięte. Czy Grobelny zginął, bo wplątał się w ciemne interesy, czy zemścił się na nim jakiś oszukany człowiek, czy też musiał umrzeć, bo za dużo wiedział i powiedział – tego już się nie dowiemy. Jedno jest pewne. Morderca Lecha Grobelnego pozostał na wolności.

Bibliografia

  • Piotr Pytlakowski: Nasza pierwsza piramida w: Polityka nr 35 (2872) /2012
  • Katarzyna Jaroszyńska: „Ostatnie dni Lecha Grobelnego”, Życie Warszawy 04.04.2007, „Lech Grobelny nie żyje” www.wprost24.pl 02.04.2007

 

Znicz czy piec krematoryjny?

Otwarcie wielkich imprez sportowych od dekad było świętem jedności, humanizmu i czystej rywalizacji. Jednak ostatnie lata przynoszą niepokojącą zmianę kursu. Po skandalach związanych z ceremonią w Paryżu, oczy całego świata zwróciły się na inaugurację Zimowych Igrzysk w Mediolanie. Zamiast pochwały hartu ducha i piękna sportu, widzowie otrzymali mroczne widowisko, w którym dominowały symbole budzące jednoznaczne skojarzenia z okultyzmem. Czy to jeszcze sztuka, czy już celowa prowokacja wymierzona w tradycyjne wartości?

Symboliczne zapalenie krematorium na Igrzyskach?

Podczas ceremonii otwarcia w Mediolanie uwagę milionów widzów przykuły elementy, które trudno wpisać w kanon sportowej radości. Centralnym punktem uroczystości było zapalenie znicza olimpijskiego, które jednak w niczym nie przypominało radosnego święta – dla wielu wyglądało raczej na symboliczne „otwarcie bram piekieł”. Wewnątrz konstrukcji o kształcie odwróconego pentagramu nastąpiło zapalenie ognia w zamkniętym, okrągłym wizjerze, kojarzącym się jednoznacznie z krematorium.

Kiedy przyjrzymy się nagraniom z momentu kulminacyjnego, obraz staje się jeszcze bardziej drastyczny. To nie był strzelający ku niebu płomień nadziei, do jakiego przywykliśmy przez dekady. Moment zapłonu znicza przypominał raczej otwarcie komory pieca. Ogień nie buchnął swobodnie – on „zakipiał” wewnątrz surowej, metalowej konstrukcji, budząc przerażające skojarzenia z procesem spopielania zwłok. Ta przemysłowa, zimna estetyka śmierci, podana w oprawie okultystycznych znaków, sprawia, że trudno tu mówić o pomyłce artystycznej. To wizualny komunikat, który uderza w podświadomość widza, wywołując pierwotny lęk.

                              https://www.youtube.com/watch?v=Q8Cw-HKNAHQ

Przyjrzyjmy się samej symbolice. W tradycji europejskiej kula ognia utożsamiana jest z piekielną pożogą, zniszczeniem i chaosem. Z kolei odwrócony pentagram uznaje się w świecie okultyzmu za znak o najbardziej złowrogiej wymowie. Podczas gdy tradycyjny pięcioramienny znak symbolizuje dominację ducha nad materią, jego odwrócenie stanowi całkowitą negację tego porządku. Dwa wierzchołki skierowane w górę tworzą zarys rogów, co w ikonografii satanistycznej wprost nawiązuje do wizerunku Baphometa.

Obecność tak radykalnego symbolu w sercu sportowego święta budzi uzasadniony opór. Trudno uznać to za „przypadkową kompozycję”, skoro każdy profesjonalny projektant zna konotacje tego znaku. Wykorzystanie go w połączeniu z agresywną, ognistą scenografią nie pozostawia pola do interpretacji – to symbolika, która ze szlachetnym sportem nie ma nic wspólnego.

Łańcuch mrocznych wydarzeń

Analiza ceremonii z ostatnich dwóch dekad dowodzi, że przypadek Mediolanu nie jest odosobniony, lecz stanowi ogniwo w łańcuchu coraz mroczniejszych widowisk.

Już w 2012 roku w Londynie widzów uderzyły surrealistyczne sceny z gigantyczną figurą śmierci, co po latach zyskało miano ponurej przepowiedni.

W 2016 roku, podczas otwarcia tunelu Gotarda, świat obserwował spektakl pełen demonicznych postaci i masek kóz, które w żaden sposób nie korespondowały z inżynieryjnym sukcesem inwestycji.

Szczególny niepokój wzbudził występ Madonny na Eurowizji w 2019 roku. Artystka zaprezentowała rytualny spektakl: postacie w maskach gazowych, mroczna kapłanka z zasłoniętym okiem i tło wojennej pożogi ogarniającej świat. Wielu odczytało to jako masowy rytuał okultystyczny zapowiadający nadchodzące nieszczęścia.

W 2022 roku w Birmingham (Igrzyska Commonwealthu) tancerze oddawali pokłon mechanicznemu bykowi o płonących ślepiach, co przywoływało biblijne obrazy kultu Baala.

Kulminacją stał się Paryż (2024) z jego obrazoburczą estetyką i mrocznym jeźdźcem na bladym koniu.

To wszystko, w połączeniu z odwróconym pentagramem i zapaleniem krematorium w Mediolanie, tworzy spójny obraz celowej ofensywy symboliki mroku. Krytycy zauważają, że ma ona na celu „oswojenie” opinii publicznej z obrazami, które dawniej budziły sprzeciw moralny. Sport stał się jedynie tłem dla spektaklu dekonstrukcji naszej kultury.

To tylko sztuka, czy informacja od elit pociągających za sznurki?

Ludzka intuicja rzadko myli się w ocenie zagrożenia. Trudno uwierzyć, by przy budżetach liczonych w setkach milionów euro jakikolwiek symbol pojawił się przypadkiem. Skoro wybrano pentagram i ogień, zrobiono to z pełną świadomością wywołania określonych skojarzeń. Igrzyska, zamiast być światłem nadziei, coraz częściej zdają się kierować nasz wzrok w stronę otchłani.

Dopełnieniem tej aury stał się incydent z drugiego dnia zawodów. Jak poinformował reporter TVN24, Paweł Łukasik, olimpijski ogień w Mediolanie – ten sam, który zapłonął wewnątrz pentagramu – niespodziewanie zgasł. W tradycji olimpijskiej to fatalny omen, jednak w tym kontekście wielu widzi w tym coś więcej – symboliczną niemoc „ognia”, który zamiast rywalizacji, reprezentował chaos.

Czy to ukryty przekaz wieszczący mroczne plany elit?

Pół roku po występie Madonny wybuchła pandemia, która drastycznie ograniczyła wolność ludzkości. Obecnie wyraźnie czuje się narastające napięcie. Pamiętajmy o ostrzeżeniu z filmu „Szach-mat dla ludzkości” z 2012 roku, którego przesłanie doskonale koreluje z wydarzeniami ostatnich lat. Czy dziś, w dobie destabilizacji świata i napięć po dojściu do władzy Donalda Trumpa – który wywrócił pionki na politycznej szachownicy, aby ustawiać je po swojemu – czeka nas coś gorszego niż w 2020 roku? Wojenne werble biją coraz głośniej, a piewcy pokoju są traktowani jak wrogowie państwa.

Czy symboliczne zapalenie pieca krematoryjnego to ostatnia wiadomość? Czas pokaże…

Autorstwo: Aurelia
Źródło: WolneMedia.net

 

 Reaktywacja piractwa

 
https://www.youtube.com/watch?v=r9oVDS19MKk

 

Wojna o ropę przenosi się śmielej na morskie wody. Już nie jako odosobnione incydenty, bo NATO obiera za cel rosyjskie tankowce. Poprzedzona sabotażem, wojna o paliwa płynne przechodzi w fazę piractwa morskiego.

Po delegalizacji cywilizowanych warunków handlu, stajemy się świadkami realizowanej polityki przemocy. Kiedy sankcje okazały się prostą drogą do zapaści gospodarczej, międzynarodowa organizacja zbrojna gotowa zdobywać ropę po piracku. Doświadczona w tym historycznie Wielka Brytania, postanawia reagować na odczuwalne wahania koniunktury rynków paliwowych. Zbrojne przejęcia tankowców rosyjskich, podsunięto właśnie jako rozwiązanie przez rozdyskutowane kręgi decydentów obronności Wielkiej Brytanii. Obiektem eskalacji ma być rosyjska „flota cieni”. O decyzji donosi „the Guardian”.

Sankcje zamienione piractwem, uderzą w tankowce zaopatrujące Chiny, Indie, Turcję – głównych importerów rosyjskich paliw płynnych. Przedstawiciele tych państw zwracają uwagę, że to praktyka naruszająca prawo międzynarodowe o swobodzie handlu i dostępności szlaków wodnych. Jako środek przestępczy, piractwo wyzwoli reakcję na rabunek.
Wielka Brytania zasłania się chęcią finansowania w ten sposób ukraińskich zmagań wojennych. Marynarka królewska już otrzymała stosowne instrukcje związane z przejmowaniem tankowców.

John Healey – minister obrony Wielkiej Brytanii zasugerował, by skonfiskowany towar był sprzedawany, co rozmyje granice między sankcjami i zaborem przejętego dobra. Minister uzasadnia wykorzystanie nowego narzędzia przejmowania mienia wolą wojny przeciw Rosji i ograniczenia jej dochodów z obrotu paliwami. Uzyskany z tego tytułu fundusz trafiałby na Ukrainę.

Jednoznaczne stanowisko NATO najwyraźniej reorganizuje geopolityczną grę wojenną przenosząc działania z lądu na morskie wody.

Dzienna sprzedaż surowców płynnych Rosji wynosi 5 milionów baryłek. Środki zaradcze na zuchwałe piractwo już zostają podejmowane. Rosja postanawia rozszerzyć własną flotę, by pod własną banderą, bez czarterowania gwarantować terminowe dostawy kontraktowe.

Legalizacja procederu znanego pod nazwą paserstwa, czyni je przestępstwem. W polskim prawie osoba popełniająca taki czyn musi liczyć się z karą od 3 miesięcy do 5 lat więzienia i przepadkiem majątku pochodzącego z tego zajęcia. A jak współmierna może być kara za współsprawstwo, kiedy skala obejmuje aparat państwa, bo jak zwykle usłyszymy o zobowiązaniach sojuszniczych?

Opracowanie: Jola
Na podstawie: YouTube.com
Źródło: WolneMedia.net

                                   AFERZYŚCI ELIT                                                            Dominik Jastrzębski   Dominik J...