poniedziałek, 16 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                          Dariusz Przywieczerski

                                                      Dariusz Tytus Przywieczerski (ur. 8 maja 1946 we Włocławku).

 

Ko­mu­ni­sta, biznesmen, w prze­szło­ści notowany na liście 100 naj­bo­ga­t­szych Polaków "Wprost" (najwyższe w roku 1994 - 32.), skazany w aferze FOZZ. Do dziś poszukiwany jest listem gończym.

Jego ojciec, Edmund, pracował po wojnie w resorcie handlu za­gra­ni­cz­ne­go. Dariusz Przywieczerski ukończył szkołę podstawową w Falenicy. Po maturze wstąpił do komuistycznej PZPR, należał do niej aż do 1989. Stu­dio­wał na SGPiS w Warszawie.

Po studiach pracował w Centrali Handlu Zagranicznego "Paged", gdzie szybko został zastępcą dyrektora. Od 1974 pracował w Komitecie Cen­tra­l­nym PZPR. W 1980 został radcą handlowym ambasady PRL w Nairobi. Zarabiał pieniądze na dostawach kawy i herbaty do sąsiedniej Ugandy. Po powrocie do kraju w 1985 został dyrektorem firmy "Universal", eksportera AGD.

Po 1989 nadal kierował Universalem. W lipcu 1992 wprowadził Universal na Giełdę. Firma została z Giełdy wyrzucona w 1998 za notoryczne łamanie obowiązku informacyjnego.

W 1989 założył Bank Inicjatyw Gospodarczych (obecnie Bank Millennium). W 1994 kupił za 300 mld starych złotych 20% akcji Polsatu.

Był jednym z zamieszanych w sprawie FOZZ, doradzał jego prezesowi Grzegorzowi Żemkowi. W 2005 został skazany na 3,5 roku więzienia oraz 330 tys. zł grzywny za wyprowadzenie z Funduszu około 1,5 mln dolarów. Przebywał wówczas na Białorusi, skąd uciekł do Londynu, potem do No­we­go Jorku, skąd uciekł w nieznanym kierunku.

Do dziś poszukiwany jest listem gończym.

W 2008 roku ustalono jego miejsce pobytu na USA, a urzędnicy Mi­ni­ster­stwa Sprawiedliwości odpowiadający za wnioski o ekstradycje, dysponują jego adresem i aktualnym numerem telefonu. Przedstawiciele władz USA nie chcą wydać poszukiwanego, a proces ekstradycyjny ciągnie się od kil­ku lat.

Występował w telewizyjnych reklamówkach jako Napoleon. Był nawet po­dob­ny: niewysoki, pulchny, z szeroką twarzą i wielkim podbródkiem. Tak oto Dariusz Tytus Przywieczerski reklamował Universal, pierwszą spry­wa­ty­zo­wa­ną centralę handlu zagranicznego.

W 1990 r. Universal wyemitował akcje i stał się symbolem sukcesu w ka­pi­ta­li­z­mie. W styczniu 1999 Komisja Papierów Wartościowych usunęła jego akcje z publicznego obrotu, co oznacza opuszczenie giełdy. Ukarała go za to, że nie informował akcjonariuszy o wszystkich transakcjach. Długi Uni­ver­sa­lu przekroczyły 300 mln zł.

Pracowali u niego i robili z nim interesy PRL-owscy ministrowie i dzia­ła­cze SdRP

Po maturze wstąpił do PZPR. Członkiem partii komunitycznej został do jej rozwiązania.

W 1967 r., mając 21 lat, dostał pracę w Centrali Handlu Zagranicznego "Pa­ged", która eksportowała drzewo, papier, meble. Skończył studia w Szko­le Głównej Planowania i Statystyki i awansował na zastępcę dyrektora Pagedu.

Przyznał się w 1995 r., że pracował w Komitecie Centralnym PZPR: "Zostałem tam oddelegowany na dwa lata 1974-76 i nie uważam tego za okoliczność obciążającą".

W czerwcu 1976 KC wysłał Przywieczerskiego do Radomia, by zbadał nastroje przed podwyżkami cen szykowanymi przez ekipę Gierka. Po og­ło­sze­niu podwyżek radomscy robotnicy wyszli na ulice. - Przywieczerski prze­ma­wiał do załogi Zakładów Metalowych im. gen. Świerczewskiego "Walter" - mówi Jacek Indelak, autor scenariusza filmu dokumentalnego "Miasto z wyrokiem" (powstał w 1996 r.). - Przemówienie odtwarzano z radiowęzła.

"Mówi Dariusz Przywieczerski, opiekun województwa radomskiego z ra­mie­nia Komitetu Centralnego partii. Uczciwą pracą, tak jak uczciwi ludzie, wyrazimy swoje poparcie dla towarzysza Gierka...”

 

                                         Radom Miasto z wyrokiem Czerwiec 1976 from MrArpone on Vimeo.


Janusz Prokopiak, ówczesny I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Radomiu, tłumaczy: - Nie znam tego przemówienia. Przywieczerski szu­kał kontaktu z ludźmi, chciał zyskać ich zaufanie

"Kim jestem? Hedonistą" - wyznał Dariusz Tytus Przywieczerski " "Ja nie lubię wydawać pieniędzy. Lubię je mieć. Sam fakt ich posiadania i mo­ż­li­wość pomnażania dają mi przyjemność".

Opowiedział także, jak zarobił pierwszy milion dolarów. Było to w Afryce, dokąd pojechał w 1980 r. jako radca handlowy Ambasady PRL w Nairobi: "Wtedy obowiązywała tzw. umowa kawowa: producenci kawy i herbaty byli ograniczeni kwotami eksportowymi oraz cenami minimalnymi. Jed­no­cze­ś­nie np. w Ugandzie, gdzie była wojna, codziennie tysiące ton używek prze­je­ż­dża­ło nielegalnie przez granicę. Moja działalność nie do końca była zgo­d­na z prawem, ale wtedy bardzo niewiele można było zrobić zgodnie z pra­wem".

Przywieczerski został mianowany dyrektorem Universalu w 1985 r., po po­wro­cie z Afryki. Universal był już od dwóch lat spółką prawa handlowego: 51 proc. miał skarb państwa, resztę - państwowe fabryki, które przez Uni­ver­sal eksportowały. Jednym z udziałowców była Fabryka Lin i Drutu "Dru­met" we Włocławku. Jej dyrektor Marek Olewiński (były poseł SdRP, były szef komisji przekształceń własnościowych) zasiadał wówczas w radzie nadzorczej Universalu.

 

Marek Olewiński
 
 Marek Olewiński odszedł z posady dy­rek­to­ra Drumetu w 1990 r. We wrześniu 1991 został szefem spółki Universal Ku­ja­wy Trade, założonej przez Przy­wie­czer­skie­go we Włocławku. Spółka otworzyła mar­ket spożywczy i hurtownię AGD. Ale mia­ła kłopoty finansowe. Olewiński zre­zy­g­no­wał w 1992r., rok później spółka splaj­to­wa­ła.

W 1989 r. Przywieczerski startował do Se­na­tu jako kandydat niezależny. - Do dziś nikt we Włocławku nie prowadził kampanii wyborczej z takim rozmachem, w amerykańskim stylu - Olewiński jest wciąż pod wrażeniem.

Po porażce politycznej Przywieczerski kupił sobie rezydencję niedaleko Włocławka: XIXwieczny dworek w Głodowie, koło Lipna.

Gdy na Kujawach trwała kampania wyborcza Przywieczerskiego, w War­sza­wie powstał pierwszy w Polsce prywatny bank - Bank Inicjatyw Go­s­po­dar­czych. BIG założyło w czerwcu 1989 siedem firm i 14 osób - wśród nich Universal i Dariusz Przywieczerski, który został szefem rady banku. BIG pomógł prywatyzować Universal: wiosną 1990 przygotował publiczną emisję akcji Universalu. Przywieczerski osobiście reklamował je w te­le­wi­zji. Wystąpił jako Napoleon polskiego biznesu. Klip nadawano przed amerykańskim serialem "Północ - Południe", kupionym dla TVP przez Uni­ver­sal.

Jesienią 1990 r. Universal został sprywatyzowany, udziały skarbu państwa spadły z 51 do 17,5 proc. BIG kupił około 11 proc. akcji. Tak więc BIG i Uni­ver­sal stały się nawzajem swymi właścicielami. Pojawili się też zagraniczni udziałowcy Universalu; najwięksi to szerzej nieznane w Polsce brytyjskie fundusze inwestycyjne Servepart Ltd. i Ullman Shore Ltd.

Tygodnik "Polityka" i Business Centre Club uznały Przywieczerskiego za biznesmena roku.

W 1991 r. Universal kupił państwową Walcownię Metali "Norblin" w War­sza­wie.

Kolejny minister prywatyzacji Wiesław Kaczmarek wspominał: - W połowie 1994 r. prezes Przywieczerski deklarował, że Universal chce kupić wło­cła­w­ski Drumet. Ale spóźnił się, bo Drumet kupił już poznański biznesmen Krzysztof Niezgoda. Tę transakcję oprotestował mój kolega z SdRP Marek Olewiński, szef sejmowej komisji przekształceń własnościowych.

 

min. Wiesław Kaczmarek (SLD)
 
W listopadzie 1991 Przywieczerski na­gle zrezygnował z fotela szefa Uni­ver­sa­lu i zniknął (potem okazało się, że wyjechał do Londynu). Re­zy­g­na­cja zbiegła się w czasie z do­cho­dze­niem prokuratury w sprawie Funduszu Obsługi Zadłużenia Za­gra­ni­cz­ne­go.

FOZZ powstał u schyłku PRL. W la­tach 1989-90 potajemnie skupował długi Polski w zachodnich bankach, gdyż cena długu na wolnym rynku była znacznie niższa od nominalnej. Mi­ni­ster­stwo Finansów przeznaczyło na to ok. 10 bln starych złotych. Pieniądze wysyłano za pośrednictwem central handlu zagranicznego, a skupem dłu­gu zajmowały się podstawione firmy. Ale w FOZZ panował bałagan. Nie księ­go­wa­no wykupywania długów i nie dało się ustalić, dokąd po­wę­d­ro­wa­ły wszystkie pieniądze.

Na początku 1991 r. FOZZ skontrolowała Najwyższa Izba Kontroli. Ujawniła, że udzielał na własną rękę kredytów i poręczeń (jak pisała "Gazeta", kredyt dostał w 1989 r. komitet wyborczy Przywieczerskiego, kandydata na se­na­to­ra). Latem 1991 aresztowano dyrektora FOZZ Grzegorza Ż. i jego za­s­tęp­czy­nię Janinę Ch., w latach 80. główną księgową Universalu. Prokurator za­rzu­cił im "narażenie skarbu państwa na szkody". Przy okazji wyszło na jaw, że Przywieczerski miał z nimi wspólną firmę TRAST.

W styczniu 1998 prokuratura przesłała do sądu akt oskarżenia w sprawie FOZZ.

Universal najlepiej prosperował w latach 1994-97, gdy dyrektorem ge­ne­ral­nym był Jerzy Napiórkowski (wiceminister finansów z lat 1986-90). W 1992 r. został jednym z bohaterów tzw. afery karabinowej. Amerykanie are­sz­to­wa­li go pod zarzutem nielegalnej sprzedaży do Iraku kałasznikowów z radomskiego Łucznika. Dyrektorem Universalu Napiórkowski został w 1994 r. po uwolnieniu i powrocie do kraju. W 1996 r., za jego czasów, Uni­ver­sal przyniósł rekordowy zysk 33 mln zł.

Napiórkowski odszedł nieoczekiwanie w połowie 1997 r. i zotał szefem spół­ki kontrolowanej przez Sobiesława Zasadę.

Universal nie kupił Łucznika. Za to w grudniu 1997 na giełdzie długów po­ja­wi­ło się ponad 500 tys. zł, których Universal nie zapłacił Łucznikowi za do­s­ta­wy. W 1992 r., tuż przed sezonem pielgrzymek, do częstochowskich skle­pów Veritasu trafił oryginalny towar: ziemia z Ziemi Świętej, woda z Jo­r­da­nu oraz różańce i krzyże z drzewa sandałowego. Universal sprowadził je z Izraela. Ziemia w foliowych torebkach i woda w owalnych buteleczkach miały certyfikaty pochodzenia. Ale klienci z Częstochowy nie dowierzali. Py­ta­li, czy woda nie jest z Wisły. Veritas uznał ryzyko handlowe za zbyt wielkie i odesłał towar Universalowi. Firma znalazła kupca na dewocjonalia aż w Argentynie.

W tym samym czasie Universal zaczął zarabiać na produkcji i handlu pre­ze­r­wa­ty­wa­mi. Zajęła się tym spółka Unimil, założona w 1990 r. przez Uni­ver­sal i krakowski Stomil. Zarząd Unimilu był przekonany, że rynek kon­do­mów w Polsce będzie się dynamicznie rozwijał. Wyliczył w 1995 r., że sta­ty­sty­czna polska para używa rocznie sześć kondomów, a na przykład para hiszpańska aż 36! I miał rację. Przez siedem lat produkcja wzrosła dzie­się­cio­krot­nie do ponad 100 mln sztuk. Unimil okazał się jedną z najlepszych inwestycji Universalu. W 1997 r. wszedł jako samodzielna spółka na gieł­dę. Universal zarobił, sprzedając część jego akcji.

Z Universalem wiąże się historia giełdowej spółki Farm Food. Założył ją Dominik Jastrzębski, minister współpracy gospodarczej w rządzie Ra­ko­w­skie­go (1988-89). W 1989 r. kandydował do Senatu z Łomżyńskiego. Po przegranej zbudował w Czyżewie fabrykę mięsa. Jastrzębski był jednym z główn­ych bohaterów tzw. afery alkoholowej. Trybunał Stanu uznał, że jako minister dopuścił do masowego importu do Polski taniego alkoholu, na czym skarb państwa stracił olbrzymie kwoty.

 

Dominik Jastrzębski
 
Z Przywieczerskim znali się z Pa­ge­du, gdzie pracowali w latach 70. Obaj byli dyrektorami. Darzyli się za­u­fa­niem. Przywieczerski i Universal zainwestowali w Farm Food. Mieli wię­cej udziałów niż sam Ja­s­trzęb­ski. W 1995 r., tuż przed wejściem Farm Foodu na giełdę, do Uni­ver­sa­lu i jego prezesa należało prawie 18 proc. akcji, do Jastrzębskiego - tylko 10 proc.

Jastrzębski osiadł w Bieszczadach, przejął ziemie po pegeerze i zaczął hodować jałówki na mięso dla Farm Foodu. W swojej rezydencji powiesił na ścianie głowę żyrafy, którą upolował w Afryce. Z jej nóg zrobił stolik. "Bar­w­na postać. Kontrowersyjna. Eleganckie garnitury i krawaty. Na dziesięć słów pięć niecenzuralnych" - pisała o nim "Polityka".

Universal sprzedał większość swoich akcji Farm Foodu w 1997 r.

Janusz Prokopiak, były I sekretarz PZPR w Radomiu, dowiedział się w 1994 r., że Universal będzie remontował budynek przejęty po zakładach im. Róży Luksemburg w Warszawie. Produkowano tam kiedyś lampy ja­rze­nio­we. - Chciałem, by moja firma uczestniczyła w przebudowie. Poszedłem do Przywieczerskiego. Obiecał pomóc. Podpisałem nawet umowę wstę­p­ną - opowiada.

Przywieczerski zamierzał przerobić budynek na siedzibę Głównego Urzędu Ceł. Ówczesny prezes GUC, poseł SLD Ireneusz Sekuła (w latach 1983-88 prezes ZUS, potem wicepremier w rządzie Rakowskiego), przyrzekł w gru­d­niu 1994, że kupi budynek. Zapłacił Universalowi zaliczkę 35 mld starych złotych (3,5 mln nowych). Ale GUC nie kupił budynku po Róży Luksemburg. Okazało się, że mury są nasycone rtęcią używaną do produkcji ja­rze­nió­wek. Universal bronił się, przedstawiając ekspertyzę, że stężenie rtęci nie zagraża ludziom.

 

Ireneusz Sekuła (SLD) – zastrzelony w 2000 r.
 
 W marcu 1995 premier Oleksy odwołał Se­ku­łę ze stanowiska szefa GUC. A z ekspertyz, które zlecił następca Sekuły Mieczysław No­gaj, wynikało co innego: przebywanie w bu­dyn­ku grozi uszkodzeniem nerek i ow­rzo­dze­nia­mi, a koszty usunięcia rtęci mogą prze­wy­ż­szyć jego wartość.

W raporcie kontroli skarbowej zarzucono Se­ku­le, że "niedostatecznie zabezpieczył in­te­re­sy skarbu państwa", a płacąc Universalowi zaliczkę, "faktycznie kredytował działalność tej firmy". Prasa ujawniła też, że Sekuła jako pre­zes GUC oferował poręczenie dla Universalu na kredyt w banku.

W listopadzie 1996 Sejm uchylił immunitet poselski Sekuły, a prokurator wszczął postępowanie.

- Szkoda, że z budynkiem zaczęły się problemy - ubolewa przedsiębiorca budowlany Janusz Prokopiak. - Gdyby nie to, ja i moja firma mielibyśmy zajęcie na parę lat.

Były minister prywatyzacji Wiesław Kaczmarek opowiadał: - W 1995 r. sprze­da­łem Universalowi Warszawską Fabrykę Platerów "Hefra". Miała od­dział w Pułtusku. Za PRL zaczęto budować tam wytwórnię aluminiowych sztućców dla armii Układu Warszawskiego. Ale Układ przestał istnieć i nie potrzebował sztućców.

W 1996 r. Universal ogłosił, że na terenie wytwórni sztućców będzie mon­to­wać koreańskie auta Hyundai. Szefem montowni został Andrzej Jedynak, w la­tach 70. dyrektor Zjednoczenia Przemysłu Motoryzacyjnego "Polmo", a potem wicepremier (1981-82) i ambasador PRL w Czechosłowacji.

- W tym czasie Unia Europejska protestowała, że w Polsce jest za dużo mon­tow­ni aut - opowiadał ówczesny premier Włodzimierz Cimoszewicz.

Zdarzało się, że producenci samochodów zakładali w Polsce montownie, by ominąć cło. Części aut do montażu na skalę przemysłową są zwolnione z cła. Wystarczyło więc za granicą rozkręcić auto na kilka części i za­de­kla­ro­wać, że zostanie złożone w Polsce. Z tego patentu skorzystał koreański kon­cern Daewoo. Ale w lutym 1996 Daewoo kupiło za duże pieniądze wa­r­sza­w­ską FSO. - Prezes Daewoo przysłał do mnie protest, że zezwalamy kon­ku­ren­cji, czyli Hyundaiowi, montować auta w stodole - opowiadał Wło­dzi­mierz Cimoszewicz.

21 sierpnia 1996 rząd zdecydował, że nie będzie nowych montowni. Roz­po­rzą­dze­nie podpisane przez premiera miało wejść w życie nazajutrz - w dniu ogłoszenia. Ale Universal miał szczęście. Rozporządzenie - nie wiadomo dla­cze­go - wydrukowano w Dzienniku Ustaw z trzydniowym opóźnieniem. W ciągu tych trzech dni czeską granicę zdążył przekroczyć pierwszy tran­sport części do hyundaiów i Universal rozpoczął montaż. A rozporządzenie nie dotyczyło montowni, które już działały.

 Dariusz Szymczycha, były redaktor naczelny "Trybuny" (Universal ją fi­nan­so­wał), opowiada: - Chcieliśmy poprzeć Universal w sporze z rzą­dem.

 

Dariusz Szymczycha
 

 Od początku 1994 r. "Trybuna" pub­li­ko­wa­ła o­fi­cjal­ne komunikaty Universalu. Prezes prze­ko­ny­wał akcjonariuszy na walnym zgro­ma­dze­niu: "Wspieramy polskie interesy, a >Try­bu­na< jest jednym z niewielu dzien­ni­ków w na­szym kraju, który pozostaje w pol­skich rę­kach" ("Rzeczpospolita", 12.01.1994). Nie ujawnił, że w tym właśnie czasie "Trybuna" przechodziła w ręce Uni­ver­sa­lu.

Dawny organ prasowy PZPR "Trybuna Ludu" był od 1991 r. własnością SdRP.

- Ale partia była finansowym bankrutem. A wokół "Trybuny" zaczęła zaciskać się pętla długów - wspomina Szymczycha. W 1993 r. gazeta była dłużna około 10 mld starych złotych. - Zaczęliśmy szukać inwestora na własną rękę. Poszliśmy z kolegami do Przywieczerskiego. Potem po­in­for­mo­wa­li­śmy partię, że jest chętny inwestor - mówi Szymczycha.

Partia zgodziła się. Należąca do Universalu firma UnivComp na początku 1994 r. przejęła większościowy pakiet akcji spółki Ad Novum - wydawcy "Trybuny". SdRP zatrzymała prawo do tytułu i wskazania redaktora na­czel­ne­go. UnivComp handlował komputerami (dziś telefonami komórkowymi); wyposażył redakcję "Trybuny" w nowoczesne komputery.

Przywieczerski podrzucał swoje tematy. Jak nie lubił prezesa innej fir­my, sugerował, aby mu przywalić.

W 1996 r. UnivComp sprzedał swe udziały w wydającej "Trybunę" spółce Ad Novum - Fundacji "Bliżej Świata". Ją także finansował Universal. W "Try­bu­nie" pojawił się prezes tej fundacji Janusz Rolicki.

 

Janusz Rolicki
 
W lipcu 1997 Przywieczerski za­wia­do­mił Józefa Oleksego, szefa rady nad­zor­czej Ad Novum, że zarząd tej spółki odwołał Szymczychę i wnosi o powołanie Rolickiego na na­czel­ne­go. Szymczycha był na urlopie i do­wie­dział się o tym z radia. Jako ofi­cja­lny powód zmiany podano sy­tu­a­cję finansową "Trybuny".

 

Jerzy Szmajdziński
 
Jerzy Szmajdziński, od grudnia 1997 wice­prze­wo­d­ni­czą­cy SdRP, zasiadał w radzie na­d­zor­czej Trans Universal Poland, spółki na­le­żą­cej do Universalu, która tirami rozwoziła towary po Europie. W styczniu 1999 weszła na giełdę. - Nie zaprzeczam, że znalazłem się w radzie na skutek osobistej znajomości z pa­nem Przywieczerskim. Poznaliśmy się, gdy zostałem w 1993 sekretarzem ge­ne­ral­nym SdRP – powiedział Szmajdziński.

"Dziennikarze niektórych gazet bardzo by się zdziwili, gdyby się dowiedzieli, że ich gazety są częściowo własnością Universalu" - chwalił się Przywieczerski w "Wia­do­mo­ś­ciach Kulturalnych" w 1995 r. Przyznał, że należą do niego: "Kobieta i Styl", "Zwierciadło", "Przegląd Tygodniowy" oraz że negocjuje zakup "Życia Warszawy" (nie doszło do niego).

We wrześniu 1996 Universal złożył Ministerstwu Prywatyzacji ofertę zakupu Ruchu, największej w Polsce sieci sprzedaży prasy. Zaproponował - w za­le­ż­no­ści od liczby akcji - od 80 do 120 mln dolarów! W 1997 r. ministerstwo ogłosiło nowy przetarg na Ruch.

Ale największą inwestycją Universalu w media był Polsat. W połowie 1994 r. Universal kupił za 300 mld starych złotych (30 mln nowych) 20 proc. jego akcji. Pół roku wcześniej Polsat dostał koncesję na nadawanie. Groziła mu jej utrata, gdyby nie zgromadził wymaganego kapitału. - Universal był jedyną firmą, która chciała kupić nasze akcje - mówi bez ogródek Zygmunt Solorz, właściciel Polsatu.

 

Zygmut Solorz – właściciel Polsatu.
 
Przez trzy lata między Universalem a Polsatem panowała sielanka. Przy­wie­cze­r­ski oskarżał w prasie te­le­wi­zję publiczną o "nastawienie an­ty­le­wi­co­we" i "nieuczciwą kon­ku­ren­cję" z Polsatem, któremu od­bie­ra reklamodawców. Polsat bronił Uni­ver­sa­lu. Między piosenkami dis­co polo nadawał programy, w któ­rych krytykował rząd za utrudnianie Universalowi montażu koreańskich hyundaiów.

Konflikt wybuchł na początku 1998 r. - Straciłem zaufanie do Przy­wie­czer­skie­go. Dowiedziałem się, że za naszymi plecami zastawił nasze akcje w ban­ku za kredyt - twierdził Solorz. - Obawiałem się, że dowiem się z pra­sy, kto jest ich nowym właścicielem. Musieliśmy się bronić.

Obrona polegała na tym, że Polsat i związane z nim firmy skupowały akcje i tzw. obligacje zamienne na akcje Universalu. Polsat był o krok od prze­ję­cia Universalu. Gdyby zdołał wymienić obligacje na akcje, stałby się naj­wię­kszym akcjonariuszem. Universal oskarżył Polsat o zamiar "wrogiego przejęcia" i z kolei zaoferował akcje Polsatu jego zachodnim konkurentom, w tym koncernowi ITI, właścicielowi TVN.

W maju 1998, po trzech miesiącach wojny, doszło do ugody. Polsat odkupił swoje akcje od Universalu za 120 mln zł. Universal zarobił więc na nich w ciągu trzech lat 400 proc.! Większość tej sumy zabrał bank, który udzielił kredytu pod zastaw akcji Polsatu.

Wiesław Kaczmarek: - Universal był przychylny SdRP, finansował nasze kampanie wyborcze

Przywieczerski starał się pozyskać także polityków przeciwnego obozu: "Nasza firma jest typowym konglomeratem środowiskowym. Jednym z czło­n­ków rady nadzorczej jest Jacek Merkel, były wiceprzewodniczący >Solidarności<, zastępca Wałęsy" ("Przekrój", 28.05.1995). O Merklu mówił publicznie "mój przyjaciel".

- Poznaliśmy się w 1991, gdy prowadziłem kampanię prezydencką Le­cha Wałęsy. Któregoś dnia do naszego sztabu przyszedł Przywieczerski i zaoferował pomoc finansową - wspomina Merkel

 

Jacek Merkel
 
 Merkel trafił do rady nadzorczej Universalu, gdy w 1993 r. liberałowie przegrali wybory do Sejmu, a on przestał być posłem.

Na liście członków rady nadzorczej w jed­nym z prospektów Universalu był także in­ny liberał Andrzej Arendarski, minister współ­pra­cy gospodarczej w rządzie Su­cho­c­kiej, były szef Krajowej Izby Gos­po­dar­czej.

Siedzibą Universalu był 13-piętrowy wie­żo­wiec w centrum Warszawy. Wybudowano go w końcu lat 60. Był przedmiotem oso­bli­wej transakcji między Universalem a Bankiem Inicjatyw Gospodarczych. W 1993 r. Universal sprzedał go bankowi po to, by go odkupić w 1994 r. Transakcja ukazuje, jak Universal działa i jak w trudnych chwilach potrafił utrzymać się na powierzchni.

Dzięki sprzedaży wieżowca Universal w 1993 r. nie miał długów i mógł nawet pochwalić się zyskiem. W 1994 r. wyemitował nowe akcje, zarobił na nich, wyszedł na prostą i odkupił wieżowiec. Wszyscy byli zadowoleni: BIG dostał swoje pieniądze, a Universal - siedzibę.

Być może Przywieczerski liczył na kolejne takie transakcje z BIG-iem; w koń­cu w 1989 r. był jednym z jego założycieli, a BIG miał akcje Universalu (prawie 11 proc.). Ale prezes BIG-u Bogusław Kott postanowił wziąć roz­wód z Universalem i w 1993 r. sprzedał jego akcje.

W lutym 1998 "Trybuna" zamieściła cykl artykułów: "Warto inwestować w akcje Universalu". "Ta spółka ma przyszłość", "Giełda powie prawdę".

W maju do wieżowca Universalu zapukał komornik. W imieniu dwóch banków: Banku Rozwoju Eksportu i BIG Banku Gdańskiego zażądał zwrotu kilkunastu milionów złotych. Gdy ich nie otrzymał, zablokował konta firmy. W czerwcu do sądu wpłynął wniosek o upadłość Universalu. Zażądał jej austriacki Raiffeisen Centrobank. Bank ten organizował emisję tzw. bonów dłużnych Universalu. W uproszczeniu - to rodzaj pożyczki udzielanej spółce przez inwestorów. Na bony Universalu zabrakło jednak chętnych, a na wy­ku­pie­nie tych, które były w obiegu z wcześniejszej emisji, Universal nie miał pieniędzy.

"Trybuna" oskarżyła w tytule: "Banki napędziły kłopoty".

Od lutego do sierpnia 1998 cena akcji Universalu spadła z 6 do 2 zł.

Holding Universal składał się w 1997 r. z 51 firm (12 za granicą). W 34 spółka-matka miała ponad połowę udziałów, a w 17 pozostałych - co naj­mniej 20 proc. Z giełdowych raportów trudno czegokolwiek się dowiedzieć. Nie wiadomo, czym zajmują się niektóre spółki za granicą. Nie ma nawet informacji o związku Universalu z "Trybuną". Pada tylko nazwa właściciela jej wydawcy, Fundacji "Bliżej Świata", i jest wiadomość, że Universal sku­pu­je wielomilionowe długi fundacji.

Na początku stycznia 1999 Komisja Papierów Wartościowych i Giełd wy­klu­czy­ła akcje Universalu z obrotu publicznego. Oznacza to wy­rzu­ce­nie z giełdy. Za to, że Universal nie informował o wydarzeniach, które do­pro­wa­dzi­ły go nad krawędź bankructwa.

Pod koniec 1998 r. straty Universalu sięgnęły zawrotnej sumy 230 mln zł! Ale Universal zdołał uniknąć upadłości. Zawarł z wierzycielami układ. Sąd zatwierdził go w styczniu 1999, już po decyzji KPWiG o wykluczeniu akcji Universalu z publicznego obrotu.

Universal obiecał wierzycielom, że w ciągu czterech lat spłaci 60 proc. dłu­gów. Na takie warunki musieli zgodzić się wierzyciele, na których przypada ponad dwie trzecie długów.

Universal miał ułatwione zadanie. Wszystkie jego długi objęte układem to 339 mln zł. Z tego aż 106 mln zł (czyli jedna trzecia) skupiona jest w ręku firmy UnivComp, która należy do holdingu Universal. Dla porównania - na wierzycieli, którzy zgodzili się na układ, przypada "tylko" 94 mln zł (m.in. Pekao SA, Bank Handlowy International, AmerBank, KGHM Polska Miedź). Przeciwni układowi byli m.in. Raiffeisen, BGŻ i BPH.

Politycy SLD twierdzili, że z Raiffeisenem związany był niegdyś minister skarbu Emil Wąsacz (AWS). Był prezesem konsorcjum Raiffeisen Atkins, firmy zarządzającej Narodowym Funduszem Inwestycyjnym "Progress".

Splajtowała też kolejna spółka należąca do Universalu - Fabryka Kuchenek Gazowych "Acanta" (dawniej Polmetal) w Radomiu. Złośliwy los sprawił, że upadłość ogłoszono w dniach, kiedy w Radomiu obchodzono rocznicę wydarzeń czerwcowych z 1976 r. 700 robotników fabryki wyszło na ulice. Krzyczeli jak 20 lat wcześniej: "Chleba i płacy!". I tak jak przed laty okrzyki były skierowane do Dariusza Tytusa Przywieczerskiego.

Był barwną postacią schyłku socjalizmu. Symbolizował wtedy namiastkę wolnego rynku. Chciał się odnaleźć w latach 90., ale jego firma nie prze­sz­ła próby - mówi Janusz Lewandowski, b. minister prywatyzacji.

 

Janusz Lewandowski
 
Gdy Dariusz Przywieczerski wpadł w kłopoty, rodzinne więzi wygrały z wieloletnim zwią­z­kiem. Przez wiele lat jego partnerką życiową i wspólniczką w biznesach była Janina Chim. Kiedyś zwierzył się dziennikarzowi „Dzien­ni­ka”, że nikomu nie może ufać – „może z wy­ją­t­kiem Janki”. Gdy on szefował Universalowi, ona była tam kierownikiem działu. Po­czą­t­ko­wo nie obnosili się ze swym związkiem – ona mężatka, on żonaty. W 1989 r. zmarł jej mąż. Wielu tych, którzy poznali Przywieczerskiego i Chim po tej dacie, było przekonanych, że są małżeństwem – bywali razem, publicznie okazywali sobie uczucia. W 1989 r. Chim została wicedyrektorem FOZZ. Rok później wraz z szefem FOZZ Grzegorzem Żemkiem i Przywieczerskim zarejestrowali firmę Trast. Potem miało okazać się, że na jej założenie zaciągnęli kredyty – łącznie ponad 500 tys. dol. (z tego 167 tys. Przywieczerski), których zabezpieczeniem były środki FOZZ. Pożyczki nie spłacili i bank ściągnął je z konta Funduszu. To tylko jedna z transakcji, które wspólnie przeprowadzili, a na których stracił Fundusz.

 

Grzegorz Żemek i Janina Chim
 
W 1991r. Żemka i Chim are­szto­wa­no. Ona – wów­czas 41-latka, matka dwóch do­ro­s­łych córek, od dwóch lat wdo­wa, była w drugim mie­sią­cu ciąży. Wypuścili ją z are­sztu na dwa tygodnie przed narodzinami syna Ale­k­san­dra. Zamieszkała wraz z nim u starszej córki, 22-let­niej Urszuli. Regularnie – raz, dwa razy w tygodniu odwiedzał ich Przywieczerski. Po wyjściu z aresztu Chim próbowała prowadzić jeszcze własne biznesy – ostatni padł w 2002r. Potem utrzymywała ją córka. Z trudem wiązały koniec z końcem.

W 2005 r. za zagarnięcie wspólnie z Żemkiem i Przywieczerskim 3,5 mln zł z FOZZ i narażenie Funduszu na stratę co najmniej 19 mld zł – poprzez ich przelewanie na konta różnych spółek (m.in. związanych z Dariuszem Przywieczerskim) – sąd skazał Chim na 6,5 roku więzienia. Odsiedziała trzy. Gdy trafiła za kraty, dziennikarka „Polityki” spytała ją o Przy­wie­cze­r­skie­go. Przekonywała, że jest niewinny tak jak ona. „Uciekł, bo zdał sobie spra­wę z nieobiektywności procesu”.

Jeszcze w czasie trwania procesu rozpłynął się majątek Przywieczerskiego. Nieoficjalnie wiadomo, że część dobytku w Polsce przepisał na żonę Zofię, dziennikarkę. Córka Anna i syn Tomasz firmowali spółki, które przez jakiś czas były właścicielami firmy Ad Novum – wydawcy „Trybuny”. Anna – spółkę ATH, Tomasz – ATZ. Choć wtajemniczeni twierdzą, że Przywieczerski nigdy nie oddał im kontroli nad gazetą.

W 2004 r., w trakcie procesu FOZZ, Przywieczerski oświadczył sądowi, że nie ma pracy. Żyje z tego, co mu przyśle córka. Anna mieszkała już wówczas w Wielkiej Brytanii, miesiąc przed zakończeniem procesu FOZZ wzięła tam ślub i zmieniła nazwisko na Roberts. Prawdopodobnie to właśnie w Anglii schronił się początkowo przed więzieniem Przywieczerski. Zarejestrowane tam były wówczas co najmniej dwie kontrolowane przez niego spółki – Harsley Dean Ltd. oraz The Pendle Trust Ltd. Dyrektorami obu byli Przywieczerski, jego córka Anna oraz były pracownik FOZZ Radosław Musiał. Druga z tych spółek była niegdyś dystrybutorem Zelmera na Wyspach.

W 2006 r. okazało się, że Przywieczerski jest w USA. Interpol namierzył go w niewielkim miasteczku w stanie New Jersey. Prowadzi firmę handlującą gwoździami, drewnianymi panelami i sprzętem Zelmera. Jak ustaliliśmy, do Stanów ściągnął także swojego syna Tomasza. Do niego należy dziś rezydencja w Apollo Beach na Florydzie, którą cztery lata temu Dariusz Przywieczerski kupił za pół miliona dolarów. On sam – według oficjalnego rejestru hrabstwa Manatee na Florydzie – jest właścicielem innej re­zy­den­cji – w Bradenton.

Od 2006 r. polskie władze zabiegają o jego ekstradycję. Parę lat temu wła­dze USA zażądały uzupełnienia wniosku.

Do dziś poszukiwany jest listem gończym.

W 2008 roku ustalono jego miejsce pobytu na USA, a urzędnicy Mi­ni­ster­stwa Sprawiedliwości odpowiadający za wnioski o ekstradycje, dysponują jego adresem i aktualnym numerem telefonu. Przedstawiciele władz USA nie chcą wydać poszukiwanego, a proces ekstradycyjny ciągnie się od kil­ku lat. Pojawiły się informacje, że do ekstradycji nie dojdzie, bo Przy­wie­cze­r­ski podjął współpracę z wywiadem USA – CIA.

 

 
FOZZ Informacja Wojskowa i inne tabu - wykład z 2006 roku
 
 
https://www.youtube.com/watch?v=MP7VFZk8a9g 
 
 
 www.yelita.pl

 

niedziela, 15 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                               Andrzej Piechocki

 

Andrzej Piechocki
 

 Piechocki to prezes i współwłaściciel no­to­wa­nej na giełdzie grupy tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nej MNI. Z polityką był jednak związany już od lat 90. Należał do grona naj­bar­dziej zaufanych ludzi SLDowskiego po­li­ty­ka Wiesława Kaczmarka. Gdy pełnił on funkcję ministra przekształceń wła­sno­ścio­wych, a potem ministra skarbu, Piechocki był jego doradcą.

 

Wiesław Kaczmarek SLD

 
 Jako urzędnik państwowy uczestniczył w naj­wię­k­szych polskich prywatyzacjach, m.in. prze­my­słu tytoniowego. Jego rola przy niektórych transakcjach wzbudziła poważne wąt­pli­wo­ści Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach i Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Śled­czy postawili mu wraz z m.in. gen. Gro­mo­sła­wem Czempińskim, byłym szefem Urzędu Och­ro­ny Państwa, i Michałem Tomczakiem, znanym warszawskim ad­wo­ka­tem, zarzuty prania brudnych pieniędzy i korupcji przy prywatyzacji m.in. STOEN i PLL LOT.

 

gen. Gromosław Czempiński

 

Na konta spółek związanych z Piechockim miała bowiem trafić część pieniędzy prze­ka­za­nych firmom doradczym przez niemiecki kon­cern RWE (nabył STOEN w 2002 r.) i szwa­j­ca­rski holding Sair Group (nabywcy w 1999 r. 25 proc. akcji PLL LOT). Według katowickich śledczych były to ukryte ła­pów­ki za za­koń­cze­nie sukcesem tran­s­ak­cji pry­wa­ty­za­cyj­nych.

Piechocki przekonuje, że jest niewinny. Z nieoficjalnych informacji „GPC” wynika, że akt oskarżenia przeciwko Piechockiemu ma trafić do sądu pod koniec roku.

Co udało się na temat biznesmena zgromadzić katowickim śledczym? Z akt śledztwa wiadomo, że Piechocki przez lata robił interesy m.in. z gangsterem Piotrem Baczkowskim pseudonim „Łapa”. Obecnie jest on poszukiwany listem gończym. Na początku 2011 r. zapadł się bowiem pod ziemię. W 2001 r. Baczkowski został skazany za wyłudzenie kilkunastu milionów marek niemieckich z banku BGŻ. Z kolei dziesięć lat później sąd uznał go za winnego kierowania zorganizowaną grupą przestępczą wyłudzającą na terenie Krakowa pożydowskie kamienice.

Biznesmen Andrzej Piechocki, doradca Wiesława Kaczmarka, SLD-ow­skie­go ministra skarbu, podejrzany o pranie brudnych pieniędzy i korupcję przy najważniejszych polskich prywatyzacjach, chciał ubiegac się o mandat senatora z Mazowsza.


Andrzej Piechocki zrezygnował z funkcji prezesa MNI - poinformowało w giełdowym komunikacie MNI.

Jak podała spółka umotywował decyzję brakiem przekonania ak­cjo­na­riu­szy do słuszności strategii przyjętej przez MNI.

To o tyle interesujące wyjaśnienie, że Andrzej Piechocki jest głównym ak­cjo­na­riu­szem giełdowej spółki. Przynajmniej według danych GPW, kon­tro­lu­je w sumie około 26,6 proc. akcji firmy, a sama spółka kolejne 13 proc. akcji własnych. Jedynym podmiotem, który posiada ponad 5 proc. walorów MNI jest NN OFE.

Ponadto warto zauważyć, że Andrzej Piechocki ogłosił decyzję o rezygnacji z kierowania MNI w chwili, gdy kurs akcji spółki sięga 16 groszy po spadku z 90 groszy w lutym 2016 r., a na 21 lutego zwołano walne zgromadzenie mające decydować o wyrażeniu zgody na nabycie przez spółkę akcji wła­s­nych, umorzenie 9 akcji własnych, obniżenie kapitału zakładowego i os­ta­tecz­nie scalenie akcji w stosunku 10:1.

MNI przez ostatnie 2-3 lata przekonywało w komunikatach giełdowych, że wycofuje się z biznesu telekomunikacyjnego. Dokonało szeregu operacji przy współudziale niegdyś zależnego od siebie Hyperiona, udziałowca Małopolskiej Sieci Szerokopasmowej, zmniejszając w nim zaangażowanie i przekazując mu sieci telekomunikacyjne z portfela.

Niedawno ogłosiło jednak, że w wyniku nie dojścia do skutku czynności z 2015 r. ponownie ma ponad 20,6 proc. głosów na walnym zgromadzeniu Hyperiona.

MSS budowała w ostatnich latach regionalną sieć szerokopasmową przy udziale środków unijnych. Województwo ma zastrzeżenia do realizacji pro­je­k­tów i nie wypłaciło MSS całej dotacji, zażądało wręcz zwrotu części kwoty.

Piotr Majchrzak, który poprzez spółkę Vogebue kupił spory pakiet Hy­pe­rio­na i był prezesem tej spółki – zrezygnował z funkcji.

Piechocki był w latach 1993-2002 związany z Ministerstwem Skarbu, Ministerstwem Przekształceń Własnościowych oraz Ministerstwem Gos­po­dar­ki jako doradca i radca ministra. Według katowickiej prokuratury miał być zamieszany w korupcję przy kilku prywatyzacjach, m.in. PLL LOT oraz STOEN, wyprowadzanie środków z prywatnych firm i przelewanie ich na konta zagranicznych firm oraz pranie brudnych pieniędzy pochodzących z przestępstw, które dokonywane było poprzez szereg skomplikowanych operacji finansowych w kraju i za granicą.

Piechocki ma w tej sprawie status osoby podejrzanej.

Pod koniec 2011 r. prokurator zastosował wobec Piechockiego poręczenie majątkowe na 3 mln zł oraz zakaz opuszczania kraju, połączony z za­trzy­ma­niem paszportu. Po kilku miesiącach Piechocki starał się o zgodę na jed­no­ra­zo­wy wyjazd za granicę, a gdy prokurator odmówił, obrońca Pie­cho­ckie­go złożył zażalenie do sądu w Katowicach. Sąd je jednak oddalił, a w tym samym czasie prokurator podniósł zabezpieczenie majątkowe do 5,5 mln zł. Piechocki ponownie złożył zażalenie - tym razem na wysokość zabezpieczenia majątkowego - ale Sąd Rejonowy w Katowicach ponownie go nie uwzględnił.

W czerwcu 2012 r. Piechocki złożył skargę do Trybunału Konstytucyjnego. Skarżył się na to, że - na podstawie obecnych przepisów ko­de­ksu po­stę­po­wa­nia karnego - nie mógł wziąć udziału w posiedzeniach sądu, gdy ten rozpatrywał jego zażalenia. To - jak twierdził - naruszyło jego prawa do obrony oraz do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy przez sąd.

 

Ewa Kopacz (PO)

 

W obronie Piechockiego stanęła też mar­sza­łek Sejmu Ewa Kopacz oraz rze­cz­nik praw obywatelskich Irena Li­po­wicz. W stanowisku przesłanym do TK obie zwróciły uwagę na to, że na pod­sta­wie obecnych przepisów sąd może po­wia­do­mić oskarżonego o terminie i miej­scu posiedzenia sądu, ale nie musi - de­cy­zja należy wyłącznie do sądu.


Inne zdanie w tej sprawie zajął prokurator generalny - uznał, że skarga Piechockiego była niedopuszczalna.

Podobnie stwierdził Trybunał Konstytucyjny, gdy kilka dni temu, na po­sie­dze­niu niejawnym, rozpatrywał skargę Piechockiego. Uznał, że skarga była niedopuszczalna z powodów formalnych. Zdanie odrębne od pos­ta­no­wie­nia TK zgłosił sędzia Wojciech Hermeliński. Jego zdaniem Trybunał nie powinien umarzać postępowania w tej sprawie, tylko wydać wyrok.

Wcześniej Trybunał nie uwzględnił również wniosku Piechockiego o wstrzy­ma­nie wykonania postanowienia prokuratury o zabezpieczeniu ma­ją­t­ko­wym. Piechocki argumentował, że 5,5- milionowe zabezpieczenie "może wywołać rażące i nieodwracalne skutki w jego majątku osobistym", a także uszczerbek w majątku firm, których akcje zostały objęte tym za­bez­pie­cze­niem.

Piechocki jest od 5 stycznia 2011 r. prezesem zarządu MNI S.A. - spółki notowanej na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. W lis­to­pa­dzie 2011 r. oświadczył w telewizji TVN CNBC, że nie chce, by mówiono o nim "Andrzej P.", tylko by podawano pełne nazwisko.

                                                                                                    www.yelita.pl

 

„Globalne ocieplenie” skuło mrozem niemieckie porty

 
https://www.youtube.com/watch?v=Uf3FpoaBGPg


Kiedy czołowe agencje klimatyczne i naukowcy opłacani przez lobby klimatystów przekonują, że miniony styczeń był „piątym najcieplejszym w historii pomiarów”, rzeczywistość za oknem mówi co innego. Mieszkańcy półkuli północnej, zwłaszcza Niemcy, mierzą się z jedną z najsurowszych zim ostatnich lat. Zamiast zapowiadanego ocieplenia, Europa zmaga się z paraliżem infrastruktury, który obnaża słabość aktualnej polityki energetycznej.

 Najjaskrawszym przykładem rozdźwięku między teorią ocieplenia a praktyką, bijącym po oczach, jest sytuacja w niemieckich portach. Terminal LNG na Rugii niemal całkowicie wstrzymał pracę. Dlaczego? Bo Bałtyk zamarzł! Niemieckie zatoki pokryły się grubą warstwą lodu, uniemożliwiając jednostkom dostarczającym skroplony gaz dobicie do nabrzeży.

Służby morskie pracują bez przerwy, dzień i w nocy, próbując udrożnić szlaki, lecz zima okazuje się być silniejszy od technologii. Terminal, który miał być gwarantem niezależności od rosyjskiego gazu, w kluczowym momencie stał się bezużyteczny z powodu mrozu… podczas jednej z „najcieplejszych zim w historii”.

Niemcy, które postawiły wszystko na jedną kartę – rezygnację z węgla i atomu na rzecz gazu i OZE – znalazły się w nieciekawej sytuacji. Kolejne fale mrozów z temperaturami spadającymi do -15°C drenują zapasy paliw w zastraszającym tempie, a kolejne mroźne tygodnie mogą doprowadzić do krytycznej sytuacji. Niemcom grozi wręcz… reglamentacja energii!

Pytanie o rzetelność danych podawanych przez aktywistów klimatycznych powraca ze zdwojoną siłą. Jak to możliwe, że styczeń, który przyniósł rekordowe mrozy i sparaliżował transport w Skandynawii, Niemczech i Polsce, jest przedstawiany w mediach jako rekordowo ciepły?

Wiele wskazuje na to, że mamy do czynienia z kreatywnym dobieraniem punktów pomiarowych, wybiórczością (jeden cieplejszy dzień nie przesądza o temperaturze w całym miesiącu) lub globalnym uśrednianiem danych w taki sposób, aby nie zaburzać narracji o nieuchronnej katastrofie globalnego ocieplenia. Przecież „planeta płonie”!

Autorstwo: Aurelia
Na podstawie: NordKirier.de
Źródło: WolneMedia.net

sobota, 14 lutego 2026

                                   AFERZYŚCI ELIT

                                                               Waldemar Pawlak

 


 

(ur. 5 września 1959 w Modelu) – polityk, dwukrotny prezes Rady Ministrów: w 1992 (nie stworzył rządu) oraz w latach 1993–1995. Zapalony myśliwy.

Działacz ZSL (Czerwoni ludowcy) oraz PSL i prezes tej partii w latach 1991–1997 oraz 2005– 2012, poseł na Sejm nieprzerwanie od 1989 (X, I, II, III, IV, V, VI i VII kadencji), prezes Zarządu Głównego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych. W latach 2007–2012 wiceprezes Rady Ministrów i minister gospodarki w pierwszym i drugim rządzie Donalda Tuska. Kandydat w wyborach prezydenckich w 1995 i w 2010.

Polski goj na usługach międzynarodowego lobby uboju rytualnego zwierząt (żydowskiego i muzułmańskiego), zwolennik mor­dów ry­tu­al­nych czy­li pod­rzy­na­nia zwie­rząt na żywca bez ich ogłuszania!

Pawlak należy do pionierów naszej gospodarki rynkowej i, zarazem, komputeryzacji! Otóż, w roku 1984 pojawiła się pierwsza spółka nomenklaturowa. Nazywała się „Agrotechnika” a zorganizowali ją aktywiści Związku Młodzieży Wiejskiej oraz specjaliści z Wojskowej Akademii Technicznej (tej samej WAT, którą tak mocno umiłowali sobie panowie z WSI – jak wynika z raportu likwidacyjnego WSI)

„Agrotechnika” korzystając z kredytu Banku Światowego przeznaczonego na modernizację sektora rolniczego zajmowała się sprowadzaniem do Polski sprzętu komputerowego, także objętego embargiem – państwa zachodnie nie miały bowiem ochoty udostępniać krajom bloku wschodniego produktów zaawansowanej technologii, zwłaszcza, że mogły być one wykorzystane przez wojsko, czy służby specjalne. I pozyskiwaniem takiego – między innymi – sprzętu zajmowała się właśnie „Agrotechnika”. Zresztą – nie tylko na potrzeby krajowe. Sprzęt szedł też na wschód – do Związku Sowieckiego i faktycznie – ponoć – wykorzystywano go tam do komputeryzacji spec-służb. Nie trzeba być znawcą stosunków panujących w krajach realnego socjalizmu, by domniemywać, że przedsięwzięcia w rodzaju „Agrotechniki” musiały być wzdłuż i wszerz obsadzone przez funkcjonariuszy i agentów, najprawdopodobniej, „wojskówki”a w „Agrotechnice” działał Waldemar Pawlak.

Pawlak zrobił później błyskotliwą i błyskawiczną karierę – w 1985 wstępuje do ZSL(czerwoni ludowcy), w 1989 zostaje posłem, w 1991 jest już prezesem NKW PSL, w 1992 – w wieku 33 lat – dostaje misję tworzenia rządu… I to po „nocy teczek”, w momencie największego kryzysu III RP! Z tworzeniem rządu nie poszło Pawlakowi najlepiej, czy jednak „33 dni Pawlaka” to faktycznie była klęska? Jak ujęła to w „Rz” pani Subotić dla Wałęsy Pawlak był „narzędziem do czyszczenia archiwów i służb specjalnych z ludzi Olszewskiego” i „swoje zadanie wykonał”. Więc – w sumie – sukces…

5 czerwca 1992 został desygnowany przez prezydenta Lecha Wałęsę i Sejm RP na urząd premiera. 10 lipca 1992 misja stworzenia chrześcijańsko-ludowo-liberalnego rządu zakończyła się niepowodzeniem (tzw. 33 dni Pawlaka).

Ponownie został premierem po wyborach parlamentarnych w 1993 i stworzeniu rządu koalicyjnego SLD-PSL. W marcu 1995 jego rząd został odwołany na drodze konstruktywnego wotum nieufności, w którym koalicja SLD i PSL wskazała jako kandydata premiera Józefa Oleksego.

Z okresem jego rządów wiązała się sprawa tzw. trójkąta Buchacza

W październiku 2010 roku, Pawlak podpisał umowę z wicepremierem rosyjskiego rządu Igorem Sieczininem na dostawy gazu do Polski.. Porozumienie to, to nie tylko nasza porażka ale teżsuper afera . Postanowienia to zawiera skrajnie dla nas niekorzystne zapisy. Pokazuje, jak rząd nie jest w stanie lub nie chce dochodzić interesów kraju który reprezentuje.

Po pierwsze umowa zmienia kontrakt jamalski podpisany w 1993 r. Według nowej umowy aż do 2022 będziemy kupować od Rosji więcej gazu niż potrzebujemy, bez prawa odsprzedaży. Artykuł 1 protokołu zobowiązuje Polskę do zakupu już w 2011 roku łącznie 10,5 mld m3, a w latach 2012-2022 ma to być 11 mld m3 rocznie. (Wcześniej wystarczało nam 7,4 mld) Strony zobowiązały się również do tego, że „Wielkości dostaw po 2022 roku będą uzgodnione dodatkowo”. Zmieniono również artykuł 4 protokołu dodatkowego, wprowadzając tam zapis który mówi, by strony w możliwie krótkim terminie podpisały nowy kontrakt na przesył gazu w latach 2020-2045 w wysokości około 28 mld m3 rocznie”. 11 mld m3 zakontraktowane na mocy protokołów dodatkowych z 29 października 2010 roku to ilość znacznie przekraczająca polskie zapotrzebowanie na gaz. Z kolei po 2022 roku będzie to ilość niemal cztery razy większa od naszych potrzeb?! Kuriozum stanowi nie tylko ilość zakontraktowanego gazu ale również to, że w 1993 roku Polska zobowiązała się, że gazu z Rosji którego nie wykorzysta, nie będzie sprzedawać innym krajom. Będziemy zmuszeni ten gaz magazynować. To wszystko zostało podpisane w przeddzień uruchomienia wydobycia gazu łupkowego w Polsce!!! Co więcej takie posunięcia z góry przekreślają dywersyfikację źródeł od innych odbiorców.

Kolejna sprawa to utrata kontroli nad EuRoPol Gazem SA (poprzez podział akcji), spółki która miała wpływ na ustalanie cen przesyłu. Rząd Polski zgodził się także na ceny przesyłu nie uwzględniające unijnych przepisów, co może skutkować karami nałożonymi przez Komisję Europejską. Co więcej, Polska umorzyła Gazpromowi 1,2 mld złotych długu!!! Autor który wyświetlił te szczegóły Leszek Szymowski pisze: "Mamy więc do czynienia z gigantyczną aferą, której skutki będziemy odczuwać przez co najmniej 11 lat.".

Zapytajmy więc kim jest w takim razie minister Pawlak, skoro pozwala sobie na podpisanie umowy całkowicie uzależniającej nas od Gazpromu i narażającej nas na inne fatalne w skutkach rezultaty takich działań? Z jednej strony można przypuszczać, że ktoś kto podpisuje tak niekorzystną dla siebie umowę jest skończonym głupcem. Bo powiedzmy sobie szczerze tylko głupiec może coś takiego podpisać. Z drugiej zaś strony min. Pawlak znowu takim głupcem być nie może i zapewne nie jest. Był premierem, był ministrem, od dobrych kilku lat jest jak nie w rządzie to w ławach sejmowych. Wiedział gdzie być w danym momencie, jak i gdzie się zakręcić by dojść do takiego stanowiska, a przez lata wykonywania tej posady nabrał już sporego doświadczenia. Raczej trudno go podejrzewać, że jest jakimś głupcem. No, ale skoro nie stan umysłu to co skłoniło ministra prawie 38 milionowego kraju by podpisać taką umowę?

Druga rzecz która nasuwa się jako przypuszczenie to być może fakt przekupienia ministra Pawlaka. Po prostu Waldemar Pawlak wiedział, że podpisuje skrajnie niekorzystną dla kraju umowę lecz rozterki sumienia zagłuszyła mu suma jaką do kieszeni wsunął mu Gazprom. Być może zadział ten sam chwyt co w przypadku Schroedera, kiedy to kanclerz Niemiec zostaje współpracownikiem Gazpromu. Być może Gazprom zafundował Pawlakowi godziwą emeryturę za biurkiem w Gazpromie. Tego nie wiemy – przynajmniej teraz.

Jest i trzecia możliwość takiego położenia naszego interesu – szantaż. Być może w któryś piękny wieczór stanęła u drzwi Pawlaka załoga dwóch smutnych panów. Rozmowa trwała krótko ale na tyle dosadnie, że min. Pawlak w mgnieniu oka zrozumiał, że są jednak siły wyższe wśród których ministerialne podskoki nie robią żadnego wrażenia. Być może panowie dali naszemu ministrowi do zrozumienia, że posiadają takie informacje, których ujawnienie w przeciągu trzech dni zmiecie ten cały rząd w historyczny niebyt. Strach przed smutnymi panami, którzy składają niezapowiedziane wizyty ale i przed możliwością pożegnania się z polityką czy kompromitacją był silniejszy.

Czy są jeszcze jakieś inne powody z tych trzech podpisania takiej umowy? Niestety w całej tej historyjce jesteśmy skazani tylko i wyłącznie na domysły, a że Waldemar Pawlak nie wyjawił nam skąd pomysły na taką niekorzystną umowę to domyślać się nam można. Niewątpliwie jednak jeden z tych punktów zaistniał. Coś lub ktoś musiało min. Pawlaka popchnąć do wykonania takiego czynu. Kim jest zatem Waldemar Pawlak i co spowodowało, że nie zawahał się podpisać skrajnie niekorzystnej dla nas umowy, szczególnie w kontekście wyłaniającej się perspektywy wydobycia naszego rodzimego gazu łupkowego? To bardzo ciekawa sprawa.

21 kwietnia 2010 zadeklarował start w przedterminowych wyborach prezydenckich z ramienia PSL. 6 maja 2010 został zarejestrowany jako kandydat przez PKW. W pierwszej turze zajął 5. miejsce spośród 10 kandydatów. 20 maja 2010 został powołany przez tymczasowo wykonującego obowiązki Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego w skład Rady Bezpieczeństwa Narodowego, z której został odwołany 11 grudnia 2012. W 2011 został przewodniczącym honorowego komitetu ds. obchodów jubileuszu 80 lat "Zielonego Sztandaru".

Po wyborach parlamentarnych w 2011, , zachował stanowiska wicepremiera i ministra gospodarki w drugim rządzie Donalda Tuska.

17 listopada 2012 podczas XI kongresu PSL w Pruszkowie bez powodzenia ubiegał się o ponowny wybór na prezesa PSL. W głosowaniu otrzymał 530 głosów, przegrywając z Januszem Piechocińskim, na którego zagłosowało 547 delegatów. Dwa dni później ogłosił podanie się do dymisji (przyjętej następnie przez premiera Donalda Tuska) z funkcji wicepremiera i ministra gospodarki. Odwołany został 27 listopada.

Nepotyzm Pawlaka

Wicepremier zbudował wokół siebie towarzysko-biznesowy układ. Zaufani Pawlaka żyją dzięki temu, że mogą uszczknąć trochę publicznego grosza. Czy to przypadek, że Plocman, firma kolegi wicepremiera jeszcze ze studiów, podpisuje kilka umów z ochotniczą strażą pożarną? Buduje system informatyczny, szkoli ludzi. A spółka 3i? Przez ostatnich 5 lat zarządzała nią Iwona Katarzyna Grzymała, konkubina Pawlaka. Firma buduje strażackie strony internetowe, wgrywa oprogramowanie do strażackich komputerów, a nawet prowadzi portiernię w Domu Strażaka.

Sam Pawlak, który jest szefem zarządu głównego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych, nie widzi w tym nic niestosownego.

Dziś wicepremier jest jednym najuboższych polityków. Mieszka w Żyrardowie, w pięknym 114- metrowym apartamencie. Ale nie jest u siebie, bo mieszkanie należy do jego partnerki życiowej. Ciekawe, że Iwona Katarzyna Grzymała nie kupiła lokalu od dewelopera, ale od firmy. Zresztą nieprzypadkowej. Zakładał ją sam Waldemar Pawlak, prezesem jest kolega lidera ludowców, z którym znają się także ze studenckich czasów. Po co warszawskiej spółce był potrzebny apartament w Żyrardowie? Od kogo firma wzięła pożyczkę, by go kupić? Dlaczego sprzedała go po roku przyjaciółce wicepremiera? Tego prezes spółki wyjaśnić nie chce.

Pawlak nie ma już żadnych udziałów w firmach, również tych, które żyją ze strażackich pieniędzy. Nie ma, bo wszystkie podarował albo sprzedał. Komu? Fundacji Partnerstwo dla Rozwoju. Oczywiście fundacja też nie jest przypadkowa. Jej prezydentem jest 71-letnia kobieta (2009)- Marianna Jadwiga Pawlak, rolniczka ze wsi Pacyna. prywatnie matka wicepremiera.

Jest jeszcze jeden problem. Pawlak, choć udziały w jednej ze spółek sprzedał ponad 3 lata temu, nigdy nie odnotował przypływu 45 tys. zł w oświadczeniu majątkowym. Dlaczego? Tłumaczy, że fundacja jego matki ma mu wypłacić pieniądze w ratach, w ciągu kilku lat. Udało nam się odnaleźć stosowne zapisy w sądzie - wynika z nich, że wicepremier już dawno powinien otrzymać większą część pieniędzy. Nie dostał gotówki czy ukrywa majątek, o co oskarża go małżonka Elżbieta Pawlak?

Pawlak wrócił na szczyty władzy pod koniec 2007 roku. Został wicepremierem, ministrem gospodarki, liderem koalicji rządowej. Wtedy też jego konkubina zaczęła dyskretnie wycofywać się ze spółek, które żyją ze strażackiego majątku. Przeszła do administracji państwowej. Została doradcą prezesa w Polskiej Organizacji Turystycznej. Potem na krótko trafiła do Konfederacji Pracodawców Polskich, którą kieruje Andrzej Malinowski, kolega Pawlaka. Wicepremier zarzeka się, że nie pomagał jej w karierze, a o wszystkim decydowały kompetencje 44-letniej eleganckiej ekonomistki z Ciechanowa.

Związek strażaków ochotników to wielka organizacja. Liczy 700 tysięcy członków skupionych w ponad 18 tysiącach oddziałów. Zarząd Główny, którego prezesem od lat jest Pawlak, kontroluje ogromny majątek. Nie są to prywatne fundusze, ale publiczne środki. Rocznie strażacy ochotnicy dostają między 50 a 60 milionów złotych dotacji, m.in. z resortów spraw wewnętrznych czy obrony. Z tych funduszy "towarzystwo Pawlaka" potrafi uszczknąć coś dla siebie.

Waldemar Pawlak nie ma czystego sumienia. Jako prezes strażaków ochotników pozwalał zarabiać firmie, w której przez pięć lat prezesowała jego konkubina. Co więcej - sam był udziałowcem spółki 3i i rzeczywiście kontroluje ją do dziś.
Pawlak w odpowiedziach na pytania podkreśla, że strażacki związek zawsze działa transparentnie - organizuje konkursy i przetargi.

Dyrektor Jerzy Maciak nie wspomina o konkursach i przetargach: "Firma 3i realizowała wiele ciekawych projektów. Zaproponowała nam współpracę." Związki lidera PSL z 3i datują się od początku lat dwutysięcznych. "Jej działalność była dla mnie interesująca z punktu widzenia zawodowego" - napisał nam Pawlak. Firma miała też inną zaletę, o której wicepremier nie wspomina - należała do dzieci jego kolegów strażaków.

Były prezesa 3i Tomasz Szkopka w galerii handlowej, prowadzi knajpę. w Płocku,mówi:
"Potrzebowaliśmy pieniędzy na rozwój. A Pawlaka znałem, bo to kolega mojego ojca, który działa w straży" - tłumaczy 32 letni dziś mężczyzna. Szkopek pochodzi z Dobrzykowa, leżącego 25 km od Pacyny, gdzie mieści się dom rodziny Pawlaków.
Zaraz po przyjściu Pawlaka do firmy zmieniła ona siedzibę i wynajęła pokój w siedzibie zarządu głównego strażaków - w centrum Warszawy, tuż koło uniwersytetu.
Dzięki temu ruchowi Pawlak mógł doglądać prywatnego interesu, bo w tym samym budynku zajmował gabinet prezesa Zarządu Głównego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych. Było to absurdalne, bo Pawlak był najemcą biura (jako udziałowiec 3i) i wynajmującym (jako szef strażaków).

W 2003 roku w spółce 3i doszło do rewolucji. Władzę przyjęła w niej konkubina Pawlaka - Iwona Katarzyna Grzymała oraz 23-letni wówczas Krzysztof Filiński (później szef Agencji Rozwoju Mazowsza z politycznego nadania). Pawlak nie pamięta, od kiedy zna Filińskiego. Filiński przypomina sobie, że Pawlaka "miał przyjemność poznać podczas jednej z konferencji informatycznych". Ciekawe, bo obaj są sąsiadami ze wsi Pacyna, która liczy 220 mieszkańców. Po przejęciu władzy przez konkubinę i sąsiada dotychczasowi wspólnicy, z Pawlakiem na czele, pozbyli się firmy. Podarowali udziały Fundacji Partnerstwo dla Rozwoju, związanej z ludźmi PSL.

Tak więc formalnie Pawlak pozbył się udziałów i związków z 3i jeszcze w 2003 r. Ale tylko pozornie.

Minęły ledwie trzy miesiące, a Pawlak został prezydentem fundacji. Dziś prezydentem już nie jest. Co nie oznacza, że stracił wpływ na organizację. Dlaczego? Jeszcze w 2006 r. przekazał pełnię władzy innej osobie. Komu? Swojej matce Mariannie Jadwidze Pawlak. W ten sposób 71-letnia kobieta dowodzi organizacją, która jest właścicielem 3i, spółki wyrosłej na strażackiej kasie.

"O ile wiem, wspólnie z zarządem dobrze radzi sobie ze sprawowaniem funkcji" - chwali matkę wicepremier.

Niejasne interesy prywatnych spółek powiązanych z Waldemarem Pawlakiem i ze strażą pożarną, której szefem jest wicepremier z PSL, to niejedyny grzech na sumieniu lidera ludowców. Były szef PSL Janusz Wojciechowski, przypomina, że Pawlak wciąż nie wyjaśnił okoliczności sprzedaży siedziby partii w Warszawie.

"Ta sprawa jest wciąż otwarta. Ucichła, bo partyjni koledzy Pawlaka przymknęli na nią oko, a ci, którzy domagali się wyjaśnień, zostali wyrzuceni z partii" -mówi Janusz Wojciechowski, polityk i były szef Ludowców.;'

Przypomina, że Pawlak sprzedał siedzibę PSL przy ulicy Grzybowskiej bez przetargu, bez zgody i bez wiedzy Rady Naczelnej Stronnictwa. Po cenie, zdaniem Wojciechowskiego, o wiele niższej niż rynkowa. Według wiedzy byłego prezesa, budynek został sprzedany za 60 mln zł, a powstająca na jej miejscu inwestycja jest warta 10 razy więcej.

W 2013 roku został bohaterem kolejnej afery – Afery Uboju Rytualnego.

Afera wybuchła na początku 2013 roku na skutek prób„siłowego” zalegalizowania w Polsce, krwawego i okrutnego uboju rytualnego zwierząt pod naciskiem międzynarodowego lobby ubojowego, którego interesy reprezentuje Minister Rolnictwa – Stanisław Kalemba i PSL!!!

Ubój rytualny zakazany w Polsce. Za było 222 posłów, przeciw 178, wstrzymało się dziewięciu. Przeciwko była większość klubu PO, cały klub PSL i większość klubu Solidarnej Polski. Za zakazem był prawie cały PiS, większość klubu SLD i cały Ruch Palikota.

Waldemar Pawlak głosował za ubojem rytualnym tak jak cały klub PSL!

Po przegranym głosowaniu w Sejmie w dniu 12.07.2013 roku – reprezentujący międzynarodowe lobby ubojowe w Polsce - Minister Rolnictwa - Stanisław Kalemba z PSL udał się do Brukseli aby doradzać organizacjom żydowskim jak mają zniszczyć Polskę po wprowadzonym zakazie.

Również kosher-minister w rządzie Tuska - szef MAC Michał Boni vel Jakub Bauer wystąpił do Rządowego Centrum Legislacji o pilną interpretację, czy po odrzuceniu w Sejmie projektu o uboju rytualnym możliwy jest ubój dla potrzeb mniejszości wyznaniowych w Polsce. Boni-Bauer spotkałsię na naradzie z naczelnym rabinem w Polsce i z wielkim muftim w RP.

Głosowanie przez Pawlaka i PSL za legalizacją w Polsce bar­ba­rzyń­skie­go uboju rytualnego zwierząt będzie przysłowiowym - ...gwoździem do trumny politycznej!

Odznaczenia

  • Krzyż Wielki Orderu Zasługi – 2008, Portugalia
  • Wielki Krzyż Komandorski Orderu "Za Zasługi dla Litwy" – 2009, Litwa

piątek, 13 lutego 2026

                                    AFERZYŚCI ELIT

                                                               Mirosław Milewski


 

Mirosław Milewski (ur. 1 maja 1928 w Lipsku nad Biebrzą, zm. 23 lutego 2008 w Warszawie) – generał dywizji Milicji Obywatelskiej, działacz komunistyczny, stalinowski oprawca.

Pracował w stalinowskim aparacie bezpieczeństwa od 1944 roku. Przeszedł wszystkie szczeble kariery. Zaczynał w Urzędzie Bezpieczeństwa w Augus­to­wie, związany był ze zbrodniczą obławą augustowską.

Od 10 do 25 lipca 1945 regularne oddziały Armii Czerwonej należące do 3 Frontu Białoruskiego i jednostki 62 Dywizji Wojsk Wewnętrznych NKWD (w tym 385 Pułk Strzelecki Wojsk Wewnętrznych NKWD), osłaniane i wspomagane przez UB i 110-osobowy pododdział 1 Praskiego Pułku Piechoty, przeprowadziły szeroko zakrojoną akcję pacyfikacyjną obejmującą tereny Puszczy Augustowskiej i jej okolic. Wśród żołnierzy polskich wspomagających Rosjan szczególnie aktywny udział w pacyfikacji brał późniejszy szef MSW Mirosław Milewski. Oddziały radzieckie otaczały tamtejsze wsie, aresztując ich mieszkańców podejrzanych o kontakty z partyzantką. Zatrzymano ponad 7 tys. osób, które więziono w ponad pięćdziesięciu miejscach. Sowieci utworzyli obozy filtracyjne, gdzie torturowano i przesłuchiwano zatrzymanych, przetrzymując ich skrępowanych drutem kolczastym w dołach zalanych wodą pod gołym niebem. Około 600 osób narodowości polskiej zostało wywiezionych w nieznanym kierunku i wszelki ślad po nich zaginął; aresztowania tych osób dokonały organy Smiersz 3 Frontu Białoruskiego.

Do 1958 r. służył w powiatowych i wojewódzkich ogniwach aparatu bezpieczeństwa. Od początku lat 60. pracował w MSW, początkowo w Wojewódzkim Urzędzie w Białymstoku. W latach 1962- 1971 był wicedyrektorem i dyrektorem I Departamentu MSW, od 1971 wiceministrem spraw wewnętrznych. W latach 1980-1981 minister spraw wewnętrznych PRL.

Generał brygady Milicji Obywatelskiej od 1971 roku. Nominację wręczył przewodniczący Rady Państwa PRL Józef Cyrankiewicz. Generał dywizji Milicji Obywatelskiej od 1979 roku. Nominację wręczył przewodniczący Rada Państwa prof. Henryk Jabłoński.

W latach 1945-1948 był członkiem PPR, a następnie PZPR. W latach 1971-1980 zastępca członka, a od 1980 roku członek Komitetu Centralnego PZPR. Od lipca 1981 roku był członkiem Biura Politycznego i sekretarzem KC PZPR. Od 1981 roku był także przewodniczącym Komisji Prawa i Praworządności KC PZPR. Do połowy lat 80. zaliczany był do bliskich i zaufanych współpracowników gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

Był także członkiem i aktywnym działaczem ZBoWiD. W latach 1974-1985 członek Rady Naczelnej, a w latach 1979-1985 wiceprezes Zarządu Głównego ZBoWiDu.

Jego nazwisko wiązane jest z przedawnioną aferą "Żelazo" oraz zabójstwem księdza Jerzego Popiełuszki. W roku 2004 prof. Andrzej Paczkowski ujawnił dokument ze swego prywatnego archiwum, który obłożony był zastrzeżeniem, że może zostać ujawniony dopiero w 2010 r. Dokument będący notatką z narady, która odbyła się przed południem 25 października 1984 r. w Urzędzie Rady Ministrów, został spisany przez Wiesława Górnickiego, doradcę premiera. Uczestniczyli w niej: premier (gen. Wojciech Jaruzelski), szef URM (gen. Michał Janiszewski) oraz płk Kołodziejczak.

Morderca księdza, Grzegorz Piotrowski, zeznał, że miał poparcie w aparacie władzy, a konkretnie sekretarza KC PZPR, gen. Milewskiego: "Politycznym inspiratorem porwania - niezależnie od indywidualnego fanatyzmu sprawcy - mógł być wyłącznie towarzysz Mirosław Milewski" [...] "Towarzysz premier, podzielając dezaprobatę zebranych dla działalności tow. Milewskiego i nie podając w wątpliwość politycznej, a może i osobistej odpowiedzialności za uprowadzenie, a być może i za morderstwo na osobie ks. Popiełuszki, sprzeciwił się jednocześnie podejmowaniu decyzji personalnych na XVII Plenum KC PZPR, które miało się wkrótce rozpocząć".

W 1985 roku został usunięty ze wszystkich stanowisk w partii i państwie i przeniesiony na emeryturę. W 1990 na krótko aresztowany.

Posiadał m.in. następujące odznaczenia: Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Order Krzyża Grunwaldu III klasy, Order Sztandaru Pracy I klasy, Medal 30-lecia Polski Ludowej, Medal 40-lecia Polski Ludowej, Medal "Za udział w walkach w obronie władzy ludowej" i inne.

Pochowany na Cmentarzu Komunalnym na Wólce Węglowej w Warszawie.


                                   AFERZYŚCI ELIT                                                            Dariusz Przywieczerski         ...