wtorek, 10 marca 2026

                           TUZY ELITY

                             Bronisław Geremek

 

 

Bronisław Geremek [Benjamin Lewartow] (ur. 6 marca 1932 w War­sza­wie, zm. 13 lipca 2008 w Lubieniu) – żydowski komunista i historyk-mediewista oraz polityk. Syn łódzkiego rabina, chasyd, w czasie wojny uratowany przez polską rodzinę Geremków we Wschowej. W latach 2000–2001 przewodniczący Unii Wolności, minister spraw zagranicznych w latach 1997– 2000, poseł na Sejm X, I, II i III kadencji, od 2004 do śmierci poseł do Parlamentu Europejskiego.

Odegrał ogromną rolę w zablokowaniu autentycznego rozliczenia z ko­mu­ni­z­mem i utrzymaniu polityki grubej kreski. Ponosi szczególną od­po­wie­dzia­l­ność za narzucenie OKP antynarodowego planu gospodarczego Sorosa i Sachsa. W swych wystąpieniach za granicą niejednokrotnie występował ze swego rodzaju “donosami na Polskę”, skrajnie eksponując rzekome nie­be­z­pie­cze­ń­stwa “antysemityzmu”, “nacjonalizmu” i “populizmu”; skrajny ma­ni­pu­la­tor – znany jest z niezwykle rozwiniętych umiejętności rozmijania się z prawdą. Jest wynalazcą nowego typu dezinformacji, zwanego faktem prasowym, [chodzi o zdarzenie, które nigdy nie zaistniało w rzeczywistości, ale stało się wiarygodne, bo napisano o nim w prasie!!].

Nazwisko rodzinne brzmi Lewertow. Rodzice nosili imiona Boruch i Szarca. Mieszkali w Warszawie przy ulicy Mławskiej 3. Brat Geremka urodził się w 1926 r. Po dziadku, który był magidem, dostał imię Israel, ale po­w­sze­ch­nie nazywano go Izio,a naprawdę nazywa się Jerry Lewart. Bronisław urodzony w 1932 r., miał na imię Benjamin, wołano go Benek. Potem losy potoczyły się tak, że został Bronisławem Geremkiem. Rodzina utrzymywała się z prowadzonej przez ojca wytwórni futer, które cieszyły się dużym powodzeniem nie tylko w Warszawie, lecz przede wszystkim na Śląsku, gdzie ojciec często jeździł w interesach.
Mimo że cała bliższa i dalsza rodzina była ortodoksyjna, bardzo religijna i pobożna, ojciec był syjonistą(nacjonalistą żydowskim). Jego marzeniem było powstanie Izraela. Próbowali nawet tam się osiedlić. Tam urodził się jego brat Jerry. Po paru latach wrócili do Warszawy, gdzie już urodził się Bronisław.

W okresie nauki w liceum wstąpił do komunistycznego Związku Walki Młodych, a w 1950 zapisał się do partii komunistycznej PZPR, był drugim sekretarzem POP na Uniwersytecie Warszawskim.

Entuzjasta stalinowskiego komunizmu

Do PZPR Geremek wstąpił w 1950 roku, a więc w okresie naj­skra­j­nie­j­sze­go stalinizmu. Po latach tłumaczył to w telewizyjnej audycji „100 pytań do" (5 grudnia 1991r): „(...) Wstąpiłem do PZPR z iluzji i wystąpiłem w 1968 r, gdy te iluzje straciłem (...)". Ciekawe, jakimi iluzjami powodował się Ge­re­mek, wstępując do PZPR w 1950 roku, okresie, gdy katowano tysiące Polaków i całkowicie zdeptano suwerenność Polski, poddanej rządom namiestników kremlowskiego „Wielkiego Brata"?! Równie ciekawe jest to, że Geremek musiał czekać, aż do 1968 roku na utracenie swych ko­mu­ni­s­ty­cz­nych „iluzji". Skrajnie groteskowo i wręcz kompromitująco dla jednego z najbardziej wpływowych polityków demokratycznej III RP brzmi wyjaśnienie na temat przyczyn wstąpienia do PZPR: "(...) Wstąpiłem, bo uważałem, że istnieje zespół fundamentalnych wartości, które mnie z tą partią wiążą (... ). Sądziłem wtedy, że komunizm jest młodością świata (...)". (Cyt. za: „Rok 1989. Bronisław Geremek opowiada. Jacek Żakowski pyta", Warszawa 1990 r., s. 101-102.) Ko­mu­nizm - młodością świata - cóż za wspaniałe wyobrażenia o naj­ba­r­dziej zbrodniczej ideologii totalitarnej!

Rozwija ożywioną działalność w PZPR. Zostaje sekretarzem organizacji partyjnej w Instytucie Historii PAN i członkiem Komisji Rewizyjnej Komitetu Uczelnianego. Jak przypomniał profesor Ryszard Bender w liście do red. Józefy Hennelowej z Tygodnika Powszechnego, wystosowanym 20 lutego 1991 r: Bronisław Geremek, będąc w partii, zanim „przejrzał", w U­ni­we­r­sy­te­cie Warszawskim i poza nim, pisał panegiryki o PRL i komunistycznym raju, wychwalał „chorążego pokoju" Józefa Wissarionowicza (...) (Cyt. za: Gazeta Wyborcza, 7 marca 1991r).

Wiary w komunizm jako „młodość świata" nie obaliły w Geremku nawet takie fakty, jak krwawe zduszenie powstania robotników poznańskich, a potem powstania narodowego na Węgrzech. Gdy Żakowski zapytał Geremka, czy Budapeszt 1956 r. nie obudził w nim żadnych wątpliwości, Geremek odpowiedział: „(...) To nie był dla mnie aż taki wstrząs (...). I poznański Czerwiec, i Budapeszt oglądałem w Paryżu, a tam wydawało się to bardzo odległe (...)". (Rok 1989, op. cit. s. 105.) Przypomnijmy tu, że w Europie Zachodniej na znak protestu przeciw brutalnemu zdławieniu powstania węgierskiego wystąpiło aż 250 tysięcy osób z tamtejszych partii komunistycznych. Partia Komunistyczna Francji straciła wówczas do 20 proc. członków masy członkowskiej, ale dla Geremka wszystko to było „bardzo odległe"! A może po prostu dobrze czuł się w warunkach stworzonych przez reżim, szybko zyskując wielkie możliwości kariery. Jako młody, świeżo upieczony doktor nauk historycznych został w 1962 roku dyrektorem Ośrodka Kultury Polskiej przy Uniwersytecie Paryskim, którym kierowanie wymagało bardzo wysokiego stopnia zaufania partyjnego, wiązało się z ocenianiem „przydatności lub nieprzydatności" politycznej podwładnych. Pomimo faktu, że był dyrektorem tego ośrodka przez cztery lata: 1962-1965 (por. Rzeczpospolita, 9 listopada 1991 r.) próżno szukać informacji na ten temat w starannie zafałszowanym przez Geremka jego biogramie w Kto jest kim w Polsce (Warszawa 1993, s. 178). W biogramie dokładnie wyeksponowane zostały za to informacje o różnego typu prześladowaniach Geremka w dobie PRL, m.in. utrudnieniach w wy­ja­z­dach za granicę, zatrzymaniach na 48 godzin.

Aż do lat 70., a ściśle do grudnia 1975 r., kiedy to Geremek podpisał bardzo umiarkowany skądinąd tzw. „list siedmiu do Gierka", nie ma śladów jakichkolwiek publicznych przejawów opozycyjności Geremka. Pozostaje w PZPR - nawet w pierwszych miesiącach moczarowskiej kampanii po­ma­r­co­wej 1968 roku i próżno szukać nazwiska Geremka na kartach 477-stro­ni­co­wej książki Jerzego Eislera o wydarzeniach marcowych 1968. Nie zdobywa się wówczas nawet na cień protestu, pomimo deklarowania wobec Żakowskiego po zapytaniu o swoje żydowskie korzenie: „(...) Dla mnie, w mojej dorosłej biografii, nigdy nie był to problem, w tym sensie, że ta sprawa wiąże się z dzieciństwem, które zamknąłem w sobie. Nie znaczy jednak, że tej świadomości żydowskiej w sobie nie noszę. Noszę ją, ona pojawia się wtedy, gdy wyłania się kwestia antysemityzmu, gdy staję wobec szowinizmu czy wręcz rasizmu (...)". Geremek wystąpił z PZPR dopiero w sierpniu 1968 r. po napaści na Czechosłowację.

Przybywa do stoczni

24 sierpnia 1980 r. w dziesiątym dniu strajku stoczniowców Gdańska, przybył do nich do stoczni wraz z Tadeuszem Mazowieckim i innymi „ekspertami". Gdy odlatywali z Warszawy do Gdańska, odprowadził ich do samolotu pułkownik MSW i powiedział na pożegnanie: „Oby lot państwa był w interesie tego kraju. Ten konflikt trzeba rozładować, koniecznie ro­z­ła­do­wać" (cyt. za tekstem Wiesławy Kwiatkowskiej w książce „Solidarność i opozycja antykomunistyczna w Gdańsku (1980-1989)", Gdańsk 1995, s.54). Wraz z Mazowieckim próbował nakłonić stoczniowców do rezygnacji z postulatu niezależnych związków zawodowych i poprzestania na de­mo­kra­ty­za­cji CRZZ. Na szczęście stoczniowcy nie posłuchali tych „ek­s­pe­r­c­kich" rad.

Od stycznia 1981 r. był przewodniczącym Rady Programowej Ośrodka Społeczno-Zawodowegb „Solidarności". Odegrał fatalną rolę przy op­ra­co­wa­niu tzw. porozumienia warszawskiego, kończącego strajk warszawski, doprowadzając do pójścia na zbyt wielkie ustępstwa wobec rządu. Według Wiesławy Kwiatkowskiej (op. cit., s. 56): „(...) Historycy są zgodni, że dokonano wtedy sprytnej manipulacji, która zdezorientowała związkowców (...) Karol Modzelewski złożył dymisję z funkcji rzecznika prasowego zwią­z­ku, gdyż nie może być rzecznikiem niedemokratycznie po­de­j­mo­wa­nych de­cy­z­ji. Andrzej Gwiazda złożył rezygnację z funkcji wice­prze­wo­d­ni­czą­ce­go Solidarności (...)". W październiku 1981 r. Geremek, pomimo bardzo wie­l­kich za­bie­gów, fatalnie przegrał wybory na I Zjeździe „Solidarności", nie wchodząc do 100- osobowej Komisji Krajowej tego związku.

Geremek myśli, jak ratować własną skórę

Istnieją informacje, że na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego Geremek, pełen obaw co do dalszego biegu wydarzeń, myślał jak najlepiej zabezpieczyć się osobiście w niebezpiecznej sytuacji. Nader wymowny obraz ówczesnej postawy Geremka znajdujemy we fragmencie telegramu ambasadora NRD w Warszawie Horsta Neubauera, wysłanego 2 grudnia 1981 r. do Honeckera, Axena, Milkego, Siebera i Fischera: „(...) Część posiadających duży wpływ doradców „Solidarności" zrozumiała obecną sytuację i zachodzące zmiany. Oni boją się bardziej niż myślimy i zaczynają ratować własną skórę. Właśnie przeprowadziłem szczególną rozmowę z szefem najważniejszej grupy eksperckiej „S", Geremkiem (ścisłe związki z międzynarodówką socjaldemokratyczną, osobiste kontakty z Kreiskym oraz innymi postaciami) i nie wierzyłem własnym uszom. Geremek powiedział mi, że dalsza pokojowa koegzystencja „Solidarności" w obecnej postaci z real-socjalizmem jest niemożliwa. Nieunikniona jest konfrontacja siłowa. Wobec tego muszą zostać przesunięte wybory do rad narodowych. Organy państwowe muszą zniszczyć aparat solidarnościowy. „S" po takiej siłowej konfrontacji mogłaby zorganizować się ponownie, ale już tylko jako prawdziwy związek zawodowy, bez Matki Boskiej w klapie marynarki, bez programu gdańskiego, bez charakteru politycznego i ambicji zdobycia władzy. Geremek kontynuował: być może zachowałyby się siły u­mia­r­ko­wa­ne, takie jak Wałęsa. Po siłowej konfrontacji nowe władze państwa, przy zmienionej sytuacji politycznej mogłyby kontynuować pewne procesy de­mo­kra­ty­za­cji.
Nie umiem ocenić, czy Geremek mówi wyłącznie we własnym imieniu, ani na iłe jego poglądy są reprezentatywne. Kuroń i Modzelewski z pewnością nie podzielają jego stanowiska (...)" (Cyt. za: "Ciosek do towarzyszy zza Łaby", Tygodnik Solidarność z 15 grudnia 1995 r.).

Rozmowa z ambasadorem NRD Neubauerem pokazuje, do jak wielkich ustępstw wobec władz P2PR Geremek był już gotów w okresie przed wprowadzeniem stanu wojennego. Można sobie wyobrazić jego tym większą gotowość do ustępstw w warunkach tak mocnego osłabię nia „Solidarności" w toku represji lat 80. Na tym tle widzimy tym lepiej jak bardzo nieprzypadkowa była późniejsza skrajnie ugodowa wobec władz PZPR postawa Geremka przy „okrągłym stole".

Geremek - „wdową po Wałęsie"

Po 13 grudnia 1981 r. był internowany do 31 grudnia 1982 r. Ponownie aresztowano go w maju 1983 r., już w lipcu został jednak zwolniony na mocy amnestii. W 1985 r. został zwolniony z pracy w Instytucie Historii PAN. Właśnie wtedy jednak zaczyna się bardzo wyraźny wzrost jego pozycji w „Solidarności", w sytuacji, gdy o awansie w niej nie decydowały de­mo­kra­ty­cz­ne wybory, lecz względy Wałęsy. Umiał o nie zabiegać. Pomimo og­ro­m­nej próżności i przekonania o swej wyjątkowości, przez całe lata starał się maksymalnie pochlebiać Wałęsie, bez żenady pełniąc rolę en­tu­z­ja­s­ty­cz­ne­go dworaka. Przyznawał to nawet jeden z bardziej znanych działaczy Unii Wolności, Jan Rulewski, mówiąc: „(...) Oświeconym dworzaninem przez lata był Geremek, który robił wszystko, by mit Wałęsy obrastał legendą (...)" (por. rozmowa z J. Rulewskim w My T. Torańskiej, Warszawa 1994 r., s. 254). Najokrutniej nabijał się z Geremka Jacek Kuroń, opisując jak „strasznie" przeżył on później polityczne rozstanie z Wałęsą. W swych wspomnieniach politycznych Kuroń pisał, że jeszcze długo po tym zerwaniu wołał na Geremka "wdowa po Wałęsie".

Stopniowo następował przyśpieszony wzrost znaczenia profesora Ge­re­m­ka wśród opozycji, wyrażający się przede wszystkim w rosnącej ilości wywiadów, zwłaszcza dla prasy zagranicznej, i coraz ostrzejszych atakach na niego w PRL-owskiej prasie oficjalnej. W pewnym momencie Geremek został nawet powołany na świadka w sprawie Zdzisława Najdera. Jak wspominali Jan Maria Jackowski i Szczepan Żaryn w książce: „In­ter­pe­la­cje". Kulisy manipulacji (Warszawa 1991, s. 46-47): „(...) Udostępnione z wielkim bólem w prokuraturze akta (akta sprawy Najdera udostępnione po latach redaktorom Interpelacji - J.R.N.) okazały się zlepkiem domysłów i domniemań szytych bardzo grubymi nićmi. Jedynym interesującym tropem było nazwisko jednego ze świadków w sprawie, Bronisława Geremka. Prokurator wojskowy prowadzący dochodzenie donosił uprzejmie, że ze sztandarową postacią opozycji demokratycznej została zawiązana dże­n­te­l­me­ń­ska umowa, iż akta sprawy nie zostaną publicznie ujawnione bez zgody obu stron..."

Dogodny dla komuny

Szczególnemu wzmocnieniu uległa pozycja Geremka w drugiej połowie lat 80., gdy zarysowały się pierwsze możliwości dogadywań między władzami a lewicową częścią opozycji. Geremek stawał się dla kierownictwa PZPR tym dogodniejszym partnerem ewentualnych rozmów, że przy różnych okazjach akcentował „gotowość maksymalnego wyjścia naprzód w kie­ru­n­ku warunków rozmów, stawianych przez partię. Szczególnie daleko idącą ofertą pod tym względem był wywiad Geremka w Tygodniku Mazowsze z 8 października 1986 r., który Jan Skórzyński ocenia jako zasygnalizowanie gotowości poważnych ustępstw ze strony związku, nie wykluczając odstępstw od literalnego kształtu ugody z 1980 r." (J. Skórzyński: „Ugoda i rewolucja", wyd. Rzeczpospolitej, Warszawa 1995, s. 24). Szczególnie głośny stał się opublikowany w lutym 1988 r. przez Geremka wywiad w Konfrontacjach, w którym wystąpił z ideą paktu antykryzysowego. Miałby on ustanowić nowe stosunki między władzą a społeczeństwem, doprowadzić do pluralizmu związkowego i odstąpienia od tego, "co stanowiło wy­ją­t­ko­wość wprowadzoną 13 grudnia. W zamian za to, jednoznacznie za­pro­po­no­wał przyjęcie za punkt wyjścia istniejącego porządku prawnego" i uznanie przewodniej roli partii komunistycznej oraz zaakceptowanie pe­w­ne­go zakresu monopolu władzy PZPR. Wyjaśniając - w odpowiedzi na pytanie publicysty Konfrontacji, co przyznaje jako „niezbędny monopol władzy" - prof. B. Geremek odpowiedział: „...Polityka zagraniczna i obronna, sprawy bezpieczeństwa kraju oraz w pewnym zakresie system przedstawicielski." Zdaniem Jana Skórzyńskiego (op. cit., s. 59-60) oferta Geremka szła najdalej ze wszystkich dotychczasowych w gotowości do ustępstw.

Zgoda B. Geremka na zachowanie zasady przewodniej roli partii sprawiała, że radykalizm proponowanego tam programu zmian był dość ograniczony, ale to właśnie czyniło z profesora tym ciekawszego partnera dialogu dla Stanisława Cioska i innych „reformatorskich" działaczy PZPR. Dzięki puszczeniu przez cenzurę w odpowiednim momencie, artykuł wyrobił Geremkowi pozycję członka torującego nowe szlaki. Jeszcze parę lat później Janina Paradowska pisała w Polityce, iż Geremek "...imponuje pomysłami wręcz wizjonerskimi. Takim była propozycja zawarcia Paktu Antykryzysowego, zgłoszona w roku 1988. Większość kierowniczych gremiów „Solidarności" uważała ten pomysł za wariactwo, a jednak właśnie ten pomysł stworzył możliwość prowadzenia gry politycznej..." Sęk w tym, że pomysł paktu antykryzysowego wcale nie był pomysłem B. Geremka. Po raz pierwszy wystąpił z nim Ryszard Reiff jeszcze w 1981 r, a gdy po latach znowu pojawił się w kręgach Solidarności, to właśnie B. Geremek początkowo zareagował na ten pomysł najbardziej sce­p­ty­cz­nie. Maciej Zalewski przypomniał w „Solidarności" z 2 lutego 1990 r., jak to na jednym z pierwszych spotkań Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie pojawiła się idea paktu antykryzysowego. Geremek zauważył wó­w­czas dowcipnie, że pakt antykryzysowy zanadto kojarzy mu się z paktem antykominternowskim. A potem zmienił w tej sprawie zdanie i to aż tak mo­c­no, że właśnie on wystąpił publicznie w prasie z ideą paktu an­ty­kry­zy­so­we­go, wzbudzając u nieuświadomionych czytelników przekonanie, że jest „ojcem" tego określenia i koncepcji. Dodajmy, że wystąpienie przez Ge­re­m­ka na łamach "Konfrontacji" z propozycją paktu między społeczeństwem a władzą, w lutym 1988 r., wcale nie było pomysłem wyjątkowo oryginalnym. Było już wówczas bowiem szereg innych propozycji zmierzających do podobnego porozumienia - sam byłem autorem jednej z nich, pt. „O koalicję dla reform". Tyle, że mój tekst został zatrzymany przez cenzurę na łamach tych samych lutowych "Konfrontacji", na których „poszedł" tekst B. Geremka, a mnie wydrukowano dopiero pięć miesięcy później - w lipcu 1988 r. (!!!).

Przy opisanym wyżej tak ustępliwym stanowisku Geremka, trudno dziwić się zadowoleniu władz, że to właśnie on stał się głównym „rozgrywającym" przy „okrągłym stole" ze strony „Solidarności". Jak wspominał Krzysztof Wyszkowski w wywiadzie dla paryskiej Kultury z lipca-sierpnia 1989 r.: "(...) Najważniejszy był (...). Ci ludzie zmienili poglądy, ale nie zmienili metod uprawiania polityki. Te, które stosują, są bolszewickie. Ten nastrój koalicji lewicy, kiedy Geremek oświadcza, iż słowo ,,socjalizm" odzyska swój blask. Wspólna władzy i „opozycji stołowej" obawa przed zagrożeniem populistyczno-nacjonalistycznym, przed zdziczałym społeczeństwem, które czyha tylko, by ten kraj rozwalić, były oburzające (...)". Dość przejrzeć zdjęcia zamieszczone w wywiadzie-rzece z gen. Czesławem Kiszczakiem, aby zobaczyć do jakiego stopnia w Magdalence dochodziło do fratenizacji biesiadników z obu stron „okrągłego stołu". Wtedy jednak robiono wszystko, aby tę fraternizację starannie ukryć przed społeczeństwem. Ujawnił to po latach kompan Geremka - Michnik, stwierdzając, iż Geremek wydał wówczas instrukcję, "żebyśmy dramatyzowali przekaz (z obrad magdalenkowych - J.R.N.), żeby to wszystko nie wyglądało na przesadną zgodą" (według: A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski: "Między Panem i Plebanem", Kraków 1995 r., s. 536). Tak kamuflowano prawdę!

Wywalić prawicę!

Po „okrągłym stole" następowało w przyspieszonym tempie dalsze bły­s­ka­wi­cz­ne umacnianie pozycji Geremka w „Solidarności". Korzystając z po­pa­r­cia Wałęsy, wiosną 1989 roku, Geremek przeforsował koncepcję, aby platformę wyborczą „Solidarności" zawęzić do środowisk lewicy laickiej i środowisk KIK-u, zdominowanych przez katolewicę, zostawiając na uboczu różne prawicowe ugrupowania polityczne.

Geremek stał się osobą decydującą przy ustalaniu składu wyborczej „drużyny Wałęsy". Starannie zadbał przy tym, aby poza osobami ze śro­do­wisk KOR-owskich i innych kręgów lewicy laickiej oraz katolewicy było jak najmniej osób doświadczonych politycznie, a więc niezbyt podatnych na odgórne ręczne sterowanie. Za to tym chętniej popierano różnych po­li­ty­cz­nych dyletantów, aktorów w stylu Andrzeja Szczepkowskiego, etc.

Wystrychnięty na dudka

Po zwycięstwie wyborczym „S" w czerwcu 1989 r. Geremek został wybrany na przewodniczącego Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego. Czuł się u szczytu powodzenia i w tej euforii wyraźnie przecenił swe możliwości manipulowania Wałęsą. Okazało się to jego najpoważniejszym błędem. Słynny emigracyjny pisarz i publicysta Gustaw Herling-Grudziński mówił, wspominając swe spotkanie z Geremkiem w Rzymie w 1989 r., iż liczył on (podobnie jak Michnik), że będzie robociarza Wałęsę ciągnąć za sznurki, jak marionetką (por. rozmowę J. Pałasińskiego z G. Herlingiem-Grudzińskim, Wprost, 18 maja 1997 r.). W lipcu 1989 r. okazało się jednak, że to Wałęsa wystrychnął Geremka na dudka. Cały czas sprawiał wrażenie, głównie w rozmowach z Michnikiem, że chce kreować właśnie Geremka na premiera „naszego rządu" solidarnościowego. Zupełnie uśpił tym jego czujność i wprowadził w stan euforycznego nadęcia. Geremek był już bezapelacyjnie pewny, że wkrótce stanie na czele rządu opartego na koalicji „Solidarności" z tzw reformatorami z PZPR. Co więcej -jak to ujawnił w 1990 r. Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla londyńskiego Tygodnika Polskiego - w lipcu 1989 r. Geremek pojechał nawet wraz z Michnikiem specjalnie do Rzymu po to, aby uzyskać od Jana Pawła JJ papieskie błogosławieństwo dla sojuszu z PZPR. Jak stwierdził Kaczyński: „(...) Papież przyjął ich bardzo chłodno, na krótko, w czasie jakiejś przerwy w trakcie swoich zająć, było więc wiadomo, że ich misja nie powiodła się (...)". Sprawę ostatecznie pogrzebało wystąpienie Wałęsy na rzecz koalicji „Solidarności" z ZSL i SD, i zręczne przeforsowanie Tadeusza Ma­zo­wie­c­kie­go, a nie Geremka, na szefa tzw. naszego rządu.

Pomimo odsunięcia PZPR od władzy w sierpniu 1989 r. profesor B. Ge­re­mek robił, co tylko było możliwe, w celu rzucenia deski ratunkowej osłabionej partii. Wymowne były pod tym względem jego kolejne wypowiedzi z jesiennych miesięcy 1989 r. W jednej z nich stwierdził, iż: "...nie wyklucza w przyszłości sojuszu Solidarności z reformatorskim skrzydłem PZPR. Bez względu na to, w jakiej sytuacji znajdzie się partia, Solidarność nie zamierza wstępować w konfrontację z nią. Solidarność jest zainteresowana tym, by PZPR nie zniknęła z areny politycznej" (według Rzeczypospolitej z 28-29 października 1989 r.). Pouczający był sposób, w jaki B. Geremek komentował fakt piastowania ogromnej części, bo prawie miliona stanowisk kierowniczych, przez ludzi z PZPR. Odpowiadając na pytanie redaktorki z Tygodnika Kulturalnego, czy te stanowiska mają nadal pozostać w rękach PZPR - Geremek stwierdził: „...Czystek nie powinno być, bo jest to praktyka starego systemu, natomiast musi być stosowane kryterium kompetencji. Sądzę, że w ramach tego miliona stanowisk ogromną część stanowią ludzie kompetentni, którzy potrafią działać skutecznie, a reszta - musi przestać sprawować swoje funkcje...". Rze­czy­wi­ś­cie, ogromna część tych ludzi działała nader skutecznie - vide katastrofa gospodarcza, w jakiej znajdowała się wówczas Polska.

Wypowiedzi B. Geremka na temat roli PZPR wywołały wzburzenie wśród części polityków o solidarnościowym rodowodzie. Stefan Niesiołowski na przykład ostro polemizował z wypowiedzią Geremka o tym, że „Solidarność zainteresowana jest tym, by PZPR nie zniknęła z areny politycznej". Jak stwierdzał Stefan Niesiołowski na łamach katolickiego Ładu (z 21 stycznia 1990 r.): "Nie widzą powodów, by podtrzymywać tą samą partię, która zdobyła władzą w sposób wyjątkowo brutalny, korzystając z pomocy obcego państwa, z woli i nadania jednego z największych zbrodniarzy wszech dziejów - Józefa Wisarionowicza Stalina... Sprawowała tą władzą nieudolnie, przez swą niekompetencję, korupcję, służbę absurdalnej doktrynie, zniszczyła wszystkie prawie dziedziny życia naszego kraju..." Szczególnie wielką irytację wywołała zastosowana kolejny raz przez B. Geremka w wywiadzie maniera „ Solidarność " to ja, powoływanie się na „Solidarność" w celu forsowania poglądu, wcale nie podzielanego przez szersze kręgi tej organizacji.

Mistrz manipulacji

Z ogromną elastycznością i łatwością zmieniania poglądów, by jak najszybciej przystosować się do nowej sytuacji, łączył Geremek wyraźnie odziedziczony po czasach aktywności w PZPR przykry nawyk do etykietkowania przeciwników politycznych, skłonność do nagminnego obrzucania ich zarzutami „nieuczciwości", „fałszu" etc. W wywiadzie dla Gazety Wyborczej z 16 grudnia 1990 r. zarzucił Tygodnikowi Solidarność, że żywi się małostkowością, plotkami i zawiścią. Kiedy indziej oskarżył Piotra Wierzbickiego o nieuczciwą grę w związku z jego artykułem o Świcie, Familii i Dworze. Posłowi Markowi Jurkowi publicznie zarzucił kłamstwo podczas programu telewizyjnych "Interpelacji". Jarosława Kaczyńskiego atakował za nieuczciwe przedstawianie istoty sporów w „Solidarności". W programie "100 pytań do..." Geremek „popisał się" określeniem powstałej wówczas w Sejmie koalicji pięciu partii na rzecz rządu Jana Olszewskiego „bandą pięciorga". Sformułowanie było wielce obraźliwe, gdy zważymy, że „bandą czworga" nazwano skrajnie awanturniczą, wręcz zbrodniczą grupę pomaoistowską skazaną na wieloletnie więzienie za zdradę narodu czyli próbę przechwycenia siłą władzy w Chinach. „Europejczyk" i es­te­ta Ge­re­mek przeprosił koalicję Olszewskiego za „bandę pięciorga" jeszcze w tym samym programie, usprawiedliwiając się za tego typu żart, ale epitet zdołał puścić w eter. I jak się zdaje tylko o to mu chodziło. (Por. komentarz B. Możdżyńskiego: Sto pierwsze pytanie, Express Wieczorny, 17 grudnia 1991r.). Przykłady podobnego etykietowania ludzi przeciwnych opcji przez Geremka można by długo mnożyć. Nieprzypadkowo wysuwano pod adresem B. Geremka i ludzi jego formacji zarzut, że "jeśli chodzi o metody uprawiania polityki, pozostali bolszewikami..."

Skądinąd sam Geremek wpadł na pomysł godny rywalizacji z największymi „osiągnięciami" propagandy bolszewickiej. Było to stworzenie pojęcia „faktu prasowego", tj. wydarzenia, które wprawdzie nigdy nie zaistniało, ale ze względu na opisanie go w prasie musiało być potraktowane serio. (Por. komentarz A. Penconka: Fakty prasowe, Nowy Świat, 10 grudnia 1992 r.) Geremek dość powszechnie był i jest oceniany jako mistrz zakulisowych manipulacji. Nawet w skądinąd przychylnej wielce dla Geremka post­ko­mu­ni­s­ty­cz­nej Polityce z rozbawieniem opisano pełen różnych trików styl prowadzenia obrad kongresu Unii Demokratycznej przez Geremka: „(...) Najbardziej złośliwy chichot części delegatów wzbudziło stwierdzenie Tadeusza Mazowieckiego, iż oddaje obrady „w doświadczone i sprawdzone ręce Bronisława Geremka". Manipulacje zarzucano przewodniczącemu wprost: a to, że przeciąga obrady, aby niewygodny „teren" pojechał do domu, a to za kolportowanie listy preferowanych kandydatów do władz partii. Ten ostatni zarzut podniósł najbardziej zdenerwowany delegat Marek Edelman, który był uprzejmy przypomnieć w tym kontekście czasy ko­mu­ni­s­ty­cz­ne (...)" (M. Janicki: "Unia płaci, ale wymaga", Polityka 1 maja 1993 r.).

Czując się oszukany przez Wałęsę, nie mając wyboru, tym bardziej popierał w ówczesnej sytuacji rząd Mazowieckiego, gwałtownie występując przeciw wysuwanym przez skupioną wokół Kaczyńskiego część „Solidarności" ideę „przyspieszenia". Bez żenady głosił nową swoistą odmianę „propagandy sukcesu", zapewniając np. w wywiadzie dla szczecińskiej Jedności z 30 sierpnia 1990 r.: "(...) Sądzę, iż Polska nadal przoduje w zmianach we wszystkich dziedzinach życia. Przede wszystkim w sposób najgłębszy i najbardziej jednoznaczny odeszła raz na zawsze od systemu komunistycznego i od starego systemu rządzenia (...)" (!!!).

Jakże groteskowo brzmią te zapewnienia Geremka, gdy czytamy je z dzi­sie­j­szej perspektywy i gdy pamiętamy, że rzekomo przodująca we wszystkich dziedzinach życia Polska, jako ostatnia zdobyła się na wolne wybory, nigdy nie przeprowadziła reprywatyzacji, lustracji i dekomunizacji, skrajnie o­pó­ź­ni­ła się z prywatyzacją, reformami samorządowymi, reorganizacją u­be­z­pie­czeń, restrukturyzacją przemysłu, a zwłaszcza górnictwa i zreformowaniem bankowości. Nie mówiąc o skrajnym opóźnieniu zmian w celu odsunięcia starej nomenklatury, począwszy od telewizji, po wojsko i MSW (gen. Ki­sz­czak odszedł wszak z szefostwa MSW dopiero w lipcu 1990 r., na miesiąc przed cytowanym panegirycznym wywiadem Geremka).

Po klęsce wyborczej Mazowieckiego, Geremek natychmiast zawyrokował: wyniki głosowania wskazują, że społeczeństwo nie dojrzało do demokracji. Była to typowa dla środowiska dawnej opozycyjnej lewicy laickiej próba zrzucania na rzekomo „niedojrzały naród" winy za kosztowne ekonomiczne i społeczne błędy rządów „warszawki" w latach 1989-1990. Klęska wyborcza Mazowieckiego ułatwiła Geremkowi szybkie umocnienie się na pozycji sza­rej eminencji Unii Demokratycznej. Ciągle nie był jednak u­sa­ty­s­fa­k­cjo­no­wa­ny pełnionymi funkcjami - przewodnictwem klubu Unii Demokratycznej i sejmowej komisji spraw zagranicznych. Wprost zżerała go od wewnątrz nie zaspokojona ambicja zostania premierem. Na kilka dni przed wyborami parlamentarnymi w październiku 1991 r. zapytany na spotkaniu w Kielcach, czy byłby gotów objąć ważne stanowisko państwowe, np. zostać pre­mie­rem lub wejść do rządu, odpowiedział: "(...) Tak, jestem gotów, natomiast chciałbym, aby było jasne, że nie jest to problem decyzji indywidualnej, tylko problem ugrupowania politycznego, z którym jestem związany (...)" (cyt. za tekstem T. Roguskiego w Rzeczpospolitej z 9 listopada 1991 r.). Wałęsa postanowił wykorzystać ten geremkowski nienasycony głód premierostwa i odpowiednio podpuścić go w swoim celu. 8 listopada 1991 r. powierzył Geremkowi misję tworzenia rządu, faktycznie pragnąc poprzez straszenie Geremkiem oczyścić przedpole dla swego ulubionego, bo wielce służalczego kandydata - dotychczasowego premiera J.K. Bieleckiego.

Jarosław Kaczyński wspominał w rozmowie z Teresą Torańską: „(...) Geremek straszliwie chciał być premierem (...) mnie go było żal. Żal, że tak bardzo chce być premierem i żal, iż wierzy, absolutnie irracjonalnie wierzy, że nim zostanie. On, według mnie, wcale nie jest dobrym politykiem, bo gdyby był - nie mówię wielkim, ale tylko niezłym - to nie miał prawa tak przegrać. Przecież on miał piekielne karty w rękach w 1989 r., w 1990 r. (...)" (cyt. za: T. Torańską, My, Warszawa 1994, s. 143). Geremek przeżył nie­by­wa­łe upokorzenie kilkudniowych bezowocnych rozmów z przedstawicielami różnych sił politycznych, by przekonać się, jak bardzo jest nielubiany i niechciany jako potencjalny premier. Jeszcze w ponad pół roku po fiasku swej misji po faryzejsku próbował ukryć swe nie zaspokojone ambicje, nagle twierdząc: (...) "Nie chciałbym wejść do rządu" i zapewniając, że odpowiada mu sytuacja, iż nawet nie był ministrem (por. wywiad z Geremkiem w Nowej Europie z 19-20 czerwca 1992 r.). Mówił to człowiek, który jeszcze w październiku 1991 r. tak ochoczo akcentował chęć wejścia do rządu, a później bardzo ciężko przeżył krach swej misji premierowskiej. Winą za fiasko publicznie obciążył innych polityków, oskarżając ich o wynoszenie interesu partyjnego ponad wspólny interes państwa. Bo nie dali mu być premierem! (por. uwagi L. Dymarskiego: Misja, Tygodnik Solidarność, 22 listopada 1991 r.)."

Dlaczego przegrywał?

Dla kosmopolitycznej „elitki" z „warszawki" i „krakówka" nie ma w Polsce większego polityka nad Geremka. Już w 1990 roku w skrajnie lewicowym Po prostu Andrzej Rosner, „raczkujący Europejczyk" (tak sam się prze­d­sta­wiał), napisał prawdziwy pean na cześć Geremka jako najlepszego kandydata do prezydentury. Dochodzą do tego niebywale rozwinięte po­wią­za­nia z różnymi kręgami na Zachodzie. Geremek uważany jest dziś za kluczową w Polsce postać w kontaktach z czołowymi zagranicznymi lobby kosmopolitycznymi i globalistycznymi, począwszy od osławionego Ge­or­ge'a Sorosa. Pełnił funkcję prezesa klubu Europa, stanowiącego in­te­g­ra­l­ną część sponsorowanej przez Sorosa Fundacji im. Stefana Batorego, jest też wpływowym członkiem Rady tej Fundacji. Częstokroć nagłaśniał różne inicjatywy Sorosa. Niejednokrotnie występował na forum różnych mię­dzy­na­ro­do­wych instytucji globa listycznych typu założonej w 1973 roku przez Da­wi­da Rockefellera amerykańskiej Konferencji Trójstronnej (The Tri­la­te­ral Commission).

Fetujący Geremka „Europejczycy" z kraju i z zagranicy nie mogą nijak zrozumieć, jak taki „umysł" mógł przegrać w staraniach o premierostwo, które ich zdaniem, mu się po prostu należy i już. I szukają od razu „najprostszych" tłumaczeń, winę za pomijanie „wielkiego" Geremka zrzu­ca­jąc na polską ksenofobię i „antysemityzm". Otwarcie popisał się taką tezą Jerzy Turowicz, głosząc na łamach Gazety Wyborczej z 1-2 lipca 1995 r., iż Geremek nie ma szans na zostanie premierem lub prezydentem z powodu jego żydowskiego pochodzenia. Amatorzy tego typu „prostych" wyjaśnień dziwnie nie zwracają uwagi na pewne osobowościowe cechy Geremka, które sprawiają, że ten lewicowy guru jest sam największym wrogiem swej kariery politycznej.

Wiele osób nie chciało się pogodzić ze skrajnie subiektywnym sposobem traktowania ludzi przez Geremka. Z tym, co kiedyś tak szczerze przyznał Kuroń w rozmowie z Kaczyńskim: „(...)Ty się nie dziw, że Geremek jest często przeciwko różnym przedsięwzięciom. On je ocenia w zależności od tego, czy sam w tym uczestniczy i odgrywa czołową rolę, czy nie. Jeśli nie odgrywa, to jest złe, jeśli odgrywa, dobre. No, każdy ma w sobie trochę tego rodzaju tendencji, ja oczywiście też, ale jednak jestem w stanie powiedzieć o czymś coś dobrego, mimo że w tym nie uczestniczę, a Geremek nie" (cyt. za: J. Kaczyński: "Czas na zmiany", Warszawa 1993, s. 35). Jarosław Ka­czy­ń­ski mówił o Geremku, że potrafił niejednokrotnie zrażać ludzi bez po­wo­du, przy potwornej ambicji i niesamowitym poczuciu wyższości "ma przekonanie, że inni ludzie powinni dla niego pracować, że ta ich praca mu się należy. Zupełnie nie rozumiał, że ludzie mają własne ambicje i własne cele".

Interesujące opinie o Geremku zebrała dziennikarka postkomunistycznej Polityki Janina Paradowska. Jeden z jej rozmówców mówił na przykład, że Geremek: „(...) ma dar stwarzania konfliktów. Typ arystokraty. Nie słucha ludzi, jeżeli z góry założył, że nie mają mu nic dopowiedzenia. Moim zdaniem, jest to jego dramat i dramat wielu polityków z jego obozu (...)". Inny rozmówca Paradowskiej, skądinąd admirator Geremka i jeden z jego bliskich współpracowników przyznawał: „(...) Ma jednak wady, które współpracę z nim czynią trudną. Niesłusznie sprawia wrażenie, że manipuluje. Bierze się to stąd, że w swych poczynaniach za mało uwzględnia tzw. czynnik ludzki. Uważa np., że jeżeli jakaś sprawa nie stanowi przesiania do podjęcia konkretnej decyzji, nie warto o niej informować innych. Przekazuje tylko to, co niezbędne. Tym samym buduje własną pozycję, ograniczając innym dostęp do informacji (...)".
Sam Geremek przyznawał (Rok 1989, op. cit., s. 323), że w czasie, gdy kierował Obywatelskim Klubem Parlamentarnym: "mieliśmy ustawiczny bunt sali przeciw kierownictwu Klubu, które podejrzewano o stronniczość". Nie widzi w tym jednak żadnej swojej winy, a tylko to, że w Klubie była "znaczna grupa powodowana ambicjami i na każdą sytuację - nie realizującą tych ambicji - reagująca frustracją" (tamże, s. 319). A więc zawsze winni byli inni!

Geremek kłamliwy

Był prawdziwym mistrzem kłamstwa i dezinformacji. Gdyby był śre­d­nio­wie­cz­nym władcą na pewno przeszedłby do historii z przydomkiem „Kłamliwy". Warto przypomnieć kilka bardzo charakterystycznych przykładów za­fa­ł­szo­wy­wa­nia przez Geremka własnej roli w przeprowadzonym z nim wy­wia­dzie-rzece Geremek opowiada. Żakowski pyta. Rok 1989 (Warszawa 1990r.). Publikacja ta mogłaby mieć z powodzeniem podtytuł: „Książka zafałszowań i przemilczeń". Porównajmy, jak Geremek przedstawia w tym wywiadzie-rzece swoje rzekome poglądy w przeszłości (nazwijmy je Ge­re­m­ko­w­ska Fikcja) i jak one wyglądały w rzeczywistości.

Prawda o Geremku

- Geremkowska Fikcja - s. 302 wywiadu-rzeki (z okresu drugiej połowy 1989 r.): „(...) Z mojego punktu widzenia obumieranie Partii było sce­na­riu­szem najlepszym (...)".
- Prawda o Geremku - W wywiadzie dla Rzeczpospolitej z 28-29 pa­ź­dzie­r­ni­ka 1989 r. Geremek powiedział: „(...) Bez względu na to w jakiej sytuacji znajdzie się Partia, „Solidarność " jest zainteresowana tym, by PZPR nie zniknęła z areny politycznej (...)".
- Geremkowska Fikcja. Na s. 236 wywiadu Geremek zaprzecza twie­r­dze­niom o planach koalicyjnych rozmów z PZPR: „nie słyszałem, żeby kto­ko­l­wiek z moich przyjaciół rozważał taką możliwość (...)".
- Prawda o Geremku - W cytowanym już wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" z 28-29 października 1989r Geremek powiedział, że "nie wyklucza w przy­sz­ło­ś­ci sojuszu z reformatorskim skrzydłem PZPR". Co się zaś tyczy przyjaciół politycznych B. Geremka, to przytoczę choćby opinię Jacka Kuronia z „Po­li­ty­ki" (nr z lipca 1989 r.): „(...) Nastawiając się na rady kalne przemiany, stawiamy na współpracę z proreformatorskim skrzydłem PZPR, bez tej partii inni uczestnicy koalicji nie mają praktycznego znaczenia (...)". Dodajmy, że Tygodnik Solidarność Rolników z 17 września 1989 roku przytoczył znamienną wypowiedź Z. Bujaka, pupila Geremka i Michnika, na posiedzeniu KW NSZZ „Solidarność". Bujak, wówczas szef RKW Mazowsze, wystąpił z bardzo ostrą krytyką decyzji Wałęsy o stworzeniu koalicji z ZSL i SD. I ujawnił, że opozycyjna lewica była bliska zrealizowania konkurencyjnego projektu rządowej koalicji z obozem „reformatorskim" w PZPR.

Warto przypomnieć również sposób, w jaki Geremek, broniąc pozycji starej PZPR-owskiej nomenklatury skomentował w wywiadzie dla Tygodnika Kulturalnego z 28 października 1989 r. fakt piastowania ogromnej części, bo prawie miliona stanowisk kierowniczych przez ludzi z PZPR. Od­po­wia­da­jąc na pytanie redaktorki z Tygodnika Kulturalnego, czy te stanowiska mają nadal pozostać w rękach PZPR - Geremek stwierdził: „(...) Czystek nie powinno być, bo jest to praktyka starego systemu, natomiast musi być stosowane kryterium kompetencji. Sądzę, że w ramach tego miliona stanowisk ogromną część (podkreślenie - J.R.N.) stanowią ludzie ko­m­pe­te­n­tni, którzy potrafią działać skutecznie, a reszta - musi przestać spra­wo­wać swoje funkcje..." Rzeczywiście, ogromna część tych ludzi działała nader skutecznie (yide katastrofa gospodarcza, w jakiej znajdowała się wówczas Polska).

Działał zawsze skrajnie instrumentalnie. Najchętniej wykorzystywał jako narzędzie trzeciorzędnych polityków, pozbawionych jakichkolwiek szerszych własnych koncepcji. Stawali się oni tym dogodniejszymi instrumentami w grze Geremka, pomimo że zdawał sobie dobrze sprawę z ich małej wa­r­to­ś­ci czy właśnie dlatego. Przykładowo, bardzo skutecznie wykorzystywał dla swych celów w parlamencie, a później w Unii Wolności, grupę gdańskich liberałów na czele z Bieleckim, Tuskiem i Lewandowskim, mimo że w swoim czasie był autorem jednej z najzłośliwszych opinii na ich temat: „(...) Zwolennicy przyspieszenia zapowiedzieli radykalne przewietrzenie Wa­r­sza­wy, tymczasem przewietrzył się raczej Gdańsk (...)" (cyt. za: T. Torańską w rozmowie z J.K. Bieleckim, My, Warszawa 1994, s. 37).

Ukryty marksista

Występując przed szerszą opinią w Polsce, Geremek po 1989 roku zawsze starannie starał się ukrywać swe przywiązanie do idei socjalistycznych i ma­r­k­si­s­to­w­s­kich. Raz doszło do wręcz groteskowej sytuacji w te­le­wi­zy­j­nych Interpelacjach, gdy Czesław Bielecki długi czas na próżno próbował zmusić Geremka do puszczenia pary, czy jest za ustrojem socjalistycznym, czy kapitalistycznym. Profesor jak mógł wymigiwał się od jasnej od­po­wie­dzi, kluczył, kluczył, mówił o stosunku do demokracji parlamentarnej, wła­dzy wykonawczej, na jakikolwiek temat, byle tylko nie trzeba było się o­po­wie­dzieć. A Bielecki dalej z uporem powtarzał to samo pytanie za każdym razem, gdy Geremek uchylał się od odpowiedzi. Aż prowadzący audycję zmienił temat. Dużo bardziej wylewny jest za to Geremek na Zachodzie, gdy może przedstawiać swoje prawdziwe, ja" bez obawy zdekonspirowania się przed polską opinią publiczną. Oto np. w tekście cytowanym przez World Press Review w kwietniu 1994 r. (s. 51-52), Geremek zapewniał, że „u­pa­dek marksizmu jako doktryny politycznej nie oznacza porażki ma­r­ksi­s­to­w­skiej inspiracji" i twierdził: "Jest paradoksem, że analiza marksistowska zniszczyła komunizm" (por. szerzej M.J. Chodakiewicz: Ciemnogród? O prawicy i lewicy, Warszawa 1996 r., s. 260-261).

Dwulicowość wobec Kościoła

Geremkowska obłuda i dwulicowość szczególnie wyraźnie odzwierciedlają się w jego stosunku do Kościoła katolickiego. W swoim czasie jako zaangażowany marksista-leninista Geremek wchodził w skład redakcji pisma ateistów i wolnomyślicieli Argumenty. Fakt ten, „dzi­w­nie" prze­mi­l­cza­ny w biogramie dla Kto jest kim w Polsce, przypomniał Michnik w Między Panem i Plebanem (pp. cit., s. 34). Później ten sam Geremek, kiedy za­le­ża­ło mu na obronie i pomocy ze strony Kościoła, okazywał wobec niego bezgraniczną atencję. Jak to przyznawał największy admirator Geremka Michnik: "(...) Nawet mój przyjaciel Bronek Geremek spędził parę lat jakby na kolanach. Nie można było wyciągnąć z niego jednego krytycznego słowa na temat czegokolwiek w polskim Kościele (...)" (Między Panem..., op. cit., s. 492).

16 listopada 1983 r. Geremek akcentował w wywiadzie dla dziennika La Croix: „(...) Mówię jako historyk: jest to największa epoka Kościoła katolickiego. Jest ona mocna w pełnym tego słowa znaczeniu. Kościół utożsamia się i jest utożsamiany z całym Narodem. Te ostatnie trzy lata wykazały niesłychane możliwości Kościoła (...)". 10 lat później ten sam Geremek, gdy już nie potrzebował osłony Kościoła katolickiego, wystąpił z jego ostrą krytyką w programie Arte w telewizji francuskiej (9 kwietnia 1993). Teraz nagle oskarżał Kościół o to, że miesza się do polityki, gdyż broni życia nienarodzonych. Zarzucał też Kościołowi, że działa szkodliwie, bo pewne kategorie ludzi wyklucza poza nawias (wyjaśnił, że chodziło mu o Laski pod Warszawą, gdzie katolicy sprzeciwili się stworzeniu domu dla chorych na AIDS). Polemizując z tymi stwierdzeniami Gerem-ka ks. Kiedrowski zarzucił mu, że przemilczał fakt, że pod opieką Kościoła znajduje się dom dla chorych na AIDS pod Warszawą, i to, że „nie zauważył" zdjęcia, które obiegło świat cały: Papieża tulącego dziecko zarażone tą chorobą (por. Głos Katolicki, Paryż, 4-11 lipca 1993 r).

Geremek dużo chętniej krytykuje Kościół katolicki za granicą, gdy jest przekonany, że nie wywoła to reakcji przeciwko niemu, i może pójść bezkarnie „na całość". I tak na przykład w wypowiedzi dla irlandzkiej dziennikarki Jacąueline Hayden, autorki książki Poles Apart, Solidarity and the New Poland Geremek stwierdził między innymi: „(...) Sądzę, że Kościół wpadł w triumfalizm i posuwa się za daleko w żądaniach (...). Kobiety są przerażone sytuacją w kwestii aborcji. Obecnie panuje w polskich szpitalach terror w tym względzie i kobiety wędrują na Ukrainę lub do podobnych miejsc w celu aborcji (...). Być może konkordat jest błędem. Został zawarty w czasie kampanii wyborczej. Nie rozumiem dlaczego (...). Nieporozumienie w sprawie konkordatu wpłynęło na wynik wyborów i to był nasz błąd (...)" (cyt. za: Niedziela, 9 czerwca 1995r.). Szczególnie zna­mie­n­na była ta geremkowska krytyka konkordatu z Kościołem na użytek za­gra­ni­cz­nej dziennikarki. W sytuacji, gdy ten sam Geremek na użytek opinii pu­b­li­cz­nej w kraju przedstawiał się jako zdecydowany zwolennik konkordatu i parokrotnie w wystąpieniach sejmowych (1 lipca 1994 r. i 16 lutego 1995 r.) krytykował większość posłów Sejmu za opóźnianie ratyfikacji konkordatu, piętnując to jako szkodliwe dla polskiej racji stanu.
Które z wypowiedzi Geremka wyrażały jego prawdziwe intencje: za ko­n­ko­r­da­tem czy przeciw niemu?

Dekomunizacja, to „totalitaryzm"

Już w sejmie kontraktowym „odpowiednio" sterowany przez Geremka pa­r­la­me­n­ta­r­ny klub Unii Demokratycznej często głosował w identyczny spo­sób, jak postkomuniści. Polemizując z uwagami na ten temat, Ge­re­mek powiedział w telewizyjnych Wiadomościach z 19 lipca 1991 r, iż „nieprawdą jest jakoby Unia Demokratyczna głosowała, tak jak komuniści. Natomiast problemem Unii jest fakt, iż komuniści głosują tak jak Unia" (cyt. za Ty­go­d­ni­kiem Solidarność z 19 lipca 1991 r.). Prawdziwie lustrzanym odbiciem wzajemnych podobieństw były wypowiedzi Geremka i Kwaśniewskiego ża­r­li­wie piętnujące dekomunizację na łamach czasopisma Paragraf z 28 sier­p­nia 1992 r.

Obaj byli towarzysze ostrzegali, że uchwalenie ustaw dekomunizacyjnych spotka się z zaskarżeniem do Trybunału Konstytucyjnego i odpowiednich instytucji międzynarodowych. Atakując pomysł dekomunizacji, Geremek akcentował z wielką werwą: Nie dajmy się porwać nienawiści i głupocie. I ostrzegał przed kampanią polowań na czarownice, gwałcącą zasady państwa prawnego. Z prawdziwie „grubej rury" wystrzelił w wywiadzie dla postkomunistycznej Polityki z 24 kwietnia 1993r., alarmując: „(...) Polityka dekomunizacji, co potwierdzają także doświadczenia innych państw na­sze­go regionu, powoduje krzywdę ludzką, wzrost fanatyzmu, irracjonalność zachowań politycznych, spiralę zemsty i nienawiści, powstaje więc sy­tu­a­cja, w której pierwszy lepszy może sięgnąć po władzę. Pod hasłem zwa­l­cza­nia komunistycznej przeszłości może być zniszczone wszystko, co o­sią­g­nę­li­ś­my w przebudowie państwa. Za monetę, o nazwie dekomunizacja, nie można kupić niczego wartościowego. Dlatego jestem przeciw takiej transakcji (...)".

Wcześniej w Gazecie Wyborczej z 24 października 1991r. twierdził: „(... ) Obawiam się i u nas takiego porządku dekomunizacyjnego, który pro­wa­dzi­ł­by do porządku totalitarnego (...)". I z całą dezynwolturą głosił, że w Cze­cho­sło­wa­cji problemy tworzy sprawa tzw. dekomunizacji. Dziś nie ulega wą­t­pli­wo­ś­ci, że właśnie ustawa o dekomunizacji w Czechosłowacji ogromnie osłabiła tamtejszych postkomunistów, zwłaszcza dzięki postanowieniu u­nie­mo­ż­li­wia­ją­ce­mu kandydowanie do parlamentu i zajmowanie zna­czą­cych stanowisk przez byłych funkcjonariuszy partyjnych, od sekretarzy po­wia­to­wych wzwyż. Dzięki niej na wiele lat odsunięto na bok czeskich Kwa­ś­nie­w­skich, Millerów, Oleksych. U nas ich szansa powrotu do władzy po­w­sta­ła w dużej mierze na skutek wytrwałych wystąpień Geremka et con­sor­tes przeciw dekomunizacji.

Aby zapobiec dekomunizacji Geremek starał się maksymalnie zba­ga­te­li­zo­wać znaczenie postkomunistów w Polsce, a w pewnym okresie nawet twie­r­dził, że w ogóle nie istnieją jako licząca się siła polityczna. Np. w wy­wia­dzie dla „Tygodnika Gdańskiego" z 30 września 1990 r. akcentował: "W sferze polityki i państwa udało się złamać monopol partii oraz samą partię komunistyczną. Polska jest jedynym krajem, w którym partia zniknęła w całości z pejzażu politycznego. Oznacza to, że nie ma w Polsce żadnego zagrożenia powrotem do rządów komunistycznych". Trudno było o bardziej kłamliwą diagnozę sytuacji, zwłaszcza w porównaniu sytuacji komunistów w Polsce z sytuacją ich kompanów w takich np. Czechach czy byłej NRD.

Precz z lustracją

W parze z wrogością do dekomunizacji szła u Geremka wyraźna, nie ukrywana niechęć do lustracji. Wszystkich zaskoczył skrajnie emocjonalną nerwową reakcją na pierwsze publiczne podjęcie tej sprawy przez prezesa PSL Romana Bartoszcze. W wystąpieniu 7 kwietnia 1990r. Bartoszcze ostrzegł, że niszczenie komunistycznych archiwów ma na celu zatarcie do­wo­dów, kto poprzednio współpracował z bezpieką. I wtedy -jak wspominał Bartoszcze - „Geremek zerwał się z miejsca, poczerwieniał na twarzy, krzyczał coś, co trudno było zrozumieć. Zupełnie nie ten zrównoważony Geremek" (por. P. Bączek, op. cit.). W odniesieniu do samego Geremka w kontekście lustracji Piotr Bączek przypomniał, powołując się na Gazetę Polską z czerwca 1993 r., że minister Macierewicz, na kilka godzin przed przekazaniem swojej listy Konwentowi Seniorów, wykreślił z niej nazwisko Geremka.

Pakt centrolewicowy

Mijały lata, a Geremek konsekwentnie żywił nadzieję na dojście do realizacji jego cichego, ulubionego planu na powstanie „centrolewicowego paktu" między Unią Demokratyczną a postkomunistycznymi „re­fo­r­ma­to­ra­mi" z SLD. Z nim, oczywiście, jako premierem tego typu rządu koalicyjnego. Jeszcze 27 marca 1993 r, na dwa miesiące przed obaleniem rządu Su­cho­c­kiej w sejmowym głosowaniu i rozwiązaniem parlamentu, Geremek pu­b­li­cz­nie oświadczył, że "widzi możliwość mądrego kontraktu z rozsądną czę­ś­cią SLD, która poprze reformy". Wrześniowe wybory 1993 r. kolejny raz zniweczyły nadzieje Geremka. UD uzyskała zbyt słabe wyniki w porównaniu z postkomunistami, aby móc wejść w koalicję z nimi jako naprawdę liczący się partner. Postkomuniści na otarcie łez zostawili Geremkowi jednak przewodnictwo sejmowej komisji spraw zagranicznych. Kwaśniewski za­rzą­dził w swoim klubie dyscyplinę przy głosowaniu w sprawie szefostwa komisji dla Geremka. Gdy posłowie SLD zapytali go: „Czy warto umierać za Geremka", Kwaśniewski odpowiedział: "Warto" (por. Gazeta Wyborcza z 22 października 1993r.). Przepchanie Geremka w Sejmie nie było łatwe, bo PSL-owcy grozili, że poparcie jego kandydatury wywoła kryzys w koalicji. Na pierwszą wieść o możliwości utraty szefostwa wpływowej komisji, Ge­re­mek dosłownie „wyszedł z nerw" i zwołał konferencję prasową, na której zarzucił PSL-owi zerwanie międzyklubowych ustaleń i zachłanność (!).

Pseudospecjalista od wszystkiego

Reklamowany w „różowych" mediach jako niezwykły umysł, największy z geniuszy politycznych, Geremek pokazał przez 8 lat przemian, jak wiele można całkowicie spartolić. Okazało się to dlań tym łatwiejsze, że będąc specjalistą od bardzo wąskiej specjalności - z historii średniowiecza - gorliwie pchał się na kluczowe stanowiska wymagające gruntownej zna­jo­mo­ś­ci przeróżnych dziedzin, od prawa po politykę międzynarodową. I bez wahania podejmował szkodliwe dla Polski decyzje w najróżnorodniejszych ważnych sferach. Przypomnijmy mało chlubne dla Geremka przewodnictwo komisji konstytucyjnej Sejmu w latach 1989-1991 (nieprzypadkowo świadomie pominął wspomnienie o tym przewodnictwie w zafałszowanym biogramie w Kto jest kim w Polsce). Jako przewodniczący tej komisji, Geremek był bowiem najbardziej odpowiedzialny za skrajne zaniedbania w przygotowaniu ordynacji wyborczej i pierwszych wolnych wyborów, a także w opóźnianiu przygotowania nowej demokratycznej konstytucji.

Fatalne skutki dla Polski przyniosło wykorzystanie przez Geremka swej czołowej pozycji w OKP dla przeforsowania planu Sorosa-Sachsa-Bal­ce­ro­wi­cza. Było to prawdziwie nieszczęsnym paradoksem naszej sytuacji, że historyk średniowiecza zadecydował o przeforsowaniu w Polsce tak wa­ż­ne­go planu gospodarczego bez przedyskutowania jakiejkolwiek alternatywy. Zrobił to człowiek, którego „pogłębiona" wiedza o gospodarce ograniczała się głównie do świetnej znajomości dochodów francuskich kurtyzan w wieku XIII czy XIV. Szczególnie wiele szkód przyniosło sprawowane przez niego od lat kierownictwo komisji spraw zagranicznych Sejmu. Odpowiada za fatalne w skutkach usypianie polskiej opinii publicznej na temat rzekomego idyllicznego wręcz stanu polskiego bezpieczeństwa w sytuacji międzynarodowej. Zdumiewał wprost pewnością, z jaką oświadczał w wywiadzie dla Wprost z 9 stycznia 1994 r: "(...) Obecnie nie sądzę, by Polska w razie zagrożenia zewnętrznego mogła pozostać samotna. Już teraz istnieje taki układ międzynarodowy, w którym agresja przeciwko Polsce sprawiłaby, że sojusznicy przyszliby nam z pomocą (...)". Nawet tak wyrozumiały dla „Europejczyków" z UW redaktor naczelny paryskiej Kultury, Jerzy Giedroyc, nie ukrywa swej bardzo negatywnej oceny roli Geremka jako przewodniczącego sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. W wywiadzie dla Rzeczpospolitej Giedroyc powiedział wprost o profesorze Geremku, iż jego "wpływ na politykę zagraniczną Polski i obsady personalne okazał się fatalny" (por Zmiana warty, czyli jak to się stało, Warszawa 1995 r, s. 82).

Celebrowany przez całą „warszawkę" jako najznakomitszy jakoby znawca polityki międzynarodowej Bronisław Geremek popisał się w 1994r. wy­po­wie­dzią świadczącą o wręcz kompromitującej niewiedzy na temat ak­tu­a­l­ne­go stanu Rosji. Otóż według słów Geremka w wywiadzie dla Wprost z 9 stycznia 1994 r. Rosja jako potęga na forum międzynarodowym obecnie "jest tak chora, że nie jest w stanie nikogo zaatakować". Perorując w 1994 roku z taką swadą o słabości chorej Rosji Bronisław Geremek nie zauważył tego, co przedstawiał już w listopadzie 1993 na łamach paryskiej Kultury dużo bystrzejszy od niego obserwator Rosji Leopold Unger: "Obserwuje się obecnie próby pacyfikacji peryferii i rozszerzenia lub ugruntowania sfery wpływów Rosji. Rosja bardzo wyraźnie chce wziąć Ukrainę głodem i chłodem, Gruzję już wzięła przy pomocy Abchazów, Ta­dży­ków - wojną domową. Mołdawię kontroluje obecnością 14 armii wojska rosyjskiego, a Bałtów szantażuje presją obecności rusofobów". (L. Unger: Widziane z Brukseli i Warszawy, Kultura, 1993, nr 11, s. 87-88.)

W ostatnich latach Rosja znowu podporządkowała sobie Białoruś i po­de­j­mu­je różnorodne działania w celu ponownego połączenia z sobą Ukrainy, co byłoby niebezpieczne z punktu widzenia polskich interesów. Nie za­po­mi­na­j­my, że ta lekceważona przez Geremka Rosja jest nadal super-mo­ca­r­stwem atomowym, że ma niezwykle rozbudowany wywiad na zagranicę, a jej służby specjalne posiadają wielkie „tradycje" i doświadczenia. Trudno nie ukrywać obaw przed skutkami faktu, gdy premierem Rosji był właśnie były szef KGB Jewgienij Primakow.

Geremek zdaje się w istocie rzeczy niewiele rozumieć z faktycznego układu sił na arenie międzynarodowej. Kiedy na przykład zapewnia w wywiadzie dla Wprost z 4 października 1998r., iż „Niemcy nadal są kolosem ekonomicznym, ale krasnalem politycznym". Taką tezę można było głosić parę dziesięcioleci temu, ale już dawno przestała być aktualna, tym bardziej po zjednoczeniu Niemiec. Jak można nazywać krasnalem po­li­ty­cz­nym Niemcy, które finansują 60 proc. budżetu Unii Europejskiej. Daje im to przecież szansę ogromnego oddziaływania nie tylko ekonomicznego, ale i politycznego. Jeśliby Niemcy były rzeczywiście krasnalem politycznym, to zupełnie niezrozumiałe byłoby, dlaczego polskie ekipy rządzące od lat tak chlubiły się poparciem Niemiec jako adwokata Polski w staraniach o wejście do NATO i do UE.

Wygląda na to, że pan Geremek, pogrążony bez reszty w krajowych zakulisowych intrygach zupełnie przespał to, co się działo w Europie w ostatnim dziesięcioleciu. I taki człowiek akurat został ministrem spraw zagranicznych III RP. A potem mamy pozbawione choćby krzty realizmu wypowiedzi Geremka, już jako ministra spraw zagranicznych, po­w­ta­rza­ją­ce­go bezsensowne twierdzenia o rzekomym cudzie pojednania między Polską a Niemcami, i to nie tylko między rządami, ale i między spo­łe­cze­ń­stwa­mi. Dużo wnikliwsi od Geremka obserwatorzy jak Klaus Bachman, najbardziej znany korespondent prasy niemieckiej w Polsce, głoszą do­k­ła­d­nie wręcz odwrotną tezę, że między Polską a Niemcami jest w rze­czy­wi­s­to­ści tylko kicz pojednania. Nawet dziennikarka Gazety Wyborczej Danuta Zagrodzka znająca na co dzień sytuację w Niemczech z autopsji, za­u­wa­ży­ła, że w przeciwieństwie do oficjalnych uścisków na „górze", mamy bardzo wiele negatywnych zjawisk w odniesieniu do wzajemnych stosunków na „dole" (por. D. Zagrodzka: Na górze róże, na dole pokrzywy, Gazeta Wyborcza 26 czerwca 1997). A pan minister Geremek jak gdyby nigdy nic publicznie wygłasza pełne optymizmu banialuki.

Entuzjastom rzekomego mistrzowskiego znawstwa polityki mię­dzy­na­ro­do­wej przez pana Geremka polecamy lekturę bardzo trzeźwych ocen na­cze­l­ne­go redaktora paryskiej Kultury Jerzego Giedroycia na ten temat. Nie u­kry­wał on swej bardzo negatywnej oceny roli Geremka jako prze­wo­d­ni­czą­ce­go sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. W wywiadzie dla Rze­czy­po­s­po­li­tej z 22 stycznia 1994 r. Giedroyc powiedział wprost o profesorze Ge­re­m­ku, iż jego "wpływ na polityką zagraniczną Polski i obsady personalne okazał się fatalny" (por. Zmiana warty, czyli jak to się stało, Warszawa 1995, s. 82). Wcześniej, przy okazji niezbyt przemyślanego wystąpienia Geremka i Michnika w Pekinie, Giedroyc porównał obu panów do "królewiąt z dawnej Polski", które próbują robić jakąś własną politykę, bez odpowiedniego poczucia polskiej racji stanu (por. Polityka z 19 października 1991).

Promował najgorszych ambasadorów

Można by długo wyliczać przykłady dowodzące, jak bardzo prawdziwa była ocena Giedroycia o fatalnym wpływie Geremka na polityką zagraniczną Polski i obsady personalne. Bronisławowi Geremkowi, faktycznie kie­ru­ją­ce­mu polityką kadrową MSZ w kwestiach wyjazdów na placówki za­gra­ni­cz­ne, zawdzięczamy przedziwną galerię ambasadorów, których głó­w­nym atutem był najczęściej skrajny krytycyzm wobec polskiego pa­t­rio­ty­zmu i polskich tradycji, przy równoczesnym braku zawodowych kom­pe­te­n­cji. Typową postać pod tym względem stanowił ambasador Polski na Litwie Jan Widacki, znany głównie z nieubłaganej walki z przywódcami polskich organizacji na Wileńszczyźnie, a zwłaszcza Związkiem Polaków na Litwie. Zainteresowanych obrazem działania różnych ambasadorskich nie­u­da­cz­ni­ków, wysłanych za granicą z poręki pana Geremka, odsyłamy do dobrze udokumentowanych książek Tadeusza Kosobudzkiego na temat różnych „sprawek" MSZ-u i do rozdziałów „Michałki" polskiej dyplomacji i Krewni i znajomi królika w drugim tomie moich Zagrożeń dla Polski i polskości.

Minister — nieudacznik

Zdobycie przez Geremka tak bardzo upragnionego przezeń szefostwa resortu spraw zagranicznych okazało się dlań pod pewnymi względami zwycięstwem pyrrusowym. Minister spraw za­gra­ni­cz­nych jest dużo bardziej na widoku przed opinią publiczną i nie może wciąż się chronić w kuluarowe gry - ulubioną domenę działań Geremka. Jako minister spraw za­gra­ni­cz­nych już w ciągu pierwszego roku zdołał całkowicie obnażyć swą nie­ko­m­pe­te­n­cję. W mediach, tak długo wielce przychylnych Bronisławowi Ge­re­m­ko­wi, coraz częściej zaczęły się pojawiać głosy zarzucające mu żenujący wprost brak aktywności. Typowy pod tym względem był ton artykułu za­s­tę­p­cy redaktora naczelnego Życia Tomasza Wróblewskiego, stwierdzający między innymi: „(...) Ostatnia tryumfalna podróż prezydenta Kwa­ś­nie­w­skie­go do Moskwy była bardziej porażką ministra Geremka niż sukcesem Kwaśniewskiego. MSZ (...) nie potrafił zaproponować nowych rozwiązań w kontaktach z Unii Europejską (.,.), dotychczas nie usłyszeliśmy o żadnej nowatorskiej inicjatywie zagranicznej. Wszystko sprowadza się do konsumowania zaleceń nadchodzących z Zachodu (...)" (T. Wróblewski: Raźno do NATO, Życie 4-5 lipca 1998).

Wygłoszone w Sejmie w marcu 1998 r. expose Geremka dość po­w­sze­ch­nie uznano za zbiór ogólników, bez szerszej, długofalowej wizji polityki zagranicznej. Stwierdzono: "Nie usłyszeliśmy ani słowa o katalogu spraw, na które Polska, bądź co bądź duży kraj o geopolitycznie węzłowym położeniu, mogłaby wywierać wpływ" (por. J. Ostrowski: Sukcesy MSZ?, Życie 7 marca 1998). Według niektórych złośliwych komentarzy jedynym jak dotąd oryginalnym pomysłem, jakim wyróżnił się Geremek jako minister spraw zagranicznych było to, aby zamknąć dziennikarzy w wydzielonym zakątku na terenie Sejmu, gdzie jedynie mieliby prawo do zadawania VIP-om pytań. Z tego jedynego oryginalnego pomysłu rezerwatu dla krnąbrnych dziennikarzy musiał się jednak wycofać po fali protestów prasowych. Dodatkowym blamażem okazała się rola Geremka jako przewodniczącego Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (panegiryści przypisywali początkowo „epokowe znaczenie" faktowi objęcia przez Geremka na rok przewodnictwa tej organizacji). Geremek bardzo szybko dowiódł swoimi kolejnymi wizytami-fiaskami (między innymi w Bośni i w Albanii), że OBWE jest dziś faktycznie tylko „Organizacją Bezradności Wzajemnej w Europie". Na tle dość powszechnego za­szo­ko­wa­nia nawet wśród dziennikarzy ze środowisk, różowych" rozmiarami niekompetencji i inercji Geremka tym bardziej groteskowo wypadł Szczy­pio­r­ski ze swą odosobnioną panegiryczną tyradą na cześć ,Bro­ni­s­ła­wa Wielkiego" {Wprost, 7 czerwca 1998).

Przy braku plusów w polityce zagranicznej Geremka tym fatalniej rzucają się w oczy różne minusy jego polityki, zwłaszcza spolegliwość wobec Niemiec i całkowite zaprzeczanie jakimkolwiek niemieckim zagrożeniom dla polskich interesów. Najbardziej zdumiewa, że Geremek, bądź co bądź polski minister spraw zagranicznych otwarcie przejął sło­w­ni­c­two nie­mie­c­kich rewizjonistów i publicznie zaczaj używać terminu „wy­pę­dze­ni" w stosunku do niemieckich przesiedleńców (np. w telewizyjnej Panoramie z 11 września 1998) (por. komentarz A. Cieńskiej w Naszym Dzienniku z 29 września 1998). Komentator Głosu, Jerzy Rachowski, analizując różne ustępstwa ministra Geremka wobec Niemiec zatytułował swój artykuł do­sa­d­nie: "Geremek auf Widershen! Boński minister w polskim gabinecie?" (Głos z 15 lipca 1998).

W wyborach do Parlamentu Europejskiego 13 czerwca 2004 został wy­bra­ny europosłem z komitetu Unii Wolności. W Parlamencie Europejskim wchodził w skład frakcji Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy. W 2007 odmówił złożenia oświadczenia lustracyjnego.

Oświadczenie Komitetu Pamięci Ofiar Stalinizmu w sprawie Bronisława Geremka:
Od wielu lat Komitet Pamięci Ofiar Stalinizmu zwracał uwagę kolejnym ekipom władz PRL, a także III RP i IV, na stalinowską przeszłość Bro­ni­s­ła­wa Geremka. Bronisław Geremek w najbardziej ponurym okresie PRL, w latach 50-tych należał do grupy uprzywilejowanej, wyróżniał się nad­gor­li­wo­ścią i służalczością wobec reżimu stalinowskiego. Jako ak­ty­w­ny działacz partyjny na Uniwersytecie Warszawskim sprawił lub przyczynił do uwięzienia nieprawomyślnych studentów. W wyniku jego nad­go­r­li­wo­ści jeden z naszych członków – (założycieli Komitetu Pamięci Ofiar Stalinizmu) więziony był we Wronkach. Od roku 1989, od momentu po­wo­ła­nia Komitetu Pamięci Ofiar Stalinizmu, pan Józef Chlabicz, bez­sku­te­cz­nie domagał się, przynajmniej publicznych przeprosin. W złożonej deklaracji członkowskiej pisze on. m.in. ...pragnę prosić stalinowca, doc. Geremka, aby mnie publicznie przeprosił . Oprócz niego przyjmę przeprosiny od płka Baumana ”.(1) Geremek za swoją nadgorliwą wspó­ł­pra­cę ze stalinowskim reżimem nagrodzony został stypendium na­u­ko­wym we Francji, a następnie stanowiskiem dyrektora Ośrodka Kultury Polskiej w Paryżu. W tamtych okresie paszporty wydawano tylko za­s­łu­żo­nym i pewnym aktywistom reżimu. Także w następnych latach władze PRL korzystały z jego służalczości i nagradzały za gorliwość. To ha­nie­b­na przeszłość, a nie jakieś względy moralne, skłoniły B. Geremka do od­mo­wy podpisania oświadczenia o nie uwikłaniu we współpracę ze słu­ż­ba­mi specjalnymi i SB. Dlatego tego rodzaju oświadczenia nie może on podpisać, bo musiałby skłamać.
1. Komitet Pamięci Ofiar Stalinizmu w Polsce – dr Leszek Skonka (b. działacz przedsierpniowej opozycji w Polsce (ROPCiO i WZZ)
1 Płk. Zygmunt Bauman także stalinowiec, politruk, wykładowca mar­ksi­zmu-leninizmu, przyp. Lskonka

Zginął 13 lipca 2008 w wypadku drogowym na drodze krajowej nr 2 w Lubieniu w powiecie nowotomyskim. Prowadzony przez niego samochód osobowy zjechał na przeciwległy pas jezdni i zderzył się z nadjeżdżającym z przeciwka samochodem dostawczym. Prokurator Prokuratury Rejonowej w Nowym Tomyślu umorzył śledztwo w tej sprawie w związku z ustaleniem, iż sprawcą wypadku był Bronisław Geremek.

Jego żona, dr Hanna Teresa Geremek, była historykiem starożytności, pra­co­w­ni­kiem naukowym UW, zmarła 21 lipca 2004. Synowie Marcin i Ma­ciej zostali lekarzami

Człowiek który był przedstawiany jako autorytet moralny, uiszczenie wszelkich cnót, wielki opozycjonista, bohater, było człowiekiem do cna zepsutym. (…) To był człowiek totalnie zdemoralizowany. Ja już nie mówię, że to on zablokował wyjaśnienie sprawy śmierci ks. Popiełuszki (…). Mówię o okolicznościach jego śmierci. Śmierć jest częścią życia. Geremek zginął tak jak żył, w ramionach prostytutki [którą w mediach nazywano prostytutką – przyp. red.]. O tym nikt nie mówi głośno, a są raporty policyjne na ten temat. (…) Ten człowiek umarł tak jak żył – w rozmowie z Szlachtowiczem opowiada Sumliński.

Zdrajca Solidarności

Warto się zatrzymać przy sprawie programu Jana Pospieszlaskiego „Bli­żej”, poświęconemu wprowadzeniu stanu wojennego. Pojawił się tam ró­w­nież wątek Bronisława Geremka. W następstwie zadziałał specyficzny mechanizm, jak niegdyś po publikacjach na temat Lecha Wałęsy. Przy­po­m­nij­my: w programie pokazano fragment nowego filmu Grzegorza Brauna „Towarzysz generał idzie na wojnę”, w którym mowa jest o do­ku­me­n­cie z archiwum Stasi, relacjonującym rozmowę Stanisława Cioska, ów­cze­s­nego ministra ds. związków zawodowych, z Geremkiem. W trakcie tej rozmowy Geremek miał sugerować, że po wprowadzeniu przez władzę rozwiązania siłowego, możliwe byłoby odrodzenie wolnych związków zawodowych w bardziej układnej formule, bez radykałów i „Matki Boskiej w klapie”, być może z Wałęsą. Dokument miał powstać na podstawie relacji samego Cioska.

Dokument Stasi relacjonujący rozmowę Bronisława Geremka ze Sta­ni­sła­wem Cioskiem z 1981 r. przed wprowadzeniem stanu wojennego. In­for­ma­cję zawierał szyfrogram ambasadora NRD Horsta Neubauera. Geremek miał sugerować wtedy nieuchronność siłowej konfrontacji władzy z So­li­da­r­no­ś­cią i konieczność zlikwidowania aparatu „S” przez organa władzy. Dokument Stasi był wcześniej kilkakrotnie publikowany m.in. w paryskiej „Kulturze”, jak i w opracowaniach historyków IPN-u.

 

 
Dowody zdrady B. Geremka w katach STASI  
  

Był mocnym punktem niszczenia Polski.

Poniżej część nieopublikowanego z nim wywiadu:

Hanna Krall: Panie profesorze, wydaje mi się, że pan niezbyt lubi Polaków! Bronisław Geremek: Niezbyt lubię ? Takie określenie jest niezbyt ścisłe ! Ja ich po prostu nienawidzę. Tak nienawidzę, że nie wiem jak to wyrazić słowami.
Hanna Krall: Ale przecież pana i pana matkę uratował właśnie Polak ! Bronisław Geremek: To prawda. Stefan Geremek ukrył nas oboje w Zawichoście. Później nawet, kiedy było już jasne i pewne, że mój ojciec Borys Lewartow – nauczyciel ze szkółki rabinackiej, zginął w getcie warszawskim, ożenił się z moją matką. Niemniej jednak jak od dziecka musiałem ukrywać swoje pochodzenie i nie jeden raz bluźniłem przenajświętszemu, niech będzie sławione imię Jego po wieki wieków, że stworzył mnie właśnie żydem!
A zresztą, czytała chyba pani pamiętniki Emanuela Gingelbluma?
Hanna Krall: Oczywiście. Przecież pisałam książkę o getcie warszawskim i bohaterach żydowskiego Ruchu Oporu.
Bronisław Geremek: No, to co pewnego razu powiedzieli żydzi, którzy razem z Gingenblumem ukrywani byli w bunkrze przy ulicy Wolskiej przez ogrodnika Marczaka i jego rodzinę ? Pamięta pani, panno Hanko ?
Hanna Krall: Tak. Pamiętam. Mówili: Nienawidzimy Polaków, bo im jest lepiej niż nam.
Bronisław Geremek: No, to teraz nie będzie się pani zastanawiać, że cały ruch społeczny, który tworzymy ożywimy go najróżnorodniejszymi nurtami politycznymi, ma na celu doprowadzić do takich zmian w strukturze państwowo-gospodarczej Polski, aby żydom w Polsce żyło się zawsze lepiej jak Polakom.

Cały wywiad:
BrzozaForum.pl
 

 

 Michaił Gorbaczow – Prezydent ZSRR
 

Na przełomie 1989/1990 roku Prezydent ZSRR - Gorbaczow wpadł na po­mysł, żeby oddać Polsce kawałek ziem utraconych w 1945 roku. Pro­po­zy­cja dotyczyła oddania Po­l­sce Grodna i Lwowa.
Jaruzelski podobno zainteresował się tą pro­po­zy­cją, ale wysłana do Moskwy delegacja So­li­dar­no­ści (Mazowiecki, Geremek i Ku­roń) odmówiła przyjęcia tych ziem co było ak­tem zdrady Polski.

Leszek Żebrowski - Kim był Towarzysz Geremek  

 www.yelita.pl

 


poniedziałek, 9 marca 2026

                           TUZY ELITY

                                        Konstanty Gebert

 

 

 Konstanty Gebert, ps. Dawid Warszawski (ur. 22 sierpnia 1953 w Warszawie) – dziennikarz, publicysta żydowskiego pochodzenia o charakterze antypolskim.

W 1976 ukończył psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Od 1989 dziennikarz i współpracownik Gazety Wyborczej (gdzie publikuje dla zmyłki pod pseudonimem Dawid Warszawski), za­ło­ży­ciel i by­ły redaktor naczelny mie­sięcz­ni­ka o tematyce żydowskiej Midrasz.

Jest synem Bolesława Geberta (1895–1986), jednego z założycieli Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych, agenta sowieckiego oraz zdrajcy Polski i Krystyny Poznańskiej-Gebert (1916– 1991), pierwszej żony Artura Starewicza i agentki UB. Jest mężem Małgorzaty Jasiczek-Gebert, członka zarządu i dyrektora Centrum Pomocy Uchodźcom Polskiej Akcji Humanitarnej, ojcem Natalii, Jana, Zofii i Szymona.

Jest publicystą i międzynarodowym reporterem „Gazety Wyborczej”, a także prezesem Stowarzyszenia "Midrasz", wydającego miesięcznik pod tym samym tytułem. Autor książek o Okrągłym Stole, wojnie w Bośni i o współczesnym Izraelu.

Konstanty Gebert związany z KOR-em, był jednym z założycieli niezależnego Żydowskiego Uniwersytetu Latającego (1979), Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów oraz – we wrześniu 1980 roku – Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Pracowników Nauki, Techniki i Oświaty, który wkrótce połączył się z NSZZ „Solidarność”. Uniknąwszy internowania w czasu stanu wojennego, jako Dawid Warszawski publikował w prasie podziemnej. W 1989 r. relacjonował obrady Okrągłego Stołu. Od początku współtworzył „Gazetę Wyborczą”, dla której w latach 1992- 95 pisał korespondencje z wojny w Bośni.

CIEKAWOSTKA:

UB podesłało Bolesławowi Gebertowi [ojcu] swoją agentkę, Krystynę Poznańską, która została jego kochanką, aby tym lepiej mogła go śledzić. Otóż Bolesław Gebert [senior] nie wiedząc o tym, ożenił się z Krystyną Poznańską. Ministerstwo Bezpieczeństwa pozwoliło jej na małżeństwo, aby w roli żony mogła jeszcze lepiej śledzić Bolesława Geberta jako męża. Tak więc konfident Moskwy dostał na stałe przydział innego konfidenta.


Antypolonizm Dawida Warszawskiego

Zrozumienie powyższych uwarunkowań (matka K. Geberta szpiegująca swego męża), które mogły nader boleśnie i deformująco oddziałać na psychikę Konstantego Geberta (Dawida Warszawskiego), nie może jednak usprawiedliwiać jego tak zajadłych fobii wobec polskiego patriotyzmu i Kościoła i wynikłych stąd ogromnych szkód, jakie wyrządził obrazowi Polski za granicą.

Warszawski niejednokrotnie narzekał na rzekomy polski "antysemityzm" i brak odpowiedniej gotowości polskich katolików do dialogu z Żydami. Sam zaś "najlepiej" pokazał, jak rozumie ten "dialog" już w 1989 r., wulgarnie i oszczerczo atakując Prymasa Polski Józefa Glempa na łamach wychodzącego w Stanach Zjednoczonych żydowskiego czasopisma "Tikkun". Nazwał tam poglądy Prymasa Polski "aroganckimi i głupimi" - dość szczególny przejaw "skłonności do dialogu" ze strony członka gminy żydowskiej (!).

26 lipca 1996 r. Warszawski opublikował na łamach dodatku "Ex Libris" do "Życia Warszawy" jeden z najbardziej paszkwilanckich tekstów, gruntownie zafałszowujących historię stosunków polsko-żydowskich. Twierdził tam m.in., że przed wojną jakoby niemal żaden Żyd nie mógł zostać wyższym oficerem w Polsce, tak silna była dyskryminacja Żydów. Okazało się, że Warszawski jest tak leniwy, że nie czyta dokładnie nawet współredagowanej przez niego "Gazety Wyborczej". Mógłby się bowiem z niej dowiedzieć, że w Katyniu zginęło ok. 400 oficerów Żydów z pochodzenia. Wyjątkowo niebezpieczne dla obrazu Polski i Kościoła katolickiego w Polsce okazały się rozliczne "donosy" Warszawskiego na Polskę na użytek zagraniczny, w stylu cytowanego już wcześniej tekstu publikowanego w "Tikkun". Warszawski szczególnie mocno nasilił swą kalumniatorską działalność tego typu przy okazji "Sąsiadów" Grossa. Między innymi w artykule publikowanym w niemieckim "Die Welt" pisał, że: "Polacy powinni swoje zbrodnie na Żydach zaakceptować jako część własnej historii" (cyt. za korespondencją W. Maszewskiego z Hamburga "Warszawski szkaluje Polaków", "Nasz Dziennik" z 18 lipca 2002 r.).

Dawid Warszawski stał się czołowym wyrazicielem żydowskiego nacjonalistycznego triumfalizmu w Polsce, przekonania, że mniejszość żydowska powinna odegrać rolę dominującą. Jakże wymowne pod tym względem były jego uwagi zamieszczone na łamach amerykańskiego miesięcznika "Moment" w 1998 roku w artykule pt. "By 2050 Poland will become an economic powerhouse with Polish Jews as its drawing force" (Przed 2050 r. Polska będzie ekonomiczną potęgą z polskimi Żydami jako jej siłą napędową). Warszawski pisał tam m.in.: "Do roku 2000 Polska będzie miała społeczność żydowską liczącą około 30 000 osób, sześć razy większą niż w 1989 r., kiedy to żydowskie odrodzenie rozpoczęło się na serio. (...) W swej determinacji przystąpienia do Unii Europejskiej i wyzbycia się przekonań politycznych, które czyniły naród polski zakładnikiem historii przez 2000 lat, młodzi Polacy porzucili zarówno złe, jak i dobre tradycje. Wolą uczyć się niemieckiego niż historii wojen z Niemcami. (...) Antysemityzm został zmarginalizowany do księżycowych peryferii. Zarazem całe połacie tożsamości narodowej i tradycji zostały zapomniane (...). W roku 2010 żydowscy profesorowie zdominują wydziały polskiej historii i tradycji na uniwersytetach (...). Polskie lobby żydowskie wkrótce wzrośnie w siłę powiązaną z zadziwiającym rozwojem polskiej gospodarki (...). W połowie przyszłego wieku Polska stanie się kontynentalną potęgą gospodarczą, a polscy Żydzi, w całej Europie, będą jej siłą przewodnią (cyt. za: T. Pająk "A Naród śpi!", wyd. II, Tomaszowice 2002, s. 291-292).

http://suwerennosc.blogspot.com/2008/12/konstanty-gebert-vel-dawid-waszawski-i.html

                                                                 www.yelita.pl

 

Brytyjczycy tłumnie na ulicach


https://www.youtube.com/watch?v=MUEWJJ6i3Yg


Tłumy mieszkańców Królestwa Wielkiej Brytanii, zorganizowane do różnych form protestów ulicznych, wypowiadały się ostatniej soboty przeciwko wojnie sojuszniczej USA i Izraela przeciwko Iranowi.

Hasła wypisane na kawałkach tektur, niesione przez uczestników, zwracały uwagę, że rzekome powody zmiany rządu, przejęcia kontroli nad produkcją ropy, czy nawet spornej kontroli nad programem atomowym, są tematami przesłaniającymi rzeczywiste zbrodnie i przestępstwa władzy zjednoczonej jako „Elity Epsteina” (EE).

„EE” fundują mieszkańcom kolejnego regionu kolejną rzeź dzieci, kolejną wojnę, w której najbardziej giną od kul jedni cywile, a inni ucierpią niebawem płacąc za skutki zarządzania wojnami. Tłumy nawołują, by światowym elitom stawić światowy sprzeciw, skoro ich świadomość nie odnotowuje, że 90% ludności nie chce wojen. Niewybaczalne jest lekceważenie stanowiska tak ogromnej liczby ludności, by tolerować kosztowne zachcianki 1% elit, za którymi stoi 9% aparatu wojskowo-policyjnego i urzędniczego.

Wojna Trumpa w interesie Izraela, niszczy po kolei każdy kraj, na który wskazuje jego przywódca. Oprócz flag, ogromnej liczby banerów, niektórzy uczestnicy mają trwale nadrukowane napisy na ubraniu: „Wojna nie jest rozwiązaniem problemów XXI wieku”. Żadna z wojen toczonych w imię lepszych warunków życia mieszkańców Bliskiego Wschodu od Afganistanu, po Bagdad, a teraz Teheran, nie przyniosła choćby cienia ulgi mieszkańcom, co jest ostatecznym powodem do manifestacji świadomości i gniewu. Zgarniający fortunę na wojnach politycy i przedsiębiorcy nie dzielą się w najmniejszym procencie zyskami z biedotą powstałą w wyniku wojen.

Krótko podsumowując wymowę dialogu ludzi na podstawie treści banerów, są oni zgodni kolejny raz: Bóg stworzył świat, ale Szatan podpowiada wojny.

Autorstwo: Jola
Na podstawie: YouTube.com
Źródło: WolneMedia.net

niedziela, 8 marca 2026

                            TUZY ELIT

                                         Gazeta Wyborcza

 


Gazeta Wyborcza (Kosher Zeitung) – żydowska gazeta w Polsce dla Po­la­ków wydawana w języku polskim.

Wysokonakładowy, ogólnopolski dziennik społeczno-polityczny wydawany od 1989 w Warszawie przez koncern medialny Agora SA, która dzięki olbrzymim funduszom i powiązaniom oraz układom kontroluje znaczną cześć mediów a także sfery informacyjnej, politycznej, biznesowej a nawet wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Spełnia w III RP tą samą role jaką w PRL spełniał GUKPPiW.

Gazeta Wyborcza powstała zgodnie z uzgodnieniami Okrągłego Stołu jako dziennik mający reprezentować solidarnościową opozycję w czasie kam­pa­nii wyborczej, początkowo pismo miało nosić nazwę "Gazeta Co­dzien­na", zaś przymiotnik "Wyborcza" miał funkcjonować tylko w czasie kampanii wyborczej. Pierwszy 8-stronicowy numer ukazał się 8 maja 1989 w na­kła­dzie 150 tys. egzemplarzy. Przygotowało go 20 dziennikarzy - większość z nich było wcześniej związanych z pod­ziem­nym "Tygodnikiem Mazowsze".

Od początku pisma redaktorem naczelnym jest Adam Michnik, co po­wo­du­je że pismo to jest nierzetelne i reprezentuje jedynie „słuszną linię po­li­tycz­ną w Polsce” oraz zakłamuje historię oraz współczesność dla swoistej poprawności politycznej tzw elit rządzących, czyniąc w ten sposób szkody interesom narodowym Polski i Polaków.

AGORA SA jest dziś dużym koncernem medialnym, który posiada udziały w firmach działających w kilku branżach. A wszystko zaczęło się od jednego tytułu prasowego, który pojawił się na rynku 8 maja 1989 roku. Pismo liczyło 8 stron i rozeszło się w nakładzie 150 tysięcy, w cenie 50 złotych (przed denominacją) za egzemplarz. Winietę pisma tworzył między innymi znaczek NSZZ „Solidarność” i hasło „Nie ma wolności bez Solidarności”.

„W okresie kampanii wyborczej zapewnione zostanie ukazywanie się Gazety Wyborczej, firmowanej przez środowiska skupione wokół Komitetu Obywatelskiego, która następnie przekształci się w ogólnokrajowy dziennik informacyjny” – zapisano w porozumieniu z początku kwietnia 1989 roku. W umowie znalazły się cenne dla opozycji gwarancje, w tym za­pew­nie­nie, że do czasu wprowadzenia wolnego obrotu papierem, po­trze­by tych pism zostaną zaspokojone z rezerwy państwowej. Us­ta­le­nia przy ok­rą­g­łym stole przewidywały możliwość powstawania innych wydawnictw, przy czym strona rządowa nie gwarantowała ich działania tak, jak w przypadku wydawnictw firmowanych przez KO i NSZZ „Solidarność”. Warto dodać, że wolny obrót papierem wprowadzono dopiero w paź­dzier­ni­ku 1989 roku, a więc po powstaniu rządu Ma­zo­wiec­kie­go.


Kolegia w piaskownicy

Formalnie przygotowania do startu „Gazety” rozpoczęły się 8 kwietnia, gdy redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej” został Adam Michnik. Decyzję formalnie podjął Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie. Na wniosek Artura Międzyrzeckiego Komitet nie rozpatrywał innych kandydatur, chociaż wśród pretendentów do tej funkcji wymieniano między innymi Ernesta Skalskiego, Andrzeja Micewskiego, Marcina Króla, Kazimierza Dzie­wa­no­w­skie­go czy Antoniego Macierewicza. Duży wpływ na decyzję Komitetu miała opinia Lecha Wałęsy.

Podobno dzień przed spotkaniem, w trakcie podróży z Gdańska do War­sza­wy, doszło do rozmowy Wałęsy z Michnikiem, po której prze­wo­d­ni­czą­cy zdecydował się na Michnika gdyż ten posiadał stosowną wiedzę o agencie TW Bolek z prac tzw Komisji Michnika.

Zastępcami Michnika zostali Helena Łuczywo i Ernest Skalski, później do­łą­czył do nich Krzysztof Śliwiński.

Formalnym wydawcą została AGORA sp. z o.o. zarejestrowana 10 kwie­t­nia 1989 roku przez Andrzeja Wajdę, Aleksandra Paszyńskiego i Zbi­g­nie­wa Bujaka.

Według Andrzeja Wajdy umowę spisano w jego mieszkaniu na prośbę Adama Michnika, który przekonał zebranych, że spółka jest niezbędna.

Kapitał założycielski spółki stanowiły równe wkłady trzech udziałowców po 50 tysięcy starych złotych (po demonizacji – 5zł nowych.)

Śledząc przebieg zmian własnościowych w spółce, od razu należy zaznaczyć, że są one owiane ścisłą tajemnicą. Z książki Stanisława Remuszki pt. „Gazeta Wyborcza i okolice” można dowiedzieć się sporo o przemianach własnościowych z początków funkcjonowania Gazety.

Według jego relacji 7 maja 1990 roku zespół dowiedział się, że właś­ci­cie­lem „Gazety Wyborczej” jest spółka AGORA sp. z o. o., a informacja wy­wie­szo­na na tablicy w redakcji informowała o poszerzeniu grona udziałowców do 19 osób. Według tej listy właścicielami, oprócz trójki założycieli byli: Anna Bikont, Stefan Bratkowski, Tomasz Burski, Zofia Bydlińska, Zofia Floriańczyk, Wojcieh Kamiński, Edward Krzemień, Tomasz Kuczborski, Krzysztof Leski, Grzegorz Lindenberg, Helena Łuczywo, Adam Michnik, Piotr Niemczycki, Piotr Pacewicz, Juliusz Rawicz i Ernest Skalski. Po­in­for­mo­wa­no też zespół, że jest to pierwszy krok przemian własnościowych. W przyszłości AGORA miała stać się spółką akcyjną. Zapewniono też zes­pół, że właściciele spółki nie czerpią z tego tytułu dodatkowych dochodów. Wprost przeciwnie, „Gazeta” przynosi deficyt, pokrywany z kredytu. Pod listem podpisani byli Helena Łuczywo i Grzegorz Lindenberg. Autorzy tekstu nie odpowiedzieli na pytania członków koła SDP o majątek spółki jego pochodzenie oraz o szczegóły decyzji o przekształceniach.

Prospekt emisyjny przed wejściem na GPW podaje, że do 1998 roku liczba wspólników zmieniała się kilka razy, dochodząc maksymalnie do 25 osób. Nigdy nie poznaliśmy listy tych nazwisk. Od 1993 roku udziałowcem w spółce została firma COX objęła 13,2 procent udziałów.

Wanda Rapaczyńska, związana formalnie ze spółką od 1992 roku, nigdy nie ukrywała, że to dzięki jej dobrym kontaktom w Stanach Zjednoczonych, udało się pozyskać inwestora, który mocno wsparł finansowo rozwój „Gazety”.

W 1998 roku, podczas przygotowań do przekształcenia AGORY w spółkę akcyjną, poinformowano o zmianie struktury udziałowców. AGORA sp. z. o.o. zmieniła szyld na AGORA Holding sp. z. o.o. i została głównym udziałowcem spółki akcyjnej. Zdecydowano też, że udziałowcami AGORY Holding zostanie czterech dotychczasowych udziałowców (Rapaczyńska, Rawicz, Łuczywo, Niemczycki), pozostałym zaproponowano specjalne pakiety akcji AGORA SA. Do grupy uprzywilejowanej dołączono też około 70 zasłużonych pracowników spółki (tu też nie poznaliśmy całej listy nazwisk). Pracownicy, a także byli pracownicy „Gazety Wyborczej” (którzy prze­pra­co­wa­li co najmniej dwa lata) oraz emeryci, nabyli prawo do kupna specjalnych imiennych akcji pracowniczych. W sumie skorzystało z tego około 1500 pracowników firmy. Spółka opracowała też system mo­ty­wa­cyj­ny, który pozwala co roku nagradzać dziennikarzy akcjami serii D, a w szcze­gó­l­nych przypadkach nawet serii B (akcje, które posiada między in­ny­mi każdy ze wspomnianych byłych 26 udziałowców AGORY sp. z.o.o.).

Wśród 96 uprzywilejowanych udziałowców (26 starych i 70 no­mi­no­wa­nych w 1998 roku) prasa wymieniała między innymi: Andrzeja Wajdę i Zbigniewa Bujaka (założycieli spółki – według „Polityki” obydwaj w 2000 roku posiadali po 245 tysięcy akcji), Seweryna Blumsztajna, Ernesta Skalskiego, Piotra Pacewicza, Michała Cichego, Piotra Sta­si­ń­skie­go, Edwarda Krzemienia, Joannę Szczęsną, Annę Bikont i Ewę Milewicz. Akcje serii A (czwórka udziałowców AGORA Holding) oraz serii B (kluczowi pracownicy) zostały tak pomyślane, by było je trudno zbyć.

Ma to w sposób oczywisty chronić spółkę przed wrogim przejęciem. Na przykład akcje serii B można było sprzedać w całości dopiero po 10 latach (po 10 procent co rok). Na sprzedaż akcji serii A musieli wydać zgodę pozostali akcjonariusze AGORY Holding. Adam Michnik, jako jedyny z istotnych pracowników firmy zrezygnował z objęcia udziałów w firmie. Według relacji z drugiej ręki (wypowiedź dla Timothy’ego Gartona Asha w reportażu opublikowanym w piśmie „The New Yorker”), Michnik nie chciał być posądzany o czerpanie korzyści finansowych z kierowania „Gazetą Wyborczą” i odmówił przyjęcia akcji.

Od 2004 roku Cox rozpoczął proces wycofywania się z akcjonariatu AGORY S. A., sprzedając swoje akcje AGORZE Holding. Aktualnie akcjonariat AGORY przedstawia się następująco: AGORA Holding sp. z. o.o. posiada 11,18 proc. akcji (33,53 proc. głosów na WZA), fundusze inwestycyjne: BZ WBK 12,49 proc. akcji (9,35 proc. głosów na WZA), ING OFE 7,38 proc. akcji (5,52 proc. głosów na WZA) i pracownicy 0,05 proc. akcji (0,04 proc. głosów na WZA). W wolnym obrocie znajduje się 68,91 proc. akcji (51,57% głosów na WZA).

Aktualnie kluczowymi udziałowcami w spółce AGORA Holding sp. z.o.o. są: Wanda Rapaczyński, Seweryn Blumsztajn, Juliusz Rawicz, Piotr Niemczycki, Helena Łuczywo i Zbigniew Bąk. Wszyscy posiadają równe udziały w spółce o wartości 10472,84 PLN.

Początki spółki to oczywiście prace nad wydaniem i ugruntowaniem pozycji „Gazety Wyborczej”. Do 1990 roku próbowano utrzymywać złudzenie jed­no­ś­ci obozu postsolidarnościowego, co było nie tylko wygodne z politycznego punktu widzenia, dla części opozycji, ale i bardzo opłacalne dla samej „Gazety Wyborczej”, jedynego ogólnopolskiego dziennika utożsamianego z opozycją. Udało się to utrzymać do momentu otwartego konfliktu w obozie, czyli tak zwanej „wojny na górze”. Ale dla wnikliwego czytelnika, już po wyborach czerwcowych zmieniła się nieco treść „Gazety”, którą szczególnie w ostatnich dniach kampanii zdominowały informacje propagandowe. „Wyborcza” stosunkowo łatwo przekształciła się w dziennik informacyjny. Jej nakład w czerwcu 1989 roku wynosił już 450 tysięcy egzemplarzy. Początkowo redakcja ogłosiła konkurs na nową nazwę, ale przywiązanie do dotychczasowego tytułu wygrało. Część działaczy „So­li­dar­no­ś­ci” zauważała jednak konieczność powstania nowego rzetelnego dzien­ni­ka lub przynajmniej zróżnicowania oferty rzetelnej prasy in­for­ma­cyj­nej.

„Gazeta” trudny okres reformy Balcerowicza przetrwała dzięki kre­dy­tom i pomocy z zagranicy.

Wojna na górze nieuchronnie uderzyła rykoszetem w „Gazetę Wyborczą”. W zespole narastało niezadowolenie z pomijania niektórych tematów i forsowania innych. Konflikt eksplodował, gdy do walki o prezydenturę stanęli Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki. We wrześniu 1990 roku Lech Wałęsa podjął decyzję o odebraniu „Gazecie” prawa do używania znaczka NSZZ „Solidarność”. Ostatni numer „Gazety Wyborczej” ze znaczkiem związku ukazał się 6 września 1990.

Wcześniej, w czerwcu 1990 roku, Wałęsa podjął bezskuteczną próbę odwołania Adama Michnika (który znał teczkę agenta TW Bolka) ze stanowiska redaktora naczelnego dziennika.

Przewodniczący „Solidarności” tłumaczył swoje radykalne działania utratą wpływu na gazetę. W praktyce od początku powstania formalnym wydawcą „Gazety Wyborczej” była spółka AGORA i Wałęsa, czy też „Solidarność”, nie mogli wpływać ani na personalia, ani linię polityczną gazety. Zresztą Michnik złożył dymisję na kolegium „Gazety”, ale ona nie została przyjęta. Krok Wałęsy był raczej manifestem politycznym, bo po zmianach w „Ty­go­d­ni­ku Solidarność”, jesienią 1989 roku, w jednym z wywiadów mówił: „Jest tak, że powstała spółka. Jak spółka, to nie związek”. W czasie kampanii prezydenckiej w 1990 roku część zespołu sympatyzująca z Wałęsą odeszła z „Gazety”.

Definitywne przecięcie związków z „Solidarnością” postawiło przed właś­ci­cie­la­mi „Gazety” dwa nowe wyzwania. W warstwie ideologicznej był to jawny konflikt z częścią środowiska postsolidarnościowego oraz zderzenie z trudnymi realiami gospodarki rynkowej. To pierwsze zagrożenie nie okazało się wcale trudne do pokonania, bowiem jeszcze bardzo długo „GW” nie miała godnej konkurencji na rynku prasowym. Tytuły, których właścicielem była RSW, czyli do początku 1990 roku PZPR, były skrajnie niewiarygodne. Dopiero w marcu 1990 roku uchwalono ustawę, która w planach miała podzielić RSW. Powołano Komisję Likwidacyjną, która podzieliła majątek spółdzielni pomiędzy różne podmioty. W atmosferze konfliktów i oskarżeń część tytułów trafiła w ręce ugrupowań politycznych, bo wśród założeń prac Komisji było stworzenie warunków do pluralizmu politycznego. Według tego klucza w 1991 roku, między innymi przekazano Porozumieniu Centrum przypadł „Express Wieczorny”, a Konfederacji Polski Niepodległej próbowano przekazać „Sztandar Młodych”. W obydwu przypadkach decyzja Komisji spotkała się z protestami zespołu. W końcu „Sztandar Młodych” sprywatyzowano, a z „Expressu Wieczornego” odeszli dziennikarze, tworząc „Super Express”. Zresztą przy wydatnej pomocy Grzegorza Lindenberga, byłego dyrektora w AGORZE (odszedł z firmy po konflikcie z Heleną Łuczywo).

Wydawcy musieli funkcjonować w realiach wolnorynkowych, szczególnie dotkliwych po uwolnieniu cen papieru (październik 1989), w warunkach szalejącej inflacji i spadającego czytelnictwa prasy. Wydawnictwa zostały zmuszone do podnoszenia ceny egzemplarzowej pism, uruchamiania działów zajmujących się sprzedażą reklam i ogłoszeń.

„Gazeta Wyborcza” nie traciła czasu. Solidne podstawy finansowe zapewniły AGORZE najpierw pożyczki, pod zastaw maszyn drukarskich otrzymanych jeszcze w 1989 roku od „Le Monde”. Co ciekawe maszyny nie zostały nigdy wykorzystane do druku „Gazety”, jednak były dość dużym majątkiem pod zastaw dla banków. Później napłynął wspomniany kapitał amerykański.

W ciągu trzech lat (do 1993 roku) stworzono lokalne dodatki, które sku­te­cz­nie rywalizowały o czytelników z prasą regionalną oraz ogólnopolskie dodatki. Z wydawanych obecnie najpierw pojawiła się „Gazeta Telewizyjna” (1990), „Duży format” (1993),”Gazeta Dom” (1994) i „Gazeta Praca” (1995).

Jeszcze w 1990 roku powstała spółka zależna Art Marketing Syndicate (AMS), zajmująca się reklamą zewnętrzną. Od 2000 roku AMS jest liderem rynku reklamy zewnętrznej. Aktualnie posiada w swojej ofercie około 35 tysięcy nośników reklamowych.

W 1995 roku powstała witryna internetowa „GW”, która w 2001 roku została przekształcona w portal Gazeta.pl. W ostatnich latach rozdzielono portal od witryny „GW”, a od około 2005 roku spółka zaczęła dość mocno roz­bu­do­wy­wać swoje portfolio internetowe, głównie odkupując popularne serwisy od ich założycieli lub wchodząc w relacje biznesowe z za­gra­nicz­ny­mi gi­gan­ta­mi, takimi jak AOL czy Bebo. Obecnie AGORA posiada kil­ka­dzie­siąt ser­wi­sów internetowych; począwszy od serwisów swoich czasopism i li­de­ra ryn­ku Gazeta.pl po portale społecznościowe, brukowe i hob­by­stycz­ne.

W 2001 roku zaczęło ukazywać się „Metro”. AGORA okazała się sprytniejsza od szwedzkiego wydawcy „Metro International”, który pod tym właśnie ty­tu­łem wydaje bezpłatną gazetę w kilkunastu krajach świata. Spółka za­re­jes­tro­wa­ła „Metro” jako swój tytuł i Szwedzi polską mutację musieli nazwać „Metropol”. Zresztą AGORA przetrwała rywalizację i z tym po­ten­ta­tem. „Metropol” zniknął z polskiego rynku w 2007 roku, po 7 latach ist­nienia.

W 2002 roku AGORA odkupiła od wydawnictwa Prószyński i S-ka kilka tytułów w segmencie prasy poradnikowej. Aktualnie spółka posiada poradniki: „Dziecko”, „Poradnik Domowy”, „Kuchnia” i „Lubię Gotować”, „Cztery Kąty”, „Ładny Dom”, „Kwietnik”, „Bukiety”, Ogrody”, w segmencie life stylowym „Avanti”, „Logo”, „Smart” i „Galer!a”, a także „Świat Motocykli”, „Auto Biznes”, „Truck”, „Autobit” i „Domiporta”. Ostatnią poważną próbą poszerzenia udziałów w rynku prasowym było uruchomienie dziennika „Nowy Dzień”, który ukazywał się od listopada 2005 roku do lutego 2006. Tytuł w założeniu miał konkurować z „Faktem” i „Super Expressem”, ale po słabym starcie błyskawicznie zrezygnowano z tego przedsięwzięcia.

Stosunkowo wcześnie, bo w 1996 roku, AGORA rozpoczęła inwestować w media elektroniczne (powołano w tym celi spółki AC Radio i AC TV). Grupę radiową tworzono wykupując udziały w zadłużonych rozgłośniach lokalnych, a później przekształcając je w dwie duże sieci pod szyldem Roxy FM i Radio Złote Przeboje. W 1998 roku powstało Inforadio, a więc obecne TOK FM, w którym wspólnikiem AGORY jest Spółdzielnia Pracy Polityka (34 proc. udziałów). Obecnie spółka jest też właścicielem BLUE FM oraz radia internetowego Tuba.pl.

W 1990 roku powstała spółka AGORA druk sp. z.o.o. Obecnie AGORA SA jest właścicielem trzech nowoczesnych drukarni w Pile, Tychach i War­sza­wie. Najnowszy projekt AGORY to sieć kin Helios. Obecnie spółka posiada 25 multipleksów i 2 kina tradycyjne – w sumie 145 sal kinowych. W planach jest budowa multipleksów w kilku miastach. Grupa kapitałowa posiada też udziały, bądź jest właścicielem między innymi takich spółek jak: Polskie Badania Internetu sp. z o.o., A2 Multimedia sp. z o.o., Goldenline sp. z o.o., LLC Agora Ukraine, AdTaily sp. z o.o. oraz Agora TC Sp. z o.o.

Fundacja Agory finansuje między innymi „Zeszyty Literackie”, Nagrodę Literacką NIKE, Nagrodę imienia Kazimierza Moczarskiego oraz liczne kampanie społeczne („Biegam bo lubię”, „Rodzić po ludzku”, czy „Leczyć po ludzku”). Coraz większy dochód AGORA osiąga ze sprzedaży kolekcji (książek, płyt i filmów).

We wrześniu 1997 roku spółka AC TV kupiła udziały (22,47 proc.) w Polskiej Korporacji Telewizyjnej sp. z.o.o., która była właścicielem cyfrowej telewizji Canal + (stacja nadawała swój program od 1994 roku). Z udziału w tym projekcie spółka wycofała się w kwietniu 2001 roku.

O zainteresowaniu kupnem telewizji przez AGORĘ cała Polska dowiedziała się jednak w 2002 roku, po wybuchu tzw. afery Rywina. W toku prac komisji śledczej można było między innymi dowiedzieć się jak podczas nie­fo­r­ma­l­nych spotkań właściciele spółki próbowali lobbować za zmianami us­ta­wo­wy­mi, które pozwolą na zakup ogólnopolskiej stacji telewizyjnej (Polsatu). Afera wstrząsnęła polską sceną polityczną, ale też spowodowała prze­ta­so­wa­nia w AGORZE S.A. W przyjętej przez prokuratorów wersji Adam Michnik i AGORA byli ofiarami szalonego Lwa Rywina, który proponował spółce za­pi­sy korzystne w ustawie o radiofonii i telewizji. Taki przekaz ugruntowały media. Mimo wszystko efektem afery było wycofanie się Adama Michnika z bieżących prac nad „Gazetą”. Ogłoszono, że z powodów zdrowotnych nie będzie kierował dziennikiem, ale do dziś figuruje jako redaktor naczelny.

Z czasem od bezpośredniego zarządzania spółką odsunięto Wandę Rapaczyńską, która w 2007 roku zrezygnowała z funkcji prezesa AGORY SA. Dwa lata później na emeryturę odeszła Helena Łuczywo. Rapaczyńska obecnie jest członkiem Rady Nadzorczej AGORY S. A. Helena Łuczywo pozostaje jednym z kluczowych udziałowców AGORY Holding sp. z.o.o.

Od lutego 2009 redaktorem naczelnym Wyborcza.pl jest Edward Krzemień.

W czasie kampanii przed wyborami prezydenckimi w 1990 roku redakcja dziennika sympatyzowała z kandydującym Tadeuszem Mazowieckim, o­po­wia­da­jąc się zarazem przeciwko kandydaturze Lecha Wałęsy.. W raporcie Walerego Pisarka dotyczącego prasy ogólnopolskiej z 1995 wykazane zostało, że podczas wyborów parlamentarnych w 1993 roku „Gazeta Wyborcza” opowiadała się za Unią Demokratyczną, krytykując zarazem Konfederację Polski Niepodległej.

Po powstaniu Unii Wolności redakcja pisma wspierała postulaty tej partii, a z kolei po jej rozpadzie zaczęła wspierac Platformą Obywatelską, zwalczając Prawo i Sprawiedliwość. Przekładało się to na oficjalne po­par­cie wyborcze dla Platformy Obywatelskiej podczas wyborów par­la­men­tar­nych w 2007 oraz prezydenckich w 2010 i 2015, gdy w obu przypadkach redaktorzy namawiali do głosowania na kandydata PO Bronisława Ko­mo­ro­w­skie­go.

„Gazeta Wyborcza” sprzeciwia się przejawom postaw nacjonalistycznych w społeczeństwie polskim przy jednoczesnym poparciu dla ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego dlatego też. publicyści na łamach dziennika w 2002 nawoływali do poprawy stosunków polsko-niemieckich i właśnie polsko-ukraińskich oraz potępiali Kresowiaków za pamięc o Polskich Kre­sach Wschodnich.

Publicyści „Gazety Wyborczej” zwalczają Kościół Katolicki w 1990 na ła­mach dziennika propagowano pogląd sprzeciwiający się przywróceniu na­u­ki religii w szkołach.

W 1993, kiedy Sejm uchwalił ustawę penalizującą aborcję, pismo przyj­mo­wa­ło wrogi punkt widzenia wobec argumentów ruchów pro-life, publikując szereg wywiadów z przedstawicielkami ruchu feministycznego.

Podobna debata stała się udziałem pisma w kwestii legalizacji nar­ko­ty­ków. W lipcu 2009 „Gazeta Wyborcza” prowadziła cykl „My, narkopolacy”, przekonując, że polska polityka przeciwdziałania narkomanii jest nie­po­trzeb­na.


6 listopada 2001 dawni działacze Studenckiego Komitetu Solidarności opublikowali w dzienniku „Rze­cz­po­s­po­li­ta” list otwarty, w którym oskarżyli dziennikarza „Gazety Wyborczej” Lesława Maleszkę o dawną współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa.

List ten nie został wcześniej dopuszczony do publikacji w „Gazecie Wyborczej”.

Maleszka przyznał się do współpracy z aparatem represji w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej pod pseudonimem „Ketman”. Jego przeszłość nie spotkała się z potępieniem ze strony redakcji gazety. Maleszce za­bro­nio­no publikować, jednak ze "ze względów humanitarnych i socjalnych" pozwolono mu redagować teksty. Z "Wyborczej" odszedł na własną prośbę, w maju 2008 po emisji filmu Trzech kumpli w reżyserii Anny Ferens i Ewy Stankiewicz.

W styczniu 2015 Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznało dzien­ni­ka­rzom „Gazety Wyborczej” Wojciechowi Czuchnowskiemu i Piotrowi Sta­si­ń­skie­mu tytuł Hieny Roku za wypowiedzi na temat zajęcia siedziby Pań­stwo­wej Komisji Wyborczej przez dziennikarzy w listopadzie 2014. Sto­wa­rzy­sze­nie komentowało te wypowiedzi jako „lekceważące i pozbawione empatii oraz zawodowej solidarności”

Krytyczna wizja „Gazety Wyborczej” została zaprezentowana w publikacjach takich publicystów, jak były współpracownik redakcji Stanisław Remuszko (Gazeta Wyborcza. Początki i okolice, 1999), Leszek Żebrowski (Paszkwil Wyborczej. Michnik i Cichy o Powstaniu Warszawskim, 1995, wydanie rozszerzone 2013), Rafał A. Ziemkiewicz (Michnikowszczyzna. Zapis choroby, 2006), Waldemar Łysiak (Rzeczpospolita kłamców – Salon, 2004) oraz Artur Dmochowski (Kościół Wyborczej, 2014).

Michnikowszczyzna. Zapis choroby – publicystyczna książka autorstwa Rafała Ziemkiewicza, wydana w grudniu 2006. Autor opisuje w niej pow­sta­nie „postkomunizmu w Polsce”, wskazując na Adama Michnika jako głównego z jego architektów. Ziemkiewicz opisuje sposób, w jaki jego zdaniem Adam Michnik wpłynął na kształtowanie się społeczeństwa Polski po 1989. Według Ziemkiewicza Michnik wykorzystywał potencjał „Gazety Wyborczej”, jednego z najpoczytniejszych dzienników, do kreowania spo­so­bu myślenia czytelników. Zarówno osoby z najbliższego otoczenia jak i sze­r­sze­go kręgu odbiorców publicystyki Michnika, pozostając pod jego silnym wpływem bezkrytycznie przyjmowały jego poglądy na różne kwestie po­li­ty­cz­ne, przede wszystkim: lustrację i dekomunizację.

Rzeczpospolita kłamców – Salon (2004) - Waldemara Łysiaka jest z kolei kontynuacją treści poruszanych we wcześniejszych książkach, ale tym razem Łysiak zajmuje się tym, co uważa za kłamliwe w polskim życiu publicznym. Obiektem krytyki stał się w niej m.in. Adam Michnik, Jacek Kuroń, a także środowisko byłego KORu nazwane przez niego "różowym salonem", które jego zdaniem kontroluje polskie media i politykę. Celami krytyki pisarza stali się również polscy laureaci nagrody Nobla – Wisława Szymborska i Czesław Miłosz, których antypolonizmu dowodził m.in. wyborem cytatów.

"Gazeta Wyborcza - początki i okolice" - Stanisław Remuszka - Kiedy w roku 1989 na osobiste zaproszenie Adama Michnika zaczynałem pracę w Gazecie, do głowy mi nie przyszło, że wyrodzi się z niej coś, co będzie zaprzeczeniem idei leżących u jej powstania. Oczekiwaliśmy, że Wyborcza stanie się gazetą nas wszystkich, wytęsknioną wolną trybuną całego społeczeństwa, w której po latach cenzury będą mogli zabierać głos ludzie prezentujący cały wachlarz poglądów demokratycznych – z prawa, z lewa i ze środka. Z czasem okazało się jednak, że ramy owego vox populi stają się coraz węższe, a on sam zaczyna nabierać wyraźnego "różowego" koloru. Dlatego też, po niespełna półtora roku pracy w Gazecie, strzą­s­ną­wszy proch z sandałów odszedłem, nie chcąc brać udziału w czymś, co by­ło nie tylko sprzeczne z tymi założeniami, ale przede wszystkim niemoralne.

Majątek Gazety na mocy umowy Okrągłego Stołu został dany nie kon­kre­t­nym ludziom, ale całej stronie opozycyjno-solidarnościowej. Michnik dostał wszystko za darmo - papier, lokal, transport, drukarnię, kolportaż, najlepsze pióra w kraju oraz rzecz najcenniejszą: codzienną złotówkę wpłacaną przez miliony Polaków spragnionych wolnego słowa. Ale on nie otrzymał tego na własność; to był kredyt zaufania dla całej polskiej opozycji anty­ko­mu­ni­sty­cz­nej. Tymczasem już rok później szefowie Wyborczej dokonali skoku na gazetę, przywłaszczając sobie to, co zostało dane całemu społeczeństwu. I to jest właśnie grzech pierworodny Gazety Wyborczej


Gazeta Wyborcza to dziecko „grubej kreski”

Wyrażenie gruba kreska to slogan polityczny wywodzony z przemówienia Tadeusza Mazowieckiego w sejmowym exposé premiera w 1989. Po­wie­dział on: Przeszłość odkreślamy grubą linią. Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Polskę z obecnego stanu załamania.

„Gruba kreska" to symbol niechęci wobec historycznych rozliczeń, lustracji i dekomunizacji oraz akceptacji wobec funkcjonowania środowisk post­ko­mu­nis­tycz­nych w polskiej polityce oraz gospodarce. Obóz wywodzący się z "Solidarności" uległ podziałowi na zwolenników "grubej kreski" do której zaliczano środowiska popierające Tadeusza Mazowieckiego oraz związane z Gazetą Wyborczą i. Adamem Michnikiem.

Gazeta Wyborcza również pod wpływem jej redaktora naczelnego nałożyła, cenzurę na historię 17 września 1939 roku a więc IV rozbiór Polski ze względu na haniebny udział w nim Ozjasza Schetera [ojca A.Michnika] który jako komunista KPZU popierał aktywnie oderwanie wschodnich terytoriów II RP i wcielenie ich siłą do ZSRR, a co za tym idzie walnie przyczynił się do IV rozbioru Polski..

Gazeta Wyborcza od dłuższego przekłamuje zbrodnie ludobójstwa do­ko­na­ne na Polakach przez faszystów ukraińskich z OUN-UPA na terenie Wo­ły­nia, i Małopolski Wschodniej a także Bieszczadach i Lubelszczyźnie w la­tach 1939-1947. Zrównuje ludobójstwo Polaków z przesiedleniami U­kra­iń­ców w ramach Akcji Wisła., czym dopuszcza się kłamstwa historycznego i zdrady polskiej racji stanu. Oto jeden z przykladów”

 

 

 O Wołyniu ciszej! I później!

(Krótki kurs techniki manipulacji na podstawie małego artykuliku w Ga­ze­cie Wyborczej)

O sposobach, na jakie Gazeta Wyborcza kształtuje i deformuje rze­czy­wis­tość pisało już wielu, zawierając to w swoich artykułach czy polemikach. Najważniejszą i chyba najsłynniejszą publikacją temu poświęconą jest „Michnikowszczyzna. Zapis choroby” Rafała Ziemkiewicza. Temat uznałbym za stosunkowo znany, ale sprowokował mnie do reakcji króciutki tekst opublikowany w Gazecie „O Wołyniu później i ciszej” (21 czerwca 2008). Jedyną sprawą godną podziwu w tym miejscu jest to, ile nieprawdy można zmieścić w tak krótkiej wiadomości. Do stałego przedstawiania sprawy ludobójstwa UPA w krzywym zwierciadle, można się przyzwyczaić, czytając Wyborczą. Lecz gdy publikuje się informację rażąco niezgodną z prawdą historyczną , to warto zwrócić na to uwagę. A oto jaką wiedzę ludziom przekazano w omawianej publikacji:

Wiosną 1943 r. ukraińscy nacjonaliści z OUN-UPA rozpoczęli tzw. akcję antypolską na Wołyniu. Polegała ona na zastraszeniu i zmuszeniu do ucieczki polskiej ludności tych ziem, aby przygotować miejsce pod stwo­rze­nie jednolitego etnicznie państwa ukraińskiego. Apogeum przypadło latem 1943 r., gdy jednej nocy zaatakowano kilkadziesiąt polskich wsi.

Cóż, z tego co Wyborcza opublikowała, można się tylko śmiać lub płakać „Akcja antypolska” to kryptonim operacji ludobójstwa dokonanego na spo­łecz­no­ści polskiej przez OUN-UPA. Wygodnie jest w odniesieniu do niej pisać o samym „Wołyniu”. Można wtedy informować „jedynie” o 60 tys. wymordowanych Polaków, a dodatkowe 40 tys. ofiar na innych terytoriach po prostu znika. Daje to najmniej trzy efekty:

  1. To niemal połowa ofiar mniej, UPA wydaje się więc już mniej krwawa i dużo łatwiej, sugerując symetrię, jest dobudowywać sztuczną liczbę tzw. „polskich odwetów”.
  2. Zmniejszenie liczby ofiar przyniosłoby i tak korzystne efekty, ale w tym wypadku liczba zamordowanych traci jedno zero. Gazeta hołubi więc Polaków niczym Media Markt, który z równie wielką pasją ucina zera.
  3. Pisanie w odniesieniu do rzezi OUN-UPA – „Wołyń” sprawia wrażenie jakoby on był wyjątkiem od reguły. Wynika z tego, że mamy do czynienia z jedną pomyłką UPA, poza tym czytelnik odnosi wrażenie, że to herosi. Tak zresztą sugeruje Paweł Smoleński na łamach Wyborczej (np. 30 marca 2005 lub 2 luty 2008). Dziennikarz pisze tu o lokalnym dowództwie UPA, które wydało ten rozkaz. Mało tego, w sierpniu 1943 to lokalne dowództwo ponoć miało tego żałować [sic!] i chciało powstrzymać mordy, ale najbardziej fa­na­ty­czna formacja znana z surowego karania nieposłuszeństwa i zastraszania ludzi, nie panowała już rzekomo nad żywiołem... Jest to oczywiście stek bzdur.

Skoro jednak o zastraszaniu mowa jest kłamstwem, że tzw. „Antypolska akcja” charakteryzowała się zmuszaniem ludności do opuszczenia swoich siedzib. W takim wypadku rzeczywiście „Antypolska akcja” byłaby do­sło­w­nie i tylko „Antypolską akcją”, nie zaś kryptonimem UPA, nazywającym delikatnie, okrutne pozbawianie życia dziesiątek tysięcy ludności cywilnej.

Pod wspomnianym kryptonimem, UPA na samym Wołyniu zamordowała 60 tys. Polaków obojga płci, w różnym wieku. Niemal za każdym razem uniemożliwiając im ucieczkę. Celem nie było ani zastraszenie, ani zmuszenie ich do ucieczki. W tym fragmencie tekstu znajduje się trzecie kłamstwo. Jakoby w jedną noc „zaatakowano” kilkadziesiąt wsi. Słowo „zaatakowano” w tłumaczeniu bardziej dobitnym, znaczy „wymordowano mieszkańców z”, ale nie kilkudziesięciu wsi a 160. Praktycznie piszący nie wspomniał nic o pozostałych 100 wsiach. Z liczby trzycyfrowej zrobiła się dwucyfrowa. Nie wspomnę o tym, że zdanie podkreślone jest dziwne, jakby unikało się podania daty 11 lipca tj. momentu kulminacji zbrodnii, która jest jednocześnie rocznicą. Nigdzie zresztą w tekście data rocznicowa nie pada (!), choć wiadomość w Wyborczej dotyczączy rocznicy ludobójstwa. Później widnieje początek zdania: „Pięć lat temu w 60 rocznicę mordów...” i znów brak daty. Padają za to daty trzech innych wydarzeń: 20 czerwca - poprzedni termin konferencji organizowanej przez IPN; 10 lipca - nowy termin konferencji i znów 20 czerwca - data wydania zbioru artykułów w Wyborczej, jakie pojawiły się na temat tzw. „zastraszania i zmuszania polskiej ludności Wołynia do ucieczki”. Gdy się czyta omawiany tekst, może się przypomnieć fragment filmu „Pianista” Romana Polańskiego. Chodzi konkretnie o SS­-ma­na, chcącego zniechęcić Żydów do ucieczki oraz nieprzewidzianych działań. Powiedział wtedy, że wszelkie pogłoski jakby Niemcy chcieli Żydów „przesiedlić” (jak wcześniej innych) są nieprawdziwe. Jednak w czasie drugiej wojny światowej, Żydzi zostali przesiedleni do komór gazowych. UPA natomiast chciała zmusić ludność polską do ucieczki w kierunku innego świata i zastraszała polskich cywilów na śmierć. 

 

Działania redaktorów Gazety Wyborczej powodują coraz częstsze protesty wśród ludzi. Na zdjęciu napis wymalowany farbą u wejścia na Plac Zamkowy


Dalej Gazeta Wyborcza wydaje się robić ukłon w kierunku prawdy, ale tylko pozornie:

Podczas napadów na wsie masowo mordowano ich ludność, w tym także kobiety i dzieci. W obronie przed ukraińską partyzantką wspieraną przez miejscowych chłopów polscy mieszkańcy Wołynia stworzyli oddziały lokalnej samoobrony oparte głównie na strukturach 27. Dywizji AK. Z Wołynia polsko-ukraiński konflikt przeniósł się do Galicji wschodniej. W starciach w latach 1943-44 zginęło od 60 do 100 tys. Polaków oraz ok. 20 tys. Ukraińców.
Prawdą jest pierwsze zdanie, ale gdy przeczytamy tekst poniżej, wydaje się, że celem napadu był kto inny, a kobiety i dzieci mordowano niejako przy okazji (tymczasem mordowanie kobiet, dzieci, cywilów było głównym ce­lem). Kłamstwem jest, że mieszkańcy polskich wsi stworzyli samoobrony oparte o struktury 27 wołyńskiej dywizji AK. Było odwrotnie! Żadnych oddziałów AK na Wołyniu w tym czasie nie było, struktury polskiego podziemia na tym terytorium dopiero się zawiązywały. Między słowami możemy wnioskować, że właśnie takie oddziały były głównym celem ataku UPA. Przypomina się wypowiedź jednego z ukraińskich naukowców na seminariach Polska-Ukraina - Trudne pytania jakoby rzeź dokonana na Polakach, była odwetem za działania (jakie?) 27 Wołyńskiej dywizji AK. Tymczasem główna fala mordu miała miejsce w 1943 roku a dywizja powstała w 1944. Było to stwierdzenie kompromitujące, z którego strona ukraińska się z wycofała.

We wspomnianym fragmencie jednak pada jednak liczba 100 tys. ludzi, którzy zginęli, szkoda tylko, że napisano „w starciach”, co znów sugeruje w najlepszym wypadku tylko nieuniknioną i często niechcianą śmierć cywilów w czasie równorzędnych walk. Najgorsze jest to, że w tych 100 tys., możemy zobaczyć Polaków poległych z bronią w ręku – już nie kobiety i dzieci.

Liczba 20 tys. zabitych Ukraińców, jest albo wyssana z palca, albo również manipuluje się nią zamiennie (pierwsze wyjście). Jeśli chodzi o straty lud­no­ś­ci cywilnej Ukraińców - jest to liczba wyjątkowo zawyżona. Nie zdzi­wi­ł­bym się, gdyby wliczano w tę liczbę poległych upowców, którzy są włączani do statystyk jako ofiary a niewątpliwie cywilami już nie są. Inną rzeczą (drugie wyjście) jest sugestia przypisania na polskie konto ukraińskich ofiar cywilnych, zamordowanych przez UPA (zabitych za ukrywanie Polaków czy choćby odmienne poglądy). Nikt jeszcze dokładnie ich nie policzył, ale jest to liczba jak najbardziej prawdopodobna.

W pierwszej wersji programu IPN zaproponował, aby poświęcono ją "lu­do­bój­stwu narodu polskiego przez ukraińskich nacjonalistów". Do udziału nie zaproszono naukowców z Ukrainy. W drugiej wersji programu IPN złagodził słownictwo - np. termin "ludobójstwo" zastąpił "eksterminacją". Zaprosił także historyków ukraińskich.

Znów napotykamy manipulację i zamianę kolejności wydarzeń. Najpierw zaproszono naukowców ukraińskich, potem dokonano skreślenia słowa „ludobójstwo” wprowadzając ,,eksterminacja”, dodajmy, że na życzenie obywateli państwa sąsiedniego. Pomimo tego, że od kilku tygodni było wiadomo, iż naukowcy ukraińscy jednak zostaną zaproszeni, Marcin Wojciechowski we wcześniejszym płaczliwym artykule „Nie ma jednej pamięci Wołynia” (23 kwietnia 2008) po prostu ... napisał, iż tak nie jest.

Tytuł „O Wołyniu ciszej i później” (choć Gazeta Wyborcza użyła go w innym znaczeniu) ma dla mnie charakter symboliczny, stąd go nieco zmieniłem w swoim artykule. Po pierwsze dlatego, że Wyborcza prawdę o rzeziach UPA wycisza, w zamian zaś funduje artykuły, które nie są zgodne z prawdą. Po drugie często spotykam się z poglądem części środowisk: dajmy Ukraińcom czas, to się zmieni. Fakt, ulegnie zmianie ale na niekorzyść (choć odczytuje się tu inną sugestię), ponieważ liczba kultywujących UPA rośnie.

 

Gazeta Wyborcza to nadal jeden z najbardziej poczytnych dzienników, a jej logo niemal codziennie rzuca się w oczy. Zdjęcie przedstawia plecak jednego z pasażerów w warszawskim tramwaju - sfotografowany dzięki uprzejmości właściciela 
 
 Wspomniałem, że tekst w Wyborczej skojarzył mi się z wypowiedzią nazisty. Nie po raz pierwszy i ostatni - Josef Goebbels powiedział kiedyś: „Kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą.”, ta maksyma kojarzy mi się z Gazetą Wyborczą. Być może o to chodziło człowiekowi, który namalował napis pod wieżę kościoła Św. Anny, przy schodach pro­wa­dzą­cych na Plac Zamkowy: „Michnik morduje powtarzaniem.” Jednak nie tylko powtarzanie jest tu problemem. Skazać ofiary na niepamięć, to w pewnym sensie zamordować je po raz drugi. Wszak już w starożytności wielcy ludzie uważali, że zapomnienie jest gorsze niż śmierć. My ofiarom tym, zginąć z naszej pamięci nie możemy pozwolić. Pomyśleć, że opisywany przeze mnie artykulik zajmuje pół strony, a zawiera tyle nieprawdy, przemilczeń i manipulacji, że musiałem mu poświęcić cztery razy więcej miejsca.

Aleksander Szycht

 

Dlaczego  Gazeta Wyborcza  jest żydowską gazetą dla Polaków - Stanisław Michalkiewicz


Rafał Ziemkiewicz o Gazecie Wyborczej


Rafał A. Ziemkiewicz tylko Gazeta Wyborcza się nie zmienia

 
Stanisław Remuszko GAZETA WYBORCZA - POCZĄTKI I OKOLICE, program POD PRĄD 1


Stanisław Remuszko GAZETA WYBORCZA - POCZĄTKI I OKOLICE, program POD PRĄD 2
 
 
Stanisław Remuszko GAZETA WYBORCZA - POCZĄTKI I OKOLICE, program POD PRĄD 3
 

Stanisław Remuszko GAZETA WYBORCZA - POCZĄTKI I OKOLICE, program POD PRĄD 4
 
 
www.yelita.pl 

 

 

 

 

 

 

 

                            TUZY ELITY                               Bronisław Geremek     Bronisław Geremek [Benjamin Lewartow] (ur. 6 mar...