środa, 4 lutego 2026

                                                                             AFERZYŚCI ELIT

                                           Jan Bury

 

Bohater Afery Kozienickiej i Afery Uboju Rytualnego.

 

(ur. 1 października 1963 w Prze­wor­sku) – polityk, prawnik, poseł Pol­skie­go Stronnictwa Ludowego na Sejm I, II, IV, V, VI i VII kadencji, były sekretarz stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa.

Polski goj na usługach międzynarodowego lobby uboju rytualnego zwierząt (żydowskiego i muzułmańskiego), zwolennik mordów ry­tu­al­nych czyli podrzynania zwierząt na żywca bez ich ogłuszania!

Pochodzący z Łapajówki koło Przeworska Jan Bury już w wieku 18 lat związał się ze Związkiem Młodzieży Wiejskiej i trwał w tej organizacji do 1996 r., przez 6 ostatnich lat sprawując funkcję prezesa. W 1983 r. wstąpił również do komunistycznego ZSL, przekształconego później w PSL.

W 1990 ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Marii Curie- Skłodowskiej w Lublinie (filia w Rzeszowie).

Od 1981 należał do Związku Młodzieży Wiejskiej. Od 1990 do 1996 był prezesem Zarządu Krajowego ZMW.

W 1983 wstąpił do komunistycznego Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego(Czerwoni ludowcy) a następnie do PSL. Funkcję posła sprawował przez dwie kadencje w latach 1991–1997. Od 1998 do 2001 zasiadał w sejmiku podkarpackim. Powrócił do Sejmu po czteroletniej przerwie w 2001. W IV kadencji zasiadał w sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, Komisji Skarbu Państwa, a także jako wiceprzewodniczący w Komisji śledczej ds. prywatyzacji PZU. W wyborach parlamentarnych w 2005 skutecznie ubiegał się o reelekcję. W wyborach w 2007 po raz piąty uzyskał mandat poselski. Po raz kolejny wybrany do Sejmu w wyborach w 2011.

Został przedstawicielem Sejmu IV, V i VI kadencji w Krajowej Radzie Sądownictwa i prezesem wojewódzkich struktur PSL w Rzeszowie. 20 listopada 2007 powołany na sekretarza stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa. 28 października 2011 został wybrany przewodniczącym Klubu Parlamentarnego PSL. Obowiązki te oficjalnie objął 8 listopada 2011. 12 lipca 2012 złożył rezygnację ze stanowiska sekretarza stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa, premier Donald Tusk przyjął ją 20 lipca 2012.

Lubi mocno zakrapiane imprezy na koszt podatników, załatwia intratne kontrakty dla znajomych, ma żonę w Agencji Rynku Rolnego a bez jego zgody nic się w polskich spółkach energetycznych nie działo– oto obraz Jana Burego , zdymisjonowanego wiceministra skarbu a wciąż szefa klubu PSL, o którym pisze "Newsweek"

Nigdy nie rzucał się w oczy. Raczej stronił od mediów. Na pierwszy rzut oka był szeregowym, cichym politykiem PSL. Jan Bury to jednak człowiek, który rządził i dzielił w polskiej energetyce w ostatnich latach. Największa w Polsce elektrownia opalana węglem kamiennym znajdująca się w Kozienicach to doskonały przykład jego wpływów. Według "Newsweeka" ta państwowa spółka, którą minister obsadził swoimi ludźmi, robi gigantyczne interesy z firmą jego serdecznego kolegi. Chodzi o dostarczanie biomasy, którą – zgodnie z wymogami unijnymi – elektrownia musi spalać zamiast węgla. Właścicielem firmy, która dostarcza tę biomasę do państwowych Kozienic jest kolega Burego, Zenon Daniłowski – dawny wiceszef Związku Młodzieży Wiejskiej i wieloletni partner biznesowy polityka PSL.

Bury zaprzecza jakoby miał jakikolwiek związek z załatwieniem kontraktu dla firmy znajomego. – Nie miałem i nie mam żadnego wpływu na współpracę tych podmiotów – oświadczył. Tymczasem byli pracownicy elektrowni do których dotarł "Newsweek" twierdzą, że bez wiedzy wiceministra nic się w spółce nie działo. – Bez zgody Burego to prezes Kozienic może sobie zamówić ołówki i papier toaletowy, wszystko inne musi konsultować – twierdzi rozmówca tygodnika.

Oprócz ogromnych wpływów w spółkach były wiceminister miał także generować ogromne rachunki za zakrapiane uczty w restauracjach i noclegi w hotelach. W 2012 r światło dzienne ujrzały zdjęcia oraz rachunek za kolację ministra w towarzystwie członków zarządu spółki i Daniłowskiego. Najlepsze trunki, deski ryb i serów po 2 tysiące złotych każda, owoce morza – w sumie rachunek opiewał aż na 15,7 tys. zł!

Elektrownia Kozienice wydała wówczas oświadczenie, że było to... posiedzenie zarządu spółki i przedstawicieli samorządowców. Na zdjęciach jednak żadnych samorządowców nie było widać. Rozmówca tygodnika przywołuje członka zarządu spółki, który wyznał mu, że miał już dość picia wódki z Burym. – Żalił mi się, że już nie może: "Ja już mam dosyć, a ten otwiera następną butelkę". Mówił, że jak Bury nie patrzy, to wylewa wódkę do kwiatków – pisze "Newsweek".

Nieoficjalnie wiadomo, że dymisja Burego 12 lipca była ruchem wyprzedzeniowym przed publikacją "Newsweeka". Oddanie funkcji szefa klubu PSL raczej mu nie grozi.

Gdy Jan Bury, szef Klubu PSL, nadzorował jako wiceminister skarbu energetykę, jego partnerzy biznesowi dostali od państwowej elektrowni kontrakty na 147,3 mln zł. Bez przetargów – wynika z tajnego audytu Ernst & Young, do którego dotarło „Uważam Rze”

Z raportu śledczego Ernst & Young dla rady nadzorczej Enei Wytwarzanie, do którego dotarliśmy, wynika, że w latach 2010–2012 elektrownia w Kozienicach, która jest oczkiem w głowie Burego, zakupiła biomasę o łącznej wartości 300 mln zł. Niemal połowa tej kwoty – 147,3 mln zł – trafiła do firm powiązanych kapitałowo lub osobowo. Przy czym wspólnym mianownikiem tych powiązań był przyjaciel i dawny wspólnik Burego – Zenon Daniłowski.

Wiele wskazuje na to, że Buremu nie wystarczał parasol rozciągnięty nad interesami jego najbliższych przyjaciół w energetyce, ale sam bezpośrednio próbował się w to zaangażować. Pod koniec maja 2011 r. Bury, wciąż wiceszef resortu skarbu, został przyłapany na złamaniu ustawy antykorupcyjnej.

Spółka w której udziały ma poseł PSL Jan Bury i jego żona Urszula dostaje miliony z kontraktów z państwową Agencją Rynku Rolnego. Jakby tego było mało, żona posła Burego pracuje w oddziale ARR. Całą sprawę opisała Gazeta Wyborcza.

Poseł Bury, były wiceminister skarbu ma 7,5 tys akcji spółki Makarony Polskie, kolejne 12,7 tys akcji ma jego żona, która zasiada w radzie nadzorczej tej firmy.

Spółka Makarony Polskie wygrywa przetarg na dostarczenie dżemów dla Agencji Rynku Rolnego w ramach programu finansowego przez Unię Europejską. Chodzi o niebagatelny kontrakt opiewający na 16,7 miliona złotych.

Władze ARR tłumaczą, że wszystko odbywa się zgodnie z przepisami a kontrole niczego nie wykazały. "Gazeta Wyborcza" wskazuje jednak na fakt, że to nie pierwszy konflikt na styku świata biznesu i polityki z udziałem posła Burego. Po kontroli CBA w ubiegłym roku Bury jako urzędnik państwowy musiał pozbyć się części udziałów w jednej z firm. Ustawa reguluje bowiem że urzędnik może mieć maksymalnie 10 proc. udziałów w spółce prawa handlowego a Bury miał 50 procent.

Poseł PSL Jan Bury po raz kolejny trafił do agencyjnych newsów, gdy wzorem skandalisty z Lublina wyzwał od politycznych prostytutek dwóch radnych województwa podkarpackiego z klubów PSL i PO, którzy zagłosowali na Władysława Ortyla z PiS jako nowego marszałka.

Gdy przez niecały rok PSL zarządzał Janusz Wojciechowski, który na kongresie w marcu 2004 r. został wybrany na odnowiciela partii, jednym z pierwszych, który przypuścił na niego atak, był właśnie Bury. Był zaufanym każdego prezesa PSL, oprócz Wojciechowskiego. Do dziś utrzymuje mocną pozycję w partii dzięki szefowaniu w klubie parlamentarnym PSL i w województwie podkarpackim, gdzie jest prawdziwym peeselowskim baronem.

Gdybym miał na sumieniu to, co Jan Bury, to zapewne siedziałbym już w więzieniu – mówi Kazimierz Moskal, poseł PiS.i zapewnia, że nie tylko nie obawia się wytoczenia przez Burego procesu o zniesławienie, ale wręcz go do tego zachęca.

Spotkania w sądzie z Janem Burym doczekał się tymczasem inny poseł PiS Marek Suski, który na forum Sejmu zarzucił mu „chlanie w hotelu za publiczne pieniądze”. Chodziło o libację w jednym z hoteli w Kazimierzu Dolnym z udziałem zarządu Elektrowni Kozienice, Jana Burego oraz jego partnera biznesowego i zarazem kolegi z ZMW Zenona Daniłowskiego.

Rachunek za kolację opiewał na ponad 15 tys. złotych zapłaconych ze środków elektrowni, którą jako minister nadzorował Bury! Choć wystąpienie Suskiego wywołało nawet u platformerskiego ministra Jacka Rostowskiego komentarz: „W tej sprawie ma pan stuprocentową rację”, Jan Bury pozwał Suskiego do sądu w trybie wyborczym.

Proces trwał 2 godziny, na sali sądowej było pełno kamer i dziennikarzy, wszystko było rejestrowane, ale potem do mediów nie przedostała się nawet informacja na pasku, że Jan Bury przegrał sprawę, choć wcześniej trąbiono, że zostałem przez niego pozwany – opowiada poseł Suski.

W piśmie z 22 sierpnia 2011 r. dziennikarze podają, że nie mogli w „Aktualnościach” TV Rzeszów wyemitować materiału filmowego dotyczącego „wykorzystania przez ministra Jana Burego publicznych pieniędzy na kolację w ekskluzywnym hotelu wraz z zarządem Elektrowni Kozienice, a decyzja o zakazie jego emisji została przez jednego z dyrektorów wydana na piśmie.

Inną ciekawą korespondencją zamieszczoną przez Suskiego jest wytłumaczenie przez Burego sprawy libacji w Kazimierzu przesłane poseł Julii Piterze, ówczesnemu pełnomocnikowi rządu ds. korupcji. Słynna tropicielka dorsza za 8 zł 50 gr zjedzonego nielegalnie przez Zbigniewa Ziobrę przyjęła za dobrą monetę takie oto tłumaczenie Burego: „22 marca wraz z Panem Zenonem Daniłowskim podróżowałem z Warszawy na południe Polski. Po drodze zatrzymaliśmy się w Kazimierzu, gdzie służbowo spotykał się zarząd Elektrowni. Z racji pełnionych obowiązków odbyłem konsultację z przedstawicielami Zarządu Elektrowni Kozienice (…). Po wyczerpaniu służbowych kwestii zjedliśmy kolację, po której udałem się w dalszą podróż (…)”.

“W świecie relacji biznesowych podobnie, jak i w świecie mediów jest jednak normalną i przyjętą praktyką, iż służbowe spotkania czasem odbywają się w miejscach publicznych np. takich jak restauracja.” Jest to cytat z oświadczenia zarządu Elektrowni Kozienice na pytanie dotyczące spotkania zarządu w restauracji Król Kazimierz. W sumie w spotkaniu uczestniczyło 7 osób. Kolacja z noclegiem, kosztowała 15 tys. 705,59 zł. Na fakturze nie ma wynajmu sali konferencyjnej, ale jest pozycja “Gastronomia” z 23% VAT co oznacza alkohol. Wypito go za 3 tys. 706 zł 77 groszy. To daje 530 zł alkoholu na osobę! Jeżeli to jest normalną praktyką w świecie biznesowym to obawiam się, że ja niewiele z biznesem mam wspólnego.

Sprawa Gordiona i Elektrowni Kozienice

Firma doradcza Gordion została wynajęta przez Elektrownię Kozienice, aby wprowadzić zmiany w dziedzinie zarządzania elektrownią. Miała ona stworzyć w elektrowni system zarządzania taki, jaki posiada każda szanująca się firma w XXI wieku. Najważniejszymi zmianami miały być te w systemach przetargowych. Gordion zamierzał wprowadzić transparentny system, który znacząco utrudniałby ustawianie przetargów. Nadepnął tym komuś na odcisk.

Po wyborach w 2007 roku , już w listopadzie zarząd elektrowni został zmieniony, a projekt Gordiona odwołany na 2 tygodnie przed startem. Spółka Gordion została oskarżona o potężne nadużycia, a prokuratura przeprowadzała wnikliwe śledztwo. Gordion dostał łatkę firmy aferowej, klienci od niego się odwrócili, a sama firma zwalniając wszystkich ludzi stanęła na skraju bankructwa.

Szukając materiałów na swoją obronę Gordion dotarł do poważnych nadużyć. Przykładowo jeszcze w 2007r kiedy zaczęto Elektrownię naprawiać, płaciła ona ok 1 mln złotych miesięcznie firmie informatycznej tytułem udzielonej licencji na oprogramowanie. Problem polegał na tym, że takowego oprogramowania nie znaleziono na żadnym komputerze. Podobnie ogromne przekręty zostały znalezione w gospodarce popiołami, gdzie elektrownia zamiast sprzedawać popiół do cementowni jak to się powszechnie robi, gdyż popiół jest wykorzystywany do produkcji cementu to dopłacała pośrednikowi do każdej wywiezionej tony, a pośrednik ten popiół sprzedawał do cementowi. Podobnie w gospodarce handlu węglem, biomasą i na innych polach. Elektrownia straciła grube pieniądze i prawdopodobne jest, że nadal traci.

Jak się okazuje z dalszego rozwoju wypadków, wiele wątków prowadzi do ministra Jana Burego.

Najważniejsze jednak jest to, że do zarządu elektrowni trafili koledzy ministra z wątpliwymi kwalifikacjami a kontrahentami elektrowni stali się… inni koledzy tego samego ministra, którzy obecnie są ważnymi partnerami biznesowymi elektrowni np.: dostarczają biomasę i odbierają popioły z elektrowni. Mało tego, osoby te spotykają się i balują na koszt elektrowni. Natomiast kiedy informacje o tych faktach miały przedostać się do mediów to firma która je zdobyła – Gordion – została ponownie oskarżona tym razem o naciski na ministra i szantaż!

Smaczku sprawie dodaje fakt, że elektrownia jest spółką córką ENEA SA a minister oficjalnie nie ma prawa jej bezpośrednio nadzorować co sam przyznawał w pismach do Gordiona. Mimo to elektrownia twierdzi że spotkania z ministrem to ,,wyjazdowe posiedzenia zarządu z udziałem nadzorującego energetykę ministra”. Wszystko po to aby minister nie musiał wykazać w ustawowym rejestrze korzyści tego, że korzystał z ,,gościny na koszt elektrowni”. To że w imprezach udział biorą kontrahenci elektrowni koledzy ministra to tylko dowód na zatracenie wszelkich standardów. Nic dziwnego że w tych dramatycznych okolicznościach minister i elektrownia przeszły do ataku i chciały wsparcia prokuratury i ABW.

Ponad pół roku po wyborach, w lipcu 2012 r., Jan Bury stracił ministerialną posadę, gdy ujawnienie nadużyć w Elektrowni Kozienice zapowiedział jeden z tygodników. Oficjalnie zrezygnował z powodu niemożności pogodzenia pracy wiceministra z obowiązkami szefa Klubu Parlamentarnego PSL, liczącego raptem 29 posłów.

W 2013 roku został bohaterem Afery Uboju Rytualnego.

Afera wybuchła na początku 2013 roku na skutek prób„siłowego” zalegalizowania w Polsce, krwawego i okrutnego uboju rytualnego zwierząt pod naciskiem międzynarodowego lobby ubojowego, którego interesy reprezentuje Minister Rolnictwa – Stanisław Kalemba i PSL!!!

Polski Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepis rozporządzenia ministra rolnictwa, który pozwala na rytualne zabijanie zwierząt, jest sprzeczny z ustawą o ochronie zwierząt, a przez to - z konstytucją. Zakwestionowany przepis stracił moc prawną z końcem 2012.

Afera uboju rytualnego w Polsce

- to jedna z największych afer RP!

I etap tej afery - to tajne porozumienie Głównego Lekarza Weterynarii RP – Janusza Związka z naczelnym Rabinem Polski - Michaelem Josephem Schudrich z dn. 13.12.2011 przekazujące mu faktyczną kontrolę nad polskimi rzeźniami?! Z porozumienia tego wynika, że jednostka państwowa czyli Inspekcja Weterynaryjna przekazała nielegalnie i niezgodnie z prawem swoje ustawowe zadania w kwestii kontroli polskich ubojni - związkowi wyznaniowemu?! Rabin nie ukrywa radości z interesu jaki zrobił z polskim gojem i liczy na olbrzymie zyski. Całe to porozumienie ma charakter korupcyjny i ze względu na złamanie polskiego prawa, sprawą ta powinno zająć się CBA.

II etap afery to - tzw. „szybka ścieżka” którą wprowadził na życzenie lobby ubojowego, Minister Rolnictwa -Kalemba (PSL) chcąc w ten sposób ominąć prawo oraz wymagane szerokie konsultacje społeczne, zastępując je doraźną konsultacją z zaprzyjaźnionymi firmami i stowarzyszeniami, które są powiązane interesami z PSL i które kierując się tylko własnym zyskiem chcą zalegalizować ten okrutny proceder w Polsce. Lobby ubojowe które zleciło „szybką ścieżkę”kupiło sobie przychylność urzędników państwowych , którzy dokonali zmian w Ustawie o Ochronie Zwierząt zgodnie z ich zaleceniami, co ma charakter korupcyjny oraz przy okazji naruszyło ustawę lobbingową (sprawa dla CBA).

III etap to – „decyzja Premiera Tuska” który „umył ręce” mówiąc do PSL to wasz biznes nie mój, ulegając w ten sposób lobby ubojowemu, jedyną jego rozterką było to czy zwierzęta podrzynane na żywca cierpią czy nie i zastanawiał się jak można zbadać odczuwanie bólu w oparciu o ryk zarzynanych zwierząt!!! Ciekawostką jest fakt że kancelaria Premiera RP jest całkowicie kontrolowana przez żydowską tajną organizację B'nai B'rith (po hebrajsku: Synowie Przymierza). Decyzja Donalda Tuska w tej sprawie była ściśle związana z jego zabiegami o lukratywną posadę w Komisji Europejskiej o obsadzie której decyduje EJA(Europejskie Stowarzyszenie Żydów). Kontrakt był prosty stanowisko w zamian za zalegalizowanie procederu uboju rytualnego na eksport kontrolowany przez EJA!!!

Donald Tusk wybrał ….stanowisko!!!

IV etap to Sejm – to właśnie w nim zapadła decyzja zakazująca uboju rytualnego zwierząt pomimo działań skorumpowanego PSL lobbującego za tym barbarzyńskim ubojem!

Za zakazem barbarzyńskiego uboju rytualnego głosowało 222 posłów, 178 głosowało za tym by można było w okrutny sposób zarzynać zwierzęta, 9 nie podjęło żadnej decyzjo (w tym John Godson). Uboju rytualnego bronił rząd Donalda Tuska, ale wbrew rządowi i interesom społeczności żydowskiej zagłosowało nawet 38 posłów PO.

Za ubojem rytualnym głosowało 169 posłów PO (w tym: Joanna Mucha, Cezary Grabarczyk, Małgorzata Kidawa-Błońska, Jarosław Gowin), 2 posłów PiS, 28 posłów PSL, 4 SLD, 13 Solidarnej Polski (Zbigniew Ziobro, Ludwik Dorn).

Przeciw ubojowi rytualnemu, przeciw zadawaniu niepotrzebnych cierpień zwierzętom, głosowało 38 posłów PO, 128 posłów PiS, 33 posłów Ruchu Palikota, 18 posłów SLD, 2 Solidarnej Polski, oraz Przemysław Wipler.

Decyzja polskiego sejmu została potępiona przez Amerykański Komitet Żydów i Ligę Przeciw Zniesławieniu (organizacje powołaną do życia przez żydowską masonerie B'nai B'rith). Polska została oskarżona przez amerykańskich Żydów o prześladowanie mieszkających w Polsce Żydów, a polscy parlamentarzyści o antysemityzm. Amerykańscy Żydzi nakazali Polsce przywrócenie uboju rytualnego co spotkało się z powszechnym oburzeniem w Polsce.

Jan Bury opowiada się za ubojem rytualnym, gdyż jak sądzi, że to niezbędne dla polskiego przedsiębiorstwa, które może eksportować wołowinę i drób na potrzeby religijnych Arabów i Żydów. I dodaje, że to są "duże rynki, duże pieniądze i dużo miejsc pracy". "Czy ktoś myśli, że jeśli w Polsce nie będzie uboju rytualnego, to na świecie Arabowie i Żydzi zjedzą mniej mięsa? Nie. Ta krówka lub ten drób będzie ubijany poza granicami Polski".

Ubój rytualny to pierwszy etap islamizacji Polski ale Jan Bury widzi tylko kasę i nie ma nic przeciw islamizacji Polski o ile mu za to zapłacą!

A co o polskim goju Burym mówi rabin Owiada z Izraela?!
„ ...to zwierze pociągowe, gdyby ten goj nie mógł służyć Żydom to nie miałby po co istnieć!”

 Zobacz, jak Jan Bury naciskał na Kuźniara
Kłopoty szefa klubu ludowców
Poseł PSL bogaci się na dżemie za państwowe pieniądze.
Ludowiec pod parasolem
Afera kozienicka cd. | Blog Janusza Palikota
Palikot pozywa Jana Burego: Pił do nieprzytomności za publiczne pie­nią­dze
Gordion kontra Elektrownia Kozienice i Minister Jan Bury - video
http://www.biurwoland.escapi.net/kozienice/impreza-restauracja-krol-kazimierz.jpg
Palikot kontra Bury. Jest wniosek do CBA
Bury: Dość obłudy w sprawie uboju rytualnego
Ubój rytualny – powracający konflikt
Wiceszef PSL robił dziwne interesy z Art-B
Przewróć mnie w tę koniczynę...

 

 
Skandal przy wyborze marszałka województwa 
 
 
 
Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Z przyjemnością słuchałem wystąpienia pani poseł, szkoda, że nie mogła dokończyć.
 
 
www.yelita.pl
 

 

wtorek, 3 lutego 2026

                                 AFERZYŚCI ELIT

                                                                    Meir Bar

 

(ur. 17 października 1951 w Warszawie) – żydowski aferzysta i polonofob,

mieszkający obecnie w Izraelu, po ucieczce z Polski w 1991 roku w związku z Aferą Art-B. Obecnie mieszkający w Kirjat Szemona w Izraelu, w latach 90 był „mózgiem” afery Art-B.

Andrzej Gąsiorowski, Bożena Gąsiorowska, Jerzy Cyran, Meir Bar. 1996 Tel Awiw

 

W maju 2001 roku w związ­ku z aferą Art-B został zatrzymany w Monachium na podstawie listu goń­cze­go, W lipcu został zwol­nio­ny z powodu spóźnionego wnio­sku o ekstradycję do Polski.

W lipcu 2007 roku wydał oświadczenie dla mediów w którym ujawnia szcze­gó­ły finansowania przez spó­łkę Art-B partii Porozumienie Centrum, nigdy jednak nie przedstawił na to dowodów, jak też nie przybył do Polski a by stanąć przed polskim sądem i wyjaśnić całą aferę Art-B.

W 1991 roku w kilka miesięcy po ucieczce z Polski do Izraela żydowskich hochsztaplerów Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego wraz z pieniędzmi ukradzionymi Polsce, żydowski socjolog Jerzy Diatłowicki opublikował panegiryczną książkę o tych panach i ich umiejętnościach finansowych ( Bagsik and Gąsiorowski. Jak ukradliśmy księżyc. Jerzy Diatłowicki rozmawia z Bogusławem Bagsikiem, Andrzejem Gąsiorowskim i innymi, Tel Aviv 16 sierpnia-1 września 1991 r., Wrocław 1991). Zbiegli żydowscy oszuści prezentowali w książce Diatłowickiego ogromny zestaw pogardliwych określeń o Polsce i Polakach.

Najskrajniejsze były jednak zamieszczone bez komentarza, uwagi izraelskiego wspólnika Bagsika i Gąsiorowskiego - Meira Bara: Polacy są to dzisiaj najgorsi ludzie na świecie (...) do takiego skurwysyństwa nie przyjadę. Jak będę widział Polaka, a Polak będzie zdychał na ulicy, nawet mu ręki nie podam, żeby więcej pomóc. Nie przyjadę do Polski; bye, bye ( s. 45 cytowanej książki).


Najsłynniejsi aferzyści III RP - Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski - pokłócili się o bardzo duże pieniądze. "Dziennik" dotarł do dokumentów, z których wynika, że ścigany listem gończym Gąsiorowski Meir Bar dostaną miliony dolarów, bo donosili na Bagsika.

Konflikt między dawnymi przyjaciółmi i wspólnikami wykorzystał likwidator tej spółki. Zawarł tajną umowę, na podstawie której należy się im honorarium za każdy odnaleziony przez niego majątek Bagsika. "Dziennik" dotarł do tej umowy.

Obowiązuje od dawna, bo od 1996 r. Gąsiorowski i Meir Bar zobowiązują się w niej do pokazania likwidatorowi Art-B Jerzemu Cyranowi, gdzie Bogusław Bagsik ukrywa majątek spółki. W zamian mają dostać nawet połowę pieniędzy, które uda się odzyskać likwidatorowi dzięki tym donosom.

Rzecz dotyczy pieniędzy wziętych pod stołem przez Bagsika w zamian za zgodę na odsprzedanie rodzinie Libermanów należących do niego akcji izraelskiego koncernu naftowego PAZ. To m.in. na kupno akcji tego przedsiębiorstwa "artyści biznesu" wydali pieniądze przewiezione w workach z Polski do Izraela.

Akcje PAZ wprawdzie sprzedał za 80 mln dolarów Libermanom likwidator Art-B, ale kupcy zapłacili Bagsikowi oprócz tego nieoficjalnie 17 mln dolarów. Likwidator nic o tym nie wiedział.
Tę nieformalną transakcję Bagsika zdradzili likwidatorowi Art-B właśnie jego byli wspólnicy – Gąsiorowski i Meir Bar.

Likwidator Art-B procesuje się z Libermanami o tę lewą transakcję - żąda oddania tych 17 mln wraz z odsetkami. Teraz jest to już 30 mln dolarów. Jedna trzecia z tego, zgodnie z umową, którą "Dziennikowi" ujawnia, należy się Gąsiorowskiemu i Barowi.

Ten szowinista żydowski i polonofob wykorzystuje każdą okazję aby opluć Polskę i Polaków. Taka okazja przytrafiła się mu w 2013 roku kiedy Sejm RP zakazał w Polsce barbarzyńskiego mordu rytualnego zwierząt czyli podrzynania im gardeł na żywca bez ogłuszania dla pobierania opłat kosher i halal przez Żydów i Muzułmanów zamieszkałych w Polsce.
Po zakazie tym Polska stała się celem zmasowanej nagonki propagandowej ze strony połączonych sił żydowsko-islamskich!
Włączył się to również rząd izraelski, światowe organizacje żydowskie i jego wielu przedstawicieli z Meirem Barem na czele który w ten sposób chciał wziąć odwet na Polsce za ...aferę Art-B!

poniedziałek, 2 lutego 2026

                                 AFERZYŚCI ELIT

                           Leszek Balcerowicz - Aaron Bucholtz


Leszek Balcerowicz – Aron Bucholtz (ur. 19 stycznia 1947 w Lipnie) – mar­ksi­sto­wski doktryner, wykładowca w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR., komunistyczny ekonomista i polityk, wicepremier i mi­nis­ter finansów w rządzie Tadeusza Ma­zo­wiec­kie­go (1989–1991), Jana Krzysztofa Bieleckiego (1991) i Jerzego Buzka (1997–2000), poseł na Sejm III kadencji (1997–2000), prezes Narodowego Banku Polskiego (2001–2007). Drugi prze­wod­ni­czą­cy Unii Wolności (1995–2000). Ka­wa­ler Orderu Orła Białego.

Ponosi główną odpowiedzialność za aferę Art.-B oraz super aferę Przekształceń Własnościowych!

Wielki Ekonomista urodził się w małej miejscowości Lipno. O latach młodzieńczych nie wiemy zbyt wiele oprócz tego, że w tym okresie uprawiał biegi długodystansowe. Wreszcie rozpoczął studia w Szkole Głównej Planowania i Statystyki. W tym miejscu warto się zatrzymać i zastanowić chwilę na wyborem uczelni, którego dokonał Balcerowicz

Dzisiaj SGH (dawna SGPiS) to jedna z najbardziej „renomowanych” szkół w Polsce.

W latach sześćdziesiątych, uczelnia ta nie cieszyła się wielką renomą. Nie cieszyła się nią ponieważ była kuźnią PRL-owskich kadr. W środowisku naukowym SGPiS była traktowana z przymrużeniem oka chociażby dlatego, że sama nazwa uczelni mówiła jaki ustrój będą budować jej absolwenci. Szkoła Główna Planowania i Statystyki była szkołą główną centralnego planowania czyli ręcznego sterowania gospodarką.

To właśnie dzięki centralnemu planowaniu wielu mieszkańców Polski musiało używać w toalecie Trybuny Ludu zamiast papieru toaletowego – takie to było planowanie i taka statystyka. Tak więc już na etapie wyboru uczelni Leszek Balcerowicz dokonuje jasnego wyboru ideologicznego. Będzie należał do elity centralnie planującej budowę socjalizmu.

Balcerowicz podejmuje studia na kierunku Handel Zagraniczny, który był obiektem westchnień wszystkich młodych karierowiczów PRL. Po ukończeniu tego kierunku (i obowiązkowym zapisaniu się do PZPR) można było liczyć na pracę w którejś z central handlu zagranicznego a w ówczesnych czasach taka robota to było prawdziwe Eldorado.

Jeszcze przed ukończeniem studiów tj. w 1969 roku młody Leszek Balcerowicz zgłasza akces do PZPR i po rocznym stażu zostaje przyjęty w poczet członków tej „prestiżowej” organizacji (nr legitymacji 6165).

W marcu 1968 roku Polska Zjednoczona Partia Robotnicza „oczyściła” swoje szeregi z osób pochodzenia żydowskiego. Wiele z nich zostało zmuszonych do emigracji, wielu straciło pracę. Jest to jedna z bardziej haniebnych kart historii PRL a sprawa była organizowana i inspirowana przez Moskwę. To wszystko działo się w roku 1968 a już rok później Balcerowicz zapisuje się do PZPR, chce zrobic szybka karierę.

Rozpoczyna karierę „naukową” na SGPiS („naukową” w cudzysłowie ponieważ podobno treść jego twórczości z tego okresu nie nadaje się do przytaczania). W roku 1978 jego kariera wchodzi w nowy okres. Zaproponowano mu wyższe stanowisko w nowym miejscu pracy. Ofertę przyjmuje i podejmuje pracę w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR. Nic nie wiadomo na temat tego, czy rozwiązał jakiś problem marksizmu ale po raz kolejny widzimy, że dla awansu jest gotów zgodzić się na każdy „kompromis”.

Nadchodzi rok 1989 i „okrągły stół”. Komuniści oddają władzę polityczną swoim partnerom z opozycji (oczywiście z tej opozycji, z którą komuniści chcieli rozmawiać) a sobie pozostawiają władzę ekonomiczną (jakoś mało się dzisiaj pisze o spółkach nomenklaturowych…). Potrzebny jest ktoś, kto swoim nazwiskiem będzie firmował trudne reformy gospodarcze ale zarazem będzie wiedział komu należy być posłusznym. To doskonała rola dla Leszka Balcerowicza.

Balcerowicz przygotowuje dzieło swojego życia czyli tzw. „plan Balcerowicza”. W rzeczywistości autorem planu jest Jeffrey Sachs z Harvardu, Leszek Balcerowicz daje tylko polskie nazwisko, niezbędne żeby tubylcy nie zaczęli zadawać niestosownych pytań (o suwerenność, samostanowienie, interesy ekonomiczne społeczeństwa itp. zupełnie nieistotne kwestie). Kto nie wierzy, że tak było niech poszuka w zachodniej prasie czegoś na temat planu Balcerowicza. Niewiele się tego znajdzie. Znacznie więcej można przeczytać o planie Jeffreya Sachsa.

J. Sachs przywozi plan, który ma doprowadzić do transformacji polskiej gospodarki (plan nieudany, ale to już inna sprawa) i przekazuje go do realizacji Leszkowi Balcerowiczowi.

Czy ten ostatni zadaje sobie pytania o to, jakie cele przyświecają Sachsowi? Oczywiście, przekształcenie polskiej gospodarki w rynkową jest korzystne dla państw Zachodu samo w sobie ale dlaczego przy okazji nie „ustawić” transformacji tak, by skorzystali na tym również np. inwestorzy z USA? W końcu Jeffrey Sachs i inni „doradcy” nie przyjeżdżali do Polski za własne pieniądze… Czy Wielki Ekonomista myśli o tym? Czy zastanawia się w jaki sposób przekazać Polakom majątek przedsiębiorstw tak, by Polska gospodarka znalazła się w polskich rękach? Może się zastanawia ale… Przypomnijmy sobie jaką decyzję Leszek Balcerowicz podjął gdy wybierał uczelnię i kierunek studiów, przypomnijmy sobie jaka była jego reakcja na wydarzenia marca 1968 roku, przypomnijmy sobie jakie problemy rozwiązywał w miejscu prac.

Zawsze i wszędzie Leszek Balcerowicz idzie pod rękę z tym, kto jest silniejszy, w 1989 również zadziałał oportunizm i nawet jeśli miał jakieś wątpliwości dotyczące planu Sachsa to schował je do kieszeni.

Już w 1993 r. zachodni ekonomiści pisali wprost, że plan Balcerowicza zakończył się porażką i dlatego uruchomiono machinę propagandową, która miała przekonać Polaków, że w rzeczywistości był to wielki sukces. Jeśli sukces był wielki to i jego autor musiał być Wielkim Ekonomistą. Machina propagandowa zadziałała tak skutecznie, że po pewnym czasie sam Balcerowicz uwierzył w swoją wielkość. Bądźmy szczerzy, kto z nas oparłby się powszechnemu uwielbieniu ze strony "autorytetów" i zachował trzeźwe zdanie na swój temat? Uwierzyć w wielkość Balcerowicza było tym łatwiej, że każdy, kto ośmielił się publicznie go skrytykować natychmiast otrzymywał łatkę „oszołoma” i „księżycowego ekonomisty”. To spowodowało, że nawet w środowisku akademickim niechętnie mówiono o błędach popełnionych przez Balcerowicza (właściwie: przez Sachsa). Ważniejszy był jednak inny skutek przylepiania krytykom łatki „oszołoma”. Świadomość narażenia się na ostracyzm ze strony elit powodowała, że krytyką Balcerowicza zajmowali się tylko ci, którzy mieli niewiele do stracenia a więc przede wszystkim ludzie spoza establishmentu. Dzięki temu łatwo było wytworzyć przekonanie, że każdy kto krytykuje Balcerowicza to prostak i nieuk. Tym bardziej, że do tej krytyki zabierali się przeważnie straceńcy czyli ludzie odważni ale niekoniecznie dysponujący argumentami merytorycznymi.

Zachodnia finansjera poklepuje Balcerowicza po plecach i przyznaje nagrody, Gazeta Wyborcza pisze peany, Lepper opluwa. Jak w takich warunkach nie uwierzyć w swój własny geniusz? Trzeba było uwierzyć i Balcerowicz po raz kolejny stanął na wysokości zadania. Dlatego tak bardzo się irytuje, gdy ktokolwiek sugeruje, że mógłby stanąć przed komisją śledczą. Jakim prawem jakieś chłystki chcą przesłuchiwać ekonomicznego zbawcę narodu? I co z tego, że zasiadał w radzie fundacji, którą finansowały podległe mu banki? Może zwykłemu śmiertelnikowi by nie wypadało ale Balcerowiczowi to uchodzi!

Leszek Balcerowicz rzeczywiście uwierzył, że jest geniuszem, który stoi ponad innymi i dlatego upadek będzie dla niego bardzo bolesny. Tym bardziej, że z kręgosłupem (moralnym) u niego nietęgo.

Jednym z ważnych elementów "planu Balcerowicza" była ustawa o uporządkowaniu stosunków kredytowych. Wprowadzała ona tzw. "zmienną stopę oprocentowania" kredytów. Jeśli na przykład umowa z bankiem opiewała na 4 procent rocznie, to zmienna stopa oprocentowania sięgała 40 procent miesięcznie. Stawiało to kredytobiorców w bardzo trudnej sytuacji, często na granicy bankructwa. Ale na tym nie koniec, bo jednocześnie, dla symetrii, Leszek Balcerowicz wprowadził wysokie oprocentowanie lokat terminowych w bankach komercyjnych. Sięgały one nawet 100 procent. Trzecim elementem tej operacji było zamrożenie kursu walutowego; za dolara płacono 9 500 złotych.

W ten sposób uruchomiony został osobliwy przepływ pieniędzy. Kredytobiorcy - a warto pamiętać, że w tamtym okresie kredyty brali bogatsi chłopi i drobni przedsiębiorcy, a więc zalążek przyszłej polskiej klasy średniej - więc ci kredytobiorcy byli bezlitośnie drenowani przez banki przy pomocy opisanej już zmiennej stopy oprocentowania. A co się dalej działo z wydrenowanymi w ten sposób pieniędzmi? Otóż finansiści, głównie ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, przyjeżdżali do Polski z dolarami, wymieniali je po 9 500 złotych za sztukę, pieniądze umieszczali na lokatach, a po upływie roku - odbierali je w ilości dwukrotnie powiększonej, wymieniali je na dolary po tym samym kursie 9,5 tysiąca i zadowoleni wracali do domu.

Potem nawet słychać było, że chcieli przyznać Leszkowi Balcerowiczowi Nagrodę Nobla

Plan Balcerowicza miał on również następstwa polityczne w postaci przetrącenia kręgosłupa zalążkowi polskiej klasy średniej, która po tym uderzeniu nie może dojść do siebie aż po dzień dzisiejszy, przetrącenie kręgosłupa tej zalążkowej polskiej klasie średniej eliminowało potencjalną konkurencję dla komunistycznej nomenklatury, która po sławnej transformacji ustrojowej poszła, jak to się mówi, "w biznesy", korzystając z forsy ukradzionej za pośrednictwem spółek nomenklaturowych, pod osłoną "surowych praw stanu wojennego", wprowadzonego, jak wiadomo, na mocy tak zwanej suwerennej decyzji generała Jaruzelskiego

 

                                                                      Wykonawca planu Sorosa


 

Swą przyspieszoną karierę w 1989 r., awans na wicepremiera i ministra finansów, Balcerowicz zawdzięczał tylko i wyłącznie protekcji prawej ręki premiera Mazowieckiego, jego zausznika - ekonomisty Waldemara Kuczyńskiego. Początkowo ofiarował się tylko z rolą doradcy Kuczyńskiego i sam był zaskoczony swym nieoczekiwanym ogromnym awansem. Zawdzięczał go głównie temu, że kolejno odmówiły cztery pierwsze osoby, którym zaproponowano stanowisko ministra finansów we wrześniu 1989 r., a Balcerowicz urząd ten skwapliwie przyjął. Tym gorliwiej podjął się realizacji importowanego ze Stanów Zjednoczonych do Polski planu Sorosa-Sachsa, w Polsce funkcjonującego pod fałszywą nazwą "plan Balcerowicza".

W rzeczywistości cały plan był pomysłem słynnego amerykańskiego lewicowego miliardera George'a Sorosa, przybyłego z Węgier do USA giełdowego spekulanta żydowskiego pochodzenia. O tym, że cały rzekomy plan Balcerowicza był w istocie dziełem Sorosa, możemy dowiedzieć się również z bardzo nieostrożnej enuncjacji W. Kuczyńskiego, zausznika Mazowieckiego, ministra przekształceń własnościowych w jego rządzie. Jak wyznał Kuczyński w książce "Zwierzenia zausznika" (Warszawa 1992, s. 82-83): "Soros przyjechał z planem reformy gospodarki polskiej, zwanym planem Sorosa. To była kombinacja szokowej operacji antyinflacyjnej z restrukturyzacją naszych firm". Balcerowiczowi jako wicepremierowi nadzorującemu polską politykę gospodarczą przypadło zaś tylko zadanie firmowania tego wszystkiego i uwiarygodniania polityki służącej gospodarczym celom Zachodu.

Celom tym służyła skrajnie doktrynersko realizowana polityka gospodarcza Balcerowicza, skupiająca się głównie na walce z inflacją, przy zaniedbaniu wysiłków na rzecz wzrostu gospodarczego i pobudzania polskiego eksportu. Jednym z najszkodliwszych elementów tej polityki było nastawienie na przyśpieszoną gruntowną prywatyzację polskiego przemysłu i banków, stanowiącą faktyczną wyprzedaż za bezcen.

 

                                                                     Rzecznik terapii szokowej


 

Wielkie wsparcie dla Balcerowicza stanowiły zachęty do jak najszybszej terapii szokowej lansowane już latem 1989 r. przez współdziałającego z Sorosem amerykańskiego ekonomistę Jeffreya Sachsa. Reklamował on się w Polsce jako ten, który z dnia na dzień zwalczył w Boliwii ogromną inflację. Obiecywał tę samą skuteczną terapię w Polsce, zapominając uprzedzić, że jego boliwijski sukces dokonał się kosztem ogromnie wysokiego bezrobocia i buntu boliwijskich robotników, wprowadzenia w Boliwii stanu wyjątkowego i internowania przywódców związkowych. O tym wszystkim milczano w najbardziej wpływowych polskich mediach z Gazeta Wyborcza na czele, tym chętniej za to nagłaśniając obietnice Sachsa łatwej, bezbolesnej i szybkiej terapii szokowej. Szczególnie kłamliwa pod tym względem była informacja w "Gazecie Wyborczej" z 24 sierpnia 1989 r., zamieszczona pod znamiennym tytułem: "Cud gospodarczy w Polsce?". Sachs obiecywał tam m.in.: "Likwidujemy całkowicie inflację w ciągu sześciu miesięcy. Stopa życiowa zacznie wzrastać za pół roku (...) Nie dajcie sobie wmówić, że radykalny program gospodarczy wymaga cierpień i wyrzeczeń".

Nader szybko miało się okazać, że realizowana przez Balcerowicza terapia szokowa doprowadziła do wielkiego pasma cierpień i wyrzeczeń przeważającej części społeczeństwa, z korzyścią dla gromady cwaniaków polskich i zagranicznych. Pisał o tym jednoznacznie bardzo ostry amerykański krytyk terapii szokowej, noblista z dziedziny ekonomii, prof. J. Stiglitz. Dzięki skokowym podwyżkom cen państwo zagrabiło wieloletnie oszczędności obywateli. Straciły ogromną część wartości zbierane przez wiele lat wkłady na mieszkania. Państwo zgarnęło przeważną część oszczędności dolarowych, szacowanych na koniec 1988 r. na 7-15 miliardów dolarów amerykańskich (por. S. Dąbrowski, Logika postkomunistów, "Nowy Świat", 13 stycznia 1993 r.). Przypomnijmy zapomniane już dane o rozmiarach podwyżek cen w 1990 r. Według tekstu "Gazety Wyborczej" z 29 stycznia 1991 r., opartego na danych GUS, średnie ceny w 1990 r. były sześcio-, siedmiokrotnie wyższe niż w 1989 roku. Przy tym chleb średnio podrożał 13 razy, makaron - 22 razy, ceny mebli, naczyń kuchennych, lodówek wzrosły 8-10 razy. Ceny podstawowych artykułów w wielu przypadkach stały się wyższe niż w krajach EWG. W tym samym czasie miesięczne wynagrodzenie mieszkańca Polski odpowiadało 2-3-dniowym zarobkom Francuzów lub Niemców.

Jak wielkie rozmiary przybrało skokowe zubożenie polskiego społeczeństwa w efekcie balcerowiczowskiej terapii szokowej, doskonale dokumentowała podstawowa wręcz książka o polityce społecznej wydana w 1995 r. pod redakcją prof. Juliana Auleytnera. Według niej, w samym tylko 1990 r. przeciętne płace spadły o 24 proc., realna wartość przeciętnej emerytury i renty - o 19 proc., a dochody netto z rolnictwa na 1 pracującego - o 63 proc. Rolników szczególnie dotknęło otwarcie przez Balcerowicza granic na produkty rolne z zagranicy, w dużej mierze dotowane przez rządy zachodnie i sprowadzane do Polski po dumpingowych cenach.

Dzięki wpływom starej nomenklatury tzw. plan Balcerowicza, szumnie reklamowany jako nowa, rewolucyjna wręcz reforma gospodarcza, był faktycznie tylko nową kolejną odmianą stosowanych przez rządy PRL "operacji dochodowo-cenowych". Z tą różnicą, że tamtych nie udało się zrealizować władzom ze względu na opory społeczeństwa. Balcerowiczowi zaś to wszystko powiodło się kosztem gigantycznego ograbienia społeczeństwa z oszczędności i bardzo dużego zubożenia wielkiej części ludności. Udało się dlatego, że mógł skorzystać z ogromnego poparcia społeczeństwa dla rządu Mazowieckiego.

Naród zbyt łatwo zawierzył ówczesnemu kierownictwu Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, które twierdziło, że plan Balcerowicza to jedyny skuteczny program naprawy gospodarczej, niemający rzekomo żadnej alternatywy. Tak uzyskano przyzwolenie społeczne dla drastycznego planu gospodarczego, którego władzom PRL w żadnym razie nie udałoby się zrealizować ze względu na opór Narodu. Jak szczerze wyznawał na łamach "Prawa i Życia" 10 marca 1990 r. były minister handlu wewnętrznego w rządzie M. Rakowskiego, Marcin Nurowski, "realizacja takiego programu gospodarczego w naszym wykonaniu doprowadziłaby do gigantycznej awantury w kraju".

Plan Sorosa-Balcerowicza zyskał entuzjastyczne wręcz wsparcie różnych byłych prominentów reżimu komunistycznego - od byłych ministrów PRL-owskich Nurowskiego i Mieczysława Wilczka, po byłego wicepremiera w rządzie Rakowskiego - Mieczysława Sekułę czy byłego rzecznika rządu Jaruzelskiego - Jerzego Urbana. Stało się tak nieprzypadkowo. Stara nomenklatura partyjna stanowiła trzon kadry kierowniczej w gospodarce, wprowadzającej plan Sorosa-Balcerowicza. Postarano się też o zablokowanie prawdziwie potrzebnych głębokich reform strukturalnych, od reformy banków począwszy, po restrukturyzację przemysłu, które mogłyby być niekorzystne dla starej kadry partyjnej. Tym żarliwiej wspierali za to mnożące się spółki nomenklaturowe. Zadbali również o możliwie jak najbardziej nieprecyzyjne i wadliwe przepisy w różnych dziedzinach, tak aby ułatwić dokonywanie różnych aferowych manipulacji (vide: afera FOZZ, afera z rublem transferowym, tytoniowa, ziemniaczana etc.). Balcerowicz ponosi lwią część odpowiedzialności za brak kontroli, który ułatwił dokonywanie afer przy współudziale osób usadowionych na wpływowych stanowiskach gospodarczych. Rzecz znamienna - w 1989 r. zniesiono karę konfiskaty majątku za nadużycia gospodarcze. Cwaniacy z zagranicy i wysoko uplasowani w aparacie gospodarczym ludzie starej nomenklatury świetnie wykorzystali do swych celów szanse spekulacji i drenażu dolarów z Polski dzięki utrzymywaniu przez półtora roku kursu dolara do złotego na sztywnym, niezmienionym poziomie.

Dawni komunistyczni działacze byli siłą dominującą w superministerstwie gospodarczym kierowanym przez Balcerowicza - wszechwładnym resorcie finansów. Na najwyższych szczeblach tego ministerstwa zastępcami w randze wiceministrów byli, obok bezpartyjnego (choć dawniej członka PZPR) Marka Dąbrowskiego, trzej wiceministrowie z PZPR: Janusz Sawicki, Andrzej Podsiadło i Jerzy Napiórkowski. Ogromną część dyrektorów i naczelników stanowili również członkowie PZPR. Podobnie układały się stosunki w innych resortach gospodarczych podległych Balcerowiczowi, gdzie PZPR-owcy stanowili dominującą część kierownictw ministerstw. Szczególnie wymowna była sytuacja w obsadzie pozycji w tak kluczowej sferze życia gospodarczego jak banki. Dominowały tam bez reszty postacie ze starej PZPR-owskiej nomenklatury typu były członek Biura Politycznego KC PZPR, a w 1990 r. prezes Narodowego Banku Polskiego Władysław Baka czy były minister rządów PRL-owskich, a w 1990 prezes Banku PKO Marian Krzak, prezes Pekao SA Marian Kanton i jego zastępca Janusz Czarzasty, Bogusław Kott - prezes Big Banku, Krzysztof Szwarc - prezes Banku Rozwoju Eksportu, czy też Andrzej Wróblewski - przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Śląskiego, minister finansów w rządzie Mieczysława Rakowskiego.

 


 

Ten teoretyk, nie ma­ją­cy zielonego pojęcia o praktyce funk­cjo­no­wa­nia gospodarki, był wprost niewolniczo u­za­leż­nio­ny od swych PZPR-owskich po­ma­gie­rów. Byli oni wielce usłużni wobec Bal­ce­ro­wic­za, ale nie bez­in­te­re­sow­nie. Zajmując kierownicze sta­no­wis­ka, wykorzystywali dostęp do najtajniejszych informacji gospodarczych w celu przyśpieszonego tworzenia fortun dla siebie i "kolesiów" w ów­czes­nych "przełomowych" czasach.

Wpływowe zachodnie, a zwłaszcza amerykańskie, kręgi gospodarcze, a także MFW, gorąco popierały "dogadanie się" z czołowymi komunistami w Polsce (i na Węgrzech) w oparciu o zabezpieczenie sobie nawzajem realizacji podstawowych celów na zasadzie wzajemności. Dla przywódców komunistycznych celem tym było utrzymanie w swych krajach centralnych pozycji, zwłaszcza w życiu gospodarczym, w okresie po rozpoczęciu transformacji systemowych. Dla przedstawicieli zaś Zachodu najważniejsze w Europie Środkowej było dalsze spłacanie odpowiednio oprocentowanego zadłużenia z czasów komunistycznych. Jak zwykle dla Zachodu pieniądz (money, money...) miał dużo większe znaczenie niż względy moralno-wolnościowe.

Balcerowicz nieprzypadkowo stał się głównym gwarantem spłaty polskiego zadłużenia wobec Zachodu. Jeszcze w 1989 r. stanowczo stwierdził w Sejmie, że trzeba jak najszybciej spłacać komunistyczne długi, aby nie wywołać zaniepokojenia zachodnich bankierów. Rzecz w tym, że właśnie w latach 1989-1990 istniała bezpowrotnie zmarnowana przez Balcerowicza szansa całkowitego anulowania polskich długów wobec Zachodu. Była na to koniunktura ale szybko się skończyła ze względu na całkowitą niechęć Balcerowicza do zajęcia się tą sprawą. Usłużność Balcerowicza wobec MFW i czołowych przedstawicieli amerykańskiego establishmentu przyniosła mu ogromne profity.

Zachodnie naciski na rzecz utrzymania dominacji Balcerowicza w polskim życiu gospodarczym miały gruntowne uzasadnienie w fakcie jego ogromnej usłużności wobec różnych zachodnich lobby finansowych. I to nie tylko amerykańskich.

Na przykład członkiem Rady Ekonomicznej, tak znaczącego ciała doradczego przy prezesie Rady Ministrów, był w 1990 r. ówczesny gubernator banku centralnego Izraela Michael Brun.

Człowiek ten był wtajemniczony w najgłębsze tajniki naszej gospodarki, takie jak zmiany kursu złotego do dolara - wiadomość na wagę złota dla spekulantów. W liście do Balcerowicza wysuwał on swoje sugestie w tej sprawie. Kto nie wierzy, niech zajrzy do książki Balcerowicza "800 dni". Czy za takie zjawiska, jak dopuszczenie wpływowego cudzoziemca do kluczowych polskich tajemnic finansowych, nie należało postawić Balcerowicza przed Trybunałem Stanu?

Balcerowicz, jako wicepremier i minister finansów, był szczególnie mocno odpowiedzialny za niebywały bałagan w podlegającym mu resorcie. Jakże wymowne pod tym względem i szokujące zarazem były informacje zawarte w zamieszczonym 18 sierpnia 1991 r. w "Tygodniku Gdańskim" wywiadzie z dyrektorem Anatolem Lawiną, wysokim urzędnikiem Najwyższej Izby Kontroli. Powiedział w nim m.in.: "Najdramatyczniejsze i najbardziej niebezpieczne jest - używając języka więziennego - dojście do 'przekrętów' finansowych i to na wielką skalę. Tak jest w bankach, przedsiębiorstwach handlu zagranicznego, w Ministerstwie Współpracy z Zagranicą. A Ministerstwo Finansów? Nie znam żadnej sprawy, która by była tam rzetelnie udokumentowana i załatwiona... Ministerstwo Finansów robi wszystko, by zatuszować sprawę nadużyć i bałaganu".

Kierownictwo resortu finansów z L. Balcerowiczem na czele było bezpośrednio odpowiedzialne za fatalne zaniedbania w funkcjonowaniu systemu bankowego, który już w 1989 r. powszechnie oceniano jako skandaliczny (por. np. wywiad z prof. Antonim Kuklińskim dla "Życia Warszawy" z 9 grudnia 1989 r.). Co więcej, sam wicepremier Balcerowicz dawno przyznał, że "system bankowy jest przedmiotem uzasadnionej krytyki". Potem jednak minęły miesiące, wreszcie rok, a potem znów kolejne miesiące bez naprawy tego fatalnego systemu, aż wreszcie doszło do afery Art. B, która obnażyła wszystkie skutki opóźnienia reformy bankowości polskiej, za co osobiście ponosi odpowiedzialność właśnie Balcerowicz.

W 1991 r., pod koniec gospodarczej dyktatury Balcerowicza, powszechnie mówiono o jego odpowiedzialności za fatalny stan funkcjonowania systemu bankowego. W tej prawie z ostrą krytyką pod adresem ministra finansów wychodzili nawet czołowi liberałowie z partii Jana Krzysztofa Bieleckiego. Warto choćby przypomnieć, co mówił wówczas na temat Balcerowicza obecny przywódca PO Donald Tusk. Otóż, wypowiadając się w imieniu KLD w początkach 1991 r., Tusk stwierdził, że liberałowie mają obiekcje do działalności Balcerowicza jako "ministra finansów, zwłaszcza z powodu dysfunkcjonalności systemu bankowego" (!) (cyt. za: T. Roguski "Liberałowie liczą na sukces", "Rzeczpospolita", 4 września 1991 r.). Dziś ten sam Tusk dosłownie idzie w zaparte, by wybronić wszelkie przejawy działań Balcerowicza.

Leszek Balcerowicz ponosi główną odpowiedzialność za aferę Art.-B oraz super aferę Przekształceń Własnościowych!

Kiedy Bagsika postawiono przed sądem, on, prezes NBP, nie zrobił nic, aby odzyskać pieniądze ukradzione jego bankowi. Przekrętów w dziedzinie bankowości było wiele. Polska i jej obywatele byli rabowani i eksploatowani przez polski system bankowy na wszelkie możliwe sposoby. Nasze banki przeszły w obce ręce w bardzo podejrzanych okolicznościach. Opłaty, jakie pobierają za swe usługi, są z reguły kilkakrotnie wyższe niż w innych krajach. Procenty od udzielanych pożyczek są lichwiarskie. Stosowana jest stopa procentowa hamująca rozwój naszej gospodarki. Nasze rezerwy dewizowe są przechowywane w obcych bankach za granicą na bardzo niski procent, gdy równocześnie nasz rząd musi zaciągać pożyczki, często w tych samych bankach zagranicznych, na procent dużo wyższy od tego, który otrzymujemy za ulokowane tam kapitały. Naszych niemałych rezerw dewizowych, wynoszących ponad 30 mld dolarów, nie wykorzystuje się na inwestycje, przyspieszenie rozwoju lub podwyżki płac.

Dzięki balcerowiczowskim reformom obrabowano miliony Polaków. Tym, którzy mieli oszczędności i należności u państwa, pieniądze zdewaluowały się prawie do zera, ci natomiast, którzy mieli u państwa długi, zostali doprowadzeni do ruiny dzięki galopującemu wzrostowi oprocentowania. Byli i tacy, którzy do zaciągniętych pożyczek dopłacili całym majątkiem, stracili wszystko i dziś wegetują na łasce rodziny.

Od czasów Hammurabiego, tj. od prawie 5000 lat, kodeksy wszystkich państw cywilizowanych zawierają przepis, że kiedy złodziej zostaje skazany za kradzież, sąd przysądza zarazem okradzionemu zwrot tego, co mu złodziej ukradł.

Przepis taki istnieje także w polskim prawie karnym, które w artykule 52 kodeksu postępowania karnego zobowiązuje sąd, kiedy okradzionym jest państwo, do przysądzenia mu z urzędu zwrotu złodziejskiego łupu. Ale w procesie przeciw Bagsikowi o kradzież 420 mln dolarów i sędziowie, i prokuratorzy wszystkich instancji, z Sądem Najwyższym włącznie, postąpili wbrew prawu, robiąc złodziejowi prezent z naszych pieniędzy.

Obowiązku upomnienia się o zwrot 800 mln dolarów nie dopełnił także prezes Narodowego Banku Polskiego, Leszek Balcerowicz, popełniając w ten sposób przestępstwo z art. 231 § 1 kodeksu karnego (niedopełnienie obowiązku służbowego połączone z wielką stratą państwa), za co powinien zostać skazany na karę dożywotniego więzienia. Ścigani też powinni być sędziowie i prokuratorzy, którzy sądzili Baksika

Plan Balcerowicza był zawarty w formie ustawy i zakładał m.in. :

  • Pełną liberalizację rynku, likwidację kontroli cen przy jednoczesnym ograniczeniu płac w formie podatku od ponadnormatywnych wynagrodzeń w firmach państwowych (popiwek).
  • Stabilizację – ograniczenie inflacji i wprowadzenie stabilnej i wymienialnej waluty jaką miał być dolar wart 9500 zł, przy dewaluacji rocznej na poziomie 9,6 %.
  • Prywatyzację przedsiębiorstw państwowych.
  • Niską indeksację płac (0,3-0,4).
  • Bardzo wysokie oprocentowanie kredytów również wcześniej udzielonych.
  • Tylko częściową rewaloryzację oszczędności bankowych.

Efekty Planu Balcerowicza:

  • Roczna inflacja w 1990 roku miała być na poziomie kilku %, a w rzeczywistości wyniosła ona 600 %, a zakładany poziom inflacyjny osiągnął wartość jednocyfrową dopiero w 1999 roku (zdławienie inflacji miało zająć pół roku).
  • Średnie ceny w roku 1990 wzrosły 6-7 krotnie.
  • Realne płace spadły o 25 %.
  • Wartość przeciętnej emerytury, czy renty spadła o 19%.
  • Dochód netto z rolnictwa na jednego pracującego spadł o ponad 60%.
  • Poniżej minimum egzystencji w 1993 roku było aż 40% ludzi.

Jego działalność jako ministra finansów dwukrotnie była przedmiotem sejmowego postępowania w sprawie odpowiedzialności konstytucyjnej. W obu przypadkach Sejm oczywiście umorzył postępowanie: w 1993 i 1994.

W 1995 powrócił do działalności politycznej, obejmując w kwietniu tego roku stanowisko przewodniczącego Unii Wolności. W wyborach parlamentarnych we wrześniu 1997 z listy tej partii zdobył mandat posła na Sejm III kadencji.

W rządzie Jerzego Buzka po raz trzeci objął stanowiska wicepremiera i ministra finansów, zajmując je w okresie od 31 października 1997 do 8 czerwca 2000, tj. do czasu rozpadu koalicji AWS-UW.

Jesienią 2000 zrezygnował z kandydowania na kolejną kadencję przewodniczącego Unii Wolności. 22 grudnia tego samego roku został wybrany przez Sejm stosunkiem głosów 226:214 na prezesa Narodowego Banku Polskiego (zrzekł się wówczas mandatu poselskiego). Pełnił tę funkcję od 10 stycznia 2001 do 10 stycznia 2007 i jako prezes NBP od 1 maja 2004 wchodził z urzędu w skład Rady Ogólnej Europejskiego Banku Centralnego.

W latach 1992–2000 przewodniczył radzie naukowej Fundacji Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych CASE.

We wrześniu 2007 stanął na czele założonej przez siebie fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

W czerwcu 2008 został przewodniczącym rady nadzorczej europejskiego think tanku Bruegel. W październiku tego samego roku został wiceprezydentem International Atlantic Economic Society oraz członkiem grupy roboczej Unii Europejskiej mającej szukać sposobów wyjścia z kryzysu ekonomicznego

Żonaty z Ewą Balcerowicz. Ma troje dzieci: Macieja (ur. 1972), Wojciecha (ur. 1980) i Annę (ur. 1984).

 


 

Ewa Balcerowicz (ur. 1953) − ekonomistka, przewodnicząca rady i była prezes zarządu fundacji Centrum Analiz Społeczno-E­ko­no­micz­nych (CASE). Żona Leszka Balcerowicza.

W 1977 ukończyła studia na w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Na tej samej uczelni w 1988 uzyskała stopień doktora nauk ekonomicznych. Od 1992 do 1997 pracowała w redakcji branżowego miesięcznika "Bank". Zawodowo od 1983 związana z Instytutem Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Była współzałożycielem CASE, od 1991 pełniła funkcję wiceprezesa zarządu, w latach 2004–2008 zajmowała stanowisko prezesa zarządu, a następnie stanęła na czele rady tej fundacji.
Należy m.in. do Towarzystwa Ekonomistów Polskich

 

 

Akta Epsteina ujawniły przygotowania elit do pandemii

Wewnętrzny e-mail z 2017 roku, adresowany do Billa Gatesa, z perspektywy czasu nabiera nowego znaczenia politycznego i społecznego w kontekście pandemii COVID-19. Dokument nie jest dowodem na planowaną pandemię – stanowi jednak potwierdzenie, jak daleko zaawansowane były centralne koncepcje już kilka lat wcześniej.

Mail pochodzi z doradczego otoczenia firmy inwestycyjno-strategicznej bgc3 i wymienia konkretne „deliverables” (efekty współpracy). Zaskakująca jest tematyczna gęstość treści: symulacje pandemii, cyfrowe systemy danych zdrowotnych, neurotechnologia oraz wyraźnie militarne i wywiadowcze zastosowania. Szczególnie wart uwagi jest punkt „Zalecenia uzupełniające i/lub specyfikacje techniczne dotyczące symulacji pandemii szczepu”. Już w 2017 roku pracowano więc nad konkretnymi technicznymi i metodycznymi podstawami scenariuszy pandemicznych – nie w sposób abstrakcyjny, lecz z zamiarem operacyjnej realizacji.

Takie symulacje nie są niczym niezwykłym w kontekście państwowym czy wojskowym. Jednak w świetle wydarzeń od 2020 roku pojawia się pytanie, dlaczego wiele politycznych, technicznych i administracyjnych działań podczas COVID udało się wdrożyć niemal bez przeszkód. Wydaje się, że przygotowania były już wcześniej obecne.

Kolejnym kluczowym punktem wiadomości jest budowa bezpiecznych systemów cyfrowych dla danych osobistych o stanie zdrowia, z wyraźnym wykorzystaniem technologii „Zero-Knowledge-Proof”. Celem było chronienie wrażliwych informacji zdrowotnych, przy jednoczesnym umożliwieniu kontrolowanego dostępu. Właśnie ten model zrealizowano podczas pandemii w postaci cyfrowych certyfikatów szczepień, zaświadczeń zdrowotnych i interoperacyjnych platform danych. Mail pokazuje, że techniczne i koncepcyjne podstawy istniały na długo przed wybuchem COVID-19.

Szczególnie kontrowersyjny jest fragment, który często bywa pomijany: wyraźne wskazanie „Neurotechnologie jako broń w wywiadzie i obronności narodowej”. Nie chodzi tu o medycynę ani terapię, lecz o militarne i wywiadowcze zastosowania neurotechnologii. Wyraźnie pokazuje to, że w tym sposobie myślenia zdrowie, technologia i bezpieczeństwo nie były traktowane oddzielnie, lecz jako zintegrowane pole zarządzania. To połączenie rodzi podstawowe pytania etyczne – szczególnie jeśli ci sami aktorzy później mieli znaczący wpływ na globalne strategie zdrowotne.

Bill Gates odegrał kluczową rolę podczas pandemii COVID – jako promotor programów szczepień, polityczny doradca i inwestor w sektorze zdrowia i technologii. Jest to publicznie udokumentowane. Jednak podobnie jak w przypadku innych globalnych kryzysów – np. później ujawnionych struktur finansowo-inwestycyjnych związanych z Jeffreyem Epsteinem – pojawia się zasadnicze pytanie o konflikty interesów.

Epstein również poruszał się przez lata w elitarnych sieciach, czerpiąc korzyści jako inwestor i doradca, wykorzystując systemowe szare strefy. Porównanie nie oznacza utożsamienia, lecz wskazuje na powtarzający się schemat: kryzysy, technologia i kapitał są często ze sobą powiązane bardziej niż sugerują to oficjalne narracje.

Upubliczniony e-mail nie jest dowodem planowania COVID-19. Dokumentuje jednak, że scenariusze pandemii były szczegółowo przygotowywane, cyfrowa kontrola zdrowia była koncepcyjnie opracowana, militarne zastosowania bio- i neurotechnologii były otwarcie dyskutowane, a kluczowi aktorzy korzystali później politycznie i ekonomicznie z kryzysu.

Na podstawie: en.Haberler.com
Źródło zagraniczne: UncutNews.ch
Źródło polskie: WolneMedia.net

 

Krótka historia kultu relikwii

Relikwie to przedmioty związane z świętymi osobami, takie jak fragmenty ich ciała, ubrania lub rzeczy, które miały kontakt z takowymi. W tradycji chrześcijańskiej, szczególnie w Kościele katolickim i prawosławnym, relikwie są czczone jako środki łaski i łączniki między wiernymi a świętymi. Praktyka ta nie jest czczeniem samych obiektów, ale oddawaniem czci Bogu poprzez świętych, co podkreśla wczesna tradycja kościelna. Szczególną kategorię tworzą artefakty związane z samą osobą Jezusa, tworzące w opinii wiernych łącznik z nim samym.

Historia relikwii sięga najwcześniejszych lat chrześcijaństwa, gdy wierni zaczęli czcić szczątki męczenników. Jednym z najstarszych dowodów jest list z 156 r. n.e. napisany przez chrześcijan ze Smyrny (dzisiejsza Turcja), opisujący zebranie kości św. Polikarpa po jego męczeństwie. List stwierdza, że kości te były „cenniejsze niż drogocenne kamienie” i złożono je w odpowiednim miejscu, gdzie obchodzono rocznicę jego śmierci. Na ten moment przypominało to raczej szacunek to doczesnych szczątków równie szanowanych za życia osobistości.

Do IV wieku, po edykcie mediolańskim (313 r.), gdy chrześcijaństwo stało się legalną i państwowo kontrolowaną religią Cesarstwa Rzymskiego, zaczęto budować kościoły nad grobami męczenników, co znacząco wzmocniło kult relikwii. Dopiero wówczas nastąpił „relikwiowy boom”, głównie za sprawą wykopalisk prowadzonych przez matkę cesarza. Świeżo obrana religia państwowa, jaką stało się rzymskie chrześcijaństwo, potrzebowało silnych akcentów na jej umocnienie w społeczeństwie.

W średniowieczu kult relikwii osiągnął swoje apogeum. Od czasów Karola Wielkiego (VIII w.) każdy ołtarz musiał obligatoryjnie zawierać relikwię, co stało się normą w kościołach katolickich i prawosławnych. Sobór Nicejski II w 787 r. oficjalnie zatwierdził tę praktykę, nakazując umieszczanie relikwii w kościołach do ich konsekracji.

Wczesni ojcowie Kościoła, tacy jak św. Jan Damasceński, uważali i nauczali innych, że relikwie są darami Boga dla Kościoła, służącymi do uświęcenia wiernych. Praktyka ta rozwijała się wraz z szerzoną wówczas wiarą w powszechne zmartwychwstanie ciała i rolę świętych jako orędowników w niebie. Uważano również, że relikwie miały moc uzdrawiającą, nawiązując do „Nowego testamentu”, gdzie przedmioty dotknięte przez Chrystusa lub apostołów leczyły chorych.

Relikwie dzielono na trzy klasy.

Pierwszego stopnia: fragmenty ciała świętego lub przedmioty związane z życiem Chrystusa (np. fragment Świętego Krzyża lub święte gwoździe z niego).

Drugiego stopnia: ubrania lub przedmioty używane przez świętego.

Trzeciego stopnia: przedmioty dotknięte przez relikwię pierwszego lub drugiego stopnia.

Posiadanie prestiżowych relikwii przynosiło zaszczyt i przywileje klasztorom oraz katedrom, co prowadziło do pielgrzymek (np. do Santiago de Compostela z relikwiami św. Jakuba). Jednak wzrost popularności spowodował problemy wynikające z natury ludzkiej: fałszerstwa, kradzieże i handel relikwiami stały się powszechne. Do XVI w. liczba relikwii była ogromna, a odróżnienie autentycznych od fałszywych niemal niemożliwe. Relikwie stały się wówczas ewidentnie „biznesem”, przyciągając zarówno wiernych (gorliwość), jak i fundusze do kościołów (handel).

Protestantyzm w większości nie uznaje kultu relikwii, traktując go jako formę bałwochwalstwa lub nadużycia, co było jednym z kluczowych punktów krytyki Reformacji wobec Kościoła katolickiego. Marcin Luter i Jan Kalwin, założyciele głównych nurtów protestantyzmu, ostro sprzeciwiali się tej praktyce, uważając relikwie za oszustwa służące do manipulacji wiernymi i odciągania uwagi od bezpośredniego czczenia Boga.

Kalwin w swoim „Traktacie o relikwiach” z 1543 r. wyśmiewał handel relikwiami i ich rzekome cuda, nazywając je „śmieciami” i „fałszerstwami” papistów. W średniowieczu handel taki kwitł, a fałszerstwa były powszechne, co protestanci postrzegali jako efekt korupcji Kościoła. Reformatorzy dążyli do „oczyszczenia” wiary z takich elementów.

W odpowiedzi na stawiane zarzuty Kościół katolicki podczas Soboru Trydenckiego (1563 r.) potwierdził ważność czci relikwii, nakazując biskupom nauczanie, że „święte ciała męczenników mają być czczone przez wiernych, gdyż przez nie Bóg udziela wielu łask”. Jednocześnie sobór domagał się usunięcia przesądów i handlu relikwiami („wszelki brudny zysk ma być zniesiony”).

W epoce nowożytnej kult relikwii w katolicyzmie i prawosławiu pozostał silny, choć pod wpływem oświecenia napotkał sceptycyzm. Relikwie nadal przyciągały pielgrzymów, przynosząc korzyści ekonomiczne i prestiż lokalnym społecznościom.

W XIX i XX wieku relikwie pasyjne, jak całun turyński czy korona cierniowa, zyskały na znaczeniu m.in. dzięki wystawom i badaniom naukowym. Choć datowanie C-14 (1988) całunu turyńskiego wskazujące jego wiek na okres 1260-1390 r. mocno podkopało jego reputację, sprawiając, że sam Kościół pozostaje oficjalnie neutralny w stosunku do niego, potencjalnie sugerując sceptycyzm wiernym.

Na dzień dzisiejszy w Kościele katolickim nadal są one używane w liturgii, np. w ołtarzach, choć po Soborze Watykańskim II (1962–1965) praktyka jest bardziej uregulowana, aby unikać nadużyć. „Kodeks prawa kanonicznego” z 1983 r. zabronił sprzedaży relikwii pierwszego i drugiego stopnia bez zgody papieża. Z kolei w prawosławiu każdy ołtarz wciąż zawiera relikwię, co ma podkreślać ciągłość i niezmienność tradycji kultu.

Oficjalnie relikwie w Kościele katolickim i prawosławnym służą jako wsparcie dla modlitwy, medytacji i pamięci świętych, umieszczane w ołtarzach i sanktuariach. W 2017 r. Kongregacja ds. Kanonizacji Świętych zreformowała klasyfikację na „znaczące” (ciała lub prochy) i „nieznaczące” (fragmenty lub przedmioty), by zapobiec nadużyciom. Przykłady to relikwie św. Jana Pawła II w katedrze w Hongkongu czy wystawienie kości św. Piotra w Watykanie w 2013 r.

Ilość relikwii i ich rodzaje jest i była ogromna. Prawdziwy krzyż, jego drzazgi, święte gwoździe, święte szaty i chusty, głowy Jana Chrzciciela (minimum 4), różne fragmenty ciał apostołów, święte napletki, krople mleka Matki Boskiej, święte kosmyki włosów itp.
Przyjrzyjmy się najciekawszym z nich.

Prawdziwy święty krzyż

Według ustalonej tradycji, krzyż został zakopany po ukrzyżowaniu w 33 r. n.e. na Golgocie pod Jerozolimą. Cesarz Hadrian w II w. zbudował nad nim świątynię Wenus, by stłumić rzekomo kult chrześcijański.

W 312 r. rzymski cesarz Konstantyn Wielki twierdził, że zobaczył wizję krzyża z napisem „In hoc signo vinces” („Pod tym znakiem zwyciężysz”), przed bitwą przy Moście Mulwijskim, co miało zainspirować poszukiwanie relikwii.

W 326-328 r. święta Helena, matka Konstantyna Wielkiego, podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej, nakazała wykopaliska w Jerozolimie. Odkopano trzy krzyże. Autentyczność wybranego potwierdzono momentalnie cudem, dotknięcie jednego uzdrowiło chorą kobietę (lub wskrzesiło zmarłego, zależnie od wersji). Zdarzenie te stało się zaczynem do celebrowania święta Podwyższenia Krzyża Świętego obchodzonego 14 września.

Helena podzieliła krzyż: część została w Jerozolimie, część zabrała do Konstantynopola i Rzymu. Co stało się później, przyczyną rozprzestrzenienia się jego licznych fragmentów po Europie, stając się obiektami pielgrzymek i handlu. Dziś fragmenty przechowywane są m.in. w Rzymie, Wiedniu, Paryżu i Jerozolimie.

Warto zauważyć, że zarówno wizja cesarza, jak i wykopaliska jego matki przyczyniły się do stworzenia nienaruszalnego fundamentu całego chrześcijaństwa w formie uprawianego po dziś dzień kultu krzyża, rzymskiego narzędzia okrutnej śmierci.

Podczas wykopalisk wraz z krzyżami również znaleziono ponoć koronę cierniową. Tak przynajmniej twierdzono później, gdyż pierwsze historyczne wzmianki o relikwii jako obiekcie kultu pochodzą dopiero z VI w.

Święta włócznia (włócznia Longinusa lub włócznia przeznaczenia)

Święta włócznia to jedna z najsłynniejszych relikwii chrześcijańskich, uważana za broń, którą według „Nowego testamentu”, po śmierci Chrystusa rzymski centurion Longinus (lub Kasjusz) przebił bok Jezusa Chrystusa na krzyżu, by potwierdzić jego śmierć, co było standardową procedurą w egzekucjach rzymskich. Zgodnie z przekazywaną tradycją, z rany wypłynęła krew i woda, co ma symbolizować sakramenty Kościoła.

Specjalny kult tej relikwii jako świętego przedmiotu zaczął się kształtować w wczesnym średniowieczu, gdy stała się symbolem władzy i ochrony, łącząc elementy biblijne z mitami o przeznaczeniu. W mitologii greckiej włócznia kojarzyła się z losem, co być może pośrednio wpłynęło na jej nazwę „przeznaczenia”. W folklorze i okultyzmie (zwłaszcza od przełomu XIX/XX w.) utrwaliła się legenda, że kto ją posiada, ten „trzyma w rękach los świata”, wygrywa bitwy, panuje nad przeznaczeniem innych. Być może miało tu miejsce jakieś echo mitycznych tablic przeznaczenia, które posiadł sumeryjski bóg Marduk, a które to dawały posiadaczowi identyczną moc.

Wróćmy do historii świętej włóczni, która jest nieco skomplikowana, ponieważ istnieje kilka konkurencyjnych relikwii, z których każda pretenduje do autentyczności.[1]

Wersja bizantyjska: wócznia miała być przechowywana początkowo w Jerozolimie, gdzie według legendy odnalazła ją wspomniana już św. Helena, w IV wieku, podczas wykopalisk na Golgocie. Później trafiła do Konstantynopola, gdzie była czczona w katedrze Hagia Sophia. Następnie w 1241 r. została sprzedana przez obecnego, łacińskiego władcę tego miasta, Baldwina II, królowi Francji Ludwikowi IX, i od tej pory jej grot znajdował się w Paryżu. Zaginęła gdzieś w okolicy czasu Rewolucji Francuskiej. W 1492 r. sułtan Bajazyd II po zdobyciu Konstantynopola podarował kolejną włócznię („prawdziwą”) papieżowi Innocentemu VIII – ta wersja znajduje się w Watykanie. Papież Benedykt XIV (ok. 1750) porównał rysunek czubka z Francji z grotem w Watykanie i doszedł do wniosku, że dwa fragmenty pasują do siebie i kiedyś tworzyły jedną całość. To utrwaliło legendę, że watykańska relikwia to „główna część”, a paryska była tylko odłamanym końcem.

Wersja germańska: znana jako Włócznia Świętego Maurycego, trafiła w niepewny sposób w ręce cesarzy niemieckich. Otton I używał jej w X wieku jako prestiżowego symbolu władzy, a w 1424 r. cesarz Zygmunt podarował ją miastu Norymberga. W 1796 r. ukryto ją przed Napoleonem, a w 1806 r. trafiła do Wiednia, gdzie od 1912 r. była w skarbcu. Po aneksji Austrii w 1938 r. Hitler zabrał ją do Norymbergi, ale w 1945 r. amerykańscy żołnierze zwrócili ją z powrotem do Wiednia.

Wersja polska: replika wersji germańskiej, została podarowana Bolesławowi Chrobremu przez cesarza Ottona III podczas zjazdu gnieźnieńskiego w 1000 r. Była symbolem sojuszu i uznania suwerenności Polski. Przechowywana w Gnieźnie, potem na Wawelu, gdzie jest do dziś w skarbcu katedralnym. Używana podczas koronacji polskich królów. W czasie II wojny światowej zrabowana przez Niemców. Jednak po porównaniu jej z wiedeńską wersją, została wkrótce zwrócona jeszcze w trakcie okupacji – rzadki wyjątek wśród zrabowanych polskich dóbr.

Wersja ormiańska: według ormiańskiej tradycji kościelnej, grot włóczni przywiózł do Armenii apostoł Tadeusz (Juda Tadeusz) już w I wieku n.e., wkrótce po Ukrzyżowaniu Jezusa. Tadeusz był jednym z apostołów, którzy według tradycji ormiańskiej ewangelizowali Armenię jako pierwszy kraj chrześcijański (oficjalnie od 301 r.). Przez wieki relikwia miała być przechowywana w różnych klasztorach w historycznej Armenii Zachodniej (dzisiejsza Turcja wschodnia). Od XIII wieku znajdowała się w klasztorze Geghard (nazwa dosłownie oznacza „włócznia” – „geghard” po ormiańsku). Obecnie znajduje się w Eczmiadzynie (dziś Wagharshapat), w muzeum katedry. Wciąż jest wyjmowana przy okazji ważnych świąt.

Wersja krucjatowa: relikwia z Antiochii weszła do świadomości ludzkiej głównie dzięki kronikom pierwszej krucjaty, takim jak „Historia Francorum” Gwidona z Akki czy relacje Raymonda d’Aguilers (kapelana hrabiego Rajmunda z Tuluzy). Opisywana jako cudowne znalezisko, które uratowało krzyżowców przed klęską, stała się symbolem boskiej interwencji. Jej „odkrycie” w 1098 r. było promowane jako dowód Bożej łaski dla krucjaty. Sceptycy, w tym uczestniczący w krucjacie i będący świadkiem zdarzeń biskup Adhemar z Le Puy, wątpili w autentyczność, ale mimo tego relikwia szybko zyskała popularność wśród krzyżowców i pielgrzymów, inspirując do dalszej walki.

Odkrycie miało miejsce tuż po udanym oblężeniu Antiochii (czerwiec 1098 r.) w ramach pierwszej krucjaty. Krzyżowcy, dowodzeni przez Bohemonda z Tarentu i Rajmunda z Tuluzy, zdobyli miasto, ale wkrótce sami zostali oblężeni przez muzułmańską armię pod wodzą sułtana Kerbogi, która nadciągnęła ze spóźnioną odsieczą. Sytuacja była desperacka: głód, choroby i dezercje groziły klęską. Wówczas ubogi mnich i pielgrzym Piotr Bartłomiej twierdził, że miał serię wizji św. Andrzeja Apostoła, który wskazał mu miejsce ukrycia włóczni pod podłogą katedry św. Piotra w Antiochii. Po kilku dniach ogólnych poszukiwań i kopania, Piotr nagle wskoczył do wykopu i wydobył żelazny grot, co uznano za cud. To następnie powszechnie obwieszczone wydarzenie natychmiast podniosło znacząco morale. Krzyżowcy w duchowym uniesieniu wyszli do bitwy 28 czerwca, niosąc relikwię, i pokonali wroga, przypisując zwycięstwo boskiej pomocy.

Jednak wątpliwości co do autentyczności rosły. Piotr Bartłomiej, by dowieść prawdy, poddał się próbie ognia (chodził po rozżarzonych węglach z relikwią), ale zmarł w męczarniach od ran, co osłabiło wiarę w relikwię.

Mimo wszystko, po bitwie pod Antiochią relikwia stała się oficjalnym talizmanem krucjaty. Nosił ją Raymond d’Aguilers podczas marszu na Jerozolimę w 1099 r., gdzie pomogła w zdobyciu miasta. Żołnierze ponoć raportowali, że widzieli „niebiańskich rycerzy” na białych koniach podczas bitwy, co przypisywano mocy relikwii, cudownie odnalezionej dzięki boskiej pomocy. Mimo oczywistych prób podkolorowania jej wartości, po 1099 roku stała się właściwie tylko ciekawostką historyczną i symbolem desperackiej wiary krzyżowców w najczarniejszym momencie oblężenia Antiochii. Po czym jej dalsze losy stały się nieznane. Warto tutaj wspomnieć o wspaniale sportretowanej (fabularyzowanej) historii znalezienia tego artefaktu jak i samej wyprawy, przez nieodżałowaną Zofię Kossak, w jej wybitnym dziele „Krzyżowcy”.

Wnioski

Historia i rola relikwii w kulcie chrześcijańskim jest niezwykle barwna i fascynująca. Ukazuje jak odpowiednio skanalizowana ludzka wiara, potrafi stanowić główny czynnik inspirujący i motywujący. I po prawdzie, trzeba dziś oddać Kościołowi rację, który aby unikać bałwochwalstwa, podkreśla, że łaska pochodzi od Boga, a nie od przedmiotu.

A co na to wszystko powiedziałby sam Jezus? W jego czasach i w jego religii (judaizm) nie istniało nic podobnego, więc ciężko ocenić. Jednakże historia zapisana w „Ewangelii według św. Marka” (5,25-34) daje pewne poszlaki. Ciężko chorująca kobieta uwierzyła, że jak dotknie Jezusa, to zostanie uzdrowiona. Podług zapisków, dopięła swego, dotknęła Mistrza i została uzdrowiona. Jezus skwitował to stwierdzeniem: „Twoja wiara cię ocaliła”. Jak sądzę, jest to kluczowe, co powiedział i na co położył akcent. Nie rzekł, że „ja cię uzdrowiłem”, czy „moja szata” albo „sam Bóg” – lecz jej osobista wiara to poczyniła. Czyż Jezus nie nauczał o wierze, która zdolna jest do przenoszenia gór?

Morał z tego taki, że ludzki umysł, będący przyczyną wszelkich zjawisk mentalnych, w tym i wiary, jest niezwykle potężny. Jeżeli ktoś uwierzy, że coś go uzdrowi, ale tak naprawdę uwierzy, choćby i była to święta łyżka z Palestyny – to tak się może stać. Współczesna nauka nazywa to efektem placebo. Nie bez przyczyny skuteczność nowo tworzonych leków jest porównywana z grupą bazową, która tylko wierzy, że je dostaje. O dziwo, często się zdarza, że te leki mają mniejszą lub zbliżoną skuteczność do samej wiary ludzi, nie przyjmujących leków, lecz wierzących, że są one im podawane i wierzących w ich moc – gdyż tak ich zapewniano.

Oto potęga ludzkiego umysłu. Wiara czyni cuda. I z tą myślą was zostawiamy.

Autorstwo: Grohmanon
Ilustracja: WolneMedia.net (CC0)
Źródło: WolneMedia.net

Przypis

[1] Badania metalograficzne przeprowadzone w 2003 roku wykazały, że sam grot włóczni pochodzi prawdopodobnie z VIII wieku, jednak wewnątrz niego znajduje się żelazny gwóźdź, który datuje się na czasy znacznie wcześniejsze. To pokazuje, jak skomplikowana jest „anatomia” relikwii – często są to obiekty wielowarstwowe, gdzie legenda obudowuje starszy rdzeń.

                                                                              AFERZYŚCI ELIT                                             Jan...