poniedziałek, 23 marca 2026

                          TUZY ELITY

                                 Marek Tadeusz Kuchciński

 

                                                        Marek Tadeusz Kuchciński


 Marek Tadeusz Kuchciński (ur. 9 sierpnia 1955 w Przemyślu) – Ukrainiec z Przemyśla, poseł na Sejm IV, V i VI kadencji, były przewodniczący Klubu Parlamentarnego PiS.

Jako wicewojewoda podkarpacki, znany ze swoich sympatii upowsko-banderowskich, wykazał szczególną aktywność w załatwianiu pochówku na cmentarzu wojennym strzelców siczowych w Przemyślu dla ludobójców z UPA zabitych podczas napadu na Birczę.

W młodości związany z subkulturą hipisów.

W 1989 był w Komitecie Obywatelskim w województwie przemyskim oraz w Krajowym Komitecie Obywatelskim "Solidarność" przy Lechu Wałęsie. Od 1990 do 1999 należał do Porozumienia Centrum. Odszedł z PC do PPChD, następnie w 2001 przystąpił do Prawa i Sprawiedliwości.

W latach 1994-1999 był radnym rady miasta w Przemyślu. W latach 1999-2001 zajmował stanowisko drugiego wicewojewody podkarpackiego, w tym czasie postawiono najwięcej pomników dla UPA gloryfikujących faszyzm ukraiński. W tym okresie wydzierżawił od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa prawie 90 ha ziemi w Bieszczadach

W 2001 został wybrany zostaje posłem na Sejmu IV kadencji z listy wyborczej Prawa i Sprawiedliwości, zasiadał w kilku komisjach sejmowych. Był został wiceprzewodniczącym Parlamentarnej Grupy Polsko-Ukraińskiej oraz członkiem Zgromadzenia Polski i Ukrainy.

W wyborach w 2005 ponownie uzyskał mandat poselski, w 2006 objął stanowisko przewodniczącego Klubu Parlamentarnego PiS. W przedterminowych wyborach w 2007 po raz trzeci został posłem, otrzymując w okręgu krośnieńskim 35 060 głosów. 12 stycznia 2008 powołano go na wiceprezesa Prawa i Sprawiedliwości.

Ciekawie o Kuchcińskim pisze portal www.eprzemysl.pl


Z Kart Historii: Poseł Kuchciński, przypomnijmy młodzieży...

Szef Klubu Parlamentarnego PiS, Marek Kuchciński nie boi się lustracji majątkowej. Śpi spokojnie, bo krezusem nie jest. Dowodem jego oświadczenie majątkowe z 20 kwietnia 2006 r. złożone w Sekretariacie Marszałka Sejmu …. 6 dni wcześniej (14.04) nim powstało.

Artykuł ten przypominamy ku przestrodze i niech będzie ON faktem "kręcenia lodów" przez uwczesne, bardzo wątpliwe władze wyuzdanej jak i wymyślonej w schorowanych mózgach włodaży IV RP, która zmarła śmiercią naturalną..

Nasz poseł z ulicy Matejki maczał w tym swoje palce...

Na tle wielu innych wybrańców narodu to Judym: 15000 zł i 300 euro w gotowiźnie, 30 % własności domu w budowie (130 m2 ), wspólne z żoną mieszkanie w po(st?)komunistycznym bloku (49 m2), 1,2 ha ziemi rolnej (4 tys.), 30 % udziału w 18-arowej działce budowlanej, renault megane 1999, książki, obrazy, grafiki, szkło, rzeźby i materiały budowlane. Do spłaty bankowy kredyt (15 tys.) i pożyczka (20 tys.) z Funduszu Świadczeń Socjalnych Posłów Kancelarii Sejmu, zaciągniętą na budowę domu.

W podobnym oświadczeniu złożonym u marszałka Sejmu 28 kwietnia br. rewelacji też nie ma. 10 000 zł i 200 euro pod ręką, dom wciąż w budowie, to samo postkomunistyczne mieszkanie w bloku, podobnej wielkości kredyt w banku, 140 307 PLN wynagrodzeń i diet poselskich. Przybyło tylko 4,6 ha gruntów rolnych (zakup z 31 stycznia br.) bardzo marnej klasy, bo wartych 18000 PLN. Co prawda, media próbowały robić z tego aferę, uznając, że „podejrzanie tanie” te grunty, ale co komu do tego, jakie kto barachło kupi?

W latach 70. był „Członkiem” i „Penelopą” w światku przemyskich hippisów („GW” z 18.11.2006). Kontestował wszystko, co oferowała wtedy młodzieży zbrodnicza, jak wiemy, PRL. Ta sama, która uszczęśliwiała wszystkich pracą i trzeba było mocno pokombinować, aby się nie przemęczać, przynajmniej na państwowym. Obecny poseł (9 sierpnia skończył 52 lata, niech żyje nam) w latach swojej młodości obracał się w kręgu wąchaczy nie zawsze legalnie zdobywanych środków odurzających, czemu zresztą, co się chwali, nie zaprzecza. Z racji tego hobby bywał obiektem bynajmniej nie ”politycznych” zainteresowań przemyskiej MO. Przynajmniej raz z powodu włamu do apteki. Sporo kłopotów i strachu napędził mu pewien lokator, spec od podrabiania lekarskich recept i zdolny kolekcjoner doliniarskich fantów, których smerfy szukały na Matejki.

W latach 80. z „niebieskiego ptaka” awansował do grona opozycjonistów (wciąż są rozbieżne opinie na temat tego kombatanctwa) nękanych przez SB rozmową ostrzegawczą, krótkim „dołkiem” na komendzie, czasem profilaktyczną rewizją. W swoim politycznym CV „Penelopa” chętnie i dużo pisze o swojej walce z „komuną”. Niektórzy oficerowie byłej SB w jakimś stopniu to potwierdzają, ale są i tacy, którzy mówią, że musiał być bardzo mocno zakonspirowany, bo niewiele im wiadomo na ten temat.

– Raz robiłem mu kipisz w domu, nie było nic. Gdy już wychodziłem, jego ojciec zatrzymał mnie i pokazał jakąś książkę z tzw. nielegalnego obiegu. – No i po co pan mi to pokazuje? Przecież ja wiem, że księdza w rodzinie macie, mieszka w Belgii i podsyła takie wydawnictwa - wspomina były bezpiecznik i naczelnik wydziału. Z kolei weteran milicyjnej „kryminalnej” pamięta, jak mocno się zdziwił, gdy esbecja zabrała mu akta sprawy, w którą zamieszany był „Członek”. - Zapomnij o tym, on jest nasz! - usłyszał na odchodnym. Co to miało znaczyć, jak to rozumieć?- zastanawia się dziś.

Janek, swego czasu sympatia, więcej, prawie narzeczony siostry "Penelopy", etatowy oficer bezpieki (Wydział IV), nie powie nic. Wykręca się tajemnicą służbowa, a po drugie – zawsze czuł się w chacie na Matejki jak członek rodziny. Często tam bywał, ale czy tylko w celach czysto towarzyskich, trudno powiedzieć. Może teczka posła, który w tamtym roku w radiu RMF przyznał się, że „chyba” był OZI (osobowe źródło informacji SB) jednoznacznie kiedyś to wyjaśni?


Gdy PRL kończyła swój żywot, Kuchciński paradował już w glorii współzałożyciela przemyskiego Komitetu Obywatelskiego i Przemyskiego Towarzystwa Kulturalnego. To ono było jego odskocznią na polityczne salony a dla Jarosława Kaczyńskiego i kilku innych facjat znanych dziś z pierwszych stron gazet - okazją do publicznego zaistnienia. Dla bliźniaków K. po kopie z Kancelarii Wałęsy na margines życia politycznego. Ideały ideałami, ale szło też dorobić na „wichurze”, bo całkiem za friko nikt gardła wtedy nie zdzierał.

- Już wówczas był zwolennikiem dekomunizacji i lustracji, dlatego wbrew koniunkturze zdecydował się na współpracę polityczną z Jarosławem Kaczyńskim, tworząc na Ziemi Przemyskiej jedną z najlepiej funkcjonujących w kraju struktur Porozumienia Centrum”- tak barwnie i przekonywująco piszą o tym okresie życia swojego szefa pracownicy Biura Poselskiego „Penelopy”. Fakt to bezsporny, że kierując wojewódzką strukturą PC w Przemyślu był bardzo skuteczny - konsekwentnie dążył do celu, nie bacząc na ofiary i koszty. Pewnie dlatego w kampanii 1991 oczernił, czyniąc „klientem prokuratury” przemyskiego artystę-plastyka Józefa Kalinowskiego (skaperował go na listę chadecji były członek pierwszego Zarządu Regionu NSZZ „S”, nieżyjący już Eugeniusz Opacki).

Za tą potwarz razem ze skarbnikiem ZW PC Zygmuntem Grzesiakiem (na spotkaniu z Tadeuszem Mazowieckim nie chciał podać „udecji” swojej grabuli) „Penelopa” zasiadł na ławie oskarżonych. Sprawa I.C.127/92 toczyła się przed Sądem Wojewódzkim w Przemyślu. Rozpraw było kilkanaście, ale obecny szef klubu PiS uczynił zaszczyt Temidzie chyba tylko raz, może dwa razy. 9 listopada 1993 r. zapadł wyrok. Sąd nakazał przeprosić spotwarzonego „politycznego” rywala, zwrócić mu 24,1 mln zł tytułem rekompensaty kosztów, wpłacić starą bańkę na PCK i coś tam jeszcze.

Do dziś mimo upływu prawie 14 lat (dokładnie 165 miesięcy) oszkalowany i ceniony artysta plastyk, pedagog, później dyrektor Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu nie tylko nie powąchał ani złotówki, ale i nie usłyszał nawet zwykłego słowa „przepraszam”. Nie było też zapisanych w wyroku przeprosin na łamach „Życia Przemyskiego”. Od kilku lat piszą o tym gazety („Super Nowości”, „Gazeta Wyborcza”, „Dziennik”, „Newsweek” i inne), ale to pisanie na Berdyszów. Jedyny postęp tych publikacji, to obietnica Grzesiaka, że sprawę w końcu „honorowo załatwi”.

Kuchciński jest niewzruszony i nadal milczy. Milczy także jego komórka. Szkoda, bo niedawno jakiś redaktor z Polski chciał go zapytać czy wierzy w cuda. Co myśli o tym, że gdy szykujący się na kolejną dyrektorską kadencję Kalinowski dostał pozytywną opinię od zakładowej „Solidarności”, to jarosławska miejska „S” przerobiła ją na, jakby to powiedzieć, pozytywną inaczej…


W latach 1994-1999 „Penelopa” vel „Członek” miał już wreszcie stałe dochody: dietę radnego Rady Miejskiej w Przemyślu. Miał i osiągnięcia. To dzięki niemu do przemyskiego MZK powrócił na dyrektorski stołek powrócił zasłużony towarzysz, były lektor KW PZPR; „szpiegowi” Oleksemu groził status persony non grata w mieście nad Sanem, a w kolejce po ten zaszczyt czekał nawet prezydent A. Kwaśniewski. W tych też latach dzięki „klimatom” współtworzonym przez środowisko polityczne (?) „Penelopy”, skutecznie (nawet z pomocą koktajli Mołotowa) pogoniono z miasta m.in. Festiwal Kultury Ukraińskiej.„Już wtedy wiele poczynań Kuchcińskiego nijak miało się do deklaracji, a deklaracji do czynów” zapisał jego biograf.

Pięknie za to kwitła polityczna działalność Przemyskiego Towarzystwa Kulturalnego. Wspierał ją prawicowy samorząd miasta, ale była to kropla w morzu potrzeb. Na szczęście o rzut beretem od sztabu PC i PTK działał przemyski oddział Niezależnego Forum Prywatnego Biznesu, gdzie gospodarkę rynkową promowało kilka osób o ambicjach "politycznych".

- Dawaliśmy temu Towarzystwu „Członka” kasę. Były to różne kwoty, jednorazowo nawet do 5000 zł (czek AA 1604866 z 3.10.1996 r.), przekazywane jako darowizny dla PTK, którym Kuchciński kierował. Dawaliśmy pieniądze na bieżącą działalność PC, wyjazdy na kongresy partii do Warszawy, zjazd wojewódzki, wizyty polityków odwiedzających miasto, no i na koszty wizyt prelegentów chałturzących na spotkaniach w Klubie „Nowe Państwo”. Kilkanaście razy płaciliśmy za taksówki, którymi Marek jeździł do Warszawy – wspominają sponsorzy z NFPB. Tylko w latach 1996-1997 oficjalnie (bywało też inaczej), „na papier” przekazali PTK kwotę 11,8 tys. złotych.

Forum pomagało wielu innym potrzebowskim instytucjom, ale z perspektywy czasu wsparcie dla działalności PC i PTK, którymi kierował „Członek” (jakby nie patrzeć, jeden z głównych, wręcz „ideowych” deubekizatorów i dekomunizatorów IV RP) musi zastanawiać i nie chodzi o fundatorów, lecz o beneficjenta kasy. W końcu wśród dobroczyńców z NFPB byli również członkowie dawnego „aparatu komunistycznego”, funkcjonariusze byłej MO i SB prowadzący działalność gospodarczą. To również ich składki pozwalały „Penelopie” rozwinąć skrzydła w świecie wielkiej polityki, bywać na jej salonach i zawierać intratne znajomości w tym światku. To także z pomocą takich złotówek goście PTK i Kuchcińskiego (bracia Kaczyńscy, A. Glapiński, A. Macierewicz, M. Jurek, Z. Najder, J. Parys itd.) mogli roztaczać świetlaną wizję IV RP w kameralnym gronie wolnych słuchaczy zbierających się w przemyskim empiku.

Kto wie, może właśnie z pomocą takich „esbeckich” pieniędzy „Członek” fundował Jarosławowi Kaczyńskiemu pamiętną kolację, na której ponoć osobiście (przynajmniej tak się chwali) wymyślił ideę TKM, którą z sukcesem wcielał AWS, a do perfekcji doprowadzili ją obecni władcy IV RP? Może z takiej to parszywej kasy wypłacano gościom honoraria, pokrywano koszty dojazdu do Przemyśla i pobytu w nim? Nie parzyła, nie budziła odruchów wymiotnych? Orły dekomunizacji nie zachowały rewolucyjnej czujności, nie wyczuły układu i sieci?...

Spore środki na statutową i nominalnie kulturalną, a faktycznie polityczną działalność Przemyskiego Towarzystwa Kulturalnego przeznaczały (poprzez wspomniane już zlecone fuchy) władze miasta. Widać spotkania w „Nowym Państwie”, potępiające w czambuł i dyskredytujące konstytucyjne organy III RP, były dla ówczesnych samorządowców formą działalności kulturalnej.

Mimo takiej prosperity, w końcu lat 90. PTK podupadło i to nie tylko finansowo. Gdy przemyskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Mieszkaniowej zaczęło żądać zaległych czynszów, debiutujący w ławach na Wiejskiej (2001) Kuchciński ujął się honorem i obiecał zadłużenie spłacić z poselskich apanaży. Ówczesny prezes PGM, Bogusław Pruchnik poszedł mu na rękę i rozłożył 9 600 zł długu na …96 miesięcznych rat. Jak wyglądają spłaty, trudno dociec, bo PGM i miastem rządzi PiS, a nad ich tajemnicą czuwa przegrany w ostatnich wyborach kandydat partii na wójta gminy wiejskiej Przemyśl. Trzeba jednak nadmienić, że różnie w PGM o tych płatnościach się mówi. Są pracownicy, którzy twierdzą, że i za kilkaset złotych zaległości czynszowych można trafić do sądu i, po eksmisji, wylądować na bruku…


Po zwycięskich dla AWS wyborach roku 1997 ikona przemyskiego PC, za jaką już wtedy uchodził M. Kuchciński, pozostawała w cieniu. Szybko jednak upomniała się o swoje. I tak powstało słynne "Memorandum” – dokument poufny” do lidera przemyskiej AWS, posła Krzysztofa Kłaka. Autor tegoż dzieła ubolewał, że „opracowane przez ekspertów PC przed kampanią wyborczą materiały na potrzeby AWS nie spotkały się z żadnym zainteresowaniem".

Szkoda ogromna, bo były tam takie perełki, jak "Polityka narodowościowa (stosunki polsko-ukraińskie)" jego autorstwa oraz „Kierunki polityki prorodzinnej” osobistej małżonki. Kuchciński barwnie opisywał jak to rozstawał się z członkami PC, którzy szerzyli „prywatę i klikowatość" lub miewali kontakty z „układami nomenklatury postkomunistycznej i grupami gospodarczymi o charakterze przestępczym". Przykładem tej zbrodni był opłatek w … Niezależnym Forum Prywatnego Biznesu.

- ***** mać! Jedną ręką, na papier i bez, tysiącami brał kasę od nas, a drugą pisał do AWS donosy na grupę o „charakterze przestępczym". Tą samą, która opłacała mu obiady w „Karpackiej”, załatwiła „piłkarski” etat, dający jako taki staż pracy i ubezpieczenie w ZUS - wspominają „przestępcy”, zgrzytając zębami na wspomnienie tamtych wydarzeń.

Gdy "Członek" został wicewojewodą podkarpackim (1999), z miejsca rzucił się w wir pierwszej w swoim życiu poważnej pracy („pierwszej uczciwej” - mówią jego koledzy). Dojeżdżał służbowym autem, pokonując 4 x 90 km dziennie na trasie Przemyśl-Rzeszów.

– Pracowałem z nim i pusty śmiech mnie ogarnia, gdy mówi dziś o „tanim państwie”, „wysokich standardach kompetencyjnych i moralnych administracji państwowej”, budżecie podziurawionym „ przez różnych liberałów i postkomunistów, którzy przez ostatnich 17 lat działali w Polsce” - kwituje ten epizod kariery „Penelopy” pracownik rzeszowskiego Urzędu Wojewódzkiego, a po szczegóły tych wysokich standardów odsyła m.in. do kierowców UW. – Dziś walczy o odprawy fitosanitarne na przejściu granicznym w Medyce, a kto sprawił, że je tam szlag trafił, krasnoludki? Dobrze chociaż, że odprawy w Korczowej uratowaliśmy, bo też ich tam być nie miało - dodaje urzędnik z Rzeszowa.


Na szczęście, w nawale obowiązków wicewojewoda Kuchciński znalazł trochę czasu, aby wreszcie poważnie pomyśleć o swojej przyszłości. Na dobry początek wydzierżawił w rzeszowskim oddziale AWRSP 89 ha ziemi pod „uprawy ekologiczne”. W Wapowcach zaś zagiął parol na 32,68 ha pięknego gruntu pod lasem, w sąsiedztwie pensjonatu „Niva”, gdzie urządził się już „Mundek” - kolega z lat gniewnej młodości, tak jak i on prześladowany przez MO za niedozwolone eksperymenty, na przykład z kroplami Inoziemcowa. Gdy zamarzyło się Mundkowi 40 arów z mienia gminnego pod budowę stawu, kumpel wicewojewoda całym urzędowym autorytetem zaczął lobować. Jak opętany nęcił wieś kanalizacją, nową drogą i innymi cymesami cywilizacji, ale bezskutecznie, bo chłopi na ludziach się znają – mieli nosa i nie zgodzili się na taki interes. Być może dlatego, że to sam Kuchciński chytrze sprzątnął im dobrą ziemię sprzed nosa. Tą samą, którą bezskutecznie chciało wcześniej wydzierżawić kilku miejscowych rolników.

Kto wie jednak czy w większym stopniu na nieufności mieszkańców Wapowiec nie zaważyła wtedy opinia posła i zdeklarowanego wroga (dziś sojusznika?), eurodeputowanego LPR Andrzeja Zapałowskiego. On to na forum XX Zjazdu Żołnierzy 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK (Warszawa, IX 2000) nazwał Kuchcińskiego Ukraińcem i protegowanym Unii Wolności „ znanym z sympatii banderowsko-upowskich” („Na Rubieży” 52/2001).

Przed wyborami parlamentarnymi 2001 ubiegający się o mandat posła wicewojewoda Kuchciński nie wpisał w oświadczeniu majątkowym hektarów w Wapowcach oraz „łąk w Bieszczadach” (57 ha w Kalnicy k. Zagórza). Najpierw zaklinał się wydawcy „Pogranicza”, że żadnej ziemi nie ma, a później (sprawę ruszyły „Nowiny”) zasłaniając się opinią „swojego prawnika” przekonywał, że ujawniać hektarów nie musiał, bo był jedynie ich dzierżawcą. Mimo to, musiał strupa formalnie się pozbyć. Najprościej poprzez złożenie rezygnacji z dzierżawy i zwrot ziemi do AWRSP. Wybrał inne bardzo niekonwencjonalne rozwiązanie, co też do dziś jest przedmiotem spekulacji i, może niesłusznych, podejrzeń.

Rzutem na taśmę, w przeddzień objęcia mandatu, w siedzibie, w obecności i za zgodą dyrektora rzeszowskiego oddziału AWRSP debiutant na Wiejskiej zrezygnował z ziemi w Wapowcach, po czym … scedował jej dzierżawę na „Mundka”. Tym samym ziemia, na co liczyli chętni na nią rolnicy, nie trafiła na przetarg, a stała się przedmiotem „umowy cesji”, którą zawarli „Członek” i „Mundek”. Nowy (na pewno w papierach) użytkownik ma prawo pierwokupu prawie 33 ha w Wapowcach, które może przejąć na własność za niewiele ponad 200 tysięcy.

Jest o co walczyć, również o odrolnienie tych gruntów. Gdyby dziś po załatwieniu formalności sprzedać je tylko pod działki rekreacyjne, hektary w Wapowcach są warte jakieś trzy miliony. O ile skoczy w górę ich wartość, gdy z pomocą środków UE zostaną uzbrojone i przekwalifikowane na działki budowlane? Znawcy tematu (podając przykład Ostrowa, gdzie ar ziemi pod budowę chadza po 4-5 tys. zł) sądzą, że będą warte 3-4 razy więcej, czyli mniej więcej tyle, ile roczny budżet 9-tysięcznej gminy wiejskiej Przemyśl, w której ziemia ta leży. Czy nie lepiej taką ziemią obdarzyć biedną gminę: niech sobie podzieli grunty na działki budowlane i sprzeda, a z zarobionych pieniędzy funduje mieszkańcom to wszystko, czego im brak? Czyż nie tak powinno postępować „solidarne państwo”?


W wyborach 2001r. M. Kuchcińskiego, ubiegającego się o poselski mandat w okręgu nr 22 (byłe województwa przemyskie i krośnieńskie), poparło 4741 wyborców, czyli 1,49 % głosujących. O ile w rodzinnym mieście Przemyślu wywalczył 7,09 % a w powiecie 2,49 %, to w powiatach lubaczowskim, przeworskim i jarosławskim uzyskał zaledwie 0,42-0,86 % oddanych głosów. Gdyby nie łaskawa ordynacja, sejm oglądałby nadal tylko w telewizji.

Wybory 2005 przysporzyły „Penelopie” już 16, 6 tys. głosów. Trudno powiedzieć na ile przysłużył się temu jego dorobek i aktywność w poprzedniej kadencji, a na ile totalna na Podkarpaciu negacja wszystkiego, co wiązało się z „postkomunistami”, „postliberałami” oraz innymi postami.

Od lipca 2006r. przemyska gwiazda PiS rządzi klubem parlamentarnym tej partii. Jak to robi, słyszy i widzi każdy. Wypowiedzi „Penelopy”, często slogany i pokrętne komunały, teorie „układów” i „sieci” działają na wielu ludzi niczym przysłowiowa płachta na byka. Bywa, że nawet najwięksi do niedawna jego fani przyznają, że swojemu poprzednikowi E. Gosiewskiemu mógłby buty czyścić.

Mimo, że w rankingu mediów Kuchciński uchodzi za jednego z bardziej pracowitych i sumiennych posłów tej kadencji Sejmu („nie wnosi atmosfery nerwowości. Potrafi nawet o kontrowersyjnych sprawach dyskutować bez zacietrzewienia. W polemikach twardy, ale nie przekraczający granic kultury” - Polityka 30/2006) zewsząd dokładają mu dziennikarze. Za całokształt: lapsusy językowe, zabawy z lustracją, „Ubekistan”, układ, szare sieci.

– „ Co zakrawa na śmieszność, projekt projektu ustawy deubekizacyjnej promuje m.in. poseł Marek Kuchciński, przewodniczący Klubu Parlamentarnego PiS, który wcześniej dołożył wszelkich starań, by z pracy nad prezydencką nowelą ustawy lustracyjnej wykluczyć tych polityków PiS, którzy opowiadali się za jawnością i przejrzystością życia publicznego oraz otwarciem archiwów SB” - pisze nawet "Nasz Dziennik" (2007-01-16). Nie próżnują też dobrze zorientowani forumpowicze interesująco komentujący deubekizację a’la Kuchciński (http://www.pardon.pl/artykul/696):

- „Co to jest komunizm, to panowie Kaczyńscy chyba mało mają pojęcia. W swojej natomiast wściekłości do PRL, szkodzą Polsce i doprowadzą do tragedii. Dlatego mianowicie, że aby utrzymać się za wszelką cenę u władzy, dobrali do siebie ludzi karanych wyrokami z Samoobrony, którzy wszystko zrobią by utrzymać się na stołkach. Z drugiej strony przeciwników politycznych Polski. Ludzie np. nie wiedzą, że Przewodniczącym Klubu Parlamentarnego PiS w Sejmie, jest nacjonalista ukraiński Marek Kuchciński - Ukrainiec z Przemyśla. Gdy był wicewojewodą podkarpackim, postawiono najwięcej pomników dla UPA. On nie realizuje polityki dla Polski, a realizuje tajną Uchwałę OUN w Polsce z 22 czerwca 1990 r. w której zawarte są zadania: rozbić służby wywiadu i kontrwywiadu w Polsce, osłabić naszą armię, wciskać się do redakcji, telewizji i gdzie się tylko da, by realizować uchwałę OUN. Jak się podejmie uchwałę, że Urząd Bezpieczeństwa czy Służba Bezpieczeństwa były w Polsce zbrodnicze, to wyjdzie tak, że bandyci z UPA będą bohaterami, bo ich UB i Wojsko Polskie /komunistyczne/ zwalczało. Zastanówcie się panowie posłowie - Polacy, do czego zmierzacie i czyją politykę uprawiacie w Polsce? Zobaczycie co w 2007 r. nacjonaliści z OUN i UPA zrobią na Podkarpaciu. Będą stawiać pomniki dla UPA, takie jak w Pawłokomie i wyjdzie to tak, że to Polacy mordowali Ukraińców, a nie odwrotnie. To są właśnie zalecenia OUN do działalności w Polsce i Ukraińscy nacjonaliści typu Marka Kuchcińskiego realizują tą politykę. Róbcie tak dalej, to was potem przeklną wasze własne dzieci!”

- LOGIK ma rację! Zapytajcie Europosła z Przemyśla Andrzeja Zapałowskiego, to Wam opowie kim jest Marek Kuchciński albo posła DOBROSZA, jak Ukraińcy chcieli go przekupić, by przeforsował w Polskim Sejmie uchwałę potępiającą Wojsko Polskie za operacje wojskową pod nazwą "Wisła", przeciwko UPA w 1947 r. Nasi posłowie są naiwni, a wielu Ukraińców udaje Polaków i robią nacjonalistyczną politykę - wrogą przeciwko Polsce (…) Taka jest prawda i takie są skutki, gdy następuje polityczne zaślepienie i nienawiść do wszystkiego co było w PRL. Do komunizmu w Polsce to było jeszcze daleko... daleko, bo gdyby on był, nie byłoby tylu mądrali antykomunistycznych co teraz. Albo pasaliby krowy, jako analfabeci, albo byliby drwalami na Sybirze! „

Z takimi i wieloma innymi ocenami, pisanymi w równie krytycznym tonie zgadzają się także wnikliwi obserwatorzy działalności „Penelopy” poza Wiejską.

- A co się dzieje na przemyskim podwórku? Zaskakująco, a czasem dziwnie dobrze układają się jego wzajemne relacje z różnymi ludźmi z dawnych układów oraz służb. Kto, jak nie on, wyciszył kiedyś nieprzypadkowe włamanie do siedziby PC? Kto sprawił, że nie nagłośniono sprawy podsłuchu wykrytego w gabinecie prezydenta Sawickiego, a aparatura powróciła do podsłuchujących? Doskonale, na długo przed wyborami samorządowymi wiedział, że desygnowany na stanowisko prezydenta miasta Choma ma teczkę w IPN i był prawdopodobnie TW. Siedział cicho, gdy w samorządzie, a częściowo i sztabie wyborczym PiS brylowali ludzie nie tylko z PZPR-owską przeszłością, z którymi współpracował nader aktywnie - pytają ideowcy z przemyskiego PiS. - Czyje on w końcu majtki nosi, a dla kogo w rzeczywistości gra?

Swego czasu kilku z nich wysmażyło ideowy, pełen wielu trudnych pytań donos do samego marszałka Marka Jurka, licząc na jego reakcję. Jeśli wierzyć przeciekom z Wiejskiej, Jurek nie wyszedłby z PiS a nawet był gotów powrócić pod warunkiem, że zmieni się szef jego Klubu Parlamentarnego. Nie zmienił się, premier był nieugięty. Ponoć odpowiedź na pytanie dlaczego jak niepodległości broni „Penelopy” leży w tych mniej oficjalnych, a może nawet deczko wstydliwych kulisach jego wizyt nad Sanem.

J. Długosz

                                                                     www.yelita.pl

niedziela, 22 marca 2026

                           TUZY ELITY

                                  Krzysztof Jan Kozłowski

 

 

 Krzysztof Jan Kozłowski (ur. 18 sierpnia 1931 w Przybysławicach) – dziennikarz, filozof, były minister spraw wewnętrznych i szef Urzędu Ochrony Państwa, senator I, II, III i IV kadencji.

Od 1950 do 1956 studiował filozofię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Był wykładowcą nauk politycznych na KUL, obronił doktorat w zakresie filozofii. Związany ze środowiskiem "Tygodnika Powszechnego", od 1965 do 2007 pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego, a także prezesa Fundacji "Tygodnika Powszechnego" (zrezygnował po zmianach personalno-redakcyjnych w piśmie na początku 2008).

Był doradcą Komisji Robotniczej Hutników w Nowej Hucie i ekspertem "Solidarności". Uczestniczył w układach Okrągłego Stołu. Wchodził w skład zespołu ds. reform politycznych i podzespole ds. środków masowego przekazu. W rządzie Tadeusza Mazowieckiego został w 1990 podsekretarzem stanu, a następnie ministrem spraw wewnętrznych. Objął stanowisko przewodniczącego komisji weryfikującej oficerów Służby Bezpieczeństwa, a później pierwszego szefa Urzędu Ochrony Państwa (od 11 maja do 31 lipca 1990).

W latach 1989–2001 sprawował mandat senatora I kadencji z ramienia Komitetu Obywatelskiego, II i III kadencji z listy Unii Demokratycznej i IV kadencji z listy Unii Wolności. W Senacie reprezentował województwo krakowskie. W 2001 bez powodzenia ubiegał się o reelekcję z ramienia Bloku Senat 2001, po czym zrezygnował z bieżącej działalności politycznej. W 2008 wszedł w skład nowo powołanej rady konsultacyjnej przy ABW.

Wielki przeciwnik lustracji i dekomunizacji w Polsce.

Ochraniał wielu konfidentów SB m.in. najgorszego szkodnika opozycji Lesława Maleszke vel Ketmana.

25 dawnych przyjaciół i kolegów Maleszki z kręgów dawnej krakowskiej opozycji studenckiej zwróciło się w tej sytuacji z listem otwartym do Maleszki, by wyjaśnił ciemne sprawy ze swej przeszłości. I wtedy doszło do szokującej niespodzianki. W obronie Maleszki publicznie wystąpił znany przeciwnik lustracji, były zastępca redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego" i były minister spraw wewnętrznych w rządzie T. Mazowieckiego Krzysztof Kozłowski. Przypomnijmy - ten sam K. Kozłowski, który w swoim czasie dopuścił A. Michnika i jego trzech towarzyszy do kilkumiesięcznego buszowania w archiwach MSW. Warto dodać, że brata Krzysztofa - Macieja Kozłowskiego, który był wiceministrem spraw zagranicznych, oskarżono w swoim czasie o kłamstwo lustracyjne. Sprawy nie kontynuowano jednak, bo w tym czasie Maciej Kozłowski przeszedł na stanowisko ambasadora w Izraelu (był tam z 5 lat). Jedną z największych ułomności poprzedniej ustawy lustracyjnej był zaś dość szokujący fakt, że lustracji nie podlegali ambasadorowie!
Występując w obronie oskarżonego o współpracę z bezpieką Maleszki, K. Kozłowski ostro zaatakował 25 b. opozycjonistów - autorów listu otwartego do Maleszki. Zarzucił im, że ich list otwarty to rzekomo donos, który może publicznie skrzywdzić niewinnego człowieka, takiego jak Maleszka. Występujący z krzykliwą obroną Maleszki K. Kozłowski miał jednak ogromnego pecha na skutek braku skoordynowania jego wystąpienia z Maleszką. Kozłowski opublikował swą namiętną filipikę w obronie Maleszki w Krakowie na łamach tamtejszej "Gazety Krakowskiej" akurat tego samego dnia, gdy Maleszka opublikował w Warszawie w "Rzeczpospolitej" swoje przyznanie się do współpracy z SB. Przyznanie pełne było wykrętów i usprawiedliwień, niemniej zawierało jednoznaczne potwierdzenie długotrwałej współpracy z SB. Najbardziej szokujące w całej sprawie było późniejsze zachowanie A. Michnika i reszty kierownictwa tak antylustracyjnej "Gazety Wyborczej". Pomimo tego, że w "Wyborczej" przestano drukować artykuły Maleszki, dalej utrzymano jego zatrudnienie w gazecie Michnika. Taką "wielkoduszność" okazano wobec wyjątkowo nikczemnego agenta SB, który zalecał m.in., jakimi perfidnymi metodami należy rozbijać rodziny opozycjonistów.

 

sobota, 21 marca 2026

                           TUZY ELITY

                          Paweł Robert Kowal

 

Paweł Robert Kowal

 Paweł Robert Kowal (ur. 22 lipca 1975 w Rzeszowie) – polityk, historyk, w latach 2005–2009 poseł na Sejm V i VI kadencji, były wiceminister spraw zagranicznych, od 2009 poseł do Parlamentu Euro­pej­skie­go, sympatyk Bandery i gloryfikator OUN-UPA w Polsce., za co otrzymał Ukraiński order "Za Zasługi" trzeciego stopnia. Jako polski euro­de­pu­to­wa­ny skrytykował rezolucję PE z 25.02.2010 potępiającą odznaczenie Bandery tytułem Bohatera Ukrainy.

Absolwent I Liceum Ogólnokształcącego im. ks. Stanisława Konarskiego w Rzeszowie. W 1999 ukończył studia na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 1996–1998 studiował w Collegium Invisibile w Warszawie pod kierunkiem prof. Krystyny Kersten. Odbył podróże badawcze do Jakucji, Buriacji i Chakasji. Od 1999 jest asystentem w Instytucie Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk.

Od 1998 do 2000 pracował w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, m.in. kierował wydziałem w Departamencie Spraw Zagranicznych. W latach 2000–2001 pełnił obowiązki dyrektora Departamentu Współpracy z Zagranicą i Integracji Europejskiej w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Od 2001 do 2003 pracował jako ekspert ds. polityki wschodniej w Centrum Stosunków Międzynarodowych. W latach 2003–2005 był dyrektorem Mazowieckiego Centrum Kultury i Sztuki. Od 2003 pracował jako ekspert w Muzeum Powstania Warszawskiego, był współautorem koncepcji muzeum. W 2005 kierował Biurem Prasowym Prezydenta Warszawy.

W latach 2002–2005 przewodniczył radzie dzielnicy Warszawa-Ochota. W wyborach parlamentarnych w 2005 został wybrany posłem w okręgu chrzanowskim z listy Prawa i Sprawiedliwości. W Sejmie do 2006 był przewodniczącym Komisji Kultury i Środków Przekazu i wice­prze­wod­ni­czą­cym Klubu Parlamentarnego Prawo i Sprawiedliwość. Od 20 lipca 2006 do 22 listopada 2007 pełnił funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. W wyborach parlamentarnych w 2007 po raz drugi uzyskał mandat poselski, otrzymując 26 184 głosy. W Sejmie objął stanowisko wiceprzewodniczącego klubu parlamentarnego PiS, a także wiceprzewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych.

W wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2009 został wybrany eurodeputowanym w okręgu wyborczym Kraków, zdobywając 18614 głosów. W PE przystąpił do grupy Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy, pełni funkcję przewodniczącego delegacji do komisji współpracy parlamentarnej UE-Ukraina.

Lobby ukraińskie znad Wisły paradoksalnie lubi bardziej banderowski Lviv niż bardziej roztropny politycznie Kijów. Dlatego, aby przypodobać się nacjonalistom ukraińskim we Lwowie eurodeputowany Kowal skrytykował rezolucję Europarlamentu [którego jest przedstawicielem z ramienia Polski] z 25 lutego 2010 roku, potępiającą odznaczenie Bandery tytułem Bohatera Ukrainy. A może wg. linii dyplomatycznej europosła Kowala warto byłoby odznaczyć zbrodniarza Banderę pośmiertnie jeszcze Orderem Orła Białego, bo to by posłużyło sprawie polsko-ukraińskiego pojednania?


http://www.kresy.pl/wydarzenia?zobacz/europosel-dystansuje-sie-od-rezolucji-pe-ws-bandery

http://www.polskiekresy.info/index.php?option=com_content&view=article&id=801:czemu-sluzyeurodeputowany- kowal&catid=99:wiadomosci&Itemid=489

http://www.fakt.pl/Posel-PiS-wspiera-brata-pedofila-,artykuly,53358,1.html 

                                                           www.yelita.pl

 

W 2025 roku na 800+ dla imigrantów poszło 3,2 mld zł



W grudniu 2025 roku liczba dzieci obcokrajowców otrzymujących świadczenie wychowawcze 800+ spadła o 6,5% rdr. Podobny trend widać też w innych aspektach. W ubiegłym roku przeznaczono na ten cel ponad 3,2 mld zł, czyli o przeszło 4% mniej niż rok wcześniej. Zdecydowanie najwięcej przypadków dotyczyło dzieci wnioskodawców, którzy wskazali obywatelstwo ukraińskie. Na kolejnych miejscach w tym zestawieniu widzimy obywatelstwa białoruskie, rumuńskie, rosyjskie i wietnamskie. Komentujący te dane eksperci mówią, że to wyraźny sygnał transformacji polskiego systemu wsparcia dla cudzoziemców.

Świadczenie wychowawcze 800+ jest wypłacane na dzieci wnioskodawców, którzy we wniosku podali obywatelstwo inne niż polskie. Według danych ZUS, w grudniu 2025 roku liczba takich przypadków wyniosła 325,3 tys. To o 6,5% mniej niż w analogicznym okresie 2024 roku, kiedy było ich 347,7 tys. „Mamy tendencję malejącą. To nie jest jakieś tąpnięcie, ale zmniejszenie liczby beneficjentów. Wynika to m.in. z wprowadzenia przepisu, który uzależnia wypłatę świadczenia od wypełniania obowiązku szkolnego w Polsce. Ponadto, wnioskodawcami były też osoby, które przyjechały do naszego kraju na krótki okres i już wyjechały. Moim zdaniem, sytuacja będzie się stabilizować. To rozwiązanie dotyczy bowiem dzieci, których rodzice w jakiś sposób już się tutaj zadomowili i pracują” – komentuje Bartosz Marczuk z Instytutu Sobieskiego, były podsekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, gdzie odpowiadał m.in. za wdrożenie Programu 500+.

W 2025 roku przeciętna miesięczna liczba wypłaconych ww. świadczeń wyniosła 317,9 tys. To o 5,4% mniej niż rok wcześniej, kiedy było to 336,2 tys. Z danych ZUS wynika też, że w ubiegłym roku przekazano do rodzin 3,271 mld zł. To o 4,2% mniej niż rok wcześniej, kiedy było to 3,413 mld zł. „To wyraźny sygnał transformacji polskiego systemu wsparcia dla cudzoziemców. Należy podkreślić, że nie jest to tylko wynik zmian demograficznych, ale przede wszystkim efekt skuteczniejszego kontrolowania mechanizmów przyznawania świadczeń. Najważniejsza zmiana to wprowadzenie mechanizmu, który można nazwać wsparciem za integrację. W efekcie od obywateli innych państw wymagana jest aktywność zawodowa i realizacja obowiązku szkolnego” – podkreśla dr Antoni Kolek z Katedry Zarządzania Akademii Leona Koźmińskiego.

Z kolei Bartosz Marczuk zwraca uwagę na wskaźniki zatrudnienia osób, które przyjeżdżają do Polski. Wśród tych przybyłych po wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie to ponad 70%. A biorąc pod uwagę ludzi przebywających już wcześniej, to przeszło 90%. Ekspert dodaje, że ogólne wydatki na 800+ sięgają ok. 63 mld zł rocznie. Kwota wydawana na dzieci cudzoziemców stanowi więc niewielką część. „Zmiana, którą określiłem wsparciem za integrację, ma podwójny wymiar. Po pierwsze, finansowy, bowiem ogranicza wydatki budżetowe i eliminuje tzw. wędrówkę socjalną. Po drugie, społeczny, co sprzyja realnej integracji migrantów w edukacji i na rynku pracy, a w dłuższym okresie jest korzystne dla gospodarki” – przekonuje dr Antoni Kolek.

Biorąc pod uwagę przeciętną miesięczną liczbę wypłaconych ww. świadczeń w 2025 roku, w przypadku 262,8 tys. dzieci wnioskodawcy wskazali obywatelstwo ukraińskie (rok wcześniej – 284,5 tys.). Natomiast kwota wypłaconych ww. świadczeń wychowawczych wyniosła 2,715 mld zł (w 2024 roku – 2,893 mld zł). „Dominacja grupy obywateli Ukrainy wśród świadczeniobiorców-cudzoziemców pozostaje wyraźna, jednak jest już bardziej przewidywalna. Spadek kwot wypłat pokazuje zarówno migrację cyrkulacyjną, jak i efektywność systemu w eliminowaniu nadużyć dzięki cyfryzacji i integracji z rejestrami Straży Granicznej. Z perspektywy budżetu spadek wydatków jest pożądany. Polska przestaje pełnić rolę pasywnego donatora, stając się aktywnym partnerem wspierającym osoby realnie osiedlone w kraju” – stwierdza ekspert z Akademii Leona Koźmińskiego.

Na kolejnych miejscach w zestawieniu widzimy dzieci wnioskodawców z obywatelstwem białoruskim – 23,4 tys. i z wypłaconą kwotą 233,8 mln zł (rok wcześniej – 23,4 tys. i 234,8 mln zł), rumuńskim – 5,8 tys. i 59 mln zł (poprzednio – 4,1 tys. i 42,2 mln zł), rosyjskim – 3,7 tys. i 36,8 mln zł (3,8 tys. i 37,4 mln zł), wietnamskim – 2,5 tys. i 25,5 mln zł (2,5 tys. i 25,1 mln zł), a także indyjskim – 2,5 tys. i 25,4 mln zł (2,2 tys. i 22,7 mln zł). Następne są osoby z obywatelstwem gruzińskim – 1,7 tys. i 17,7 mln zł (1,6 tys. i 16,1 mln zł), bułgarskim – 1,7 tys. i 16,6 mln zł (1,7 tys. i 16,3 mln zł), mołdawskim – 1 tys. i 10,5 mln zł (948 i 9,7 mln zł), jak również armeńskim – 731 i 7,4 mln zł (712 i 7,1 mln zł). „O tej kolejności decyduje liczba cudzoziemców mieszkających w Polsce. Głównie przyjeżdżają do nas Ukraińcy, co było widoczne już przed wybuchem pełnoskalowej wojny. Oni stanowią zdecydowaną większość tej grupy. Oprócz nich mamy Białorusinów i obywateli państw Unii Europejskiej. Ta struktura przekłada się więc na zainteresowanie składaniem wniosków o przyznanie 800+” – wyjaśnia Bartosz Marczuk.

Od lutego br. zmieniono zasady wypłacania świadczenia wychowawczego dla obywateli Ukrainy ze statusem UKR. Wcześniej zapowiedziano, że nowe przepisy obejmą około 150 tys. osób. One, aby pobierać 800+, muszą ponownie złożyć wniosek i spełnić warunek aktywności zawodowej. Bartosz Marczuk przyznaje, że był zwolennikiem uzależnienia wypłaty środków od wypełniania obowiązku szkolnego w Polsce. Ekspert zaznacza, że byłby bardziej ostrożny z wprowadzeniem wymogu związanego z pracą. W naszym interesie jest, aby te osoby wiązały się z Polską. Zmiana może sprawić, że zechcą wyjechać do Europy Zachodniej, gdzie nie ma takich obostrzeń. „Nowy okres świadczeniowy Programu 800+ stanowi przełom w zarządzaniu środkami publicznymi przeznaczonymi na wsparcie obcokrajowców. Kluczowym elementem tej zmiany nie są same przepisy, ale technologiczna integracja systemów państwowych, która w praktyce ogranicza systemowe luki. Natomiast należy pamiętać o tym, że z systemu wychodzą 18-latkowie, a nowi świadczeniobiorcy reprezentują znacznie mniej liczne roczniki. Przykładowo, w 2008 roku urodziło się 414 tys. osób, a w ubiegłym roku – ok. 238 tys. Zatem, według obecnego stanu, każdego roku będzie o ok. 170 tys. mniej świadczeniobiorców, a koszt świadczeń będzie o około 1,7 mld zł niższy” – analizuje dr Antoni Kolek.

Natomiast Bartosz Marczuk szacuje, że zmiana dotycząca obywateli Ukrainy ze statusem UKR pozwoli na zaoszczędzenie 100-200 mln zł. Według eksperta, rodzi się tylko pytanie, czy etyczne jest zabieranie świadczenia 800+ np. matce, która uciekła z Ukrainy przed rosyjskimi bombami, a w Polsce opiekuje się trojgiem nieletnich dzieci i nie ma możliwości pracowania. Były podsekretarz stanu w MRPiPS wskazuje też sytuację, w której z pracy zostaje zwolniona kobieta samotnie wychowująca dzieci. Konsekwencją tego będzie utrata świadczenia wychowawczego.

Autorstwo i źródło: MondayNews.pl

piątek, 20 marca 2026

                           TUZY ELITY

                     Bronisław Maria Komorowski

 

 Bronisław Maria Komorowski (ur. 4 czerwca 1952 w Obornikach Ślą­s­kich) - z wykształcenia historyk. Prezydent RP. (od 6 sierpnia 2010 do 6 sierpnia 2015) - TW ”Litwin”.

 

 

 W 1977 roku Bronisław Komorowski u­ko­ń­czył studia na Wydziale Historycznym U­ni­wer­sy­te­tu Warszawskiego. Bronisław nie poszedł jednak w ślady rodziców i nie kontynuował kariery naukowej. Zaraz po studiach w latach 1977–1980 był stażystą w redakcji "Słowa Powszechnego". Pis­mo było krytykowane przez większość ka­to­li­ków, a przede wszystkim przez E­pis­ko­pat Polski. Pismo za aprobatą władz PRL osiągało nakład 100 tys. egzemplarzy. Od roku 1980 wchodzi do polityki. W latach 1980–1981 pracował w Ośrodku Badań Społecznych NSZZ "Solidarność" Regionu Mazowsze. Od 1990r. do 1993r. pełnił funkcję cywilnego wice­mi­ni­stra obrony narodowej ds. wychowawczo-społecznych. Poseł na Sejm I, II, III, IV, V i VI kadencji. W pierwszej połowie lat 90. związany był z Unią Demokratyczną i Unią Wolności. Od 1993r. do 1997r. przewodniczył sej­mo­wej Komisji Obrony Narodowej. Pełniąc funkcję wiceministra ob­ro­ny na­ro­do­wej odpowiedzialnego za WSI w latach 1992-1993 nadzorował in­wi­gi­la­cję Radosława Sikorskiego. W wyborach w 1997 r. Komorowski zdobył mandat poselski jako kandydat AWS (z listy SKL). 2001 r. Komorowski wraz z częścią działaczy SKL związał się z Platformą Obywatelską. 5 listopada 2007 roku został wybrany marszałkiem Sejmu VI kadencji a 6 sierpnia 2010r na Prezydenta RP.

Dnia 25 czerwca 1991 została założona teczka personalna Bro­ni­sła­wo­wi Komorowskiemu (ur. 1952). Otrzymał on pseudonim "Litwin".

 

Wojciech Sumliński, odwołując się do swojej książki „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” stwierdził:

Bronisław Komorowski odgrywał jedną z najistotniejszych ról w kombinacji operacyjnej, którą media nazwały aferą marszałkową”. Opowiedział o jej szczegółach, o działalności fundacji „Pro Civili” i związkach Bronisława Komorowskiego z tą fundacją. Jak zauważył, WSI rozpracowywały tych, którzy próbowali rozpracowywać „Pro Civili”. Bronisław Komorowski nigdy w życiu nie osiągnąłby takiego stanowiska, gdyby nie jego zaplecze wywodzące się z Wojskowych Służb Informacyjnych.
To byli ludzie, którzy pilnowali jego kariery przez wiele lat. Ta kariera szła planowo, aż doszło do sytuacji, w której ten człowiek został prezydentem Polski. To się nigdy nie powinno wydarzyć, zwłaszcza po jego zeznaniach, które złoży w prokuraturze. (..) Druga osoba w państwie polskim, marszałek sejmu spotyka się z dwoma oficerami służb tajnych, jeden z WSI, drugi z WSW, i rozmawia z nimi o tym,jak wspólnie i w porozumieniu popełnić przestępstwo polegające na zdobyciu nielegalnie aneksu do raportu WSI i ma przy tym podejrzenie, że jeden z tych ludzi może być powiązany z rosyjskim wywiadem. Przecież to powinien być koniec Bronisława Komorowskiego nie tylko jako polityka, ale od tego momentu on powinien usiąść naprzeciwko prokuratora i bardzo gęsto się tłumaczyć. (..) I co się stało? Kilkanaście miesięcy później zostaje prezydentem Polski. To jest ta osłona WSI.

środa, 18 marca 2026

                           TUZY ELITY

                             Eugeniusz Kłopotek

 

 

 (ur. 15 listopada 1953 w Choj­ni­cach) – poseł Polskiego Stron­nic­twa Ludowego na Sejm III, IV, VI i VII kadencji.

Od 1977 był członkiem ko­mu­nis­tycz­ne­go ZSL(czerwoni ludowcy), a od 1990 PSL. Kierował kujawsko-pomorskim zarządem wo­je­wódz­kim, zasiada w radzie naczelnej PSL. Od 1968 należy do Zrzeszenia Ludowe Zespoły Sportowe. W latach 1995–2007 był przewodniczącym rady wojewódzkiej Kujawsko-Pomorskiego Zrzeszenia LZS.

W PRL zarejestrowany jako kontakt operacyjny SB o pseudonimie Dawid.

Kim jest człowiek, który wstrząsnął koalicją PO - PSL? Eugeniusz Kłopotek, z wykształcenia zootechnik, poseł z Chojnic, jest w Sejmie już trzecią kadencję. Ma 55 lat. Przechodził przez wszystkie szczeble partyjnej peeselowskiej hierarchii, od samorządowca do wiceprezesa partii. Zawsze zadowolony z siebie, otwarty na media, gadatliwy. Znajomi opisują go jako człowieka nerwowego, wręcz nadpobudliwego.

Julię Piterę, która zarzuciła mu nieetyczne zachowania polegające na lobbowaniu za prywatnym przedsiębiorcą, nazwał "chorą kobietą".

yły poseł PiS opowiada: - To jest taki pływający omnibus. Na niewielu kwestiach się zna, ale na każdy temat się wypowiada. Bardzo pewny siebie, głośny, zażarty w dyskusji.

Była pracownica biura poselskiego Kłopotka zaskakująco tłumaczy jego zachowanie. "Ma specyficzny sposób bycia, może dlatego, że został mocno doświadczony przez życie. Jego rodzice w 1985 r. zginęli w tragicznym wypadku" - mówi.

Było tak: rodzina wracała samochodem polną drogą. Samochód prowadził Eugeniusz. Rodzice zginęli na miejscu, a młody Kłopotek był w bardzo ciężkim stanie. W szpitalu spędził ponad 4 miesiące. W szkole był prymusem. A wiadomo, tacy nie są lubiani, więc Genio - jak o nim mówiono - zapisywał się do różnych organizacji, śpiewał w chórze, grał w piłkę. Tam szukał towarzystwa rówieśników. We wszystkim musiał być najlepszy. Mało konkretny, ale na głupoty nie miał czasu. "Choć ma takie dziwne poczucie humoru, że czasem nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać" - dorzuca były współpracownik. Z organizacji trafił do samorządu, stamtąd do sejmowego klubu PSL. Łatwość nawiązywania kontaktów była wielkim atutem. Jego znajomi podkreślają, że do posła Kłopotka rolnicy zawsze przychodzili tłumnie. Wiedzieli, że pomoże. "Zawsze zaskakująco serio brał się za ich sprawy, nikt nigdy na niego się nie skarżył" - mówi polityk PSL. Koledzy z klubu wspominają, że kiedy Kłopotek zaczynał działać w dużej polityce, mieli z nim ogromny problem. Był porywczy i nieprzewidywalny.

Przyzwyczaił się też do rozgłosu. Bo głośnych spraw ma już na koncie kilka.

W 2003 r. przestał być wiceprezesem PSL. Po 14 miesiącach sprawowania tej funkcji został odwołany. Powód: utrata przez PSL subwencji z budżetu państwa wskutek złamania ustawy o partiach politycznych. PSL, które miało dochody z wynajmu lokali, wymyśliło Fundację Rozwoju, która przejęła partyjne nieruchomości, a następnie sprzedała cały majątek w dziesięciu ratach. Za wszystko Jarosław Kalinowski obwinił byłego wiceprezesa partii Eugeniusza Kłopotka.

Wcześniej, w latach 90., kiedy bydgoskim wojewodą został Wiesław Olszewski, rozgorzała afera związana z żyrowaniem pożyczki dla znanego biznesmena. Powiązania na styku polityka - biznes szybko wzbudziły zaniepokojenie PSL, które obawiało się, że ujawnione fakty mogą w opinii publicznej obciążać nie tylko wojewodę i SLD, ale całą koalicję, w tym ówczesnego wicewojewodę Kłopotka. Wtedy wśród ludowców dorobił się przezwiska "przezroczysty". "To aluzja do tego, jak bardzo lubi podkreślać, że jest ponad układami i jak jednocześnie tkwi w bardzo wielu układach"

Ostatnio poseł ludowców znalazł się w katalogu IPN zakwalifikowany jako kontakt operacyjny, a więc ewentualny kandydat na tajnego współpracownika. "Trzykrotnie składałem oświadczenia lustracyjne i rzecznik interesu publicznego ich nie podważał. Nie zamierzam występować o autolustrację, bo to dla mnie poniżej godności. Człowiek SB dwukrotnie próbował mnie zwerbować, gdy byłem studentem, i za każdym razem spotykał się z moją stanowczą odmową. Nigdy nie zgodziłem się na żaden telefon do niego, na nic" - tłumaczy poseł PSL.

SB zwerbowała go w 1975 r. Z ewidencji służb Kłopotek, zarejestrowany pod ps. Dawid, został wykreślony w 1977 r.

Konflikt z Kłopotkiem miał w 1998 r. Wojciech Mojzesowicz, który był wtedy liderem ludowców w bydgoskim sejmiku wojewódzkim. Nagle wystąpił jednak z klubu radnych i zapowiedział dymisję z funkcji prezesa Zarządu Wojewódzkiego PSL w Bydgoszczy. "Robię to na znak protestu przeciw układom części moich kolegów z lewicą" - stwierdził. Jak wyjaśniał,spowodowały to działania części radnych PSL, którzy poszli w sejmiku na układ z SLD. W tym posła Eugeniusza Kłopotka. Mojzesowicz działania Kłopotka nazwał kolaboracją.

Dobrze mówi o Kłopotku także Janusz Zemke z SLD. "Znam Gienka 30 lat. Ma zdolności menedżerskie. To jest człowiek decyzyjny, nie boi się, chodzi swoimi ścieżkami. Nie wpisuje się w spory polityczne. Indywidualista. Interesuje się sportem, a to na wsi bardzo ważne. Zresztą to się kobietom na wsi na pewno podoba. Jest zbyt mądry, by uwikłać się w rządowe funkcje. Byłby bardzo dobrym generałem, bo mówi dobrze, głośno, konkretnie, na temat" - dodaje polityk lewicy.

W kuluarach mówi się, że poseł PSL jest zainteresowany Ministerstwem Sportu i dybał na stanowisko Drzewieckiego. Deklaruje, że dostrzega dużą bezradność komisji wobec negatywnych zjawisk, które toczą polski sport. Jak twierdzi, minister Drzewiecki ma dobre chęci, ale brakuje mu instrumentów do działania, do naprawy polskiego sportu, a to może prowadzić tylko do jednego: że towarzystwo wzajemnej adoracji go wykiwa a przecież jest jasne, że skoro tak jest, to przydałby się ktoś, kto wykiwać się nie da na przykład poseł Kłopotek.

Jak donosi "Fakt", korzyści z pracy w Elewarrze czerpią bliscy najważniejszych i najbardziej znanych polityków Stronnictwa. Brat posła Eugeniusza Kłopotka zatrudniony jest w oddziale spółki w Wąbrzeźnie, gdzie zarabia ok. 7,5 tys. złotych. Poseł nie widzi w tym nic złego. Przeciwnie, uważa brata za kompetentnego pracownika, któremu nie brakuje energii do ustawicznego podnoszenia kwalifikacji. Gdy zarzucano mu brak wykształcenia, zadbał o jego uzupełnienie. Podczas pracy w Elewarrze zdał maturę i teraz już zaczyna studia – mówi z dumą poseł Kłopotek o swym bracie Andrzeju.

Powinna być służba dla narodu. A co jest? Wzajemne opluwanie. Tak o pracy posła mówi... poseł Eugeniusz Kłopotek z PSL. Ale choć Kłopotek wstydzi się, że jest posłem, to przywileje i pieniądze z Wiejskiej już mu nie śmierdzą.

Ludowiec nie złożył mandatu, a tylko zrezygnował z pensji posła i wrócił do instytutu, gdzie pracował wcześniej. Zresztą nowa pensja Kłopotka jest o około tysiąc złotych wyższa niż ta, którą dostawał z kasy Sejmu. Poza tym z Wiejskiej wciąż dostaje dietę – 2473 zł miesięcznie. I korzysta z poselskich przywilejów.

Na antenie TVP Info Kłopotek zwierzył się ze swojego rozczarowania poziomem pracy na Wiejskiej. – Wzajemne opluwanie jest coraz częstsze. Niekiedy wstyd jest się przyznać przed ludźmi, że jest się posłem – mówił polityk.

Skoro tak, to dlaczego nie zrezygnuje z mandatu, który dali mu wyborcy, by w Sejmie walczył o ich prawa? Powód zapewne jest prosty, ludowiec wrócił do pracy w Zakładzie Doświadczalnym Instytutu Zootechniki Państwowego Instytutu Badawczego w Kołudzie Wielkiej w województwie kujawsko-pomorskim. I choć zrezygnował z większej części sejmowej pensji, poza pensją dyrektora instytutu zootechniki, gdzie teraz pracuje Kłopotek, co miesiąc z Sejmu dostaje niemal 2,5 tys. zł diety. A do tego dochodzą przywileje.

Fakt opisał sytuację, gdy Kłopotka z chorym dzieckiem przyjęto w przychodni bez kolejki.

Poseł tłumaczy to inaczej i zaprzecza, że motywem jego decyzji były powody finansowe. – Coraz mniej satysfakcji przynosiła mi praca w parlamencie, szczególnie w tej kadencji. To jest chore, co się tu dzieje. W badaniach opinii publicznej tracimy strasznie. Jestem niestety rozpoznawalny, więc obrywam za innych – żali się Kłopotek.

A o nowej pracy mówi: – Słyniemy z produkcji gęsi białych kołudzkich. Na szczęście Polacy nie gęsi, oby pokazali Kłopotkowi przy okazji następnych wyborów, co o nim myślą!

Z tych przywilejów poseł Kłopotek korzysta nadal:
11 650 zł na prowadzenie biura
darmowe przejazdy taksówkami
benzyna na przejechanie 3,5 tys. km miesięcznie
bezpłatne przejazdy pociągami i autobusami
darmowe loty po całym kraju
immunitet, który chroni np. przed mandatami
pokój w hotelu poselskim lub mieszkanie w Warszawie
darmowe noclegi w hotelach poza Warszawą
nisko oprocentowane pożyczki z kasy Sejmu
trzymiesięczna odprawa po zakończeniu kadencji Sejmu

Młodzi ludzie muszą gdzieś pracować i trudno, żeby szli na bezrobocie tylko dlatego, że ich ojcowie robią karierę w polityce – tak Eugeniusz Kłopotek, wieloletni poseł PSL, tłumaczy kolesiostwo ludowców. Losem młodych bezrobotnych bez nazwisk i legitymacji partyjnych już się tak nie przejmuje. – Ja nie jestem pośrednikiem pracy – mówi bezczelnie.

Premier Donald Tusk postawił warunek – młody Kalemba musi odejść z pracy z Agencji Rynku Rolnego w Poznaniu, jeśli jego ojciec Stanisław Kalemba ma być ministrem rolnictwa w rządzie PO-PSL. I mimo, że zgodnie ze słowami Tuska, szef PSL Waldemar Pawlak zapewnił, że problemów z tym nie będzie, oburzenie ludowców jest ogromne.

– Współczuję młodemu Kalembie – przyznał w rozmowie z Faktem Eugeniusz Kłopotek. – Będzie się czuł zaszczuty – użalał się nad jego losem.

Ale nie każdego poseł PSL tak broni przed utratą posady. – Wiem, że wśród młodych jest duże bezrobocie, ale nie jestem pośrednikiem pracy – oburza się, gdy dziennikarz Faktu pyta o zatrudnienie dla chłopaka z Soliborka. Pan Tomasz skończył właśnie szkołę, jest elektromechanikiem. – Szukam pracy, ale bez powodzenia – przyznaje. – Gdybym miał kogoś w PSL, pewnie takiego problemu bym nie miał – mówi wprost.

– Syn Kalemby jest zatrudniony od 10 lat, jest dorosłym człowiekiem, ma swoją rodzinę. Został rekomendowany na stanowisko kierownika przez poprzednią panią kierownik. I tylko dlatego, że ojciec jest ministrem rolnictwa z PSL, ma powiedzieć : „Synu, nie możesz pracować, idź na bezrobocie”?! Nie przesadzajmy, bo to doprowadza do szaleństwa w tym zakresie – grzmiał poseł Kłopotek.

– Nie jestem pośrednikiem pracy – powtarza w rozmowie z Faktem Kłopotek, którego brat Andrzej pracuje w spółce zbożowej Elewarr, gdzie zarabia ok. 7,5 tys. złotych. – Podczas pracy w Elewarrze zdał maturę i teraz już zaczął studia – tak bronił kwalifikacji brata...

Zbigniew Hołdys to znany obrońca zwierząt. Przekonał się o tym poseł PSL Eugeniusz Kłopotek
Zbigniew Hołdys poczuł się urażony słowami posła PSL o polskich psach. -
Poseł Kłopotek: "Psy trzymane na łańcuchach to polska tradycja" - napisał na Facebooku. Były lider Perfectu skwitował to, jak ma w zwyczaju. - Powiedzenie "Chuj mu w dupe" to też jest polska tradycja - zakończył.


                          TUZY ELITY                                   Marek Tadeusz Kuchciński                                             ...