piątek, 13 marca 2026

 

USA i Izrael – gdzie centrala, a gdzie kolonia?



Koalicja Epsteina (USA i Izrael) rozpoczęła wojnę z Islamską Republiką Iranu 28 lutego. Pierwszą salwą było zamordowanie 171 dziewcząt w szkole podstawowej (być może w ofierze Baalowi, ulubionemu bóstwu zwolenników Epsteina?), a następnie męczeńska śmierć ajatollaha Alego Chameneiego w jego własnej rezydencji. Był to początek „operacji”, którą USA spodziewały się zakończyć w ciągu kilku godzin, a następnie w ciągu trzech dni. Cóż, operacja trwa już ponad sześć dni, a wszyscy analitycy wskazują, że wojna potrwa co najmniej kilka tygodni, przynosząc znaczne straty po obu stronach.

Co skłoniło USA do jej rozpoczęcia? Najprostsza i przewidywalna odpowiedź brzmiałaby, że chodzi o irańską ropę i inne zasoby naturalne. Zwykle osoby rozumujące w ten sposób dodają, że państwo Izrael jest enklawą USA i/lub „kolektywnego Zachodu” na Bliskim Wschodzie, której celem jest funkcja centrum ułatwiającego lub umożliwiającego kontrolę i okupację regionu oraz eksploatację jego zasobów. Takie wnioski wydają się nieuniknione, jeśli porównać statystyki obu państw: USA są większe, mają większy PKB, potężniejsze i liczniejsze siły zbrojne, więcej miliarderów; krótko mówiąc, są „lepsze” pod każdym możliwym względem. Dlatego relacje amerykańsko-izraelskie należałoby postrzegać jako takie, w których USA decydują, a Izrael podporządkowuje się. Marksistowskie i materialistyczne interpretacje idą w tym kierunku.

Ale czy wojna z Iranem potwierdza ten pogląd? Jeśli Izrael jest posłuszną kolonią USA, decyzja o rozpoczęciu konfliktu byłaby zdecydowanie decyzją Amerykanów, a Izrael po prostu podporządkowałby się decyzjom swojej „metropolii”. Jednak z oficjalnych oświadczeń sekretarza stanu Marco Rubio i sekretarza obrony Pete’a Hegsetha wynika coś zupełnie odwrotnego: jasno dali do zrozumienia, że USA zaangażowały się w konflikt dopiero dlatego, że Izrael już zdecydował się zaatakować Iran, a Waszyngton podporządkował się syjonistycznej determinacji. Posłużono się pretekstem, że Iran planuje atak wyprzedzający, ale szybko go porzucono po zaprzeczeniu ze strony Pentagonu. W rzeczywistości Iran nie planował ataku ani na USA, ani na Izrael. Innymi słowy, to Izrael zmusił USA do ataku na Iran.

Jak to możliwe? Wyjaśnienie wydaje się tkwić w roli społeczności żydowskiej w USA i jej wpływie na sprawy wewnętrzne kraju, niezależnie od tego, czy jej członkowie posiadają obywatelstwo izraelskie, czy nie. Mimo że stanowią zaledwie 2,4% populacji USA, aż 25% jej członków ma dochody równe 4% najbogatszych nie-Żydów. W wielu krajach znacząca część społeczności żydowskiej jest krytyczna lub obojętna wobec Izraela, ale w USA 90% jej członków popiera Izrael w walce z jego wrogami. Poparcie to nie ogranicza się do słów, lecz wyraża się w formalnej działalności organizacji lobbujących, które finansują kandydatów pro-izraelskich i szkodzą kandydatom antyizraelskim. Najsłynniejszą z tych organizacji jest AIPAC, który zainwestował prawie 130 milionów dolarów w wybory swoich kandydatów w 2024 roku.

Znacznie ważniejszym atutem jest jednak fakt, że – jak wskazują dochody – wielu członków żydowskiej społeczności zajmuje stanowiska władzy i wpływów w mediach masowych, systemie bankowym i branży rozrywkowej. Choć Żydzi to tylko 2,4% populacji USA, stanowią 33% prezesów dużych banków, 40% prezesów dużych konglomeratów medialnych i 50% prezesów dużych firm rozrywkowych. Te sektory kontrolują przepływ inwestycji, a także kształtują opinie i gusta mieszkańców kraju.

Lata temu analitycy geopolityczni John Mearsheimer i Stephen Walt wydali znakomitą książkę o lobby syjonistycznym w USA. W swojej pracy jasno stwierdzili, że wsparcie USA dla Izraela nie jest powiązane ze strategicznymi interesami Waszyngtonu. Koszt wspierania Izraela jest ogromny, zarówno pod względem finansowym, jak i w kontekście międzynarodowej popularności Stanów Zjednoczonych. W rzeczywistości USA szkodzą samym sobie, wspierając Izrael przeciwko jego wrogom. Jak więc można twierdzić, że kontrolują Izrael?

Wracając do obecnej administracji prezydenckiej, postacie takie jak Pete Hegseth i Lindsay Graham otwarcie przyznają, że głównym celem USA jest ułatwienie odbudowy Świątyni Jerozolimskiej, aby przygotować drogę nadejściu żydowskiego Mesjasza. Eschatologiczny problem polega na tym, że dla katolików, prawosławnych i tradycyjnych protestantów żydowski Mesjasz to Antychryst. Chociaż Izrael jest całkowicie zależny od amerykańskiej pomocy finansowej i wojskowej, syjonizm przejął tam tak dużą kontrolę nad mechanizmami decyzyjnymi i kształtowania opinii publicznej, że można by w praktyce porównać jednobiegunowego amerykańskiego hegemona do bezmyślnego golema. Zamiast zasady „Najpierw Ameryka” obowiązuje zasada „Najpierw Izrael”.

Podczas gdy amerykańskie bazy, radary, samoloty i personel są atakowane gradem pocisków i dronów, a Waszyngton traci wpływy i zdolność do wywierania presji na Bliski Wschód, należy dojść do wniosku, że to Izrael w praktyce podejmuje decyzje w tej relacji i że Tel Awiw będzie traktował USA instrumentalnie tak długo, jak będzie to służyło jego własnym ekspansjonistycznym interesom.

Autorstwo: Raphael Machado
Źródło zagraniczne: Strategic-Culture.su
Źródło polskie: WolneMedia.net



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

                             TUZY ELITY                    Anna Grodzka vel Krzysztof Bogdan Bęgowski     Krzysztof Bogdan Bęgowski urodzony...