piątek, 13 lutego 2026

 

Normalność na kredyt



Esej o państwie, które wreszcie nie przeszkadza.

Po zmianie władzy w Polsce nastąpiło długo wyczekiwane uspokojenie narracyjne. Zniknęły awantury, zniknęły deklaracje o „wstawaniu z kolan”, zniknęła nieprzewidywalność. Wróciła normalność — ta szczególna, europejska normalność, w której państwo nie definiuje swoich interesów, lecz uczy się ich domyślać z tonu komunikatów płynących z Brukseli.

Rząd Koalicji Obywatelskiej nie ukrywa, że jego podstawowym celem nie jest już sprawczość, lecz zgodność. Polska ma być krajem przewidywalnym, czyli takim, który nie stawia pytań, nie komplikuje procesów i nie psuje atmosfery. Państwo ma działać jak dobrze skonfigurowana aplikacja: aktualizacje będą przychodzić z zewnątrz, użytkownik ma je zaakceptować.

W tym sensie obecne rządy nie są zerwaniem z przeszłością, lecz jej estetycznym liftingiem. Tam, gdzie wcześniej klękano nerwowo i głośno, dziś klęka się spokojnie, technokratycznie i z poczuciem moralnej wyższości. Serwilizm przestał być wstydliwy — stał się dowodem dojrzałości.

Energia: drogo, ale słusznie

Najczystszą ilustracją tego nowego paradygmatu są ceny energii. Rachunki przestały być problemem politycznym — stały się argumentem cywilizacyjnym. Energia nie jest droga dlatego, że zawiodły decyzje strategiczne; jest droga, bo taka jest cena bycia „po właściwej stronie historii”.

W tej narracji obywatel nie jest klientem państwa, lecz uczestnikiem transformacji. Ma płacić więcej, zużywać mniej i rozumieć więcej. Zwłaszcza to ostatnie: że bezpieczeństwo energetyczne nie polega na taniej energii, tylko na zgodności z regulacją. Najlepiej, gdyby było drogo, ale stabilnie — wtedy nie trzeba nic zmieniać.

Górnictwo: problem rozwiązany przez eliminację

Podobnie rzecz się ma z górnictwem. Zamiast trudnej rozmowy o tempie, kosztach i konsekwencjach transformacji, zaproponowano rozwiązanie administracyjne: likwidację opakowaną w język empatii. Kopalnie nie są zamykane — są „wygaszane”. Górnicy nie tracą pracy — „przechodzą proces”.

Państwo nie musi już godzić interesów społecznych z energetycznymi. Wystarczy, że zniknie strona sporu, a konflikt rozwiąże się sam. To niezwykle eleganckie podejście do polityki: nie zarządzać sprzecznościami, tylko je usuwać.

Ukraina: solidarność bez bilansu

Jeszcze wyraźniej widać to w polityce wobec Ukrainy. Pomoc została podniesiona do rangi aksjomatu moralnego, co ma tę zaletę, że nie wymaga rachunku zysków i strat. Polska pomaga, bo pomagać musi. Jak długo? Jakim kosztem? Na jakich warunkach? — to pytania źle widziane, bo psują narrację.

W praktyce oznacza to model, w którym Polska finansuje, kredytuje, ponosi koszty — także odsetkowe — a jednocześnie rezygnuje z elementarnej asertywności. Relacje nie są budowane na interesie dwustronnym, lecz na lęku przed oskarżeniem o brak solidarności. Państwo nie negocjuje, tylko liczy, że historia zapamięta intencje, a nie rachunki.

Wołyń: pamięć odroczona bez terminu

Najbardziej symptomatyczna jest jednak kwestia Wołynia. Ekshumacje ofiar pozostają „tematem wrażliwym”, czyli takim, który najlepiej zamrozić w nieskończoność. Państwo pamięta — ale dyskretnie. Upomina się — ale wewnętrznie. Czeka — ale bez daty.

Historia została podporządkowana bieżącej użyteczności politycznej. Pamięć narodowa przestała być elementem racji stanu; stała się potencjalnym problemem wizerunkowym, który należy trzymać pod kontrolą. W imię dobrych relacji można bowiem wiele — nawet nie wydobywać własnych zmarłych, żeby ich godnie pochować.

Racja stanu jako pojęcie kłopotliwe

W tym wszystkim ginie jedno pojęcie, coraz rzadziej używane, bo coraz bardziej niewygodne: polska racja stanu. Zastąpiła ją „europejska odpowiedzialność”, „wspólna linia”, „koordynacja”. Racja stanu wymaga bowiem myślenia w kategoriach konfliktu interesów, a to źle wygląda w prezentacji.

Państwo, które nie potrafi powiedzieć „to się nam nie opłaca”, skazuje się na rolę wiecznego wykonawcy cudzych strategii. Może być chwalone, nagradzane uśmiechem, zapraszane do stołu — ale nie po to, by decydować.

„Tego premiera nikt w Europie nie ogra” czyli wyprawa do Kijowa

W kampanijnej mitologii Donald Tusk jawi się jako człowiek, którego „nikt w Europie nie ogra”. Doświadczony gracz. Mistrz salonów. Polityk, który zna wszystkie korytarze, wszystkie skróty i wszystkie nazwiska zapisane drobnym drukiem pod traktatami. Człowiek, który — jak zapewniano — wraca do Europy nie jako petent, lecz jako insider.

I oto nadchodzi scena, która w innej rzeczywistości byłaby uznana za mem zbyt dosłowny, by mógł być prawdziwy.

Wyprawa do Kijowa. Historyczny moment. Symbol jedności Zachodu. W jednym pociągu jadą przywódcy Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec — rdzeń decyzyjny, państwa wagi ciężkiej, polityczna pierwsza liga. W drugim wagonie — osobnym, dyskretnym, bez zbędnego tłoku — jedzie premier Polski. Sam. Jak VIP, którego formalnie zaproszono, ale logistycznie już niekoniecznie włączono. To jest właśnie ten moment, w którym mit zderza się z rzeczywistością, a rzeczywistość nie czuje potrzeby przepraszania.

Oczywiście, oficjalnie wszystko jest w porządku. To tylko kwestie bezpieczeństwa. Protokół. Logistyka. Przypadek. Zbieg okoliczności. Ale polityka składa się z symboli, a ten symbol jest aż nazbyt czytelny: Polska jest ważna, ale nie centralna. Obecna, ale nie współdecydująca. Zaproszona, ale niekoniecznie do jednego stolika — czy wagonu.

I właśnie tu mem staje się esejem. Bo oto premier, którego „nikt w Europie nie ogra”, jedzie osobno w delegacji, która miała być demonstracją jedności. Premier państwa, które ponosi jedne z największych kosztów wojny — finansowe, społeczne, energetyczne — nie siedzi tam, gdzie zapadają decyzje, lecz tam, gdzie siedzi się wygodnie i bez wpływu.

Nie ma w tym żadnej osobistej kompromitacji. Jest za to systemowa prawda o miejscu Polski w obecnym układzie. Państwo może być najbardziej gorliwe, najbardziej zgodne, najbardziej „przewidywalne” — a i tak zostanie ustawione tam, gdzie pasuje do układanki. Bo prestiż nie wynika z deklaracji ani z biografii. Wynika z realnej siły negocjacyjnej.

Ten mem działa dlatego, że jest boleśnie logiczny. Skoro Polska nie stawia warunków, nie artykułuje interesu, nie komplikuje procesów — to po co miałaby siedzieć w wagonie decyzyjnym? Wagon decyzyjny jest dla tych, którzy mają coś do zaoferowania albo coś do zablokowania. Reszta może dojechać osobno. Wygodnie. Z klasą.

I tak oto dostajemy idealną puentę całej tej „nowej normalności”: premier, którego „nikt nie ogra”, nie został ograny. Został po prostu właściwie sklasyfikowany. A mem, który miał być złośliwą grafiką, okazuje się najuczciwszym komentarzem do stanu polskiej polityki zagranicznej.

Państwowa rusofobia w czasach cudzej odwilży

Na tym tle szczególnie groteskowo wygląda jeszcze jeden element polskiej polityki zagranicznej — państwowa rusofobia, podniesiona do rangi dogmatu, z którego nie wolno się wycofać nawet wtedy, gdy świat zaczyna się przesuwać.

Bo oto sytuacja staje się coraz mniej wygodna. Stany Zjednoczone — państwo, którego linię Polska skrupulatnie i bezrefleksyjnie naśladuje — zaczynają sygnalizować, że konflikt z Rosją nie jest stanem wiecznym, lecz problemem do zarządzania. W amerykańskiej polityce, niezależnie od retoryki, zawsze obowiązywała zasada, że wrogów się nie nienawidzi — z wrogami się negocjuje, gdy przestają być użyteczni jako wrogowie.

Również w Europie — po cichu, nieśmiało, półgębkiem — pojawiają się głosy, że wieczna konfrontacja nie jest strategią, tylko emocją. Liderzy dużych państw, którzy rzeczywiście ponoszą odpowiedzialność za przemysł, energię, bezpieczeństwo i stabilność kontynentu, zaczynają ostrożnie sondować możliwość jakiejś formy przyszłej normalizacji z Rosją. Nie dlatego, że nagle zmienili poglądy moralne, lecz dlatego, że polityka nie jest terapią.

I w tym momencie Polska zostaje sama — ideologicznie okopana, emocjonalnie rozgrzana, doktrynalnie skuta własnymi deklaracjami. Państwowa rusofobia, która miała być dowodem pryncypialności, zaczyna działać jak strategiczna blokada. Nie pozwala bowiem myśleć o przyszłej architekturze bezpieczeństwa, budować kanałów komunikacji, ani nawet wyobrazić sobie scenariusza „po”.

Polska nie tylko zerwała relacje — ona zdelegalizowała samo myślenie o ich odbudowie. Rusofobia przestała być stanowiskiem; stała się testem lojalności. Kto pyta o normalizację, jest podejrzany. Kto mówi o interesie, jest niemoralny. Kto wspomina o geopolityce, „gra na Kreml”.

Problem w tym, że gdy protektor zaczyna zmieniać ton, wasal zostaje z własną gorliwością w ręku. Jeśli Waszyngton uzna, że rozmowy z Moskwą są w jego interesie — rozmowy się rozpoczną. Jeśli Berlin i Paryż dojdą do wniosku, że bez Rosji nie da się stabilizować kontynentu — znajdą język porozumienia. Historia pokazuje, że dzieje się to zawsze szybciej, niż moralne deklaracje zdążą wyblaknąć.

A Polska? Polska zostanie z doktryną, która nie przewiduje wyjścia awaryjnego. To właśnie jest sedno problemu: państwowa rusofobia nie została zaprojektowana jako element strategii, lecz jako substytut strategii. Zastąpiła myślenie, bo myślenie bywa niewygodne. Zastąpiła interes, bo interes wymaga negocjacji. Zastąpiła rację stanu, bo ta zakłada możliwość zmiany kursu.

Tymczasem polska racja stanu nie polega na miłości do Rosji ani na jej potępianiu dla samego potępienia. Polega na tym, by Polska: miała kanały rozmowy, miała opcje, miała wybór.

Państwo, które ideologicznie zamyka sobie jedną trzecią mapy, dobrowolnie ogranicza własną podmiotowość. A państwo, które robi to w imię lojalności wobec sojuszników, którzy sami takich ograniczeń nie uznają, skazuje się na rolę ostatniego sprawiedliwego w pustym pokoju.

Najbardziej ironiczne jest to, że gdy normalizacja w końcu nadejdzie — bo w polityce międzynarodowej zawsze nadchodzi — Polska nie będzie mogła powiedzieć: „to była trudna, ale przemyślana decyzja”. Będzie mogła co najwyżej powiedzieć: „nie mieliśmy wyjścia”. A to zdanie jest zaprzeczeniem racji stanu. Bo racja stanu polega właśnie na tym, by wyjścia zawsze mieć — nawet wtedy, gdy chwilowo nie wypada z nich korzystać.

Puenta

Dzisiejsza Polska jest państwem spokojniejszym, bardziej eleganckim i znacznie mniej kłopotliwym niż jeszcze kilka lat temu. Jest też państwem droższym w utrzymaniu dla własnych obywateli, mniej asertywnym wobec partnerów i coraz bardziej niechętnym do nazywania własnych interesów po imieniu.

To nie jest koniec historii. To jest pauza strategiczna, w której państwo oddycha cudzym rytmem, licząc, że świat się nie zmieni. A jeśli się zmieni — będzie się martwić później. Bo w tej nowej normalności jedno jest pewne: najważniejsze, żeby nikt nie powiedział, że Polska znów sprawia problemy.

I to by było na tyle.

Autorstwo: Jarek Ruszkiewicz SL
Źródło: WolneMedia.net

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

                                     AFERZYŚCI ELIT                                                                 Mirosław Milewski   Miro...