Trupie rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia
Urzędowy kaganiec, służba zdrowia w ruinie i marszałek, który zakazał czytać e-maile.
Polska AD 2026. Szef NBP Adam Glapiński chwali się, że kupuje kolejne dwieście ton złota do pięciuset, które rzekomo leżą w skarbcu. Mój kolega Janek, który od trzydziestu lat prowadzi lombard, mówi, że niechętnie bierze złoto w zastaw, a skupować przestał. Cena jest tak napompowana, że ta bańka musi pęknąć. Różnica między Glapińskim a Jankiem jest taka, że ten pierwszy kupuje za publiczną kasę, podczas gdy Janek inwestuje swoje. Glapińskiemu nic nie grozi, gdy ceny kruszcu runą. Janek straciłby wszystko.
Wciąż kupujemy czołgi. Byłem akurat w Korei, gdy minister Błaszczak kupował na kredyt pierwsze partie K-2. Koreańczycy pukali się w głowę – wiedzieli więcej niż ja. Okazało się, że Polska ma tych nowoczesnych puszek na gąsienicach więcej, niż połowa europejskich mocarstw razem wzięta. Czołg może sobie stać w hangarze obok maczugi, ale współczesne wojny to drony i informacja, a nie „Czterej pancerni i pies”.
W Polsce dezinformację wysysa się z mlekiem matki
Kraj, w którym papier wciąż bywa silniejszy niż rapier, ale tylko pod warunkiem, że służy do wycierania sobie gęby poprawnością polityczną. Podczas gdy koalicja rządząca debatuje, czy uczeń jest uczniem, czy już „osobą uczniowską”, 13 lutego weszło w życie rozporządzenie, które powinno wyprowadzić tłumy na ulice. Ciche, urzędnicze przyzwolenie na eutanazję systemu: premie za likwidację. Pamiętacie koszulki z napisem „Konstytucja”? Ludzi jeżdżących za średnio rozgarniętym Dudą? Podobno szefowie innych państw myśleli, że Konstytucja to imię pierwszej damy, a skandujący tłum to groupies.
Teraz cisza. Rządzi koalicja, która choć zła, to „nasza”. Ci sami ludzie, którzy wcześniej hojnie rozdawali kamienice czy państwowe fabryki, teraz „optymalizują” szpitale. Mamy złoto, z którego można odlać pociski i czołgi, by bronić tego bogactwa. No to trzeba likwidować oddziały.
Zioła, szarlatani i bon na wymieranie
Zaczęto majstrować przy zdrowiu publicznym. Z hukiem ogłoszono ustawę antyszarlatańską – społeczeństwo słusznie przyklasnęło. Nie ma kręgarzy, znachorów czy taplarskich bab bagiennych. Ustawa wycięła „ręce, które leczą”. A przy okazji wylano dziecko z kąpielą: zioła, które wolno legalnie zbierać, to już tylko te, które zmarłego rozśmieszą: dziurawiec, pokrzywa czy babka lancetowata. Do właściwej ofensywy na szpitale dopiero się szykowano.
13 lutego cichutko weszło rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia, które premiuje managerów za likwidację oddziałów. Kwota niemała: 50% dotychczasowych kosztów generowanych przez oddział przez dwa lata. To korci do kreatywnej księgowości i dopisywania fikcyjnych kosztów placówce, która ma iść „na żyletki”. Tylko w styczniu zlikwidowano 18 porodówek. W zamian państwo oferuje „pokoje urodzeń” przy SOR-ach. Kurną chatę przy izbie przyjęć, gdzie rodząca kobieta ląduje wśród meneli z bójki i jednego lekarza, który biega między resuscytacją a szyciem głowy. W ciągu roku zapobiegliwi managerowie piastujący stanowiska dyrektorów szpitali zlikwidowali 539 oddziałów. W blisko jednej trzeciej powodem były: siła wyższa, remont podłogi, malowanie ścian.
Trupogodziny i Judym w schowku na mopy
Też żyłbym w błogiej nieświadomości, gdyby nie lubelski Detoks – miejsce, w którym dziesiątki razy ratowali mi życie. To jedyna taka placówka w Polsce, prowadzona przez ordynatora, przy którym literacki Judym to sknera. Jego gabinet to przerobiony schowek na mopy, bo cała reszta jest dla pacjentów. Gdy Sanepid chciał zamknąć oddział, doktor poświęcił własne pieniądze, sprzedając część domu i samochód, by ratować placówkę. Sam wielokrotnie od niego pożyczałem, gdy przywozili mnie w stanie wegetatywnym z poobijaną mordą.
Dziś system wprowadza „trupogodziny” – medyczny odpowiednik roboczogodzin. W Lublinie Marszałek Stawiarski i Dyrektor Błażej opanowali tę sztukę do perfekcji. Jako „osoba dziennikarska” muszę pytać o los „osoby trupiej”, bo w tym systemie prosektorium staje się jedynym pewnym punktem styku pacjenta z państwem. Mamy też „osobę patologiczną” – według nowomowy to zarówno biegły sądowy, jak i lokator budy socjalnej w stanie mistycznym po kombinacji różnego rodzaju trunków. Obaj są dla systemu tylko kosztem do zoptymalizowania.
Medycyna bazy danych
Dawniej warszawscy magicy krzyczeli na podwórkach: „noże, nożyczki ostrzę, krawaty wiążę i usuwam ciążę”. Dziś oddział może prowadzić „osoba medyczna”. Pod tą płachtą zmieści się każdy, kto otarł się o apteczkę.
Centralny Rejestr Osób Uprawnionych do Wykonywania Zawodu Medycznego jest ważniejszy niż lata praktyki. Według tej logiki ordynatorem gastrologii może zostać dietetyk, a farmaceuta w oparach pichconego absurdu nada się na szefa psychiatrii. Po co komu studia? Tytułowanie lekarza „doktorem” to dziś według koalicji plucie w twarz nauce.
Charon na kółkach
Szczytem humanizmu jest los pacjentów wegetatywnych. „Osoba medyczna” może taką postać bezkarnie wypchnąć poza szpital. Wtedy problem ma „osoba wójtowska” lub „sołtysia”. Wyobraźcie sobie: pacjent na łóżku wystawiony za bramę szpitala wjeżdża w obszar gminy. Należałoby uprzedzić lokalną społeczność, żeby broń Boże nie rzucali w niego bilonem. Ktoś z zagranicy mógłby pomyśleć, że Polska cofnęła się do wierzeń w Charona i obola – opłatę za prom przez piekielną rzekę Styks.
Oni chcą, byśmy o tym milczeli. Chcą ciszy przerywanej tylko szelestem banknotów z premii za likwidację. Niezależnie ile wyślą e-maili z pogróżkami, jak wielki jest ich przekonanie o własnym sprycie, kreatywności i bezkarności nie boimy się pisać o urzędnikach, których jedynym stanem mistycznym jest wiara we własną bezkarność. Jeśli myślicie, że klauzula tajności powstrzyma nas przed pokazaniem prawdy – to znaczy, że wciąż nie rozumiecie, że papier jest silniejszy niż rapier. Zwłaszcza ten, na którym spisano wasze własne, kompromitujące decyzje. Oto rzeczywistość bez cenzury.
Autorstwo: Piotr Jastrzębski
Źródło: WolneMedia.net

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz